Minerwa obudziła się, gwałtownie łapiąc powietrze. Zacisnęła pięści. Znów ten sam koszmar. Babcia zabijająca Constance. Różdżka drżąca w jej dłoni. Zielony czar uderzający w zieloną źrenicę smoczycy. Jej ciotki. Minerwa pokręciła głową. To już się wydarzyło, nie można tego zmienić. Jej babka dokonała wyboru.
Wyboru, który zmienił moje życie na zawsze. – pomyślała gorzko Minerwa.
- Szzzzzzz.
Minerwa podskoczyła na łóżku. Znów słyszała te szmery w kanalizacji. Teraz były jednak głośniejsze, wyraźniejsze. Dziewczynka z wściekłością rzuciła poduszką w ścianę. Przecież mówiła o tym prefektom. Pewnie Dippet jak zwykle nie potrafi dopilnować najprostszych spraw. Nic nie robił, jedynie siedział w tym swoim gabinecie, a profesor Dumbledore musiał robić wszystko za niego.
Minerwa powróciła myślami do wydarzeń dzisiejszego wieczoru. Pani Heale pozwoliła Garremu wrócić do pokoju wspólnego, więc cały dom borsuka już wiedział, że David został zamieniony w kamień. ,,Garry mówi, że to nazywa się petryfikacja. Wywar z mandragory może to cofnąć." – głosił liścik od Pomony, który Minerwa dostała przed pójściem spać. Minerwa myślała intensywnie, ale mimo przeczytania wielu książek nie wiedziała nic o petryfikacji. Niemniej jednak z reakcji nauczycieli wynikało, że jest to raczej coś poważnego.
- Szaaaanieeeee. – dźwięk dochodzący ze ścian znów wyrwał ją z rozmyślań. Minerwa skrzywiła się i sięgnęła po różdżkę. Przecież była czarownicą. Szybkie zaklęcie wyciszające zlikwidowało jej problem. Zdeterminowana by znów zasnąć, wtuliła głowę w szkarłatne poduszki.
Następnego dnia popołudniu Minerwa miała dodatkowe lekcje z profesorem Dumbledore. Biegnąc po kręconych schodach w niższych kondygnacjach wieży Gryffindoru, Minerwa zauważyła niecodzienny widok. Ogromna sylwetka pochylała się nad oknem.
- Hagrid? Co ty robisz?
Chłopiec odsunął się od okna. Minerwa zobaczyła małe patyczki podpierające okno, tak że pozostawało częściowo otwarte. Przez powstałą w ten sposób szparę uciekały pająki.
- Pomagam im się wydostać. Są takie przerażone. Zupełnie nie wiem dlaczego.
Minerwa uniosła brwi. Lubiła Hagrida, ale wielokrotnie zdumiewały ją jego pomysły. A prób zaprzyjaźnienia się z pająkami już w ogóle nie mogła zrozumieć. Wywróciła oczami i pobiegła dalej. Po chwili stała już pod drzwiami gabinetu profesora Dumbledore.
Zapukała delikatnie. Żadnej odpowiedzi. Minerwa zdziwiła się. Nigdy wcześniej nauczyciel transmutacji nie zapomniał o ich wspólnej lekcji. Zapukała jeszcze raz, tym razem mocniej. Znów nic. Rozejrzała się po korytarzu. O tej porze był pusty. Minerwa spróbowała raz jeszcze. Odpowiedziała jej głucha cisza. Lekko zdenerwowana, dziewczynka nacisnęła klamkę. Drzwi był otwarte.
Minerwa weszła ostrożnie i wstrzymała oddech. Zwykle w miarę uporządkowany gabinet profesora transmutacji wyglądał jak po przejściu tornada. Setki kartek zaścielały każdą dostępną przestrzeń, książki, pootwierane i pozaznaczane czerwonymi kartkami walały się na ziemi. Na biurku, za stertą różnych papierzysk i torebek po słodyczach, leżała kasztanowa głowa profesora Dumbledore. Ulubiony nauczyciel Minerwy najwyraźniej zasnął. Dziewczynka uśmiechnęła się nieznacznie i już miała się wycofać, gdy jedna z książek, balansująca na krawędzi regału, spadła na ziemię z głuchym łoskotem.
Profesor Dumbledore natychmiast zerwał się z biurka, różdżka w jego ręce. Zmrużył oczy, dostrzegając znieruchomiałą Minerwę.
- Panna McGonagall? Ach, gdzie są moje okulary? Accio okulary! - profesor machnął różdżką, okulary wyleciały spod biurka wprost na jego nos.
- Wszystko w porządku panie profesorze? Mogę przyjść kiedy indziej, jeśli jest pan zajęty…- Minerwa zrobiła krok w tył.
- Nie, moja droga, przepraszam cię najmocniej. Nie wiem jak to się stało że zasnąłem. Zaraz to posprzątam, poczekaj chwileczkę. – Dumbledore gorączkowo przerzucał papiery wokół siebie, robiąc jeszcze większy bałagan. Minerwa nie potrafiła powstrzymać chichotu. Najpotężniejszy czarodziej na świecie, a nie potrafi posprzątać bałaganu w swoim gabinecie? Wykonała kilka ruchów różdżką. Papiery i książki wokół niej układały się w odpowiednie stosy, śmieci lądowały w koszu. Dumbledore patrzył na nią z nieskrywaną wdzięcznością.
- Jak zwykle nieoceniona. Proszę, usiądź, skoro już zrobiłaś sobie miejsce.
Minerwa usiadła przed biurkiem i zapytała:
- Cóż to za badania, profesorze?
- Dyrektor zlecił mi i profesorowi Kettleburn odkrycie co mogło spowodować petryfikację Davida, ale nic jeszcze nie znalazłem. Oprócz recepty na wywar z mandragory nic nie mamy. – westchnął ciężko.
- To petryfikacji nie wywołuje zwykłe zaklęcie?
- Nie, oczywiście możliwe jest transmutowanie człowieka w kamień przez czarodzieja, ale wiąże się to ze śmiercią transmutowanego obiektu. A petryfikacja polega na zamianie w kamień przy jednoczesnym zachowaniu funkcji życiowych. Żaden czarodziej nie byłby do tego zdolny. Według profesora Kettleburn to musi być dzieło potężnego, magicznego stworzenia, ale skąd taki stwór znalazłby się w Hogwarcie?
- W bibliotece nic pan nie znalazł? – Minerwa z niedowierzaniem rozejrzała się po tonach papierów wokół.
- Szukałem całą noc, Minerwo. Profesor Kettleburn również. – głos profesora był udręczony, Minerwa natychmiast poczuła współczucie.
- Może mogłabym pomóc, poszukać czegoś… -zaczęła, ale nauczyciel pokręcił głową.
- Nie, prawdę powiedziawszy, to wolałbym, żebyś trzymała się od tej sprawy z daleka, Minerwo. – jego spojrzenie było poważne.
- To okropne, że dyrektor Dippet zrzuca na pana całą odpowiedzialność, szczerze wątpię, czy on sam kiwnął palcem żeby wyjaśnić to zajście! – Minerwa nie mogła dłużej utrzymywać swojego szkockiego temperamentu na wodzy. Profesor Dumbledore spojrzał na nią ostro.
- Panno McGonagall, wolałbym, byś porzuciła swoją osobistą antypatię w stosunku do dyrektora. Profesor Dippet bardzo się martwi wszystkim, co dzieje się w szkole, a wspieranie dyrektora w każdych okolicznościach należy do głównych obowiązków ich zastępców. – choć głos profesora był łagodny, Minerwa i tak czuła się okropnie. Z niechęcią poczuła, jak na jej twarzy wykwita rumieniec.
- Przepraszam. – odpowiedziała cicho, nie podnosząc wzroku.
- Zapomnijmy o tym. Skupmy się na dzisiejszej lekcji…
Miesiąc później Minerwa siedziała w kącie klasy transmutacji, pracując nad zaklęciami piątego roku. Profesor Dumbledore chodził po klasie, pomagając kolegom i koleżankom Minerwy w ich ćwiczeniach. Wszystko było w zupełnym porządku, do momentu, gdy do klasy weszła profesor Merrythought.
- Albusie! – nie zważając na zgromadzonych wokół uczniów, surowa nauczycielka obrony przed czarną magią przemierzyła klasę i wyszeptała coś do profesora Dumbledore, który momentalnie zbladł. Kiwnął głową i naprędce spojrzał na Minerwę. Poruszył szybko ustami, ale Minerwa znała go na tyle dobrze, że wiedziała, co powiedział: ,,Kolejna petryfikacja" .
- To koniec na dzisiaj. Poleceniem dyrektora jest byście udali się do pokojów wspólnych. Panno McGonagall, proszę pozbierać wszystko i zamknąć klasę. – powiedział już na głos i pobiegł za profesor Merrythought.
Wieczorem cały Gryffindor był w okropnym nastroju. Okazało się, że na piątym piętrze znaleziono spetryfikowaną Sarę Cuirts, Gryfonkę z czwartego roku. Minerwa siedziała w pokoju wspólnym, starając się czytać książkę, gdy obok przysiadła się Poppy.
- Minnie, pani Heale powiedziała, że mandragory dojrzeją dopiero za miesiąc, a minie drugie tyle, zanim uda się sporządzić wywar.
- Rodzice Sary przyjechali, widziałam przez okno. Pewnie teraz profesor Dumbledore ich informuje, że nie spędzą świąt z córką. – Minerwa zapatrzyła się w ogień. Co było tak potężne, by spowodować trwałe zesztywnienie, jeśli nie mógł to być czarodziej? Babcia Minerwy już w poprzednich listach wyrażała swój niepokój tą sprawą, podobnie rodzice. Wieści rozchodziły się szybko. Minerwa podejrzewała, że jutro przed bramą zaczną gromadzić się reporterzy, spragnieni odpowiedzi na nurtujące wszystkich pytanie: Czy Hogwart przestał być już najbezpieczniejszym miejscem w Wielkiej Brytanii?
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Albus Dumbledore z uznaniem obserwował, jak jego podopieczna, Minerwa McGonagall, po raz dziesiąty przeprowadza skomplikowaną transmutację bez użycia różdżki. Lekcje z nią były jego jedynym wytchnieniem, jedynym promykiem słońca w tym roku.
W ciągu ostatniego miesiąca siedmioro kolejnych uczniów uległo petryfikacji. Znajdowano ich w różnych miejscach, ale zawsze brakowało świadków, którzy by poświadczyli, co tak naprawdę się zdarzyło. Albus rozpaczliwie próbował znaleźć jakiś punkt zaczepienia, ale na pierwszy rzut oka nic nie łączyło spetryfikowanych uczniów. Byli to chłopcy i dziewczęta, uczniowie w różnym wieku, o różnym magicznym potencjale. Teoretycznie przypadkowi. Jednakże ostatnio Albus znalazł jedną, przerażającą prawidłowość: każda z ofiar pochodziła z mugolskiej rodziny. Każda spetryfikowana osoba pochodziła z Gryffindoru, Hufflepufu, Ravenclavu, ale nie było nikogo ze Slytherinu.
Wszyscy wokół oskarżali biednego dyrektora o nieudolność, ponieważ nie można było w żaden sposób zapobiec tym atakom. Albus czuł się okropnie, wiedział, że Armando pokładał duże nadzieje w jego badaniach, ale książki, najlepsze źródła wiedzy i sojuszniczki zdesperowanych magów, tym razem milczały. Albus przestał już liczyć zarwane noce i listy wysyłane do różnych specjalistów i bibliotek. Był bezsilny.
Mandragory miały w święta uzyskać odpowiednią dojrzałość. Mimo wszystko nadal zostawał miesiąc do ewentualnego wybudzenia uczniów, ponieważ wywar musiał być ważony w ciągu całego jednego księżycowego cyklu. Przerażeni rodzice przyjeżdżali tak często jak mogli i co chwilę bombardowali biednego Dippeta listami. Inni rodzice, po przeczytaniu kilku siejących zamęt artykułów Proroka Codziennego o sytuacji w Hogwarcie, głośno, na forum czarodziejów, zastanawiali się, czy nie powinni zabrać swoich dzieci z Hogwartu. Albus wrócił myślami do poprzedniego dnia, gdy okazało się, że z Gryffindoru żaden z uczniów oprócz Hagrida nie zostaje na święta. W całym zamku chęć pozostania zadeklarowało jedynie pięcioro uczniów, same osierocone dzieci.
- Profesorze? – cichy głos Minerwy sprowadził go na ziemię.
- Przepraszam. Zamyśliłem się. Pytałaś o coś, moja droga?
- Nie, zastanawiałam się głośno, czy słyszał pan najnowsze pogłoski o atakach? – szmaragdowe oczy wpatrywały się w niego z niepokojem, więc Albus wysilił się na uprzejmy uśmiech.
- Trudno jest być na bieżąco, na szczęście ty zawsze masz oczy szeroko otwarte.
- Mówi się, że to musi być robota kogoś ze Slytherinu, bo tylko uczniowie domu węża nie zostali zaatakowani. – głos Minerwy był poważny.
Albus westchnął. Liczył na więcej czasu, ale przecież uczniowie nie byli głupi. Musieli dojść do tych samych wniosków.
- Tak, też to zauważyłem. Nawet więcej – ofiarami są zawsze uczniowie pochodzący z mugolskich rodzin. – Albus ufał siedzącej przed nim dziewczynce, jej dyskrecja była legendarna w wielu szkolnych kręgach.
- Czyli to jednak czarodziej! Przecież zwierzę nie byłoby świadome skąd pochodzi dana osoba, prawda? – w oczach Minerwy pojawiła się znajoma żelazna determinacja.
- Niekoniecznie. Są stworzenia na tyle potężne, że świadome wielu rzeczy, jak smoki. – odpowiedział Albus, ale pożałował swoich słów, widząc kolory odpływające z twarzy Minerwy.
- Smoki… - powtórzyła, trupioblada.
- …są niezdolne do petryfikacji. W każdym razie nie ma żadnego przypadku by się nią posłużyły. – Albus wiedział, że jego próba pocieszenia dziewczynki marnie wypadła.
- Nie ma żadnego dobrze udokumentowanego przypadku profesorze! Smoki mają na tyle mocy by ją przeprowadzić. – Albus dostrzegł, że dziewczynka zaciska ręce w pięści.
- Minerwo, konsultowałem się z twoją babką. Nawet jeśli przeoczylibyśmy smoka w Hogwarcie, żaden smok sam z siebie nie przeprowadziłby petryfikacji. Tylko jedna osoba jest zdolna do rozkazywania tym istotom i siedzi przede mną. Jako że jestem pewien, że nie ma ona nic wspólnego z petryfikacją, udział w tym smoków można automatycznie wykluczyć. – Albus mówił z mocą, ale jego słowa jedynie jeszcze bardziej przeraziły siedzącą przed nim dziewczynkę.
- Pan jest pewien profesorze. Ale czy inni również? Czy dyrektor Dippet równie kategorycznie wyklucza mój udział? – teraz Minerwa drżała, jej spojrzenie było utkwione w pobielałych kostkach u dłoni. Albus przymknął oczy. Uderzyła w punkt. Nikt nie wiedział, że konsultował się z lady McGonagall, ani że prowadził badania w kierunku możliwości petryfikacji u smoków. Gdyby o tym wspomniał, w szkole wybuchłby chaos, a wszystkie oskarżenia skierowano by na Minerwę.
- Minerwo… - Albus nie wiedział co powiedzieć. Rozpaczliwie chciał ją pocieszyć, powiedzieć by się nie martwiła, ale byłby to próżny trud. Panna McGonagall uznawała jedynie logiczne argumenty, a takich obecnie nie miał. Dziewczynka dostrzegła jego bezradność. Wstała, a jej oczy błyszczały.
- Jako że to była nasza ostatnia lekcja przed świętami, chciałabym życzyć panu wszystkiego dobrego na ten magiczny czas świąt i cały następny rok, profesorze Dumbledore. – jej głos był stanowczy, gdy wyciągnęła do niego formalnie rękę. Albus również wstał i ujął ją delikatnie.
- Tobie również wszystkiego najlepszego na te święta, Minerwo. Mam nadzieję, że zaraz po świątecznej przerwie wrócimy do naszych lekcji. – Albus włożył w swoją wypowiedź całe swoje ciepło. Przez chwilę myślał, że się udało, dziewczynka zmrużyła delikatnie oczy. Potem jednak puściła jego dłoń, odpowiadając:
- Oczywiście. Do widzenia profesorze.
Albus z bólem patrzył jak odchodzi. Ty stary durniu! – ganił się w myślach. Uderzył w biurko ze złością. Wszystko szło nie tak. Najpierw nie był w stanie wyjaśnić tych ataków, a teraz jeszcze te okropne święta. Liczył że chociaż obecność Minerwy poprawi mu humor, ale jej babka przezornie zaprosiła dziewczynkę do rezydencji McGonagallów. I jeszcze musiał wspomnieć o tych smokach!
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
- Minerwa, wszystko w porządku? – Poppy przerwała pakowanie. Minerwa w odpowiedzi kiwnęła głową i machnęła różdżką, sprawiając że ubrania przyjaciółki poskładały się w schludne stosy, gotowe do zapakowania.
- Dziękuję. Musisz nauczyć mnie tych zaklęć, są o wiele przydatniejsze, niż te których się uczymy na lekcjach.
- Hmm, chyba tak. – Minerwa znów się zamyśliła. Chyba niepotrzebnie tak naskoczyła na profesora Dumbledore. Dobrze, że ją uprzedził. Jego reakcja wskazywała raczej na to, że oprócz jej babki z nikim nie dzielił się swoimi teoriami. Czy robił to by ją chronić? Czy naprawdę kategorycznie odrzucał myśl, że mogłaby być w to zamieszana?
- Na pewno wszystko ok.? – Poppy dotknęła delikatnie jej ramienia.
- Wybacz. Za dużo myśli w głowie. – Minerwa wstała energicznie, odpędzając dręczące ją wątpliwości.
- Cecha geniuszy. Profesor Dumbledore też ciągle to powtarza. Pewnie będziesz tęsknić za Hogwartem? – Poppy zatrzasnęła swój kufer. Minerwa zastanowiła się. Początkowo żałowała, że nie będzie mogła zostać i kontynuować swoich dodatkowych lekcji, chciała też dotrzymać towarzystwa Hagridowi. Ale z drugiej strony, list babci nie pozostawiał jej pola do negocjacji. Teraz, gdy Minerwa znała podłoże tej decyzji, zaczynała dostrzegać tego plusy. Odpoczynek od zamku dobrze jej zrobi. Hagrid będzie z profesorami, gajowy obiecał mu nawet wycieczkę do Zakazanego Lasu ( tak, to był dla niego najlepszy prezent). Z kolei jej babka byłaby w święta sama, a Minerwa tego nie chciała. Tak więc ten wyjazd był jej całkiem na rękę.
- Trochę tak, ale odmiana dobrze mi zrobi. – Minerwa machnęła różdżką, zmuszając swój kufer do lewitacji. Była jedną z niewielu, którzy do domu nie wracali ekspresem Hogwart. Czarodzieje mieszkający na stale w Szkocji przyjeżdżali po swoje dzieci wprost do zamku. Minerwa miała jechać z babką rodzinnym powozem McGonagallów. Liczyła, że lady Theresa będzie na nią czekać w powozie przy bramie, więc jęknęła cicho, widząc sylwetkę babki w holu, rozmawiającą z profesor Merrythought.
Minerwa pożegnała się z przyjaciółkami: Poppy, Pomoną i Amelią. Gdy przyjaciółki ruszyły już do drzwi, Minerwa podeszła do babki.
Lady McGonagall była ubrana w długą, czarną szatę, ze srebrnymi akcentami, skrzącymi się w świetle choinkowych światełek. Wszyscy uczniowie oglądali się na nią, jakby podświadomie wyczuwając, że jest to potężna osobistość. Ci pochodzący z rodzin czystej krwi kłaniali się jej uprzejmie – podobnie jak Minerwa i oni otrzymali od rodziców kompleksowe wykształcenie na temat genealogii czarodziejów.
- O, jesteś wreszcie dziecko. Właśnie się dowiedziałam, że robisz duże postępy w obronie przed czarną magią. – babka otoczyła Minerwę ramieniem. Dziewczynka zdobyła się na uśmiech skierowany do profesor Merrythought. Surowa nauczycielka mrugnęła do niej.
Po wymianie zwyczajowych uprzejmości i świątecznych życzeń babcia wreszcie pozwoliła zaprowadzić się do powozu. Mijały drzwi Hogwartu, gdy coś sprawiło, że lady McGonagall się zatrzymała. Babka Minerwy wpatrywała się w chłopca, stojącego z boku, obserwującego wyjeżdżających uczniów. Gdy chłopiec ten ją zauważył, złożył jej głęboki ukłon.
- Twoja godność, chłopcze? – zapytała babka Minerwy.
- Thomas Marvolo Riddle. – odpowiedział szybko chłopiec.
- Pozwól na chwilę, panie Riddle. – lady McGonagall podeszła do powozu, chłopiec poszedł za nią. Minerwa obserwowała to wszystko z kamienną twarzą.
- Zostajesz w zamku na święta? – zapytała Toma starsza dama, w międzyczasie szukając czegoś w bagażowym luku powozu.
- Tak, lady McGonagall. Hogwart to naprawdę magiczne miejsce, a w święta odczuwa się tę magię jeszcze bardziej. – odpowiedział uprzejmie. Wreszcie babka Minerwy znalazła to, czego szukała i podała to chłopcu z wyraźnym zadowoleniem.
- To prezent ode mnie, panie Riddle. Wesołych świąt.
Chłopiec z niedowierzaniem wpatrywał się w śliczny aksamitny zielony szalik w swoich rękach. Minerwa wstrzymała oddech. Te szaliki jej babcia rozdawała w ich rodzinnej wiosce mugolskim dzieciom. Riddle nie mógł o tym wiedzieć. I raczej dobrze, że nie wiedział, przemknęło jej przez głowę.
- To cudowny prezent, jestem bardzo wdzięczny, pani również życzę wesołych świąt. Lady McGonagall, panienko McGonagall. – Tom skłonił się po raz drugi i odszedł w stronę zamku.
Dopiero gdy powóz wyjechał poza granicę Hogwartu, Minerwa zapytała babkę:
- Dlaczego dałaś Tomowi ten szalik?
- Ten chłopiec obserwował mnie od chwili gdy wysiadłam z powozu. Galatea Merrythought wyjaśniła mi, że jest sierotą, ale jednocześnie najzdolniejszym pierwszoklasistą. No i to Ślizgon o wyśmienitych manierach.
- Czyli zlitowałaś się nad nim? – dziewczynka nadal nie rozumiała motywów babki.
- Nie, Minerwo. Powiedzmy, że to była krótka obustronna fascynacja. Poza tym nie wierzę, by pan Riddle był kimś, kto przyjąłby czyjąś litość.
Minerwa pokręciła głową. Rozmowa zeszła na inne tematy, więc Minerwa szybko zapomniała o zajściu przed zamkiem.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Był świąteczny wieczór, Albus wracał z wigilijnej kolacji. Tym razem to on jej przewodniczył, Armando pojechał do sanatorium do Szwajcarii. Albus starał się tłumić swój żal- miał gorzkie poczucie, że Armando zostawił go samego z wszystkimi problemami. Jedynym pocieszeniem była myśl, że być może po powrocie dyrektor będzie miał dość sił, by wreszcie rozwiązać problem petryfikacji. Ataki na mugolskich uczniów nie dawały Albusowi spokoju. Na tyle, że poprosił pozostałych w zamku uczniów, by nigdy nie włóczyli się sami na korytarzach.
- Alaryku, mój drogi, co cię trapi? – nagle obok Albusa zmaterializował się profesor Binns, z szczerze zatroskanym wyrazem twarzy.
- Martwią mnie te petryfikacje. – odpowiedział Albus, ignorując fakt, że Binns przekręcił jego imię.
- Tak, duchy plotkują, że to sam Salazar wrócił zza grobu, by prześladować niegodnych nauki magii. A właśnie, wiesz że niedawno minął rok od mojej śmierci? Czy uważasz że powinienem był zorganizować jakieś przyjęcie z tego powodu? – trajkotał wesoło Binns, nie zauważywszy, że Albus zatrzymał się w połowie schodów, jego twarz trupioblada.
- Przepraszam Cuthbercie. Muszę coś sprawdzić. – Albus pognał w stronę swojego gabinetu. Słowa Binnsa otworzyły pewną szufladkę w jego umyśle. Musiał tylko się upewnić.
Z powrotem w swoim gabinecie znów przetrząsnął wszystkie książki, ale nie mógł znaleźć tego, czego szukał. Gorączkowo przerzucał kartki ,,Historii Hogwartu" gdy czyjaś głowa pojawiła się w jego kominku.
- Perenelle! – Albus wysilił się na uśmiech na widok nieumierającej czarownicy. – Jak Nicolas? Jak wasze święta? Odkryliście coś ciekawego?
- Z Nicolasem jak najlepiej, obecnie jego gabinet przypomina twój. Święta nieco puste bez ciebie. Ale czego ty szukasz w ten wigilijny wieczór, zamiast jeść kolację z jakąś piękną kobietą? – odpowiedziała Perenelle. Albus posłał jej ostre spojrzenie. O czym ta wiedźma mówiła?
- Szukam… pisałem ci o tych petryfikacjach. Pamiętasz może co zrobił Salazar Slytherin gdy pokłócił się z Gryffindorem? To musi być w historii Hogwartu, ale nie mogę znaleźć…
- Stworzył Komnatę Tajemnic. Powinno o tym być w dziale o twórcach Hogwartu.
- Tak! Komnata Tajemnic! – Albus z podnieceniem przekartkowywał książkę.
- Ale dlaczego...
- Mam! Słuchaj! ,,W Komnacie Tajemnic rezydować ma stwór zdolny oczyścić szkołę z wszystkich szlam, charłaków i mieszańców. Otworzyć Komnatę może zaś jedynie prawowity dziedzic Slytherina."
- Albusie, to stara legenda…
- Nie, wszystko się zgadza. Przecież petryfikacji ulegają jedynie uczniowie mugolskiego pochodzenia! Teraz trzeba tylko znaleźć komnatę i unieszkodliwić to stworzenie! – Albus gorączkowo szukał pióra. Chciał natychmiast napisać do dyrektora.
- Albusie, nie działaj pochopnie! Przemyśl to! Budujesz pewien obraz na mało solidnych podstawach, zaledwie legendach. Wiem, że bardzo zależy ci na wyjaśnieniu tej sprawy, ale zastanów się, może lepiej zaczekać z tymi rewelacjami. Może lepiej najpierw zgromadź jak najwięcej informacji o tym, co za potwór może znajdować się w komnacie. – głos Perenelle był niemal błagalny. Albus postanowił zastosować się do jej rady.
- Masz rację, jutro z rana wybiorę się do biblioteki i porozmawiam z Binnsem.
Perenelle pokręciła głową.
- W takim razie nie będę ci przeszkadzać. Wesołych świąt, Albusie. – powiedziała i zniknęła. Ale nauczyciel transmutacji nawet tego nie zauważył.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa siedziała razem z babcią w bibliotece w rezydencji McGonagallów. Właśnie skończyły uroczystą kolację, teraz w ciszy wpatrywały się w płomienie wesoło błyskające w kominku.
- Tak się cieszę że przyjechałaś. Zeszłoroczne święta były okropne. – odezwała się Theresa McGonagall.
- Tyle się zmieniło przez ten rok… - odpowiedziała Minerwa, nie przestając wpatrywać się w ogień.
- Coś cie trapi, drogie dziecko?
Minerwa odwróciła się do babki i spojrzała jej twardo w oczy. Po chwili odpowiedziała:
- Dlaczego nie napisałaś mi o tym, że profesor Dumbledore konsultował się z tobą odnośnie możliwości petryfikacji u smoków?
Lady McGonagall z dezaprobatą zacisnęła usta.
- Bo smoki nie są w stanie przeprowadzić petryfikacji, zatem uznałam sprawę za zamkniętą. Myślałam, że on również.
- Ależ babciu, jakie masz dowody że rzeczywiście tego nie potrafią? A jeśli smok jest odpowiedzialny za te ataki? Jeśli robi to ze względu na moją obecność w zamku? – Minerwa jedynym tchem wyrzuciła z siebie dręczące ją wątpliwości.
- Wiedziałabyś o tym. Gdyby jakikolwiek smok znajdował się na terenie Hogwartu, byłabyś pierwszą osobą, która wyczułaby jego obecność. I żaden smok nie zaatakowałby nikogo bez twojego wyraźnego rozkazu.
Minerwa czuła na sobie palące spojrzenie babki. Jej słowa brzmiały logicznie. Ale serce Minerwy cały czas karmiło ją wątpliwościami: obrazy dzieci mugoli ranionych przez jej magię, śmierci profesora Binnsa i atakujących smoków po śmierci Constance przemykały przez jej głowę w szaleńczym tempie. Minerwa zadrżała. Traciła kontrolę. Nie potrafiła ujarzmić swojej magii. Co jeśli… jeśli nieświadomie to ona petryfikowała tych uczniów? Jeśli rzeczywiście była tak potężna, to czy nie byłaby zdolna zamienić człowieka w kamień?
- Minerwa! To nie jest twoja wina! Przestań się obwiniać o coś, czego nie mogłaś uczynić! – babcia momentalnie była przy niej, delikatnie trzymając jej drżące ramiona. Minerwie przemknęło przez głowę, że babka przeczytała jej myśli.
Kontrola. Skup się na oddechu. Na czymś znajomym.
Minerwa stawiała kolejne mury wokół swojego umysłu, zostawiając za nimi szalejącą burzę emocji. Skupiła się na miękkiej materii babcinej sukni, delikatnym zapachu jej perfum, kojącym brzmieniu jej głosu. Minerwa pozwoliła odpłynąć nadmiernej energii kumulującej się w jej ciele. Usłyszała westchnienie babki gdy ta odebrała przepływ mocy. Minerwa wtuliła głowę w szyję starszej damy, pozwoliła się zanieść do swojego pokoju i ułożyć na łóżku.
Ostatnim wysiłkiem chwyciła rękę lady McGonagall.
- Ona mi się śni. Zostań ze mną. – wyszeptała Minerwa błagalnie.
Starsza kobieta kiwnęła głową ze zrozumieniem i położyła się obok Minerwy. Zasnęły, wtulone w siebie, dręczone tymi samymi koszmarami.
