ARMIA

Doszliśmy do Katedry. Nazywali tak stary kościół, który od kilku lat był zamknięty z powodu renowacji. Weszliśmy do środka. Kazałam Johnowi trzymać się blisko. W budynku był prawdziwy tłum, może dwieście osób. Było tłoczno i gwarno jak na dyskotece. Młodzi ludzie stali, rozmawiając i śmiejąc się.

- Twoja armia – rzuciłam z uśmiechem, odwracając się do Johna; Ćma prowadziła nas, przepychając się między ludźmi. Chłopak rozglądał się dookoła.

Moja mama zostawiła nas obok rusztowania; pociągnęłam za sobą Connora i po chwili siedzieliśmy kilka metrów nad podłogą, machając w powietrzu nogami.

- Ustalają zasady wyścigu. – Ruchem głowy wskazałam fioletową czuprynę Ćmy.

- Oni będą walczyli z maszynami? Wszyscy?...

- Większość. – Uśmiechnęłam się gorzko. – Są szybcy, zwinni, wysportowani. Znają sztuki walki...

- To im się naprawdę przyda?

- Tak. Po Dniu Sądu zapanował chaos. Ludzie rozpoczęli walkę między sobą. Państwa atakowały sąsiadów i obwiniały siebie nawzajem. Na początku nikt nie podejrzewał maszyn... Widzisz tego wysokiego chłopaka ogolonego na łyso? Przy filarze. – John kiwnął głową. – Nazywa się Kevin McDowell. Był jednym z twoich poruczników. A dziewczyna z tatuażem na policzku obok niego? Jasmine Winter, uczyła mnie strzelać. Mianowałeś ją majorem. Świetne oko, jedna z najlepszym snajperów. Przystojniak z irokezem to George Potter, mechanik. Dalej... Bliźniaczki obok tamtego rusztowania, Bella i Tina, były w Aniołach Złomowisk. Dziewczyna z dredami to Helen Fields, zajmowała się mną po „operacji".

Wymieniałam jeszcze bardzo długo, rozpoznając z łatwością twarze, mimo że minęło tyle lat. John był pod wrażeniem, ale nic nie mówił. Dotknęłam jego kolana.

- Ilu z nich zginęło? – zapytał gorzko. Milczałam.

Na szczęście zawołała nas moja mama. Szybko powiedziała, kto biegnie z której ekipy.

- A od was? – John uniósł brew.

- Malcolm, oczywiście. – Ćma uwiesiła się na moim ramieniu.

Posłałam mu uśmiech.

Wyścigu nie wygrałam, ale stanęłam na podium. Byłam „spoza" miasta, więc wolałam się nie afiszować ze swoimi umiejętnościami. Skacząc między budynkami, czułam się wolna. Leciałam. Jak anioł.

Do Johna zadzwoniła Sarah. Odzyskali skradzione rzeczy, ale reszta nie była rozmową na telefon. Zjawił się Cromartie, ale Riley, która zgubiła dzień wcześniej bransoletkę na podjeździe Connorów, i Cassie go spławiły.

Ja dostałam SMSa od Dereka. Trzy słowa: Wpadłem na Jesse. Miałam nadzieję, że nie dosłownie.

- Chyba szukają taty – powiedziałam Johnowi, kiedy wróciliśmy do hotelu koło drugiej w nocy.

Chłopak położył się na swoim łóżku z twarzą wtuloną w poduszkę.

- Przecież wiedzą, jak się nazywa – myślałam na głos. – Chcesz wziąć prysznic pierwszy?

Zwlókł się z pościeli i zniknął w łazience. Przez chwilę wpatrywałam się w zamknięte drzwi.

I wtedy mnie olśniło. No dobra, pomógł mi Mózg.

Mojego tatę przecież adoptowali! Karin i Henry Williams! Wcześniej nazywał się inaczej. Bingo! Moi dziadkowie, których nigdy nie znałam. Wiedziałam jednak, gdzie mieszkali. Jutro muszę tam pojechać.

- Erica, śpisz? – Usłyszałam; poprawiłam poduszkę pod głową.

- Nie, nigdy nie śpię, kiedy jestem z facetem w jednym pokoju.

- Przestań – mruknął. – Przy mnie nie musisz się zgrywać.

- Postaram się.

- Jak poznali się twoi rodzice?

- W szpitalu. Poznają się jutro.

- Naprawdę? A co będą tam robić?

- Mama spadnie z dachu i złamie sobie rękę. Tata wpadnie pod samochód i będzie miał złamaną nogę.

Słyszałam, jak głośno wciągnął powietrze, a potem jego łóżko skrzypnęło. Usiadł.

- Erica, ty chyba nie mówisz poważnie, prawda?

- Niby dlaczego?

- Pozwolisz swojej mamie spaść z dachu, a tacie zostać potrąconym przez auto?

- No tak. Poznają się w szpitalu, mówiłam ci.

- Zwariowałaś zupełnie?!

Spojrzałam na niego uważnie. Miał rozgniewaną twarz.

- A jeśli tak zmieniłaś przyszłość, że twoja mama spadnie i się zabije? A tata nie wyjdzie cało z wypadku? To co?! Jak mają się poznać, to się poznają! Moi rodzice... moich rodziców dzieliła historia! Żyli w innych czasach, a jednak się spotkali... A ty... Jak możesz?!

Aż usiadłam, spuszczając nogi na ziemię. Moje serce zakłuło z niepokoju. A co jeśli miał rację?

John wpatrywał się we mnie wyczekująco. Wzięłam do ręki komórkę i wybrałam numer. Trzęsły mi się ręce. Tak czy inaczej, ryzykowałam siebie samą.

- Malcolm? – Głos Ćmy był bardzo zaspany.

- Nie idź jutro na Bazar, okej? – rzuciłam jednym tchem.

- Co-co? Dlaczego? Umówiłam się z Venus i...

- Jessica! – krzyknęłam; umilkła. – Nie idź jutro na Bazar. Obiecaj mi!

- Co się sta...

- Obiecaj mi, że jutro tam nie pójdziesz się wspinać!

- Obiecuję, okej? Słyszysz, obiecuję! Dobranoc! – Rozłączyła się.

Rzuciłam telefon na poduszkę i schowałam twarz w dłoniach. Nagle John mnie objął.

- Na pewno poznają się w ciekawszym miejscu niż szpital, obiecuję – powiedział łagodnie.

Pokiwałam głową.

Chrupałam grzankę, wpatrując się w Johna rozmawiającego przez telefon na balkonie. Dochodziła dziesiąta, a ja siedziałam z kablem w głowie i hakowałam stronę opieki dla nieletnich. Zmieniłam dane taty.

Nagle zadzwoniła moja komórka. Ćma.

- Malcolm, nie bądź zła – powiedziała, jak tylko odebrałam. – Przepraszam!

- Co się stało? – Serce podeszło mi do gardła.

- Ja... przepraszam! Poszłam na Bazar. Byłam zła na ciebie! Powiedziałaś mi po imieniu. Skąd...

- Jesteś cała?! – krzyknęłam.

- Tak, prawie. Złamałam sobie rękę. Lewą, więc nie jest tak źle. Wybaczysz mi?

- Już dawno to zrobiłam – szepnęłam. – Odwiedzę się dziś, okej?

- Ale wracam do domu. Wpadniesz do mnie?

- Wpadnę. Na razie. – Pożegnałam się i zakończyłam rozmowę.

Spadła z dachu, ma rękę w gipsie, ale wraca do domu. A co z tatą?

- Jedziemy! – krzyknęłam do Johna, łapiąc kluczyki i pistolet.

Zaparkowałam po drugiej stronie ulicy. Widziałam dom Williamsów.

- To on! – krzyknęłam, kiedy dojrzałam wysokiego chłopaka, wybiegającego na ganek.

- Co planujesz? – zapytał John.

- Łap go! Idź z nim, proszę. Ja poczekam na terminatora. Wczoraj zastawiłam pułapkę w Internecie. – Wcisnęłam mu do ręki broń i wypchnęłam z auta. – Nic wam nie będzie!

- Nie dam mu wpaść pod samochód – rzucił i pobiegł, wołając Ryana.

Patrzyłam, jak mój tata się odwraca i zaczyna rozmowę z Johnem. Wymieli uścisk dłoni i razem ruszyli chodnikiem. Wysiadłam z auta i poszłam do domu. Pani Williams powitała mnie z uśmiechem. Przedstawiłam się jako doradca do spraw adoptowanych dzieci. Usiadłyśmy w salonie i zaczęłyśmy rozmowę. Opowiadała o Ryanie i o papierach, które tylko czekały do podpisu. Była szczęśliwa i mówiła, że to dobry chłopak.

- Karin! – Usłyszałyśmy; do pokoju wszedł Henry. – Nie wiesz, co to za... Dzień dobry pani.

Ukłoniłam się. Jego żona mnie przedstawiła.

- Bardzo mi miło. – Mężczyzna zerknął podejrzliwie przez okno. – Jakiś facet pytał o Ryana.

- Jaki facet? – Zerwałam się z kanapy, rozlewając herbatę.

- Powiedział, że jest ojcem jego kolegi. Taki wysoki. Dziwny. Powiedziałem mu, że poszedł do centrum handlowego pograć w kręgle. A pani...

Ale ja już byłam na ganku. Odpaliłam auto i pojechałam do galerii. W mojej głowie zadzwonił telefon.

- Erica! – To był John. – Jest tutaj! Miałaś rację! Jesteśmy w tym sklepie sportowym...

- Zostańcie tam, słyszysz?! Już jadę!

Zostawiłam samochód na chodniku, błyskając ochroniarzowi w biegu odznaką. Wpadłam do budynku. Mózg znalazł szybkę. Zbiłam ją; włączył się alarm przeciwpożarowy. Ludzie od razu ruszyli w stronę wyjścia. Pobiegłam między nimi, krzycząc, że jestem z policji. Niewiele to pomagało. W końcu dotarłam na trzecie piętro. Oko szukało blaszaka. Było pusto. Ruszyłam w stronę sklepu, wysuwając ostrza z ręki.

Nadszedł z drugiej strony. Spotkaliśmy się niemal przy wejściu. Zaatakował pierwszy. Rozpoczęła się regularna wymiana ciosów. Wybił mną szybę wystawową. Potoczyłam się po podłodze, osłaniając twarz przed odłamkami. Wtedy padł strzał. Podniosłam się, ale terminator już rozpoznał Johna. Ten wystrzelił jeszcze jeden nabój. Rzuciłam się na blaszaka, odcinając mu dłoń. Chwycił mnie drugą i przewrócił, zaciskając palce na mojej szyi.

Wtedy czyjaś celna ręka uderzyła go w głowę sztangą. Tata!

Blaszak puścił mnie i wymierzył Ryanowi cios w brzuch. Jego siła odrzuciła go na jakieś przyrządy do ćwiczeń. Przeklęłam i wbiłam rękę w klatkę piersiową maszyny.

- John! – krzyknęłam; zrozumiał. Strzelił blaszakowi prosto w oko.

Zrzuciłam z siebie napastnika i rozcięłam mu głowę, rozwalając chip.

- Ryan! – Connor podbiegł do mojego taty. – W porządku?

Spojrzałam na nich. Ryan wsparł się na ramieniu Johna, wpatrując się w rozwaloną głowę terminatora. Nagle syknął z bólu. Connor pomógł mu usiąść.

- Moja noga – jęknął.

- Chyba jest złamana. – John spojrzał w moją stronę. Powstrzymałam się od łez.

Założyłam na blaszaka bluzę z kapturem, kiedy John rozmawiał z moim tatą. Nie wiedziałam, co mu mówił. Z emocji cała się trzęsłam. Podłączyłam się do pokiereszowanej głowy kablem, przewlekając go przez rękaw, i ruszyłam mechanicznym ciałem. Wstaliśmy z podłogi. Cyborg „wsparł" się na moim ramieniu.

- Zaraz wrócę – powiedziałam.

Zostawiłam „kolegę" w aucie i wróciłam do galerii. Akurat wyjeżdżali z moim tatą na noszach. Poszłam za Johnem w stronę karetki.

- Jesteście z rodziny? – zapytał sanitariusz, kiedy John wsiadł na tył samochodu.

- Tak – powiedział Ryan. – Są.

Spojrzałam na niego. Uśmiechał się.

- Ale może jechać tylko jedna osoba. Nie ma miejsca.

- Ja pojadę. – John wszedł do środka. – Erica ma swoje auto.

Tym razem zaparkowałam tak, jak trzeba i poszłam do szpitala. Serce biło mi jak szalone. Znalazłam salę, w której był tata. Rozmawiali z Johnem. Umilkli, kiedy weszłam. Zobaczyłam świeży gips. Podeszłam do nich bez słowa. Bałam się, że jeśli się odezwę, wybuchnę płaczem.

- Dziękuję. – Ryan wyciągnął w moją stronę rękę; uścisnęłam ją. Nie wiedziałam, co powiedział mu John. Uśmiechnęłam się. Potem o to zapytam.

- Doktorze Wahlberg? – Do sali zaglądnęła pielęgniarka; zza niej wychyliła się Ćma!

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy.

- Malcolm, co ty tutaj robisz?! – wpadła do środka, omijając zdumioną kobietę w kitlu.

Posłałam jej tylko uśmiech.

- Hej, Ćma – rzucił John. – To nasz znajomy, Ryan. Ryan, to Ćma.

- Ćma? To twoje imię? – Ich dłonie się spotkały.

- Nie, no co ty. – Uśmiechnęła się promiennie, rumieniąc się lekko. – Jestem Jessica.

- Ładnie. – Puścił jej rękę; usiadła na skraju łóżka.

- Co ci się stało? – Poklepała jego gips; John posłał mi spojrzenie.

- Długa historia. Zresztą i tak byś nie uwierzyła. A tobie?

- Moja historia jest krótka. – Dotknęła swojego gipsu. – Trwała tyle, co lot z dachu.

- Spadłaś z dachu? – Teraz to Ryan zrobił wielkie oczy. – Naprawdę?

- Aha. A ty?

- Zaatakował mnie cyborg – rzucił Ryan, uśmiechając się szeroko. Jego oczy błyszczały. – Mówiłem, że nie uwierzysz? – skomentował, patrząc na rozchylone ze zdumienia usta mojej mamy.

- Cyborg? Ale jaki? Bo te zmiennokształtne są najgorsze... – wypaliła, siadając wygodniej. Wiedziała o maszynach ode mnie. Potrzebowała tej wiedzy, żeby zostać Aniołem. Miała bowiem lęk wysokości. Miała, ale przezwyciężyła go dla dobra przyszłości.

Poklepałam Johna po ramieniu. Zrozumiał.

- Musimy już iść – powiedział. – Trzymajcie się.

- Wy też. – Ćma machnęła ręką. – Hej, Malcolm! – krzyknęła jeszcze.

Obejrzałam się w drzwiach.

- Powiedz mi, jak masz na imię – poprosiła. – Ty znasz moje.

- Erica – powiedział Ryan. – Ma na imię Erica.

Posłałam im uśmiech, wychodząc.

- Erica? – Usłyszałam jeszcze. – Rany, tak nazywała się moja lalka Barbie!

Idący obok mnie Connor roześmiał się w głos. Wymierzyłam mu kuksańca między żebra.

- ...i odjechaliśmy – zakończył opowiadanie John; oczywiście, zręcznie ominął kwestię blaszaka. Sarah wpatrywała się w nas uważnie.

- Derek jeszcze nie wrócił? – zapytałam, wstając od stołu.

- Nie – rzuciła od razu Cameron.

Usłyszałam chrzęst kół.

- Wrócił – poprawiła się terminatorka. – Już.

Wyszłam mu naprzeciw. Spotkaliśmy się w połowie schodów.

- Erica – zaczął, ale ja już wiedziałam; uciszyłam go ruchem dłoni. Zatrzymał się. – Powiedziała, że zdradzi mi, co tutaj robi, jeśli wrócą jej wspomnienia.

- I wracałeś te wspomnienia łóżkiem?...

Zmarszczył brwi.

- Jesteś żałosny, Dereku Reese'ie – rzuciłam ostro, krzyżując ramiona na piersiach.

- Ja jestem? – Wpatrywał się we mnie. – A kto pchał się z rękami do moich spodni?

- Przespałam się z tobą, bo ten, z którym naprawdę chciałabym się przespać, jest daleko, a ty mi go przypominasz. A wiesz, dlaczego ty przespałeś się ze mną, a potem z Jesse?

- O, tak, czekam na kolejną błyskotliwą „teorię".

- Przespałeś się z nami, bo jedynej kobiety, z którą chciałbyś to zrobić, boisz się jak ognia.

- Pieprz się – syknął od razu; trafiłam. – Pieprz się, Williams!

- Dawaj, Reese, dodaj jeszcze, że nic o tobie nie wiem.

- Bo tak jest! – Zrobił krok w moją stronę.

Zmarszczyłam brwi.

- Nie obchodzi mnie, co robisz z tą dziwką... – zaczęłam.

- Zamknij się!

- ...ale z Connorami zostaniesz, choćbym miała połamać ci nogi, żebyś nie mógł odejść, rozumiesz?

Błysnęłam mu Okiem. Na jego twarzy malowała się wściekłość.

- Zapytałam, czy rozumiesz?

- Pierdol się, wariatko.

Rozłożyłam rękę i zanim się obejrzał, ostrze było zaraz przy jego szyi.

- Zapytałam, czy rozumiesz?

Wpatrywał się we mnie. Jego oczy błyszczały.

- Nie zabijam ludzi – szepnęłam. – Taka zasada, ale jeśli twoja dziwka zrobi coś, co mi się nie spodoba... – Spojrzałam wymownie na moją mechaniczną rękę.

- Powiedziałaś, że cię nie obchodzi...

- Właśnie zaczęła.

- Masz zamiar zabić Jesse, bo z nią sypiam?... – syknął.

- Nie. – Cofnęłam rękę i zeszłam schodek niżej. – Zabiję ją, bo jest zdrajczynią.

- Kolejne kłamstwo? – zapytał, kiedy go minęłam. – Kiedy ci się to znudzi?

Odpaliłam auto. Czułam ból głowy. To było dla mnie za wiele.

Nie mogłam trafić kluczem w zamek; na szczęście usłyszała mnie Alex i otworzyła drzwi.

O coś zapytała. Uśmiechała się.

Zemdlałam.

KONIEC CZĘŚCI SIÓDMEJ