Jest, jak na nas, słodko i puchato. Znaczy, potem, jak już się powiesi, kogo trzeba. Mimo moich najszczerszych chęci nie umiem najwyraźniej pisać w jednym tonie i jednej konwencji (co zwalę na styl Sapkowskiego, znowu; ale to po prostu moja nieumiejętność, brak i wada). Albo może po prostu nie mam pod ręką Conana Barbarzyńcy, to się i w odpowiedni styl wstrzelić nie umiem...
Tak. Znowu zadowolona nie jestem, obecnie jestem niezadowolona ze wszystkiego (tak, wiem, to u mnie cykliczne, tak, zwykle na wiosnę, ale nadal tak samo szczere i tak samo się czuje) i gdyby nie minimum odwagi cywilnej/przyzwoitości, to bym pewnie wszystko to, co napisałam, do Wiedźmina i reszty, do pieca ciepnęła. Bo nawet, jak są ładne fragmenty, to z nich nic nie wynika, skoro potem się psuje. I tak dalej. Ale że mam trochę przyzwoitości, a to już ciągnę długo, i ktoś mi niemal pół roku temu pisał, że właściwie chętnie by coś dalej widział, że gdzieś kiedyś trzeba popchnąć fabułę, ze względu na to, że nie myli się, kto nikt nie robi... No, sami wiecie. Poprawiłam, na ile obecnie potrafię (a poza tym mam wrażenie, że przekombinuję i czas już temu nie służy).
Janka, prowadzona do szubienicznego ołtarza, nagle się ocknęła. I postanowiła jeszcze pogorszyć sytuację.
— To wszystko twoja wina, kurwo! — Splunęła Ves w twarz.
Karn, podporucznik oddziału, natychmiast podskoczył, uderzył pięścią w usta. Zmasakrowałby dziewczynę i taki porządny sznur poszedłby na marne, gdyby go dowódca nie powstrzymała: kara powinna mieć chociaż pozory legalności, jeśli nie chcieli bardzo szybko pogorszyć sytuacji. Tak czy siak, skwitowała w duchu Ves chwilę później, gdy trup tamtej już się kołysał, już zgromadzonym mieszkańcom gniew przechodził w smętek, tak czy siak chryja jest. Będziemy pewnie musieli zmienić bazę wypadową. Może nawet zamienić się z Roche'em na rejony wypadnie, pożyjemy, zobaczymy.
Tyle mu przyszło z tego chwalenia, myślała z goryczą Ves, z tego przebąkiwania o awansie, o tym, jak sobie niby dziewczyna świetnie z ludnością radzi, a że chłopów z oddziału też nieźle w ryzach trzyma, jak to przesłuchiwać umie – tyle właśnie. A już tak dobrze przecież szło...
'
'
Ves się autentycznie ucieszyła, że wrócili do dawnego. Do ścigania bandytów. Dosyć już miała dworskich intryg, wieszania ludzi za wyimaginowane przewiny wobec królów. Roche'owi zdawało się to aż tak nie przeszkadzać, trochę, jakby sobie dzieciństwo na wielkich panach odbijał, ale kobieta wolała mieć pewność, że ci, co im kark skręca i na spytki bierze, to prawdziwe szuje, mordercy, gwałciciele, rzeźnicy – no, w skrócie: Wiewiórki. Jakaś osobista satysfakcja może też w tym była, ale o tym dziewczyna nie myślała.
Chociaż nie wszystko, oczywiście, było jak dawniej. Otton się uparł, żeby traktować Wiewiórki, jak normalne najemnicze armie, czyli nie wieszać, a pytać o okupy. Kapitan uznał, że to oznacza jedynie, że należy możliwie mało brać żywcem, najlepiej nikogo, ale dziedzic był w sprawie nieugięty – jakieś okupy być musiały, by koszta wojny wyrównać. Co z kolei oznaczało, że Ves z Roche'em musieli wysłuchiwać tryumfalnego chędożenia tych łapanych i odsyłanych do Griesna pod strażą – takie marnotrawstwo ludzi! – skurwieli.
— Resztki Niebieskich Pasów! Iorweth się ucieszy, jak mu w ręce wpadniecie. Będzie miał zabawę z wami, tyle, tyle zabawy... — śliczna elfka, rudowłosa, ze sporym biustem, toczonymi biodrami, wybuchnęła gardłowym śmiechem. — Zabijajcie mnie, lepsze życia miałam, niż ci, którzy wieki marnieć po waszych miastach będą.
I tak w kółko. Pogróżki niepokoiły co młodszych żołnierzy, ale po Ves i po Roche'u spływały. Okrucieństwo komand było przecież takie samo. Teraz co najwyżej bardziej luksusowe.
'
'
— Wymigać się złotem chcecie? — syczał Iorweth, naciskając ciężkim butem na gardło rycerza.
Wywlekli go byli nocą z łóżka, straże po cichu zdjąwszy. Powlekli go byli przez podwórzec. Włości były małe, do wioski dociągnęli w kilka minut, rzucili na klepisko, przed oczy spędzonych ludzi.
Rycerz, Fertin Kallis miał dwadzieścia cztery lata, był młodszym synem, bez dobrej ziemi i dobrego ożenku. Dwadzieścia cztery lata to akurat dość, by się wiedziało, że się umierać za idee wcale nie chce, a nie nauczyło jeszcze elegancko tłumić w sobie żalu za życiem. Wobec czego paniątko ledwie wstrzymywało łkanie, tak samo jak przerażeni chłopi.
— Za siebie — deklamował watażka — to jesteście płacić gotowi? Ale za gmin już nie? Nie za ocalenie wiosek? A gdzie się podziały obowiązki wobec poddanych? Gdzie miłość pana do ludu? Gdzie ochrona i poświęcenie, które przysięgacie? Mnie złoto furda. Rzygam złotem Dh'oinne. Nie dość go macie, by odbudować nasze miasta. Ale taki egoizm, taka podła małość, taki brak szlachetności u szlachty ukarany być musi. W imię ludu — dodał. — Jestem pewien, że lud się zgadza.
Lud, zerknąwszy na pochodnie w rękach elfów, się zgodził. Odwracając głowy, by nie patrzeć Fertinowi w oczy. Iorweth nawet im patrzeć nie kazał, kazał za to rozpalić w kuźni, kazał wrzucić do pieca pierścionków, monet, ram obrazów, co tam z domu rycerza wynieśli. Mężczyzna zaczął się wyrywać rozpaczliwie, coś pojmując, coś, co do gminu jeszcze nie dotarło.
Iorweth kazał im patrzeć dopiero później, jak już lali panu rycerzowi płynne złoto do gardła, niespecjalnie dbając o dokładne celowanie, stapiając wargi, brodę, zalewając nozdrza. Zresztą, z przepalonymi strunami głosowymi i tak by nie krzyczał, przy tej ilości metalu w żołądku i tak by się zadusił, od ognia w trzewiach i tak by umarł... Ot, jednak chwila, a przestał wyć, druga, a ustały nawet konwulsje ciała.
Watażka się uśmiechnął. Szczodrobliwie.
— Co sobie z jego jelit wygrzebiecie, to wasze. Za lata ucisku należne.
'
'
Ves z Roche'em podzielili siły – dolina się ciągnęła, wrogie oddziały hasały po niej z prędkością teleportacji, jedna grupa nie zdziałałaby wiele. A poza nią i kapitanem niewielu, niestety, w nowym oddziale było takich, co by się znali na ściganiu Wiewiórek. W Redanii dostał za zadanie stworzenia raczej ogólnych wojsk specjalnych, elfy były mniejszym problemem od czasu najazdu Nilfgaardu.
Nadal jednak ten ich oddział to byli nieźli żołnierze, godni zaufania, sprawni, karni. Ves im ufała., mieli teraz sukcesy. Połączyli siły z tymi, którzy pozostali z oddziałów lokalnych, wzmocnili garnizon w Hynne, rozbili parę pomniejszych band, bardziej zwiadów niż komand – ale zadaniem Ves nie było też, tym razem, mordowanie Wiewiórek, podstawowym zadaniem była ochrona ludności. Margrabiemu zależało na zmniejszeniu strat wojennych do minimum. I to się akurat kobiecie udało świetnie – wioski odetchnęły, łuna przestała co wieczór barwić niebo, mieszkańcy jakby uwierzyli, że dożyją końca wojny. Zaufali. Do garnizonu jedzenie, materiały, oferty darmowego służenia sprzątaniem oraz pochędóżką płynęły wartką nie strugą już, a rzeką.
Gorzej było z informacjami. No ale wiadomo, tych ludność, po pierwsze, wiele na zbyciu nie miała, po drugie, lęk kneblował usta. Z rodzinami donosicieli komanda nadal rozprawiały się sprawnie i okrutnie.
Garnizon w Hynne prowadził kapitan Javen Koska, dzieciak trochę jeszcze, pełen wszakże zapału. I rzutki. Wąs ledwo się mu sypnął pod zadartym nosem, cienki, jasnoblond, puch nieledwie, szare oczy patrzyły jednak trzeźwo, czujnie, gdy trzeba, błyskały stalą. Awansowano go może dwa tygodnie przed przybyciem oddzialiku Ves, poprzedni dowódca zginął w ataku Wiewiór... najemników grafa.
Nowy dowódca musiał sobie wyrobić szacunek. Szybko. Bardzo szybko. A to trudno, gdy się nawet żony nie ma, tylko starszą siostrę z dzieciakami. Przybycie posiłku początkowo niewiele pomogło, bo dowódcę-kobietę mieszkańcy nieco lekceważyli, o każdą sprawę latali się pytać jej podkomendnych, każdy rozkaz upewniali. Podwładnych wpędzało to na przemian w zakłopotanie i złość – że też kmioty ich Veski nie doceniają! – po samej porucznik spływało. Nie pierwszy raz, nie ostatni. Ludziom trzeba udowadniać czynami, nie skórę o ostrożność garbować.
Problem z nieufnością czy sceptycyzmem wobec samego dowódcy garnizonu był problemem potencjalnie poważniejszym. Ostatecznie po kilku-kilkunastu tygodniach temerskie oddziały specjalne to miejsce opuszczą. Nie chcieli podważać autorytetu władzy, zostawiać za sobą burdelu.
Dlatego Ves publicznie okazywała młodemu kapitan cały regulaminowy szacunek i od swoich żołnierzy wymagała tego samego. Pytała go o zdanie nawet w sprawach dość oczywistych – szczególnie w sprawach oczywistych, by móc go usłuchać, nie poprawiać. Poprawianie rezerwowała na prywatne narady. Javen był zresztą pilnym uczniem. Zależało mu. Cała jego rodzina mieszkała w okolicy.
'
'
Rozbicie pierwszej grupy, choć małej, fetowali, jakby wygrali wojnę. Ludność, tak na wyczucie Ves, zdecydowanie potrzebowała pokrzepienia serc. Było więc nabożeństwo dziękczynne, a po nim, tradycyjnym tokiem, popijawa i tańce.
Dziewczyna z Koską zaczęła. Oboje w mundurach. Dobry symbol. Odtańcowała, co trzeba, z prawdziwą przyjemnością nawet, bo kapitan odebrał porządne wychowanie: nie mylił kroków, czuł melodię, prowadził pewnie, utrzymywał należny, bezpieczny dystans.
Przy następnej piosence, skoczniejszej, kobieta zaczęła się odsuwać. Chłopak – nie umiała o nim inaczej myśleć, choć dzieliło ich chyba ledwie parę lat, co to dla wojaków – zacisnął lekko dłonie, przytrzymał.
— Dopiero się zaczyna.
W jego jęku było tyle prośby, tyle nadziei wymieszanej z lękiem, że Ves się nawet nie przestraszyła, chociaż te same słowa byłyby w... kiedyś tam zapowiedzią najgorszego. Poza tym, Javen był sojusznikiem. Na słabszej pozycji, choć niby wyższym szarżą. Młodszym. Uczniakiem, właściwie. Upierającym się, żeby do niej „pani" mówić.
— A ktoś przypadkiem nie czeka na taniec z panem, panie tryumfatorze?
Zaprzeczenie było ciche, miękkie, ale pewne. Kobieta w sekundę domyśliła się, że stoi za nim jakaś cała historia, jakiś prowincjonalny dramat. Nie zamierzała jednak indagować, nie jej rzecz. Jej rzecz walczyć, chronić, a dzisiaj się dobrze bawić.
Uśmiechnęła się, błysnęła zębami, zarzuciła głową. Tańczyli razem do rana, robiąc przerwy tylko dlatego, że wypadało, by dowódca choć raz okręcił każdą pannę; a i do pani porucznik ustawiała się kolejka, chłopaki z oddziału, miejscowi kawalerowie, miejscowi wdowcy, a nawet i co odważniejsi miejscowi małżonkowie.
Wesoło było tańczyć. Nawet jeśli nikt nie czekał.
'
'
— Jutro pobudka regulaminowo — przestrzegła Javena Ves, gdy chłopak odprowadził ją pod samiutkie drzwi kwatery i nie wyglądał, jakby zamierzał zasalutować, stuknąć obcasami i odejść.
Spłoszył się.
— Pani chce wypocząć...
Parsknęła śmiechem.
— Więcej nocy ode mnie nie przespała chyba tylko pańska siostra, przy tylu dzieciach... Mnie to nic. Pytanie, jak pan zniesie.
Teraz uderzyła w jego męską dumę i nie minął kwadrans, a byli już u niego, bo on jeden miał własny pokój, już rozpinali sobie pasy, ściągali spodnie, szybko, ale ostrożnie – nie dysponowali w końcu wielkimi zapasami mundurów – Ves dopychała dzieciaka do ściany, bo nie, jej nikt dopychać, przyduszać nie będzie, kontrowała jego ruchy bioder własnymi i przydeptywała mu stopy, jeśli się zapędził.
Chłopina nie śmiał narzekać, zbyt zachwycony i porażony własną śmiałością – bo Ves to w końcu nie byle panna ze wsi, nie, sława oddziałów specjalnych otaczała ją nimbem, czyniła towarzyszem, takim, mimo niższej szarży, bardziej doświadczonym, szanowanym – zbyt zdjęty ulgą, że nie dostał po mordzie, zbyt wreszcie zajęty przyjemnością.
Ale tam, szlag, kobieta też sobie nie zamierzała odmawiać. Jakoś napięcie trzeba na wojnie zrzucić, dzieciak nie należał do oddziału, właściwie równy był, on dowódca, ona dowódca, nie będzie problemów z komendą, niesnasek. A zasłużyli przecież na ten moment przyjemności, obolałe po walce ciała i krew Wiewiórów dowodem.
Javen, kończąc, klął głosem pełnym nabożnej, ckliwej radości, klął, jakby wzywał świętego imienia, ze zdumieniem i podziwem. Dziewczyna, jak zawsze, w milczeniu przechodziła nad swoją przyjemnością do porządku dziennego.
'
'
I tak to jakoś zostało. Rozbijali pojedyncze nieludzkie grupki, świętowali, tańczyli, okazyjnie sypiali razem. Naprawdę okazyjnie. Częściej gadali. Bo rychło okazało się, że Javen z tych chłopów, co to najbardziej potrzebują sobie pogadać, a że wreszcie znaleźli kobietę – kobietę! – która ich trochę, a nawet całkiem, rozumie, która zna trudy wojaczki, to już w ogóle wstrzymać języka nie mogą. Jak do matki na spowiedź do dziewczyny przychodził.
Z zestawem problemów dosyć typowych. Takie tam, młodzieńcze rozpacze, wahania i dylemata. Że zwykle nie stacjonuje w rodzinnej okolicy, że gdyby nie potrzeba kontry przeciw Wiewiórom, kontry prowadzonej przez ludzi znających teren, to pewnie by jeszcze z dwie dekady do domu na dłużej niż parę tygodni nie wrócił. Że matka chora, sama, dobrze, nie na roli, dobrze, pieniądze jej przysyła, ale ona by go widywać częściej chciała, nie przetłumaczysz, że służba, a wiadomo, matka umie kołki ciosać na głowie. Że ojciec mu zmarł nagle i sobie wówczas kapitan uświadomił, że go wcale nie znał, że tamten był tylko obecnością i pracą, i może w tym wyrażała się miłość, ale to nie taka, jak z pieśni bardów, legend albo bajań, a skoro czegoś nie ma w opowieści, to skąd on ma niby wiedzieć, że było prawdziwe? Że to miłość, a nie brak wyjścia?
I że dziewczyna tutaj nie poczekała – Jagna jej było, a powiedział to imię takim tonem, że gdyby Ves coś, cokolwiek, do niego czuła, to by jej serce złamało – nie tylko zamężna, ale już dzieciata, druga zaś, którą sobie znalazł niedaleko miasta, gdzie stacjonowali, taka poważniejsza, podkreślił, nie na sypianie, na życie, ta druga okazała się niewierną dziewką. I jeszcze mu sprzedała choróbsko, wysypka go na jajcach męczyła.
Nawet się mu to „na jajcach" wyrwało, tak bardzo przywykł traktować Ves, jak po prostu żołnierza. Poprawił zaraz, zaczerwieniony jak sztubak. Nic dziwnego, że go tamta tak łatwo na dudka wystrychnęła, westchnęła w duchu kobieta, na zewnątrz szczerząc zęby i zapewniając kapitana, że wcale urażona nie jest, ona tak woli, ona tak lubi, szarża nie patrzy, co kto ma między nogami w końcu.
— Tak, wojna... wojna jest pod tym względem uczciwa — przyznał Koska cicho.
— Wcale nie — oznajmiła dziewczyna, bez emocji, tak po prostu. — Wojna ci akurat grabę między nogi wciska. Zawsze.
'
'
Sarkano, pewnie, że sarkano. Kapitan był jedną z najlepszych partii w okolicy, złamane serce tylko dodawało mu uroku w oczach dziewcząt – i wartości w oczach ich rodziców, bo wiadomo, kto raz się sparzył, ten ostrożniej z uroków życia korzysta, mniej chętny do zdrady będzie, rzadziej do burdelu zajrzy, pieniędzy mniej przeputa, choróbska nie przyniesie. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy byli szczęśliwi, kiedy byle przybłęda, żołnierka, a wiadomo, jakie są obyczaje w armii, taka wojowniczka to niewiele od dziwki lepsza, gdy taka siaka i owaka pochwyciła ich kapitana, ich dowódcę, ich chlubędumęradośćokręgu.
Ves najchętniej by wytłumaczyła – wytłumaczyłaby naprawdę, gdyby stosunki w świecie cywilnym były normalne, proste, jak w wojsku – iż cała ta zazdrość, ten lęk są nieuzasadnione, ona osiadać nie chce, domu ani męża nie pragnie, kobiece sprawy ją albo nudzą, albo złoszczą, a wreszcie, że Javen to nie partia dla niej, ze strony pochodzenia za dobry, ze strony zamieszkania za słaby, zbyt prowincjonalny, że nie może się umywać do dworzan, ambasadorów, kupców, całej tej bogatej, barwnej, śmiesznie kurtuazyjnej hałastry, która się o względy Ves ubiegała w Tretogorze.
Po trosze ze względu na dziewczyny urodę, po trosze na powab krwi, śmierci, wojennego fachu, po największej trosze chyba jednak w nadziei, że sympatia ulubionej podkomendnej Roche'a jakoś ich osłoni przed Roche'em. W opinii samej zainteresowanej straszliwie głupia to była nadzieja – nigdy przecież nie naraziłaby Vernona na problemy u władcy, nigdy by go o nic nie prosiła, nie wymuszała, nie sugerowała, po prostu nic by nigdy z powodu jakiejś jednej nocy. Czy dwóch. Czy choćby i roku, i dekady, i kolii z brylantami.
Koska to wszystko wiedział. Przyjął do wiadomości. Powiedziała mu, może bez wchodzenia w szczegóły, ale też bez ogródek: za parę tygodni wyjeżdża, więcej się nie zobaczą i ona tego nie żałuje. Nie będzie żałować. Ani trochę. Nieważne, co chłopina zrobi.
Okolicy nie można tego było tak po żołniersku powiedzieć. Niestety. Gdyby chociaż Ves zdobyła sobie tutaj przyjaciółkę, dziewczynę do babskich zwierzeń – wyznałaby jej to wszystko i czekała, aż plotka o potwornej nieczułości pani porucznik obleci cały region. Pooburzaliby się nadal, powspółczuli kapitanowi, wszystkiemu temu natychmiast jednak zabrakłoby ognia, teraz podsycanego strachem przed utratą korzyści.
Tylko Ves trudno było znajdować dziewczyny do babskich zwierzeń. Życie, poza tym jednym epizodem, którego wspominać nie zamierzała, miała takie mało babskie. Plan należało więc zarzucić z przyczyn obiektywnych, jak tłumaczyła właśnie podporucznikowi Karnowi.
Karn był jednym z najmłodszych w oddziale. Syn bogatego kupca, co załatwiło mu od razu odpowiednią szarżę – ale zaskakująco w porządku wojak. Nie wywyższał się. W bitwie stawał dzielnie. I dużo, dużo rozumiał. Zwłaszcza z tego, jak działają relacje w tym dziwnym, dziwnym, nigdy dość powtarzania, że dziwnym, świecie poza wojskiem.
— To może z nim nie sypiaj — westchnął teraz, bawiąc się stronicą raportu.
Kiedy nie walczył, musiał mieć coś w ręku. Taki tik nerwowy. Dziesiątki, jeśli nie setki, gorszych Ves widywała.
— To zupełnie inny oddział, inna armia, żaden konflikt interesów nie zachodzi...
— Ludzie tutaj tak tego nie rozumieją.
— Nie afiszujemy się przecież.
— Ale oni wiedzą.
Niech wiedzą, miała ochotę wybuchnąć kobieta, niech wiedzą, proszę bardzo, czy to powód, żeby mi przyjemność zabierać? A bo to ja jej dużo w życiu miałam? A bo to się mi nie należy?
— Bronimy ich — prychnęła tylko, ledwo wstrzymując „banda niewdzięczników".
Wstrzymywało ją wspomnienie, że dawniej, w wiosce, też tak chyba myślała o świecie, że po prostu – odwykła.
— I póki wygrywamy, nic poza plotkowaniem się nie stanie. Przy najmniejszym potknięciu zaczną się problemy, oskarżenia, że on ciebie osłania, nie wysyła na niebezpieczne misje albo co... Albo ty jego, swoją drogą.
— Nie mamy nad sobą wzajem komendy, współpracujemy tylko, nieformalnie właściwie, bez żadnej ustalonej oficjalnie hierarchii, co zresztą pewnie doprowadzi kancelarie królewskie do szału, jak tylko wrócimy do Tretogoru...
— Nic, co robi Roche, nie doprowadza nikogo w kancelarii do szału. Przynajmniej nie głośno. — Karn posłał jej kwaśny uśmiech. — Boją się. Nie dalej, jak rok temu, wziął do lochów trzy czwarte tej kancelarii, łącznie z zastępcami... I połowę wywiesił.
— Kradli.
— Kto na dworze nie kradnie?
— Spiskowali.
— Na tym poziomie władzy i polityki każdemu można udowodnić spiski.
— Roche tylko wykonuje rozkazy Jego Wysokości. — Ves miała nieprzyjemne wrażenie, że brzmi, jakby kogoś czy czegoś broniła.
I to wcale nie przed Karnem, który sprawiał wrażenie, że wszystko to raczej go bawi. Przed samą sobą.
— Ale jeśli Jego Wysokość mówi, że trzeba śledztwa w kancelarii, śledztwa z konkretnymi wynikami, to znaczy, że potrzebuje ją osłabić. Pokazowo i na serio. Stąd wieszanki. I wiadomo, że Jego Wysokość chce, by dajmy na to połowę kancelarii ze sztywną damą wyswatać... Ale którą połowę, to już mu jednako, skoro nazwisk nie wskazuje, tylko „kancelaria". Czyli która to połowa będzie, to zależy od śledztwa, bo na tym poziomie, mówiłem, każdemu da się spisek udowodnić. A kto zarządza teraz u nas śledztwami przeciw możnym?
— No Roche.
— No właśnie. — Karn się cały rozjaśnił, jakby to po prostu wygrana dyskusja była, jakby to wszystko było jeszcze jedną dworską zabawą, taką trochę niebezpieczną, jak polowanie, ale zabawą.
Ves ziąb przeszedł po krzyżu, dała jednak radę się roześmiać.
— I niby kapitan to wszystko rozumie? Toż on do tych waszych głu... politycznych intryg nie ma głowy. Nigdy nie miał.
A od czasu tego przeklętego oblężenia Vergen już nawet, dzięki bogom, nie próbuje udawać.
— To prawda. Ale ma takie, jak to ująć... wyczucie władzy. Cząstkowe, cząstkowe — skorygował własne słowa mężczyzna, nim porucznika zdążyła wybuchnąć śmiechem. — Takie despotyczne w stylu, w miejscach, gdzie więcej... wspólnego myślenia, decydowania, w intrygach właśnie, to faktycznie, nie działa... Wyczuwa, kto jest pod nim jakby, o. Wyczuwa, kto się płaszczy. — Karn wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, jakby rozwiązał zagadkę. — Co w sumie nic dziwnego, każda istota to, co lubi, doskonale wyłapuje.
Karn był, jako się rzekło, w porządku. Czasami tylko wychodziło z niego, że jednak odebrał jakieś edukacyjne fiu-bździu. Wówczas Ves miała ochotę go zatłuc.
— Że niby Roche lubi, jak się go boją? Poniżają się przed nim? — prychnęła z ostrzegawczą nutą.
Której mężczyzna, cóż, nie zauważył, bo odparł tonem najczystszego, szczerozłotego zdziwienia:
— A nie?
Dziewczyna zacisnęła zęby, zmięła dłonie w pięści. Podporucznik coś wreszcie zaczął dostrzegać.
— Ale to przecież nic takiego, każdy ma jakieś wady — stwierdził radośnie. — Kapitan jest dla nas więcej niż w porządku, dobry dowódca, wstawia się za nami zawsze, lojalny królowi, w Redanii takich numerów, jakie podobno w Temerii robił, nie wykręca, co mnie cieszy, bo mój ojciec może i bogaty, ale z ludu, dziad mój jeszcze rolę uprawiał, uprawia, bo się przenieść nie dał, zresztą, nieważne... W każdym razie, gmin mi bliski. Złego słowa bym na kapitana nie powiedział, a jakby kto przy mnie powiedział, to bym w mordę przyrżnął, bo wiem, że jak coś, to kapitan za mnie też przyrżnie. A że ma wady, któż nie ma wad? Ja to nie przeciw niemu mówię...
Jakby to zwykła niewinna przywara była, takie okrucieństwo, takie zabawy, taka miłość władzy. Ot, cecha charakteru, jak spóźnianie się albo słaba głowa. Sama myśl o takim zrównaniu przyprawiała Ves o mdłości – a jeszcze gorszą była myśl, że Vernon miałby...
Nie, nie, nie. Gdyby tak było, to on by przecież się nią po tym komandzie nie zajął, tylko z niej swoją dziwkę zrobił, tak samo, jak tamte elfy. Po prostu. A że Karn tego nie pojmował, cóż, faktycznie, z pozoru kapitan bywał szorstki, brutalny nawet. Karn go po prostu nie znał tak dobrze, jak Ves, nie rozumiał. Nie było co się wdawać w dyskusje, szargać nerwów i strzępić języka.
— Stulże pysk — syknęła dziewczyna. — Nim ci lutnę.
'
'
Javen ukradł jej całusa przed wyruszeniem na rutynową akcję. Mieli informacje, że widziano Wiewiórki, ranne i wymęczone, koło Wierzuchny, sioła na dosłownie dziesięć chałup. Ani chybi niedobitki komanda, który dwa dni wcześniej rozbili. Wierzuchna była kawał drogi od fortu, prawie już na granicy, dobre miejsce, żeby się ukryć i czekać na posiłki. Jeśli dranie mieli złamane kulasy, to bez pomocy daleko nie zajadą.
Całusa kapitan ukradł dyskretnie, jeszcze w koszarach, żeby nie było wielkiego gadania, wiadomo. Lekki, dosłownie muśnięcie warg, równie dobrze mógłby siostrę w policzek pocałować.
Ves te wargi zaczęły parzyć, gdy do wieczora następnego dnia patrol nie wrócił. A paliły żywym ogniem, gdy – wzięła chłopaków, nie wszystkich, Hynne ktoś bronić musiał, już miała przeczucie, jechali po nocy, konie były mokre od potu, jak ciemna rzeka, piana im, też jak na rzece, płatami spadała z pysków – wpadła do lasów koło Wierzuchny.
Wśród trupów nie było Javena. Ves. gdy już trzy razy starannie sprawdziła te mizerne okoliczne zarośla, zemdliło, bo trupy były popalone, z połamanymi kończynami, śladami pobicia. Koska musiał patrzeć, jak się tamte skurwiele zabawiają z jego ludźmi – nim zaś, skoro zabrały, postanowiły się bawić dłużej.
'
'
Śledztwa nawet nie trzeba było, wszystko się wyjaśniało samo, jakby tylko po to, by Ves udowadniać jej własną głupotę. W Wierzuchnie zaraz powiedzieli, kto te Wiewiórki niby widział, tamci z kolei zaraz przyznali, bladzi i chlipiący, że sobie te Wiewióry wymyślili, bo ich Janka prosiła, że chce z Javenem sam na sam, niespodziankę mu zrobić, że ona zakochana, a on ją z byle dziewuchą z oddziału zdradza – na pewno nie „dziewucha" tamta mówiła – że tak być nie może, niech to dla niej zrobią. Ale że tam miało żadnych nieludzi nie być, skąd się oni wzięli, pojęcia nie mają, oni nigdy nie chcieli, nigdy by nie zdradzili...
Powiesiło się i ich, i tę Jankę od razu, bez sądu, za to przy poparciu ludności. Dziwka zresztą szła chętnie, zrozpaczona: elfy jej mówiły, że do Wierzuchny Ves pojedzie, ją zabiją, rywalki zabraknie, Janka swojego kapitana dostanie. Durna, zawistna kurwa uwierzyła i posłała tego kochanka, co dla niego zabić chciała, na śmierć – jak, cholera, w balladzie. Ves kretynki nie żałowała ani trochę, ale nie miała też siły czy uwagi, by ją specjalnie przeklinać, tak była wściekła na siebie.
Szereg błędów. Widoczny jak dłoni, gdy chwilę pomyśleć, szereg prostych błędów. Mogła bez trudu uniknąć. Gdyby chwilę pomyślała, ba, gdyby przestała zakładać, że wszystko cudem zawsze dobrze będzie – że Kuira utrzyma ludzi w ryzach, że Wiewióry się nie dowiedzą, nie wykorzystają, że ot, pochędoży sobie Ves trochę, potem odjedzie, rozdział zamknięty. Jakby to z kimkolwiek – może poza wiedźminem – takie proste być mogło, tak wyrwane z reszty życia.
Przeklinała siebie, bo chociaż tłum wył i obrzucał Jankę obelgami, to wiedziała, że nie minie tydzień, a swojej pożałują, zatęsknią, zaczną usprawiedliwiać, że zakochana, że nie chciała, że nieludzie ją zwiodły. Od tego żalu do obarczenia Ves winą – że ukradła im Javena, że jest obca, że wiadomo, jakie w wojsku i Temerii mają obyczaje, więc dziwka, więc cudzoziemska dziwka zbałamuciła im chłopaczka, a potem jeszcze nie dopilnowała, jeszcze posłała na śmierć. Może już teraz tak myśleli, ale jeszcze im głupio na głos powiedzieć było. Albo ich cały oddział pod komendą dziewczyny, cały oddany, bitny oddział powstrzymywał.
Wtedy właśnie Janka zrobiła ten mały cyrk. Jakby już chociaż umrzeć nie mogła z godnością.
'
'
Trup jeszcze się kolibał, na przestrogę ludności i żołnierzom – chociaż już sarkano, że to się nie godzi, że pogrzebać trzeba – gdy pojawił się posłaniec. W środku nocy.
— Terroryści nie mają posłów — oznajmiła kobieta, odciągnięta od biurka przy którym, w nocnej odzieży, próbowała zabić bezsenność pisaniem szczegółowego raportu dla Roche'a. — Zastrzelcie.
— Ma obstawę. I twierdzi, że przynosi wieści o kapitanie, który podobno może żywy wrócić. Domyśla się pani, pani kapitan, jak zareagowało Hynne...
Domyślała się. Jeśli choćby nie wysłucha elfów, wyjdzie na zdzirę, która najpierw uwiodła, a potem skazała na śmierć. Odwrócenie ludności pewne, wszystkie postępy ostatnich miesięcy zmarnowane. Choleraż by to...
Spodnie miała ledwie wciągnięte na tyłek, sznur zawiązany luźno, trzymający się na słowo honoru jedynie – ale mundur sztywny, gładki, idealnie założony, guziki przy nim lśniące. Niech sobie skurwysyny nie myślą.
Posłańcem była elfka. Śliczna, jak to one, ciemne loki, ciemne oczy, pełne usta. Płaska za to jak decha, oceniła Ves. Niczym innym sobie humoru poprawiać nie mogła – szaty elfki były bogate, obszyte futrem, buty solidne, na palcach lśniły pierścienie, z uszu zwisały kolczyki. Coś wyjątkowo dobrze powodziło się tej bandzie terrorystów na żołdzie u świętej.
— Iorweth przesyła pozdrowienia i wyrazy uszanowania...
— Niech je sobie w rzyć wsadzi i parę razy przekręci. Albo Saskii, jak tam wolą — przerwała kobieta. — Czego chcecie?
— Oddać wam kapitana fortu. Dobrze walczyliście, honor nakazuje...
— W cipie mam wasz honor. I mi wygodnie nawet, bo to tyle, co nic. Chyba — zaśmiała się Ves — że zamierzacie wypuścić kapitana tu i teraz, tak po prostu. W ramach docenienia przeciwnika.
Elfka spuściła na sekundy oczy.
— W zamian za drobiazg — przyznała.
— Czyli nie honor, a handel. — Porucznik rozłożyła teatralnie ręce. — Oto właśnie dumne róże nieludzi! Wielkie słowa Scoia'tael! Tyle są warte! Słuchajcie i wspomnijcie na to, gdy przyjdzie wam z nimi negocjować, gdy będziecie słuchać przemów Saskii o obronie ludu. Ale proszę, nie przeszkadzaj sobie. — Skinęła na posłańców. — Jaki to drobiazg? Poddanie Hynne? Pozwolenie na wyrżnięcie tego miasta? Spalenie całego regionu?
— Spotkanie z Vernonem Roche'em. Tutaj. Za tydzień. Iorweth chciałby... ma mu coś do przekazania — głos elfki stwardniał do tonu żołnierskiego rozkazu ledwie wymieniła imię dowódcy. — Iorweth prosi — poprawiła się zaraz. — Nie uważa za... stosowne żądać.
— Też mi prośba. A jak jej nie spełni, to? Poderżniecie kapitanowi gardło? Ciekawą definicję „prośby" macie w starszej mowie.
— To zaczniemy negocjować okup — stwierdziła gładko posłaniec. — Może. — Zęby błysnęły jej między wargami. — A może oskórujemy. Kapitan nie jest w końcu od Roche'a.
'
'
W tej sytuacji Ves mogła zrobić tylko jedno. Szczęśliwym trafem piwniczki Hynne były przepastne, ciemne, wilgotne i doskonale wyposażone.
— Jeśli Iorweth myśli, że dowódca oddziałów specjalnych Redanii będzie się fatygował dla byle żołnierzyka byle hrabiego, to całkiem go popierdoliło.
Karn przerzucał w dłoniach kolczą rękawicę.
— Będzie. Jeśli ty go poinformujesz — zauważył. — Zrobiłby dla ciebie znacznie więcej. A musisz, inaczej Hynne nas zlinczuje... Spróbuje zlinczować, my ich wtedy wyrżniemy, garnizon pójdzie się chędożyć. Elfy to sobie dobrze wymyśliły. — Zmarszczył brwi. — Chociaż nie rozumiem zupełnie, na co im Roche potrzebny.
Ves zacisnęła zęby.
— Żeby drwić. Iorweth już coś wymyśli. On ma obsesję.
— Coś słyszałem. — Karn miał dość instynktu samozachowawczego, by nie dodać, że plotki wspominały raczej o obsesji obustronnej.
— Wszyscy słyszeli. Tylko to zupełnie nie tak, jak gadają. — Kobieta potrząsnęła z irytacją głową, grzywka spadła jej na oczy. — Roche miał tę swołocz w poważaniu, póki nie zabiła Foltesta.
— Skurwysyn jego podobno też, póki kapitan mu nie dopadł oddziału.
O, to choćby. Ci nowi, młodsi, Redańczycy, łatwo przejmowali słownictwo Saskii. Słowa o wybaczeniu i „wszyscy jesteśmy winni", i zrównanie stron. Gówno prawda. Nieważne, jak pięknie opowiadane – gówno prawda. Wioska Ves, sama Ves, nijak winna nie była.
— Komando. Bandę. Stado — warknęła teraz.
Karn się sprężył.
— Oczywiście.
— Oddziały są w wojsku.
— Oczywiście.
— I niechże Javen idzie do diabła. Nie będę Roche'owi zawracać...
— Ale musisz mu złożyć raport. I uwzględnić w nim propozycję Wiewiórek — głos mężczyzny był bardzo, bardzo łagodny. — Możesz w nim zawrzeć swoją opinię, że kapitan przyjeżdżać nie musi. Tylko jeśli dojdzie do zamieszek, to i jemu, i tobie, trudniej będzie tę decyzję obronić. Uwierz mi, Ves, proszę. Znam się na intrygach. Jego Wysokość was pewnie osłoni, ale po co się hazardować? Napisz, jak jest. Pozwól kapitanowi podjąć decyzję.
Prawie mówił. Dziewczynę aż skręcało wewnętrznie ze wstydu po każdym słowie.
— Skrewiłam. — Pociągnęła z butelki. — A teraz się upijam. Jeszcze gorzej. Jak mogłam tak... Czemu to się tak pochędożyło?
Karn wzruszył ramionami z miną filozoficzną wielce. Kobieta rzuciła w niego pustą butelka, żeby się nie rozryczeć, nie ukryć twarzy w dłoniach, nie rwać sobie za karę włosów z głowy czy po prostu nie walić tym tępym łbem w mur – czyli, żeby już całkiem nie stracić autorytetu. Rzucanie przedmiotami, sięganie po ostrza, bójki, to wszystko jeszcze się zdarzało, choć dowódcy, oczy-cholera-wiście, nie powinno.
— Skurwysyn go skrzywdzi — wymamrotała Ves dwie butelki nalewki i jeden wysłany magicznie raport później. — Nie wiem, jak, ale gdyby nie miał planu, to by nie żądał spotkania. Skrzywdzi go. Przez mój w dupę hetmańską buławą chędożony błąd.
— Ma obsesję, sama mówiłaś. Może go zaćmiła. Może błąd popełnia — Karn nie brzmiał specjalnie przekonująco. — Może sądzi, że Roche się nie zgodzi i będą kłopoty z ludnością, może w opanowanie Hynne celuje...
Ves pokręciła głową. Trochę gwałtowniej niż chciała, więc musiała chwilę zaciskać zęby, opanowywać mdłości, nim odpowiedziała:
— Ty ich nie znasz. Ty ich nie znasz. One są... One są straszne. Bestie. Okrutne, bezlitosne i jeszcze — zęby jej prawie dzwoniły na myśl, że kapitan może właśnie czyta, może się dowiaduje o jej porażce, o tym, jak wszystko spartoliła, że może zaraz odpowie — fantazyjne. Bawią się. Strasznie się bawią. Długo. Ile mogą. Widziałeś trupy przy Wierzuchnie, a tam czasu skurwiele nie mieli...
— Cieszmy się w takim razie, że złapały lokalnego gieroja, nie ciebie. Za ciebie to kapitan by w dwa dni się tu stawił i sam skurwysynom w ręce oddał.
Dziewczyna zastanowiła się, w taki absolutnie spokojny, oderwany od wszystkiego sposób, jak bardzo pochędożony musi być sposób myślenia tej wyedukowanej klasy – jak bardzo wyżymać umysł musi ta cała edukacja – że Karn widzi we własnych słowach pocieszenie.
'
'
Saskia i graf świętowali Dzień Zwycięstwa – oficjalne, narzucone przez Nilfgaard obchody klęski Północy – razem z Ottonem. Oficjalnie w imię czci dla Emhyra, której byle ruchawka przygraniczna nie zmienia, nieoficjalnie w ramach ukazania, że co prawda dzielą ich różnice, ale w kwestii agresji Cesarstwa to akurat zdanie mają jedno i jeśli będzie okazja, to razem przeciw Czarnym wystąpią.
Pokazówka, polityka i badanie przeciwnika – nawet nie terenu, choć wszystko odbywało się na zamku Griesno, budowa twierdzy nie była w końcu żadną wielką tajemnicą – może też trochę autentycznej ciekawości syna margrabiego, który przecież był w wieku, gdy piękna kobieta uwalana krwią musi budzić zainteresowanie.
— Prawdę powiedziawszy, wolałbym chyba — rzuci lekko, patrząc Saskii w oczy, gdy po kolacji kurtuazyjnie oprowadzał ją po maleńkim ogrodzie zimowym — odbywać taką wizytę dyplomatyczną, jak w Rakverelin.
— Wszyscy już słyszeli. — Ciepły śmiech. — Ale nie radziłabym mówić głośno. Ściany mają uszy. Spiczaste.
— Czyżbym usłyszał żal w waszym głosie, pani? Jeśliście nieszczęśliwa ze swego losu, to cóż, ratowanie dam ze szklanych wież jest powinnością i przyjemnością szlachcica...
— Nie trzeba mnie ratować. A w zamkowej wieży siedzicie obecnie raczej wy. — Saskia uśmiechnęła się słodko. — Na wysokiej skale. Jak w odwróconej legendzie. Brakowałoby tylko, żeby smok was uwalniał. Albo dama.
— Damę przyjmę jak najchętniej. — Otton skłonił lekko głowę. — Ale bez wojska.
— Wojsko zwykle przyjmuje się samo.
Arystokrata skrzywił wargi, cokolwiek manierycznie.
— Twierdza jest nie do zdobycia, jak już z pewnością rozumiecie. Graf zatrudnił was do niemożliwej kampanii... i obarczy odpowiedzialnością za porażkę.
— Nie sugerujcie mi rzeczy, które obrażają mój honor.
Otton niemal powiedział „przepraszam", w ostatniej chwili powstrzymał język:
— Po prostu nie rozumiem.
— Jesteście, panie, zupełnie innym człowiekiem niż wasz ojciec.
Mężczyzna uniósł brwi.
— Bo chcę rozumieć?
— Bo nie chcecie negocjacji. Tylko całkowite zwycięstwo... Wasz ojciec już znużony pobytem w prowincjonalnym zamku, niezadowolony ze straconych terytoriów...
— Z łatwością je odzyskamy. Na wiosnę...
— Wasz ojciec nie chce czekać do wiosny. Wysłał posłów, chce oddać część terytoriów w zamian za pokój.
Otton nie wiedział. Ojciec z bratem znów najwyraźniej knuli coś za jego plecami. Oddać ziemie, pewnie, dla najstarszego dziedzica zawsze się jakiś dobry kawałek znajdzie, a że młodszy zostanie z niczym, kogo to obchodzi. Saskia ciągnęła:
— ...oczywiście w tej sprawie nie ja podejmuję jakikolwiek decyzje...
— Ja również jestem dla mojego ojca jedynie doradcą.
Niesłuchanym. Zawsze niesłuchanym.
— Czyli możemy plotkować bez konsekwencji. — Dziewczyna sprawiała wrażenie wręcz jaśniejącej.
Czemu miałaby nie być, zresztą? Dla niej i tych jej elfów to było wprost wymarzone zakończenie konfliktu. Mało strat, spory zysk, sława pomnożona.
— Ja też wolałabym bitwę — westchnęła kobieta. — W traktatach nie ma smaku zwycięstwa, dla świata to też inaczej wygląda... Ale cóż poradzić. Graf pewnie przyjmie.
Oczywiście, że przyjmie, toż nie jest idiotą. Prawie za darmo dostanie – dziedzictwo Ottona! Jego ojcowiznę, to, co się mu słusznie chyba należało za znoszenie ekscesów rodzica, tych ucz, bali, dziwek, smutku matki, pijackich burd, w trakcie których nie raz się przed butelką uchylić musiał.
Otton spróbował skupić się na ciepłym, miękkim wnętrzu rękawic. Odetchnąć, ale jakoś tak, by tamta nie zauważyła. W końcu nic nie mógł zrobić. Ziemie należały do ojca od pokoleń, może tymi terenami, co je wniosła matka – ale ona w grobie, a jeśli jej testament kogokolwiek innego niż męża na opiekuna włościan wyznaczył, to nigdy o tym nie słyszano. Zresztą, nic nie słyszano o żadnym testamencie. Pani umarła, ziemie są pana, wszystko płynnie i jasno.
A i przecież dla Redanii, uświadomił sobie z cieniem lęku, to będzie porażka. Reprezentacyjna co najmniej. Wspierała ich tutaj wojskiem, pieniędzmi, radą, pokaże się zaś, że pokonał ich – czyli jakby Redanię – byle mniejszy szlachetka, oficjalnie sam jeden występujący.
Radowid będzie wściekły. Ottona ogarnął chłód, którego ani rękawice, ani futro nie mogły powstrzymać.
— Nie chcę plotkować o rodzinie — oznajmił; wargi poruszały się mu, jak u lalki, jakaś myśl, ruch, sznurek, wszystko to niebezpośrednio i nie wiedział, jakim cudem mówi, usta zdawały się obce, jak kawałek drewna. — A przy święcie szkoda mi myśli na politykę. Mówmy... mówmy może o ogrodach.
Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że twarz Saskii łagodnieje aż do współczucia, prawdziwego współczucia i prawdziwego żalu. Potem już nie mógł tam znaleźć nic, tylko trochę zadziorną uprzejmość.
Ta kobieta podobno stukała obcasami o blaty stołów, rzucała przy możnych tego świata najgorsze wulgaryzmy, a odcięte głowy wrogów stawiała przy łóżku, by patrzyły, jak się z tym swoim elfim bandytą bawi. Otton, patrząc na nią z kolei teraz, spokojnie grzeczną, przestrzegającą protokołu, ostatecznie sklasyfikował rzecz jako czarną propagandę. Głupią czarną propagandę. Niewiarygodną.
— Ogrody to dobry temat. Zwłaszcza, gdy idzie zima, gdy się tęskni.
O, właśnie. Konwersacja w stylu sentymentalnym, zgodna z każdym poradnikiem dla szlachetnie urodzonej panienki.
— Moja matka lubiła kwiaty — odparł więc Otton, zgodnie z konwencją i prawdą. — Z dzieciństwa na wsi została jej słabość do ziemi.
Ojciec tego nie znosił. Mieli ogrodników od planowania i wykonania, powtarzał, czy musi znosić, że jego żona więcej czasu spędza z nimi niż w swoich komnatach? Czy jej czego w nich brakuje? Czy nie widzi, jak niszczy jego reputację?
— Tę różę sama sadziła, jak się miałem urodzić, liczyła na dziewczynkę, gatunek nazywa się Elleath, bardzo stary, podobno jeszcze elficki...
Saskia przyjrzała się uważnie kwiatu. Uśmiechnęła się chyba, ukradkiem, szybko, raczej pobłażliwie.
— Elficki, nie elficki — westchnęła. — Ale żywię szczerą nadzieję, panie, że nawet jeśli wojna się jednak przedłuży, to nikt wam tego ogrodu nie zniszczy. Ja się przynajmniej postaram.
'
'
Róże, myślała Saskia, wracając z uczy do obozu – bo jakoś o kwiatach, ogródkach i wszystkich tych ceremonialnych głupotach miło było myśleć, łatwo – żadną miarą nie mogły być elfickie. Miały trochę postrzępione płatki i plamy ciemnego, prawie czarnego, szkarłatu wewnątrz, wyraźnie odcinające się od bieli. Elfy nie lubiły takich dodatków do natury, uważały, że to przykrywanie świata pod siebie. Że to fikuśne. Nie przeszkadzało to Scoia'tael, gdy mogły, odziewać się barwnie, jaskrawo, błyskać biżuterią. Ale w tym, podobno, chodziło o propagandę. Dumę. Użycie broni ludzi przeciwko nim samym.
Wszystko to oczywiście wiedziała od Iorwetha i jego oddziałów. Niewykluczone, że gdyby zapytała ojca, dowiedziałaby się, że dawne elfy takie rzeczy, jak absolutny podział na naturę i kulturę, na czystość formy i bogactwo detali, dodatków, ozdóbek, czego tam jeszcze, miały gdzieś, że to wszystko dumnych władców świata absolutnie nie obchodziło. Że cały ten kult zrekonstruowanej czy wymyślonej „elfickości" rozpoczął się, gdy ludzie przyłożyli im nóż do gardła.
Szowinista... purysta nie może zbudować imperium. Ale to wszystko wiadome, stare, Iorweth, gdyby mu to przedłożyć, pewnie by się zgodził, wzruszył ramionami, po czym zauważył, że właśnie, owszem, niechęć, nienawiść, czystość i podobne bronią niewolników, a czy jego lud jest wolny?
Czy lud gdziekolwiek jest wolny, mogłaby odpowiedzieć. Tylko to wszystko bez znaczenia, bo Iorweth daleko. Otton blisko, ładny chłopak w sumie i może coś by z tego było, jakaś noc czy dwie, gdyby nie to, że ją tymi ogrodami roztkliwił i nie miała sumienia skazywać na go śmierć.
Gatunek róż raczej nie był w każdym razie elficki – zabawne, jak ludzkie płynnie przechodzili między wariantami przymiotnika, zupełnie niechcący – chociaż pewnie elfi był któryś z jego przodków. Co oczywiście mogłoby już istotę bardziej niż róża ruchomą czynić mieszańcem, w szowinistycznej propagandzie elfem nawet. Zabawne, naprawdę zabawne. Już niby ładne parę lat przebywała w świecie dwunogów, już niby umiała się w nim poruszać i przewidywać, a nadal jej nie przestawał ciekawić, nadal nie wyszła poza definicje robocze, sprzeczne, mało eleganckie, tworzone w biegu oraz – miała, czasami niemal gasnącą, nadzieję – tymczasowe.
Wszystko to sprawiłoby jej większą radość, gdyby mogła się podzielić z Iorwethem, gdyby ze względu na możliwość magicznego namierzania nie zerwali ani oficjalnych magicznych, ani smoczych połączeń. Nawykła już, że z elfem może zawsze porozmawiać, że on sobie jednak jest, gdzieś tam z boku, w kącie pola widzenia, przyjemnie nienachalny, znikający, gdy obrócić głowę, chyba, że się go zatrzyma.
Z tego nawyku, wdzięczności, czułości dla kruchutkich ziemskich stworzeń i wygody chyba najwięcej zbudowało się w niej bliskości, potem zaraz przywiązania. A teraz, nawet gdyby nagle znaleźć kogoś – jak w romansach – poczuć szaleństwo, czy to miałoby sens stawiać wszystko od nowa, zastępować intymność wrzeniem krwi, zawrotem głowy? Od nowa kogoś uczyć, które ziółka pija się z miodem, które bez?
Tak na młode jeszcze zrozumienie Saskii wyglądało to na strasznie dużo zbędnej roboty. I to, uznała, wślizgując się na posłanie, pod ciężką, rozgrzaną – pamiętali o podgrzewaczu z ciepłą wodą, jak dobrze! – kołdrę, to właśnie uczucie nazwiemy „miłość". Definicja robocza.
'
'
Iorweth w pi razy drzwi tym samym momencie oberwał mieczem w bok, stracił dech, dał radę odruchowo dobić to ranne Dh'oine, co go resztką sił zaatakowało, i w miarę kontrolowanie – opierając się o ścianę, nie spadając jak kamień – stracić przytomność.
