Rozdział 3, czyli co słychać u Petunii?
Cofnijmy się jeszcze do poranka tego samego dnia, czyli wtedy, zanim James jechał z paczką.
Harry bawił się klockami, ale nie byle jakimi, bo mógł ustawić z nich model Hogwartu.
Nagle zadzwonił telefon. James zamontował go w domu ze względu na Lily, żeby mogła mieć kontakt ze swą siostrą, Petunią. Lily poszła go odebrać.
Podniosła słuchawkę. Dobył się z niej głos Petunii:
- Halo? Tu Petunia.
- Cześć Tuniu, z tej strony Lily.
- Co u ciebie słychać?
- A co u ciebie?
- U mnie? Mam wolną chwilę, to zadzwoniłam. Vernon pojechał do pracy, a Dudley ogląda Teletubisie - Lily słyszała w słuchawce głos dobywający się z telewizora: „Pora na Teletubisie, pora na Teletubisie."- Bardzo lubi ten program. Wczoraj próbował mnie namówić, żebym zrobiła mu telegrzanki z tubisiowym kremem. Starałam się go uświadomić, że się nie da. Jakoś zrozumiał.
- A skąd mogłaś wiedzieć, o co mu chodzi? Przecież on ma zaledwie rok i 4 miesiące.
- Wskazywał na nie palcem, na mnie i na swoją buzię.
- Mój Harry woli bawić się aktywnie niż oglądać telewizję. Akurat bawi się klockami, bo Jamesa chwilowo nie ma w domu.
- A działo się coś ostatnio ciekawego?
- Hmm… wczoraj wieczorem mieliśmy wizytę jakiegoś wyjątkowo durnego faceta. Dostał w łeb i… uhm,… się… eee… wyniósł.
- Co to za jeden?
- Nie wiem, czy go znasz. Nazywa się Voldemort, chociaż prawdziwość jego nazwiska jest wątpliwa.
- Czemu?
- "Vol de mort" znaczy po francusku "Ucieczka przed śmiercią", ale biorąc pod uwagę wczorajsze zajście, to on tam chyba bardziej się boi mopa, niż śmierci Zwłaszcza jak James pogonił go mopem po całym domu. Powinien więc się nazywać Voldemop, no nie?
- Pewnie! Przypomniało mi się, że miałam powiedzieć ci ważną nowinę.
- Jaką? – zapytała Lily.
- Vernon w połowie grudnia ma bardzo ważny wyjazd służbowy. Pojedzie z paroma ludźmi ze swej firmy Grunnings do tego biednego kraju na wschodzie, do tej Polski, PRL-u, czy jak tam się nazywa ten kraj na wschodzie. Mają Polakom oferować sprzedaż tych doskonałych świdrów, by ich gospodarka się choć trochę polepszyła. Mam nadzieję, że ten cały Jaruzelski z ich rządu nie wymyśli czegoś durnego w tym czasie, bo nie dojdzie do transakcji i Vernon będzie wściekły. On, jak się wścieka, to robi się taki czerwony na twarzy, aż purpurowy, a na czole pulsuje mu jakaś żyła. W połączeniu z jego wąsami daje to dość nietypowy wynik.
- Bardzo chciałabym zobaczyć, jak wygląda w takiej sytuacji, ale chyba niespecjalnie by się ucieszył z naszej wizyty. Mogłabyś mi kiedy przesłać fotkę z jego wściekłą twarzą?
- Jak mi się uda, to tak. Nie, Dudziaczku, nie liż telewizora. Tak, wiem, że tam są pyszne dania, ale one są tylko w ekranie. – Petunia upomniała syna. – Niestety, muszę już kończyć.
- Powiadomisz mnie, czy Vernonowi się powiedzie?
- Oczywiście. Pa!
- Pa!
Zakończyły rozmowę i Lily odłożyła słuchawkę. Rozmowa trochę trwała i Harry zdążył ułożyć cały zamek.
- Wow, Harry, jaki piękny! Brawo!
Harry też się uśmiechnął.
- Gdzie jest twoja miotełka, Harry? Polatasz sobie po domu, a ja cię będę gonić.
Szybko ją przyniósł i wsiadł na nią. „No, talent do quidditcha masz taki sam jak James. Nie dziwię się" – mruknęła. Bawiła się z nim tak przez całe przedpołudnie. Po obiedzie bawili się w chowanego. Gdy wrócił James, dołączył do nich natychmiast - obiad zjadł u Łapy, który go o to prosił. Po kolacji czytał Proroka Wieczornego. Zauważył coś zabawnego i zachichotał.
- Lily, przeczytaj to. Można pęknąć ze śmiechu!
Wzięła gazetę i spojrzała w to miejsce. Parsknęła śmiechem.
- Czekaj, to o nim? Nie wiem kto ułożył ten wierszyk, ale lepiej nie mógł tego ująć! W życiu nie czytałam zabawniejszego nekrologu. Cha! Cha! Cha! A to ci dopiero!
Przeczytali go Harry'emu na głos, i ten też był rozbawiony.
Parę godzin wcześniej…
Wtenczas Śmierciożercy sobie wędrowali. Czerepy bolały ich ogromnie z powodu gigantycznego kaca, więc trzymali się za nie i jęczeli oraz stękali.
- Oj, jak mnie głowa boli!
– O, Rudolfie, nie trzeba było tak się nabzdryngolić. Chlałeś tak, jakbyś zdychał na Saharze w lipcu. Taki spragniony byłeś – docinał Lucjusz Malfoy.
- Ty też się narąbałeś! – odparł Rudolf Lestrange.
- Ale ja piłem z klasą! – bronił się arystokrata.
- Nie zaczyna się zdania od „ale" - powiedział Glizdogon. – Wszyscy jesteście durnie.
- Ja ci dam durnia!
- Kurczę, gdzie nasz Pan? – biadoliła Bellatrix. – Jeszcze nie wrócił z misji. A jeśli się coś nie powiodło?
- Nie kracz. Nasz Pan zawsze zwycięża. Tym razem pewnie też tak było. – uspokajał ją Avery.
- Cicho! Ktoś idzie!
- O kurczę! Zapomniałem różdżki! – dało się słyszeć kilkanaście głosów.
- O rety! Ja też jej nie mam! – przeraziła się Bellatrix.
- Nikt jej nie ma! Jesteśmy bezbronni!
A szedł tam właśnie jakiś młodzieniec. Zwał się Gilderoy Lockhart i dopiero co rozpoczynał swą karierę. Zamierzał przywłaszczyć sobie dokonania jednego staruszka, który tu na odludziu, załatwił jakiegoś potwora, ale gazet nie czytał i nie zgłosił swego dzieła. Gilderoy w jakiś sposób jednak się o tym dowiedział i postanowił to wykorzystać. Szedł właśnie tam, by staruszek mu wszystko opowiedział, a nastepnie usunąć mu pamięć. Niestety, nie wiedział, że sprawa się nieco skomplikuje…
Ujrzał w końcu owego staruszka i podszedłszy do niego, zaczął go wypytywać o okoliczności jego wyczynu, podając się za wielkiego fana. Staruszek nie był jednak szczególnie zainteresowany tą rozmową.
Tymczasem śmierciożercy znaleźli jakieś grzybki i się naćpali.
- Yyy… Widzę jakiegoś ryżego dzieciaka, ale niepodobnego z twarzy do tych zdrajców krwi Weasleyów, który chyba ma na imię Harry, choć nie wiem, skąd to wiem. Są tam też jakieś dinozaury i niebieskie wiaderko i najwyraźniej są w jakimś Dinoświecie.*
- Ja też je widzę! Aaa! Ten dinozaur w pampersie mnie polizał! Ratunku!
- Ej, o oni ćpali? Powinienem był im powiedzieć, że muchomorów się nie je – westchnął staruszek, przyglądając się całej ferajnie i pukając się w czoło. – Muchomory i piołun to chyba najgorsze połączenie, prawda panie...? - zobaczył, że Lockhart wyciąga po kryjomu różdżkę i natychmiast domyśliwszy się, o co mu naprawdę chodziło, szybko schował się.
Gilderoy nie zauważył tego i zawołał:
- Obliviate!
Zaklęcie poleciało w stronę, gdzie jeszcze przed chwilą stał staruszek, a obecnie znajdowali się tylko śmierciożercy. Było mocne i w jakiś sposób trafiło ich wszystkich. Ten zaś, który miał być celem, podrzucił im świstoklika, aby się ich pozbyć. Była to piłka, więc Śmierciożercy się na nią rzucili.
Lockhart gdzieś się zmył. Śmierciojadów natomiast gdzieś zaniosło do jakiegoś miasteczka prosto na ulicę. Akurat jakiś gościu otworzył studzienkę kanalizacyjną. Tamci zawołali chórem:
- Przerębel! Idziemy łowić ryby!
Zdziwiony facet gdzieś zwiał, a oni powpadali do otworu i popłynęli gdzieś ze ściekiem, mając za towarzystwo zdechłe dętki i rozbite butelki.
Gilderoy zaś, spostrzegłszy swą pomyłkę, postanowił, że będzie grzecznym chłopcem i nie będzie nikomu zabierać dokonanych czynów i pamięci. No, chyba, że… „…no właśnie, co z tym Sam-Wiesz-kim?" Teleportował się do Londynu, by pójść na Pokątną i zasięgnąć informacji, jaki jest stan rzeczy. Wszedł do Dziurawego Kotła.
- Cześć, Tom, masz Proroka Wieczornego? Bo, wiesz, skończyła mi się prenumerata.
- Masz.
Lockhart przeglądając gazetę, natrafił na wierszowany nekrolog. Z początku myślał, że to żart. Jednak wczytując się głębiej, połapał się, o co chodzi.
No nie..
Ktoś go wczoraj załatwił, a ja nic nie wiem?
To nie fair!
Zaraz, zaraz… A co się stało z trupem?
Niżej było napisane: „Ciało zostało skremowane, a następnie wystrzelone w rakiecie na Jowisza. Gdy będzie u celu, zostanie włączona samodestrukcja rakiety. Rakieta jest mugolska, bo to było najlepsze wyjście[…]."
No to klops… Co ja mam zrobić teraz? Nic już nie wymyślę. Marzenia o sławie przepadły…
*Kreskówka "Harry i wiaderko pełne dinozaurów"
