Dla majowki. Prompt był iście barokowy: pluszowa pszczoła, dziecko, załamanie nerwowe.
W czasie deszczu... nie, dzieci zawsze się nudzą
Kiedy siostrzenica pani Hudson zostawiła jej córeczkę na popołudnie, po czym okazało się, że pani Hudson musi wyjść na godzinkę czy dwie z domu, Watson wpadł w panikę. Dziecko i Holmes pod jednym dachem? Bez żadnego bufora? Bez ochrony?
Wobec czego John, odczytawszy SMS, w te pędy wrócił do mieszkania. Zastał weń Sherlocka. Żywego i obrażonego. Małą – Alice – żywą i obrażoną także. Na podłodze leżała pluszowa pszczoła w okropnym fluorescencyjnym odcieniu żółci; z przerażającym, wyszczerzonym uśmiechem.
— Coś się stało? — spytał zrezygnowany, podnosząc z ziemi zabawkę.
— Ta mała jędza — oznajmił lodowato Holmes — wzięła moją czaszkę do zabawy. I pomalowała ją pisakami.
— Żeby była ładniejsza — odparowała dziewczynka.
— Dorysowała jej wąsy i brodę, i włosy! — krzyknął dramatycznie Sherlock.
— Bo to Pan Czaszka — stwierdziła rezolutnie Alice.
— Pan Czaszka? Boże, John, czy ty to słyszysz? A potem wzięła tę... tego... to coś — detektyw wskazał na maskotkę — i postanowiła ożenić z tym moją czaszkę!
— Bo Pani Pszczoła. Pan Czaszka i Pani Pszczoła biorą ślub. To logiczne — dziecko ni na sekundę nie traciło rezonu.
— Ona jest homofobiczna — jęknął rozdzierająco Holmes.
— Jaka? — zainteresowała się dziewczynka.
Watson, dotąd głównie rozbawiony, poczerwieniał i rzucił przyjacielowi ostrzegawcze spojrzenie, odpowiadając Alice:
— Ślub jest słodkim pomysłem, skarbie, ale nie wolno ruszać cudzych rzeczy bez pytania. A zwłaszcza po nich rysować — spróbował zabrzmieć surowo.
Najwyraźniej mu to nie wyszło, bo przeprosiny, które mała gładko wyrzuciła z siebie, nawet nie przypominały szczerych. Za jego plecami, sądząc, że nie widzi, pokazała Sherlockowi język. Detektyw odpowiedział tym samym, dodając przy tym głośno:
— I uznała że skoro to ślub, to trzeba obsypać nowożeńców ryżem i białymi kwiatkami. Zużyła moje kwartalne zapasy na czarną godzinę! — z nagłym namysłem dorzucił. — W sumie, jak też je znalazła, Lestradowi się nie udało...
W tym czasie Watson, pobladłszy, jął wypytywać dziecko, czy na pewno nie zjadło ani szczypty „dekoracji". Dziewczynka patrzyła na niego jak kretyna, powtarzając, że nie, bo przecież nie zjada się kwiatuszków ani ryżu rzucanego w kościele. Dobre kilka minut zajęło jej przekonanie lekarza, który zdążył już zrobić szybkie, pobieżne badanie i sprawdzić, że rzeczywiście nie wykazuje objawów zatrucia. Uspokojony pomyślał w przypływie humoru, iż ma nadzieję, że siostrzenica pani Hudson podziela jej odporność na ekscesy Holmesa.
Detektyw, urażony brakiem uwagi, próbował ściągnąć ją na siebie westchnieniami, rzucaniem się na łóżko, deklamowaniem „nuda" we wszystkich możliwych intonacjach i przystawaniem na tle londyńskich dachów w dramatycznej pozie, z połami szlafroka łopocącymi w przeciągu.
