A/N: A oto i zapowiedziany wcześniej kolejny kawałek. Enjoy!^^


III

Bobby ostrzegał go, że jazda w tych warunkach, to kiepski pomysł. Jack zdawał sobie sprawę, że samolotem dotarłby szybciej do domu rodzinnego, ale tym razem czuł silną potrzebę odbycia tej podróży z pomocą samochodu. Sam nie wiedział, dlaczego poddał się tym podświadomym podszeptom, ale zrobił to. Zamiast zarezerwować miejsce w samolocie, wziął więcej wolnego, spakował torbę podróżną oraz te kilka drobnych prezentów i ruszył w trasę jeszcze zanim wyjazd z miasta stał się utrudniony. Korki w Waszyngtonie były wprost legendarne o tej porze roku i nie zamierzał utknąć w jednym z nich.

Pozostawiając za sobą kolejne mile, czuł coraz większą pewność, że postąpił właściwie obierając tę drogę do domu. Coś tam, w środku, utwierdzało go w tym przekonaniu. Od dawna już nie słuchał swojego wewnętrznego głosu, w pracy zazwyczaj korzystając z pragmatycznej strony swej osobowości, ale tym razem było inaczej i czuł się z tym wyjątkowo dobrze. Sam nie rozumiał, co tym razem skłoniło go do tej spontaniczności, ale w sumie jakie to miało teraz znaczenie? Grunt, że jechał do domu i wszystko układało się pomyślnie. Przynajmniej jak dotąd…

Na lunch zatrzymał się w małej knajpce obok stacji benzynowej. Nie było to nic szczególnego, zwykły burger z frytkami. Kawa jednak była świetna, aromatyzowana cynamonem i wraz ze sporym pierniczkiem na deser, dała mu sporą dawkę energii na dalszą podróż. Jack uzupełnił też paliwo, bo droga była długa, a warunki dalekie od idealnych. Tragiczne jednak również nie były, więc z przyjemnością jechał dalej.

Lubił prowadzić, gdy z nieba powoli spadały takie grube płatki śniegu. Wokół było magicznie i młody agent uśmiechnął się, podziwiając otaczający go krajobraz. Tak wiele czasu spędził broniąc swojego kraju, że czasem zapominał, jak piękna jest ta ziemia, jak różnorodna i bogata. Dziś odkrywał ją od nowa i czuł ogromną radość w sercu.

Świąteczny duch udzielił mu się do tego stopnia, że Jack nawet podśpiewywał pod nosem bożonarodzeniowe kawałki. No dobrze, może nie był tenorem i zdarzało mu się zboczyć z kursu o nutkę lub dwie, ale sprawiało mu to przyjemność. W jego domu zawsze śpiewano na Boże Narodzenie. Była to jedna z rodzinnych tradycji, tak jak czytanie biblijnej relacji z narodzin Jezusa. Hudsonowie byli pobożnymi ludźmi, choć Jack nie zawsze miał czas, by iść do kościoła. Starał się jednak żyć zgodnie z przykazaniami, a przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe w jego profesji. W każdym razie cieszył się każdym kolejnym Bożym Narodzeniem. Jak teraz.

Około trzeciej popołudniu zaczęło powoli zmierzchać, szczególnie, że śnieżyca się nasiliła. Jack zwolnił nieznacznie, bo droga stawała się coraz bardziej śliska.

Przekraczając granice Ohio, znów poczuł dawną nostalgię. Wspomnienie Susie powróciło z nową siłą. Była prześliczna jako dziewczynka i ciekawiło go, jak wyglądała teraz. Ludzie często zmieniali się fizycznie po latach, ale jeśli jej ówczesna uroda była zapowiedzią tej przyszłej, dziś musiała być piękną kobietą.

Czy nadal była taka nieśmiała? Czy wciąż potrafiła tak słodko się zarumienić? Pewnie była już mężatką albo przynajmniej miała chłopaka. Nie wiedzieć czemu, ta ostatnia myśl sprawiła mu przykrość. Oh, chciał jej szczęścia. Łudzenie się, że była mu przeznaczona, było idiotyczne i pozbawione sensu. Przecież to był tylko jeden dzień, jedno dotknięcie i to dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze nie wiedział, czym jest miłość. Miał czternaście lat, hormony buzowały, więc może te wszystkie emocje były efektem dojrzewania? Dlaczego jednak jego serce nigdy więcej nie zabiło tak szybko, tak donośnie jak wtedy? Z drugiej strony, nigdy nie zadał sobie trudu, żeby ją odnaleźć, choć miał sposobność oraz dostęp do takich informacji. Jako agent federalny mógłby namierzyć Susie, ale nigdy nie próbował. Czemu więc dziś myśl o niej była tak natrętna, tak silna i nieustępliwa? Czy dlatego, że po raz pierwszy od lat wrócił do Ohio? Kiepskie tłumaczenie, skoro myślał od niej zanim jeszcze tu dotarł.

Pochłonięty wewnętrzną debatą, Jack tylko na chwilę stracił czujność na drodze i to wystarczyło, by omal nie zderzył się z nadjeżdżającą z naprzeciwka półciężarówką. Próbując uniknąć kolizji, wpadł w poślizg i po serii ryzykownych manewrów wylądował wreszcie na poboczu, praktycznie zaparkowawszy na wystającej spod śniegu kłodzie drewna. Pełen ulgi, odetchnął głęboko i wysiadł, by ocenić szkody. Nie musiał być mechanikiem, żeby wiedzieć, że chyba stracił zawieszenie.

- Do licha!- wymamrotał pod nosem.- Co teraz?

- Proszę pana!- usłyszał za plecami.- Czy wszystko w porządku? Nic się panu nie stało?- spytał właściciel stojącego po drugiej stronie drogi pickupa marki Ford.

- Tak, jestem cały, ale nie mogę tego powiedzieć o swoim samochodzie.- odparł Hudson z rezygnacją w głosie.

Mężczyzna kucnął, poświecił latarką i aż gwizdnął.

- Tu tylko specjalista pomoże.- stwierdził.

- Czy jest jakiś w tej okolicy?- zapytał zdesperowany agent. Teoretycznie mógłby ściągnąć pomoc drogową ze swojej firmy ubezpieczeniowej, ale potrwałoby to wieki. Miał jednak nadzieję, że znajdzie się ktoś tutejszy, kto mógłby pomóc.

- Tak, Tom Ryan.- potwierdził nieznajomy.- Zadzwonię do niego i odholuje pana na warsztat, ale wątpię, czy zdoła to naprawić przez następne kilka godzin. Rozpuścił ludzi do domów na święta i pewnie sam by zamknął interes, gdyby nie mieszkał nad garażem.- dodał.

Jack jęknął. Jeszcze tego mu brakowało…

- Byłbym wdzięczny.- westchnął ciężko.- Czy mógłby mi pan jeszcze polecić jakieś miejsce na nocleg, skoro wygląda na to, że tu utknąłem?- poprosił jeszcze.- Jestem spokojnym, uczciwym człowiekiem. Dobrze zapłacę.

- Cóż, skoro to po części moja wina, że znalazł się pan w tej sytuacji, zapraszam do siebie.- odparł mężczyzna.- Miejsca jest dużo, a żona świetnie gotuje. Pieniędzmi proszę się nie przejmować. Mamy święta i trzeba sobie pomagać w potrzebie.- stwierdził.

- Ależ nie mogę się na to zgodzić. Jakiś motel w zupełności by mi wystarczył! Nie mogę tak pana wykorzystywać, sir!- zaprotestował.- Poza tym, to ja byłem rozkojarzony i to tylko moja wina, że auto wymaga naprawy.

- Nonsens. To żaden problem.- skwitował jego rozmówca.- Pan nasz nakazuje pomagać i to właśnie robię. Moja żona z pewnością się ze mną zgodzi.- zapewnił.- A tak w ogóle, jestem Peter Thomas. Mieszkam jakąś milę stąd.- przedstawił się, wyciągając rękę.

- Jack Hudson. Agent specjalny Jack Hudson. FBI.- zrewanżował się tym samym i uścisnął wyciągniętą dłoń.

- FBI, eh?- uśmiechnął się Pete.- Z Youngstown?

- D.C.- poprawił go natychmiast agent.

- Wylądował pan daleko od domu, agencie Hudson.- powiedział Thomas.

- Jechałem do rodziny w Wisconsin, zanim to się stało. Jeśli nie da się szybko naprawić wozu, będę musiał poszukać innego transportu do Watertown.- odparł.

- Zobaczmy najpierw, co powie Tom.- zaproponował Peter.- Być może jednak uda się coś zrobić. Jeśli nie, pomyślimy, co dalej.- dodał z uśmiechem i wystukał na klawiaturze telefonu numer przyjaciela.

Pan Ryan zapewnił, że zjawi się w przeciągu pół godziny, więc teraz wystarczyło tylko poczekać.

- Zapraszam do mojego wozu, agencie Hudson. Mam w termosie jeszcze trochę gorącej czekolady. W sam raz na to zimno.- mrugnął starszy mężczyzna.

- Nie chciałbym nadużywać pańskiej uprzejmości, panie Thomas.- wymamrotał brunet.

- Proszę nie mówić głupstw!- machnął ręką Pete.- Zapewne jednak wolałby pan kawę, eh?- dorzucił wesoło.- Ja również, ale Carla, moja żona, zabroniła mi pić więcej, niż dwa kubki dziennie. Stwierdziła, że od tego dorobiłem się wrzodów żołądka.- westchnął teatralne i przewrócił oczami.

Jack się roześmiał.

- Sądziłem, że wrzody żołądka powodowane są stresem.- powiedział rozbawiony.

- Niech pan to powie mojej pani, agencie. Bóg wie, że kiedy ja to powtarzam, ta kobieta mnie nie słucha!- odparł, kiedy szli do półciężarówki Thomasa, stojącej na światłach awaryjnych kilka metrów od miejsca wypadku.

Gdyby nie niefortunne „parkowanie" Jacka na kłodzie, Pete zapewne sam mógłby wyciągnąć go na drogę. Nie chciał jednak pogorszyć stanu podwozia Tahoe. Tu potrzeba było zawodowca.

Zanim schronili się w aucie, Jack wyciągnął jeszcze swój telefon i zadzwonił do rodziców z wiadomością, że się spóźni. Nie powiedział, że miał wypadek, aby nie straszyć swoich bliskich, ale przyznał, że ma kłopoty z samochodem i raczej nie dojedzie na miejsce w ciągu kilku kolejnych godzin.

- Utknąłem kilkanaście mil od Youngstown, mamo.- powiedział.- Dam wam znać, co się dzieje, jak tylko lepiej rozeznam się w sytuacji. Być może przylecę samolotem albo skorzystam z autobusu.- dodał uspokajającym tonem.

- Dobrze, synku, ale nie zapomnij zadzwonić!- pouczyła go Ellen.- Będziemy czekać na wieści od ciebie, no chyba że chcesz, aby któreś z nas po ciebie pojechało.- dodała.

- W żadnym razie, mamo!- zabronił zaraz.- Pogoda się pogarsza z minuty na minutę. Dam sobie radę, a wy siedźcie w domu. W razie konieczności mam już nocleg, więc się nie martw.- dokończył.

- Skoro tak mówisz, kochanie.- westchnęła pani Hudson.

Wkrótce zakończyli rozmowę i Jack schronił się w zaciszu Forda pana Thomasa, sącząc powoli kubek aromatycznego, słodkiego płynu. Normalnie nie przyjąłby jedzenia albo picia od kogoś, kogo nie zna, ale czuł, że może zaufać temu człowiekowi.

- Duże drzewko.- zauważył, wsiadając do środka. Było już zbyt ciemno, żeby rozpoznać gatunek leżącego na pace iglaka, ale zapach mówił mu, że to zapewne jodła.

- Do dużego salonu.- uśmiechnął się Peter.-Moja żona uwielbia duże choinki, nawet jeśli ich osadzanie doprowadza mnie na skraj załamania nerwowego.- zachichotał.- Póki jednak Carla i Sue są zadowolone, jakoś wytrzymam!- wyszczerzył się.

- Sue?- zapytał zdezorientowany agent.

- Moja córka.- wyjaśnił pan Thomas.- Od małego lubiła wielkie drzewka z mnóstwem światełek i tak jej zostało. W tym roku znów przyjechała do domu na święta. Jak pan, agencie Hudson, na co dzień mieszka w D.C.. Ma tam małą restaurację.- powiedział z niekłamaną dumą.

- Naprawdę? Musi więc świetnie gotować.- wywnioskował.- Jak się nazywa to miejsce? Może znam.- spytał zaciekawiony.

- Miejsce nazywa się „Don'tSueMe"* i jest stosunkowo nowe, bo Sue otworzyła je jakiś miesiąc temu.

Jack się roześmiał.

- Interesująca nazwa!

- Moja córka ma dość przewrotne poczucie humoru.- przytaknął rozbawiony Pete.- Skończyła prawo, ale nie miała do tego serca, więc jak tylko zaoszczędziła na tyle, by dostać kredyt dla młodych przedsiębiorców, zainwestowała w to, co lubi i w czym jest naprawdę dobra. Jeszcze nie ma wielu klientów, ale powoli wychodzi na swoje.

- Zatem powinienem odwiedzić jej lokal i spróbować specjałów, które tam serwuje.- stwierdził Hudson.

- Na pewno, i nie mówię tego, bo jestem jej ojcem!- potwierdził skwapliwie Peter.- Susie obłędnie gotuje. Jakby nie patrzeć, wszystkiego nauczyła się od mojej żony i jej matki…

Słysząc to imię, Jack znów myślami wrócił do dziewczynki sprzed lat. Najwyraźniej był to wieczór wspomnień niej, bo wszystko się sprzysięgło, żeby mu przypominać o pierwszej miłości.

-…Restauracja mieści się na D St NE, przy skrzyżowaniu z Massachusetts Ave. Blisko centrum, ale czynsz jest względny jak na Waszyngton.- mówił dalej pan Thomas i Jack wyrwał się z zamyślenia.

- Znam tę okolicę. To kawałek za Santon Park. Ładna okolica.- przyznał brunet.- Zajrzę na pewno, jak tylko znajdę chwilę.- obiecał.- Praca zajmuje mi tyle czasu, że nie raz zdarzyło mi się nocować w biurze, ale jeśli kuchnia pańskiej córki jest równie interesująca, co nazwa lokalu, z pewnością spróbuję!- przyrzekł.

Rozmawiali tak z ożywieniem, dopóki nie zjawił się holownik Toma Ryana. Mechanik obejrzał szkody i pokręcił głową.

- Dziś już nic nie zrobię, poza ściągnięciem auta na warsztat. Zabiorę się za to jutro, ale już uprzedzam, że to będzie kupa roboty i do świąt raczej się nie wyrobię. Radzę więc znaleźć jakiś nocleg i pomyśleć nad alternatywnym środkiem lokomocji, bo ten, póki co, nigdzie nie pojedzie.- powiedział, drapiąc się po czole.

- Czułem, że pan to powie.- wymamrotał z rozczarowaniem Jack.- No cóż, niech pan zrobi, co się da…

- Się wie, młody człowieku.- odparł staruszek, wciągając samochód na lawetę.

Hudson zabrał tylko bagaż i prezenty, i rezygnacją ruszył za Peterem do jego wozu. Wyglądało na to, że tę noc spędzi u rodziny Thomas. Miał tylko nadzieję, że nie zrobi kłopotu panu domu ani reszcie domowników, no i oczywiście zdoła zaleźć jakiś transport do Wisconsin, inaczej czarno to wszystko widział…

tbc


A/N: *z ang. „Nie pozywaj mnie"- taki żart językowy