Jeśli wykluczy się niemożliwe, to, co pozostanie, choćby całkiem nieprawdopodobne, musi być prawdą. Straż! Straż!
Mieliście kiedyś wrażenie tuż po przebudzeniu, że chociaż już się zbudziliście, to wasza świadomość nadal pozostaje w krainie snów?
To właśnie takie chwile, kiedy zwykły kwiatek w wazonie wydaje się być groźnym potworem, a wyjątkowo ohydna lampka nocna, równie ohydnym statkiem kosmicznym. Dzieje się tak, gdyż wasz wzrok rejestruje rzeczy wokół jako fragmenty niedawnego snu. Naturalnie zwykle trwa to zaledwie sekundę, a wy uświadamiacie sobie z ulgą, że leżycie we własnym, ciepłym łóżku, a paprotka stojąca na oknie bynajmniej nie zamierza was skrzywdzić. Nie to, żeby nie chciała, po prostu nie może. Zresztą kto wie, co paprotkom chodzi po, hmm... liściach.
Ze snu zbudził go dźwięk budzika.
House otworzył szerzej oczy i zamrugał. Przez krótką chwilę zdawało mu się, że spada, ale to wrażenie minęło, jak tylko poczuł pod palcami wyraźną szorstkość pościeli, w której leżał. Tymczasem budzik dzwonił nadal. Wyłączył go i spojrzał na zegar. Siódma rano. Trochę wcześnie jak na niego.
Ziewnął, czuł sięokropnie zmęczony i obolały, na dodatek przez nie do końca rozbudzoną głowę przelewały mu się jeszcze fragmenty dziwnego snu. Śniło mu się, że jego laskę chciał mu wyrwać pies, a potem uderzył w niego samochód i… No właśnie, i co? Dźwięki i obrazy szybko rozwiewały się niczym mgła. Wydawało mu się, że rozmawia z Bogiem i razem spacerują po parku nieopodal szpitala.
„Przecież to idiotyczne" – pomyślał. – „Takie rzeczy zwyczajnie się nie zdarzają. Bóg nie wyciąga na pogawędkę pierwszego lepszego gościa z ulicy."
Religia bynajmniej nie miała z tym nic wspólnego. House wiedział, że Bóg istnieje. Ale zwyczajnie w niego nie wierzył.
Potarł powieki i wstał z łóżka, po czym ruszył chwiejnym krokiem do łazienki. Na szczęście noga nie zdążyła się jeszcze upomnieć o swoje i ból został zredukowany do co najwyżej delikatnych skurczów.
Tymczasem House miał bliżej nieokreślone uczucie, iż coś jest nie w porządku. Niestety jego niewyspany umysł nie potrafił stwierdzić, co.
Podszedł do umywalki z zamiarem obmycia twarzy zimną wodą, co powinno mu dobrze zrobić. Mimochodem zerknął na swoje odbicie w wiszącym nad umywalką lustrze. Ludzki umysł, nawet ten jeszcze obciążony snem, zwykle broni się jak może przed rzeczami, które zarejestrował wzrok, a których w ogóle nie powinno być. Szczególnie jeśli nie spodziewał się czegoś takiego ujrzeć.
Więc House, jakby nigdy nic obmył twarz przyjemnie chłodną wodą, wytarł ją ręcznikiem i dopiero potem ponownie spojrzał w lustro. Lecz tym razem, niestety, zwykle błyskotliwy umysł diagnosty nie był w stanie nijak zablokować tego, co jego oczy w lustrze ujrzały.
Zamrugał, przetarł oczy, a potem znowu zamrugał. Resztki snu zniknęły niczym zabrane przez tornado, którego zalążek właśnie narodził mu się w głowie. I rósł bardzo szybko. Dopiero teraz odważył się skierować swój wzrok na siebie. Nastąpiła chwila głuchej ciszy, kiedy to zdawało się, że nawet wszelkie odgłosy z ulicy ucichły. Jakby cały świat zamarł w oczekiwaniu na eksplozję.
I nagle, zupełnie znikąd, mieszkaniem (221b) wstrząsnął krzyk.
James Wilson nie należał do ludzi głęboko wierzących. W cokolwiek, poza medycyną. Sprawy takie jak fatum czy zły los zawsze starał się traktować z godną człowieka renesansu ignorancją.
Jako szanowany lekarz, którym niewątpliwie był, nie przystawała mu wiara w czarne koty przebiegające drogę czy też w szalonych krewnych przepowiadających nieszczęścia.
Niestety Wilson takowego krewnego posiadał. Kochany wujek Carl. Zawsze niestrudzony w przestrzeganiu członków rodziny o czekających ich wkrótce problemach. Co, jak podejrzewał Wilson, nie wiązało się z żadnymi zdolnościami profetycznymi. Po prostu wujaszek uwielbiał wścibiać swój wielki, zakrzywiony nos w sprawy innych.
Niemal całe życie handlował używanymi samochodami. A potem mu odbiło. Zapuścił sobie pejsy i zaczął ubierać się na czarno, jak na statecznego, budzącego powszechny autorytet Żyda i głowę rodziny przystało. Z jednym wyjątkiem - nigdy wśród nikogo takowego autorytetu nie wzbudzał.
Zaczął za to objawiać dar jasnowidzenia. Z którego pomocą zatruwał życie swoim bliskim.
Nie przeszkodziła mu w tym nawet własna śmierć przed dziesięciu laty.
Ostatecznie po tym fakcie stary wujaszek najbardziej upodobał sobie swojego najmłodszego siostrzeńca, Jamesa.
Dlatego onkologa niezbyt zdziwiło, że jakieś parę dni temu zbudził się on z dość realistycznego snu, w którym - znów jako dziesięcioletni chłopiec - skakał z braćmi do jeziora, nad które zwykli jeździć z rodzicami na wakacje. Nad wodą rosła wtedy stara wierzba płacząca, której odstająca gałąź idealnie służyła dzieciakom za trampolinę.
Wilsonowi śniło się, że właśnie odbija się od konaru i kiedy miał już wpaść do wody, usłyszał znajomy głos.
- Jamie.
James odwrócił głowę i ujrzał obok siebie siedzącego jakby nigdy nic w powietrzu wujka Carla, z tą samą burzą siwych, kręconych włosów, gęstą brodą oraz haczykowatym nosem.
Mały James, który nagle na powrót stał się dorosłym Jamesem, [dochodzi//doszedł] do wniosku, iż to raczej dziwne, wisieć sobie w powietrzu, ot tak, bez żadnego powodu, szczególnie jeśli robi to jego zmarły dawno temu wujek.
- Wujku, co ty tu robisz? – spytał Wilson.
Wujek spojrzał na niego z powagą.
- Jamie – powiedział – ty mnie słuchaj uważnie, bo ja ci tego drugi raz powtarzać nie będę.
Wilson pokiwał głową, zastanawiając się, co takiego ważnego do powiedzenia może mieć nieżyjący już wujek.
- Jamie, ja ci mówię, ty uważaj na to, co mówisz, bo jeszcze przez tą twoją niewyparzoną gębę spotkają cię kłopoty.
Wilson wybałuszył na niego oczy. Wiedział, że można by go posądzić o wszystko, ale z pewnością nie o gadatliwość.
- Wujku, przepraszam bardzo, ale o co wujkowi chodzi…
Nie dokończył, gdyż stary wujek jak zwykle zareagował z szybkością światła i strzelił swego siostrzeńca w tył głowy, aż huknęło.
- Auaaa! Wujku! – zawołał oburzony Wilson.
- Nie przerywaj mi, szczeniaku! Gdzie twój szacunek do starszych?
- Wybacz wujku – wymamrotał Wilson.
Kochany wujek Carl… zawsze potrafił zadbać o swoją pozycję w rodzinie. I nic to, że zwykle odbywało się to kosztem jego wnucząt, a w szczególności małego Jamiego.
Uciszywszy siostrzeńca, mówił dalej:
- Jamie, ciebie ciężkie czasy czekają.
Wilson słuchał, nadal nic z tego nie rozumiejąc. Czekał, aż wreszcie się zbudzi i ten zwariowany sen dobiegnie końca.
- Słowa mają wielką moc, Jamie – powiedział z nieodgadnionym wyrazem twarzy wujek – bardzo wielką. Ale cokolwiek byś nie powiedział, pamiętaj, co wyszło z twoich ust, za to będziesz potem odpowiadać.
Wilson się zdziwił. To zdecydowanie nie brzmiało jak te wszystkie „przepowiednie", które stary Carl miał zwyczaj zawsze prezentować. Jego słowa zdawały się być skierowane do świadomości Wilsona, prosto do wilsonowego umysłu. Ten sen był zdecydowanie zbyt realny.
Tymczasem wujek Carl spojrzał na wielki kieszonkowy zegarek, który nagle znalazł się w jego dłoni i oświadczył:
- No, na mnie już czas. Och, i Jamie… - dodał, spoglądając na siostrzeńca.
- Tak wujku?
Carl „podpłynął" do niego nadal w powietrzu i wyszeptał:
- Uważaj na wodę, jest zimna.
- Co? – spytał lekko zaskoczony Wilson i w tym samym momencie wujek zniknął, a on, z powrotem oddany pod władzę sił ciążenia, zaczął spadać prosto w otchłań jeziora.
Na szczęście szok wywołany gwałtownym przejściem ze stanu swobodnego zawieszenia, do stanu równie swobodnego spadania spowodował, iż mózg Jamesa wysłał wiadomość jego ciału, że oto już pora wrócić do rzeczywistości i James się obudził.
Przez chwilę potrzebną aby umysł mógł powrócić do stanu właściwego osobom przebudzonym, szamotał się w łóżku, młócąc pościel ramionami, aż realny świat nie przedarł się przez cienkie zasłonki do jego świadomości i James otworzył oczy.
Od tego zdarzenia minęło kilka dni i mimo, iż początkowo zastanawiał się nad znaczeniem tego dziwnego snu, w tym i dziwnej wizyty złożonej przez krewnego, to jednak zapomniał o tym w momencie, w którym wkroczył do swojego biura w Princton Plaisborough Teaching Hospital, zastając tam wyglądający niezbyt zachęcająco stos dokumentów.
Parę dni później jak zwykle wstał punktualnie o siódmej rano i napędzany swym zwyczajnym rytmem oraz nieodłącznymi trzema kubkami porannej kawy, przygotowywał się do pracy.
Wróciwszy z łazienki, poszedł z powrotem do kuchni, wziął ze stołu niedopitą kawę i ruszył do salonu po swoje rzeczy, kiedy to nagle dobiegł go dźwięk znajomej melodii. Pierwsze tony „Missing" wygrywane przez jego komórkę oznajmiły nadejście nowej wiadomości tekstowej.
Wilson okręcił się parę razy w miejscu z kubkiem w jednej ręce, chcąc zlokalizować swój telefon, aż jego wzrok natrafił na wiszącą schludnie na oparciu kanapy marynarkę. W jednej z kieszeni dało się dojrzeć wypukłość, która drgała lekko. Płaczliwa melodia po chwili ucichła.
Wilson wyciągnął komórkę i, zobaczywszy od kogo pochodzi wiadomość, jęknął głośno. Nie był bynajmniej zdziwiony. House zdążył go już przyzwyczaić do dość dziwacznych pór, w których to próbował się z nim skontaktować. Problem w tym, że zwykle były to momenty zupełnie nie odpowiadające gustom onkologa.
Ni stąd ni zowąd przypomniała mu się ich wczorajsza rozmowa i jęknął ponownie. Czego ten wariat może znowu od niego chcieć?
Spojrzał na dość lakoniczną wiadomość. Zawierała się w trzech słowach: „Moje mieszkanie. TERAZ!"
Wilson potarł skroń dłonią, nadal wpatrując się w ekran telefonu. I co on miał niby teraz zrobić? Zadzwonić do Cuddy i powiedzieć jej, że najprawdopodobniej spóźni się do pracy, bo House „żąda", aby go odwiedzić? Z drugiej strony przyjacielowi mogło coś się stać. Wilson zdecydowanie odsunął tę możliwość. Gdyby działo się coś złego, House na pewno najpierw powiadomiłby szpital. Naturalnie sam fakt, że napisał wiadomość, był uspokajający.
Onkolog zastanawiał się, czy zwyczajnie nie zignorować diagnosty i jechać prosto do pracy. Miast tego wyszukał w telefonie numer komórki House'a i spróbował się z nim połączyć. Ku jego zdziwieniu nikt nie odebrał. Po chwili ponowił próbę. Również nic.
Wilsona bardziej niż zdenerwować zdziwiło tajemnicze zachowanie przyjaciela. „Co się tutaj, do cholery, dzieje?" Ścisnął komórkę w dłoni. „Ach, do diabła z tym!", powiedział sobie i zaraz potem schował ją do kieszeni spodni, po czym włożył marynarkę, sięgnął po kluczyki od auta i wyszedł.
Po chwili James Wilson wsiadł do swego samochodu i zapaliwszy silnik, skierował się do mieszkania Gregory'ego House'a.
Po niespełna dwudziestu minutach był już na miejscu. Średni wynik, zważywszy na szybkość, z jaką pruł przez miasto.
Zatrzymał się tylko raz, aby zadzwonić do Cuddy, by poinformować ją, że najprawdopodobniej się spóźni. „Tak, to bardzo ważne. Sprawa wręcz niecierpiąca zwłoki." Wprawdzie Cuddy nic nie powiedziała, ale on i tak domyślał się, iż doskonale wie, o jaką „niecierpiącą zwłoki" sprawę może mu chodzić.
Stojąc pod numerem 221b zastanawiał się przez chwilę, czy nie byłoby uprzejmiej, gdyby najpierw zapukał, jednak szybko doszedł do wniosku, że przecież składa wizytę House'owi. Zresztą i tak miał przy sobie zapasowe klucze do jego mieszkania. House sam mu je dał.
Chociaż tym razem nie musiał ich używać. Po naciśnięciu klamki, drzwi ustąpiły. Wilson wsunął się do środka, zamykając je za sobą.
- House, to ja! – zawołał i przeszedł do salonu.
To, co tam ujrzał, wprawiło go w lekką konsternację.
Na kanapie, ubrana w męską koszulę, siedziała kobieta. Jamesa to nie zaskoczyło. Znał przyjaciela nie od wczoraj i, jak wszyscy zresztą, wiedział o jego zamiłowaniu do tak zwanej „płatnej miłości".
Przez głowę przemknęła mu myśl, że może House przesadził nieco z „akrobacjami". Jego noga była wyjątkowo wrażliwa i często odzywała się w najbardziej niedogodnych momentach. Wtedy jednak dostrzegł spojrzenie kobiety, pełne zniecierpliwienia oraz irytacji. I dziwnie znajome. Odezwała się:
- No, nareszcie! – powiedziała jeszcze bardziej zirytowana. – Gdzieś ty był?! W życiu nie myślałem, że dotarcie tutaj może ci tyle zająć. Przytachałeś się tutaj na hulajnodze czy co?
Wilson byłby przysiągł, że doskonale zna osobę wypowiadającą te słowa, jednak to, co przed sobą widział, raczej nie pasowało do obrazu. Nagle nie zdolny wydusić z siebie słowa, gapił się na siedzącą na kanapie postać.
Kobieta uniosła brwi w równie znajomy, co charakterystyczny sposób.
- Co się tak na mnie gapisz? – spytała i spojrzała na siebie – gdzieś się ubrudziłem? – Znowu podniosła wzrok na oniemiałego Wilsona. – Słuchaj, Jimmy, wiem, że wyglądam nieco dziwnie, ale na pewno uda się to jakoś wytłumaczyć.
Zastanawiała się przez chwilę.
- Chociaż z drugiej strony to co tu wyjaśniać. Twój najbardziej perwersyjny sen wreszcie się spełnił, Jimmy – oświadczyła, szczerząc do Wilsona zęby.
James nie był idiotą, potrafił rozpoznać ludzi, szczególni tych, których znał od lat. Jednak z tym jakoś nie mógł przejść do porządku. Czułjak mózg, próbując zrozumieć to, co właśnie ma miejsce, odkształca się pod naporem wszechogarniającego absurdu. Niestety, z braku innych opcji, zdrowy rozsądek musiał ostatecznie skapitulować.
Wilson zamrugał, potrząsając przy tym głową i przełknął ślinę. W gardle czułsuchość.
„Boże, ja chyba nadal śnię. Przecież to zupełnie niemożliwe."
Nadal lekko sparaliżowany, zrobił krok w stronę siedzącej na kanapie osoby i przez cały czas nie spuszczając z niej oczu, wychrypiał:
- House?
