Kolejny rozdział! Mam nadzieję, że czytanie mojego fanfica sprawia wam choć w połowie tyle przyjemności, co mi pisanie. Czekam na Wasze opinie (dzięki, Yin!).


Vegeta nawet nie zauważył, że minęły już trzy tygodnie odkąd przybył na Ziemię. Każdy dzień spędzał na morderczym treningu pozostawiając sobie niewiele czasu na inne czynności. Jego cel był niezmienny: osiągnąć poziom Super Saiyanina (bądź Super Vegety, jak lubił nazywać się w myślach) i przewyższyć Kakarotto. Na początku sporo rozrywki dostarczało mu testowanie starych technik przy użyciu nowej mocy i ulepszanie ich niemalże do perfekcji. Wkrótce jednak skoncentrował się na ćwiczeniach siłowych. Niestety, Ziemia nie zapewniała mu wymarzonych warunków do zwielokrotnienia tężyzny fizycznej. Przyciąganie było tu nadzwyczaj słabe i, skoro pokój grawitacyjny nie został jeszcze ukończony, nie miał co liczyć na zadowalające rezultaty.

Jednak nawet bezowocny trening wydawał się być lepszą perspektywą niż siedzenie bezczynnie w domu gospodarzy. Przebywanie razem z ziemsko-nameczańską hołotą pałętającą się pod stopami było ponad jego siły i wszelką cierpliwość. Dlatego Vegeta wychodził zanim jeszcze ktokolwiek się obudził i wracał, kiedy wszyscy już twardo spali. No, prawie wszyscy. Bulma najwyraźniej miała spaczony tryb życia i praktycznie każdej nocy z małego, piwnicznego okienka jej laboratorium rozchodziła się świetlna łuna. Jednak wszystko wskazywało na to, że kobieta postanowiła go unikać, bo nie widział jej ani razu od tego wieczoru, gdy pobierała miarę na jego strój. Jej, kurwa, szczęście.

Vegeta nie wiedział, czy był bardziej wściekły na nią, czy na siebie. Przez nią poczuł się zażenowany, a uczucie zażenowania (tak jak wiele innych uczuć) wywoływało u niego złość. Najgorsze było jednak to, że ilekroć przypomniał sobie o tamtej sytuacji skrępowanie pochłaniało go na nowo – chociaż minęło już kilka tygodni. Zdarzało się to nawet podczas treningów i odciągało uwagę Saiyanina od jego głównego – jeśli nie jedynego – celu. To doprowadzało go do furii. Jak ja jej, kurwa, nienawidzę. Ale przynajmniej miał już swój strój.

Niemal trzy tygodnie wzajemnego unikania dobiegły wreszcie końca, gdy, wracając do korporacji o swojej zwykłej porze, Vegeta usłyszał wołanie z laboratorium. Krzyżując ręce na piersi, gotowy do kłótni, wkroczył do jasno oświetlonego pomieszczenia.

– Czego chcesz? – warknął.

– Może trochę kultury na początek? – syknęła rzucając mu pogardliwe spojrzenie. Kobieta najwyraźniej obwiniała go za ich ostatnie spotkanie w takim samym stopniu jak on ją. – Skończyłam pracę nad twoją zbroją, przymierz.

Saiyanin podszedł we wskazanym kierunku. Na stoliku pod ścianą faktycznie stał pancerz niczym nieróżniący się od jego poprzedniego. Był twardy i wytrzymały a jednocześnie lekki i elastyczny. Taki jak powinien być. Bez słowa wciągnął go na strój. Pasował idealnie – nie tylko rozmiarem. Przez te wszystkie lata stał się niemalże jego drugą skórą.

– Wszystko powinno być w porządku – powiedziała Bulma widząc, że uderza pięścią w zbroję – Gohan pomagał mi testować materiał.

– Gohan? Ten szczeniak nadal tu jest? – Dziwne, nie wyczuwam jego ki.

– Nie, ale często wpada odwiedzić Piccolo i Dende. Wiedziałbyś o tym gdybyś od czasu do czasu uraczył nas swoją osobą.

– Nie licz na to – prychnął Vegeta – wasza obecność zbytnio mnie irytuje.

– Och, i nawzajem, wierz mi – odparła przewracając oczami. – Ale jeśli chciałbyś odpocząć od treningów, jutro dom będzie pusty. Rodzice zabierają Nameczan na wycieczkę – w końcu siedzenie tyle czasu w jednym miejscu nikomu nie służy.

W pierwszym odruchu Vegeta chciał powiedzieć, że nie potrzebuje odpoczynku, jednak po chwili namysłu perspektywa przerwy nie wyglądała wcale najgorzej. Nawet jeśli jego treningi nie były teraz zbyt intensywne, raz na jakiś czas rozluźnienie mięśni było konieczne – to była podstawowa zasada, o której ciągle zapominał przeforsowując się do skraju możliwości.

– Nikt nie zostaje? – zapytał patrząc na kobietę podejrzliwie.

– Nikt poza mną. Ale nie musisz się obawiać, „książę" – nie podobał mu się sposób, w jaki z niego drwiła. – Mam sporo pracy, nie będę ci przeszkadzać. Jak się ma tylu gości, ciężko jest się za coś zabrać w ciągu dnia.

– Więc może powinnaś się ich pozbyć? Mogę ci w tym pomóc – Saiyanin uśmiechnął się złowieszczo.

– Wystarczy pozbyć się jednego – spojrzała na niego lekko rozbawiona. – Tego, który dostarcza mi tyle roboty.

Vegeta ze zdziwieniem zauważył, że nagle nie było już tak niezręcznie.


Poranek zaczął przełamywać czerń nocy w zamgloną szarówkę. Słońce było jeszcze schowane głęboko za horyzontem, choć przy samej ziemi niebo powoli nabierało ciemnobłękitnej barwy charakterystycznej dla ziemskiego brzasku. Mimo iż kontury drzew i budynków były jeszcze ledwo widoczne na tle szaro-brudnego nieba, śpiewające ptactwo budziło się ze snu i zwiastowało dzień wesołym (i jakże irytującym dla uszu co niektórych osób) ćwierkaniem. Dotychczas był to znak by wstać z miękkiego łóżka, przemyć twarz chłodną wodą, ubrać się i zejść na śniadanie, ale tego dnia Vegeta miał przecież odpoczywać.

Jednak raz obudzony nie potrafił z powrotem zasnąć. Leżał na wznak z szeroko otwartymi oczyma i wpatrywał się bezsensownie w sufit. Przewrócił się na bok, ale to wcale nie pomogło. Przewrócił się na drugi, ale też nie było lepiej. Ja jebię – pomyślał kładąc się na brzuchu i chowając twarz w poduszce – to będzie naprawdę długi dzień.

Vegeta nie miał zamiaru opuszczać swego azylu, jakim był jego pokój, póki ostatni Nameczanin pozostawał na terenie posiadłości. Minęło chyba kilka godzin, zanim mieszkańcy (tymczasowi i stali) obudzili się, posilili, przygotowali do podróży i ostatecznie – wyszli. Gdy wreszcie to nastąpiło, wygłodniały Saiyanin błyskawicznie udał się do kuchni na późne, jak na niego, śniadanie. Na szczęście zastał cały stół zastawiony przeróżnymi smakołykami tylko czekającymi aby spocząć na dnie jego żołądka. Pod tym względem matka Bulmy była niezawodna i niezastąpiona.

Ponieważ Vegeta zupełnie nie wiedział czym miał zajmować się przez cały dzień, przeciągał swój pierwszy posiłek jak tylko było to możliwe. Dlatego, gdy wreszcie skończył jeść i dopijał swoją trzecią herbatę (czy jak tam zwał się ten napar z suchych liści) musiało być już dobrze po dziesiątej. Jednak najwidoczniej dla niektórych ta godzina była równoznaczna z bladym świtem, bo gdy niebieskowłosa Ziemianka weszła do kuchni, w pierwszej chwili wydawała się nie dostrzegać Saiyanina przez swoje napuchnięte, zlepione snem oczy.

– Kawy… – wymamrotała pod nosem naciskając przycisk jakiejś maszyny, która w następstwie tego zabulgotała. Kobieta powoli zaczęła się rozbudzać dopiero gdy w jej drobnych dłoniach znalazł się gigantyczny kubek z czarnym, parującym płynem.

– O, Vegeta – powiedziała lekko zdziwiona, jakby widziała go po raz pierwszy – myślałam, że pośpisz dziś dłużej.

– Nie zamierzasz jeść? – zapytał ignorując jej bezsensowną uwagę. Wydawało mu się niemożliwe, żeby ludzie (nawet przyjmując tak śmieszne ilości pożywienia) mogli się nasycić jedynie tym dziwnym, czarnym napojem.

– Mój żołądek jeszcze śpi o tej porze – odparła ziewając jakby na potwierdzenie swoich słów. – Ale racja, czegoś tu brakuje.

Kobieta odwróciła się do niego tyłem i stając na palcach próbowała wymacać coś, co znajdowało się na samym wierzchu jednej z kuchennych szafek. Vegeta nie mógł nie zauważyć jak nęcąco w tej pozie wyglądał jej tyłek. Znowu nie była kompletnie ubrana, ale to przestało już go szokować. Jej piżama składała się z obcisłej koszulki na ramiączka i skąpych majtek nie robiących nic, by zakryć jej okrągłe, jędrne pośladki. Nie no, kurwa, znowu? – pomyślał poirytowany czując, że jego spodnie robią się niewygodne w kroku. Bulma zdjęła z szafki paczkę papierosów, które nałogowo palił jej ojciec, i odpaliła jednego mrucząc z zadowoleniem.

W sumie Vegeta nie powinien się dziwić, że jego ciało reagowało w ten sposób, nawet jeśli powodem była jedynie jakaś wyuzdana kurewka. Ostatni raz był z kobietą kiedy Raditz wyruszył zwerbować Kakarotto. W dodatku nie była w jego typie, bo choć na swojej planecie uchodziła za niebywałą piękność, Vegeta nie gustował w szponach, łuskach i większej ilości kończyn niż cztery. Musiał przyznać, że ziemskie kobiety wyglądały lepiej. Pewnie dlatego, że przypominają trochę Saiyanki. Mieszkanki Ziemi nie miały co prawda ogonów i były mniejsze, słabsze i bardziej krągłe. Miały szersze biodra, węższą talię… i większe cycki – pomyślał Vegeta łapiąc się na tym, gdzie jego wzrok utkwiony był przez ostatnie pół minuty. Bulma nie miała stanika i (świadomie lub nie) eksponowała swój biust przeciągając się leniwie. Jej sutki sprawiały wrażenie jakby miały się lada moment przebić przez tkaninę bluzki ciasno przylegającej do jej ciała. Teraz Vegeta był już naprawdę twardy.

Dość tego. Saiyanin z łoskotem odstawił kubek i wyszedł z kuchni. Jeszcze trochę i nie będę mógł przejść obok tej suki nie rumieniąc się jak panienka. Mimo iż minęło tyle czasu odkąd miał kobietę, dopiero niedawno zaczął odczuwać budzące się w nim żądze. W sumie nic dziwnego – od pierwszego przybycia na Ziemię, Vegeta nieustannie walczył. Dla jego rasy nie było nic bardziej ekscytującego i przyjemnego. Zabijanie, łupienie i podbijanie stanowiły sens saiyańskiego życia, a walka z przeciwnikiem o niesamowitej sile dawała więcej, niż jakakolwiek kobieta była w stanie zaoferować. Prokreację zostawiano na czas pomiędzy bitwami.

Chyba trzeba będzie znaleźć sobie jakąś Ziemiankę… W pierwszej chwili pomyślał o żonie Kakarotto – zawsze to jakiś sposób by choć trochę się na nim odegrać – ale gdy uświadomił sobie, że to byłaby jedynie kolejna rzecz, w której byłby drugi po tym pajacu, szybko zrezygnował. Tak czy inaczej, Vegeta wiedział już czym zapełni swój wolny czas.


Kiedy wreszcie wrócił, było już późne popołudnie. Kobieta, zgodnie z zapowiedzią, pracowała nad czymś zawzięcie w swoim laboratorium. Na szczęście drzwi wejściowe zostawiła otwarte (swoją drogą, dlaczego nikt jeszcze nie powierzył mi własnego klucza!?). Vegeta od razu udał się do sauny znajdującej się na piętrze. To była jedna z rzeczy, które zatrzymywały go w tym miejscu.

Ustawił temperaturę na maksimum, rozebrał się do naga i wkroczył do małego, wyłożonego drewnem pomieszczenia. Powietrze wokół niego powoli się ocieplało i z każdym oddechem coraz bardziej rozgrzewało jego płuca. Czuł jak jego spięte mięśnie zaczynają się rozluźniać, więc oparł się wygodnie kładąc ręce wzdłuż siebie. Było mu dobrze. Sauna działała kojąco nie tylko na jego wycieńczone nieustannym treningiem ciało, ale także i na zszargane nerwy. Jeśli Vegeta kiedykolwiek był zrelaksowany, to właśnie w tym momencie. Wyciszył się i delektował każdym wdechem parzącym jego nozdrza. Krew w żyłach pulsowała gorącem, a każde uderzenie serca było mocniejsze od poprzedniego. Wkrótce kropelki potu zaczęły spływać po jego ciele torując sobie drogę w wyrzeźbionej sylwetce Saiyanina.

Vegeta wyszedł z sauny po pół godziny (według zaleceń nie powinien był przebywać tam dłużej niż osiem minut, ale przecież on nie podlega ziemskim limitom) i wszedł pod strumień lodowatej wody. Jego zahartowane ciało nawet nie drgnęło pod wpływem tak drastycznej zmiany temperatury. Mimo to czuł jak jego skóra kurczy się od zimna. Poczuł się orzeźwiony i rozbudzony. I choć jedyne czego mu brakowało, aby uznać ten dzień za dosyć udany, to porządna kolacja, nie ucieszył się gdy wyczuł zbliżającą się ki domowników.

Zanim umył się i ubrał zielona zaraza z powrotem rozprzestrzeniła się na terenie korporacji. Najlepszym tego dowodem było to, że gdy Vegeta wyszedł z dobudowanej do sauny łazienki, coś niskiego odbiło się od jego kolana zostawiając na nim fioletową smugę. Gdy spojrzał w dół zobaczył małego Nameczanina z rozkwaszonym nosem siedzącego na podłodze. Szczeniak zaczynał ryczeć, jednak gdy ujrzał co było przyczyną jego kolizji, strach momentalnie wysuszył zbierające się w jego oczach łzy. W tym samym momencie nadbiegł drugi bachor i, widząc co się stało, wyciągnął rękę, a rana jego kolegi zagoiła się bez śladu. Zaczął pocieszać młodszego dzieciaka i podnosić go z podłogi, co chwila jednak zerkając nerwowo na Saiyanina.

Vegeta poznał go od razu. To był ten mały bękart, który o chciał pozwolić wykrwawić mu się na śmierć. Sam był zaskoczony wewnętrznym spokojem, jaki udało mu się tego dnia osiągnąć. Wziął głęboki oddech, rzucił szczeniakiem o ścianę za pomocą ki i, dumny z samokontroli jaką się wykazał, podążył za zapachem pieczonego mięsa.

– Panie Vegeta! Nie widziałam pana całe wieki! No naprawdę, gdybym nie znała pana lepiej, pomyślałabym, że mnie pan unika! – matka Bulmy pogroziła mu figlarnie palcem. – Proszę choć teraz nie łamać mi serca i przyłączyć się do nas. Dzisiaj kolacja trochę w innej formie – robimy grilla w ogrodzie na zakończenie naszej miłej wycieczki. Tak w ogóle bardzo nam pana brakowało! Niech pan żałuje, że nie wybrał się pan z nami! Pojechaliśmy do rezerwatu przyrody – wie pan, tam jest cisza, spokój… mniejsze prawdopodobieństwo, że ktoś zauważy naszych niezwykłej urody gości…

Kobieta nie przestawała trajkotać, ale Saiyanin już jej nie słuchał – coś innego przykuło jego uwagę. Im dłużej wpatrywał się w figurę pełnej energii niebieskowłosej Ziemianki tym bardziej był pewien, że jego dzisiejsza próba dywersji okazała się kompletnym fiaskiem. Kurwa.