Było coś irytującego w dzieciach. Może wiązało się to z tym, że chociaż Grace nie dawała im od tygodnia spać, nie mógł oderwać od niej wzroku nawet na chwilę. Wydawała się najcudowniejszym, co widział w życiu. Nie walczyli ze Stevem o to, kto będzie ją trzymał w rękach przez następne piętnaście minut, ale tylko dlatego, że jego matka za każdym razem, kiedy zaczynali, spoglądała na nich obu karcąco, a potem zabierała im dziecko. Przynajmniej jego paranoja minęła na tyle, że zaczął wychodzić na zewnątrz bez wizji rychłego końca świata. Nie mógł sobie jednak wyobrazić powrotu do pracy i chyba tego obawiał się od samego początku. Łapanie gnojków było celem jego życia. Siedziało w nim tak mocno, że nawet kiedy Steve wracał po pracy do domu, omawiali sprawy, do których nie miał podczas zwolnienia dostępu.
- W waszej jednostce nie ma żadnych zasad dotyczących fraternizacji? – spytał jego ojciec pewnego dnia podczas śniadania.
Widelec prawie wypadł mu z dłoni. Początkowo nie byli w związku. Posiadanie ze sobą dziecka, przelotny seks, nie podpadały pod paragrafy, jeśli trzymało się to w tajemnicy, ale teraz mieszkali razem. Cała wyspa wiedziała, że są razem. Trudno raczej byłoby ukryć coś takiego przed gubernator.
- Uhm – wyrwało mu się.
Spojrzał na Steve'a, który wydawał się całkiem spokojny.
- To nie tak, że jesteśmy małżeństwem – powiedział w końcu.
McGarrett dopiero teraz zmarszczył brwi.
- I znowu ten anewryzm na twarzy – mruknął pod nosem, trochę zirytowany.
Steve nigdy nie był pomocny w kwestii rozmów. Potrafił się jedynie krzywić i boczyć. Połowa ich rozmów wyglądała tak, że to Danny mówił, a alfa wyrażał swój protest lub kompletnie nie mówił nic, gdy było mu wszystko jedno. Nie miał pojęcia, jakim cudem funkcjonowali, ale to był najzdrowszy związek, w jakim był, co wiele mówiło o jego poprzednim małżeństwie. Może gdyby nie tłumili z Rachel emocji, nie rozstaliby się. Z drugiej jednak strony wtedy nie spotkałby Steve'a. Nie potrafił już jakoś żałować swojego rozwodu.
Steve był alfą, mutantem jak on, więc nie miał w sobie obawy, że jego agresywna natura go odrzuci. Przy McGarretcie był oazą spokoju.
- Nie zrobiłem żadnej miny – zaprotestował Steve.
- Zawsze robisz tę minę – odparł.
- Masz urojenia – prychnął alfa.
- Ty się lepiej trzymaj z dala od mojej paranoi – rzucił, wystawiając w jego stronę palec.
Steve spojrzał na niego, mrużąc niebezpiecznie oczy i chyba pomyśleli o tym samym. Kiedy ostatnio byli w podobnej sytuacji, Dennis celował w kilka sekund później w stronę alfy swoim pistoletem. W New Jersey nazywali ich dynamicznym duetem i zawsze sądził, że to przez jego gadulstwo i ruchliwość. Barat jako jedyny na cały stan partnerował omedze. Może jednak to Dennis wnosił w nich energię, bo kiedy chciał, potrafił poruszać się bardzo szybko.
Danny miał jednak nie najgorszy refleks, więc zabrał swoją dłoń, zanim Steve zdążył złapać go za nadgarstek i palce McGarretta zacisnęły się na powietrzu.
- Jestem ojcem twojego dziecka, żądam szacunku – poinformował Steve'a.
Jego matka westchnęła.
- Danny, skarbie. Tego argumentu używa się dopiero przy trzecim dziecku. Albo po dwudziestu latach – pouczyła go, wzruszając ramionami, jakby chciała dodać, że naprawdę to było kiepskie posunięcie z jego strony.
Nie mógł na to jednak nic poradzić. Wszystko ze Stevem robili nie w tej kolejności.
ooo
Najchętniej wyrzuciłby z ich domu wszystko, co zostało przyniesione przez miejscowych. Legenda o obrońcach wyspy, którą opowiedziała mu Kono, wracała niechciana za każdym razem, gdy spoglądał na kosze z owocami. Mogli czcić Steve'a, ale wiedział doskonale, że pozostanie haole, ponieważ jego zawodowy profesjonalizm nie pozwalał mu na luzacki styl tutejszych detektywów. Lubił swoje krawaty, koszule oraz metody pracy.
- Złożę podanie do Departamentu Policji – poinformował Steve'a, kiedy udało im się wymknąć na kilka chwil.
McGarrett spojrzał na niego, jakby nie rozumiał, skąd to się w ogóle wzięło.
- Meka na pewno potrzebuje partnera – dodał.
- Ja jestem twoim partnerem – poinformował go Steve tak ostatecznym tonem, że coś przewróciło się w jego żołądku.
- I prawidłowo. Nie martw się. Nie zamierzam sypiać z Meką – prychnął. – Ale przeniosłeś China, więc Meka…
- Nie będziesz pracował w policji – warknął Steve.
- Moja zmiana miejsca pracy nie znaczy, że cię rzucam. Wiesz o tym, prawda? – zakpił. – Mamy razem dziecko – dodał, ponieważ nie był do końca przyzwyczajony, żeby komuś odbijało bardziej niż jemu.
Paranoje jego i Steve'a cudownie pokrywały się przez te kilka miesięcy, więc rozleniwiło go to do tego stopnia, że zapomniał, że ma do czynienia z wariatem numer jeden na tej wyspie. A to tylko oznaczało, że faktycznie normalniał. Nie był pewien, czy jest się z czego cieszyć.
Steve spoglądał na niego teraz jakoś dziwnie i powstrzymał chęć przetarcia twarzy dłonią. Był pewien, że nie miał resztek jedzenia na skórze. Wcześniej karmił Grace i najwyraźniej bekające niemowlęta miały w zwyczaju wyrzucanie z siebie nadmiaru mleka. Przebrał się i dokładnie sprawdził w lustrze, czy nie ma niczego, co by przegapił.
- Znowu ten anewryzm na twarzy – westchnął i miał cholerną ochotę zakpić, ale coś we wzroku Steve'a powstrzymało go. Jego alfa był w końcu idiotą, więc mógł sobie tylko wyobrazić, w jak chorych kierunkach biegały teraz jego myśli. – Nie jesteśmy razem z powodu Grace – powiedział całkiem spokojnie, starając się nie robić z tego wyznania czegoś, czym nie było. – Przynajmniej ja nie jestem z tobą z powodu dziecka – dodał, czując się dziwnie, kiedy we wzroku Steve'a pojawiła się jakaś dziwna desperacja.
Nie rozmawiali o uczuciach, a przynajmniej nie jak normalni ludzie. Wszystko opierało się na wykrzyczanych wyznaniach i niedopowiedzeniach. Na rzeczach, których żaden z nich by nie powiedział, gdyby nie zmusiła go do tego sytuacja.
Steve potrafił jednak wiele przekazać tym, jak ściskał go w nocy, prawie miażdżąc, jakby bał się, że kiedy się obudzi, Danny'ego nie będzie. W tym, jak śledził go wzrokiem, kiedy znajdowali się w tłumie ludzi. Jak szukał dla siebie miejsca blisko niego, chociaż rodzina Williamsów była znana z tego, że zabierali każdą wolną przestrzeń. Steve i tak znajdował sposób, aby docisnąć się do niego.
Bynajmniej nie miał nic przeciwko. Łatwiej było mu hamować własne odruchy, kiedy to Steve po niego sięgał. Nieważne było, który wykonał pierwszy ruch, gdy na koniec się dotykali. Spodziewał się, że McGarrett jako alfa będzie zdawał sobie sprawę z tego, że nie angażował się w nic połowicznie. Jego instynkty były równie silne. To też nie była tylko biologia.
- Jesteś wariatem – podjął Danny, kiedy milczenie stało się nieznośne.
Najchętniej patrzyłby po prostu na Steve'a, aż alfa zrozumiałby, że to o wiele więcej niż wdzięczność za opiekę w cholernie ciężkim okresie w jego życiu. Ciąża była traumatycznym przeżyciem. Nigdy mniej nie panował nad sobą.
- Moim wariatem – dodał.
Steve skinął jedynie głową, co pewnie nie powinno go dziwić. Szturchnął więc alfę ramieniem, patrząc na niego z wyzwaniem w oczach.
- Nie powiesz nic? Mamy moment, Steve, a ty mi nic nie powiesz? – spytał z niedowierzaniem.
Starał się jakoś rozwiązać supeł, który ktoś wepchnął mu do gardła, ale Steve nie wyglądał na ani trochę rozbawionego. McGarrett pocałował go w czoło, dalej uparcie milcząc.
ooo
John McGarrett zaczął się dogadywać z jego ojcem na poziomie, który zapewne zrozumieliby tylko ludzie z zasady walnięci w głowę. Co doskonale opisywało alfę z morderczymi zapędami oraz ekskomandosa, którym był senior ich rodziny. Nie do końca był zadowolony z tego połączenia, szczególnie kiedy zaczęli wciągać Steve'a w coś, co śmierdziało mu na kilometr.
- Jeśli zamierzasz ochrzcić nasze dziecko w oceanie – zaczął, kiedy tylko alfa pojawił się z powrotem w domu – to będzie twój koniec – ostrzegł go lojalnie.
Steve wpatrywał się w niego, jakby pojęcia nie miał, skąd się to wzięło, a potem cała jego twarz rozjaśniła się, kiedy spojrzał w kierunku kołyski Grace. Danny natychmiast stanął pomiędzy nim i dzieckiem, równomiernie rozkładając ciężar na nogach. Spojrzał na niego spode łba dla lepszego efektu, ale Steve jedynie przekrzywił głowę, jakby zastanawiał się nad tym, co to, u licha, miało być.
- Gracie spędziła dziewięć miesięcy w środowisku wodnym – poinformował go McGarrett. – Pływa pewnie lepiej od ciebie, ale to chyba byłoby za wcześnie – stwierdził, trochę go uspokajając. – Twoja mama zaoferowała się zostać z nią przez kilka godzin. Może my wyszlibyśmy popływać? – zaproponował Steve.
Starał się rzucić mu spojrzenie pełne dezaprobaty, ponieważ naprawdę nienawidził wody oraz piasku. Życie na Hawajach stało się bardziej znośne, ale to wcale nie oznaczało, że wielbił tutejszą okolicę. Po prostu jej nie-nienawidził, co naprawdę było wszystkim, co Steve mógł od niego uzyskać. Nie wrócił do New Jersey, ponieważ McGarrett podążyłby za nim, a to byłaby katastrofa. Jak wyciągnięcie ryby z wody i przyglądanie się temu, jak powoli umiera. Ku jego własnej zgrozie dostosowywał się o wiele łatwiej, a raczej wymuszał na swoim środowisku tolerancję jego osoby. Kono prawie nie żartowała już na temat krawatów i koszul. Chin nie komentował uzależnienia od malasadas.
Pływanie ze Stevem mogłoby być przyjemne. W zasadzie kiedy miało się ocean w zasięgu ręki, idiotyzmem byłoby czasem z tego nie skorzystać, ale blizna na jego ciele, nie pierwsza, ale ogromna i przerażająca, nie wyglądała najlepiej. Fałdy skóry nie wróciły na swoje miejsce, chociaż przynajmniej opuchlizna zniknęła. Spał w koszulce od kilku tygodni, ponieważ nie czuł się komfortowo, czego pewnie Steve nie pojąłby nigdy przy swoim wyglądzie, o który dbał w zasadzie każdego dnia. Danny na swoje mięśnie zapracował ciężko, a w obecnej sytuacji nie prezentowały się aż tak dobrze, jak powinny. Seks po ciemku, kiedy jego brzuch był wielki jak łódź podwodna, chociaż miał tylko jednego pasażera – to była całkiem inna sprawa niż wychodzenie w pełnym świetle, wystawiając się na o wiele zbyt dobry wzrok Steve'a.
- Przypomnieć ci, co stało się, kiedy ostatnio znalazłem się w oceanie? – sarknął.
Steve nie mrugnął nawet okiem.
- Może chcę, żebyś miał jakieś dobre wspomnienia? – zaryzykował McGarrett, unosząc do góry brew, ewidentnie nie kryjąc, co zamierzał.
Danny nigdy wcześniej nie zastanawiał się, jak długo alfa potrafiłby wstrzymywać oddech pod wodą i co to znaczyło dla ich życia seksualnego.
- Miłe wspomnienia związane z wodą – powiedział jedynie z wątpliwością w głosie. – Możemy sprawdzić, czy będę miał równie miłe wspomnienia z hamaka. Albo z leżaka. Albo…
- Danny – jęknął Steve, chyba mając dość tych dziecinnych zagrywek.
- Nie – powiedział więc, czując się trochę jak dupek, kiedy alfa wydał się rozczarowany.
Steve nie pytał nawet dlaczego. Po prostu skinął głową jak zawsze, kiedy uważał, że dyskusja jest zakończona, co było podejrzane, bo jeszcze niedawno kłóciłby się z nim, nie dając za wygraną.
- Wszystko w porządku? – spytał.
- Tak – usłyszał w odpowiedzi.
- Kłamiesz – rzucił krótko, marszcząc brwi.
Steve nawet nie drgnął.
- Ale twoje 'nie' było całkiem szczere – odparł alfa bez cienia emocji w głosie.
Nawet nie zamierzał wspominać o anewryzmie na twarzy. Nie wiedział, co jest grane, ale tylko bardziej wkurzało go, że Steve znowu nie mówił mu o niczym. Nie przepadał za tym, ponieważ zazwyczaj kończyło się to tym, że porywano go lub strzelano do niego. Może już nie całkiem musiał martwić się za dwoje, skoro Grace teraz była na swoim, ale to nie znaczyło, że nie chciał patrzeć, jak ona dorasta.
Steve ostatnio rozmawiał o wiele zbyt dużo ze swoim ojcem, który zawsze oznaczał kłopoty. A kiedy dodało się do tego Eddie'ego Williamsa, nie potrafił sobie nawet wyobrazić skali zniszczeń.
- To jest jakieś pieprzone pożegnanie? Bo jeśli wybierasz się teraz na jakąś tajną misję i nie zamierzasz mi powiedzieć, kiedy wrócisz, nie będziesz miał do czego wracać – poinformował go, czując jak wszystko w nim zaczęło się nagle gotować.
Potrafił sobie wyobrazić rozmowę tej trójki, gdzie McGarrett senior przekonał jego ojca, że Steve musi na razie udać się w bliżej nieokreślone miejsce ku chwale kraju i ustalali, kto przejmie opiekę nad nim, jakby nie był zdolny do podejmowania samodzielnych decyzji.
Steve wpatrywał się w niego w czystym szoku.
Nie spodziewał się też, że McGarrett klęknie przed nim z ogłupiałym wyrazem twarzy, jakby sam zastanawiał się nad tym, co robi. I Danny też nie miał żadnego pojęcia. Ukryli się w pokoju Grace, żeby mieć pięć minut dla siebie bez żartów Lucy, dogaduszek Matty'ego oraz wiecznych rad jego matki.
- Co robisz? – spytał lekko spanikowanym głosem.
- Kocham cię – odparł Steve, jakby to była odpowiedź na jego pytanie.
- To nie jest czynność – przypomniał mu.
- Ale mogłaby być – stwierdził Steve, nie podnosząc się z kolan. – Praca na całe życie. Moje zadanie na całe życie. To mogłaby być moja misja – ciągnął dalej McGarrett.
Danny nie był pewien, czy alfa przekonuje jego czy siebie. I nie mógł za bardzo drgnąć. Wgapiał się jedynie w Steve'a, który nadal się nie podnosił. Robił tylko tę minę, która oznaczała jedynie, że próbował się wysłowić. A jak zawsze szło mu to opornie.
- Steve – zaczął.
- Zostaniesz ze mną? Na całe życie? – spytał w końcu McGarrett.
- Jako misja? – jęknął.
Steve podrapał się po szczęce i skrzywił nieznacznie.
- Źle się wyraziłem – stwierdził alfa. – Kocham cię – powtórzył tylko z nadzieją w oczach, na którą Danny nie bardzo mógł już patrzeć.
- Nie – rzucił i oczy Steve'a zrobiły się o wiele większe. – Nie to chciałem powiedzieć – warknął, zanim McGarrett przeszedł w tryb bojowy. – Nie musimy być małżeństwem. Kocham cię – zapewnił go. – Wiem, że ten temat wypłynął, ale… - urwał i potrząsnął głową. – Nie musimy – zapewnił go.
Steve w końcu zamrugał. I musieli poważnie porozmawiać na temat tego, że czas najwyższy zacząć zachowywać się jak człowiek, a nie maszyna do zabijania.
- Ale ja chcę – odparł Steve.
- Och – wyrwało mu się, ponieważ to była ostatnia rzecz, która przyszła mu do głowy.
Znali się dziewięć miesięcy. W głowie jeszcze niedawno miał całą listę wad Steve'a, ale to wszystko jakoś wyparowało. Nie bardzo wiedział, czego chwycić się teraz. Miał perfekcyjną pustkę.
- Za sześć lat – stwierdził w końcu.
Steve spojrzał na niego, jakby nie rozumiał.
- Tak, ale za sześć lat – powtórzył.
- Za sześć lat – upewnił się Steve.
- Tak. Grace będzie na tyle duża, żeby sypać kwiatki – stwierdził.
McGarrett uśmiechnął się do niego cholernie szeroko, jakby ktoś właśnie podarował mu wyrzutnię rakiet.
- Więc zgadzasz się – upewnił się jeszcze alfa i Danny skinął po prostu głową, bo mówienie jakoś przychodziło mu z trudem.
Steve w końcu się podniósł i stali trochę jak idioci, patrząc na siebie. Nie był pewien, który z nich poruszył się pierwszy, ale bynajmniej nie całowali się w minutę później. Grace zaczęła płakać, najwyraźniej informując ich, że przeprowadzanie tak długich rozmów w jej pokoju jest idiotyzmem. Wyjął ją z łóżeczka, starając się kołysać ją miarowo i mała przestała rozdzierać się tak żałośnie. Był trochę zaskoczony, kiedy Steve objął go, przyciskając swoją klatkę piersiową do jego pleców. Przez okno dostrzegł, jak jego ojciec wyciąga coś z garażu.
- Co oni robią? – spytał wprost.
Steve spiął się niemal od razu.
- Cholera – wyrwało się alfie. – Muszę odwołać samolot – dodał lekko spanikowany.
- Samolot? – spytał Danny.
Steve zaczął masować jego ramiona, jakby chciał go uspokoić, co wcale nie skutkowało.
- No wiesz… Samolot – zaczął alfa. – Joe obiecał zrobić kilka rundek nad naszą plażą – ciągnął dalej. – Niektórzy czasem się tak oświadczają. Samolot sobie leci, a za nim jest transparent – wyjaśnił niepewnie.
Danny westchnął jedynie.
- A co oni robią? – spytał, bo Matty dołączył do wesołej gromady z piwami.
- Malują transparent – odparł Steve. – Pewnie powinienem im powiedzieć…
- Niech malują dalej – stwierdził Danny. – Masz dla mnie pierścionek? – spytał, nie do końca żartując.
- Nie – przyznał Steve.
- Czyli pomyślałeś o tym, żeby wynająć samolot i nie kupiłeś mi pierścionka – stwierdził, wcale niezaskoczony.
Westchnął ponownie.
- Mam jakoś większy dostęp do samolotów niż do jubilera – przyznał Steve. – Ale skoro mam sześć lat…
- Nie, za sześć lat się pobierzemy. Pierścionek chcę jutro – odparł Danny.
Steve zaśmiał się krótko. Jakoś nie widział w tym nic zabawnego.
Jego matka dołączyła do grupki, która była całkiem nieświadoma tego, że mieli na nich doskonały widok z okna. John McGarrett właśnie kłócił się o coś, spoglądając na jego ojca, jakby chciał go doprowadzić do porządku samym spojrzeniem. Żaden Williams jednak nie ugiął się przed McGarrettem i John w końcu machnął ręką, zabierając się z powrotem za swój pędzel.
- Popływasz ze mną? – spytał Steve wprost do jego ucha i pewnie to miało zabrzmieć kusząco.
- Nie – odparł jednak Danny i wziął głębszy wdech. – Daj mi ze dwa tygodnie, aż wszystko wróci do swojego dawnego stanu. Nie masz pojęcia, jak wyglądam – dodał, lekko zrezygnowany.
Steve trącił nosem jego ucho, przytulając go tylko mocniej.
- Wiem, jak wyglądasz – stwierdził McGarrett. – Jak ktoś, kto urodził moje dziecko – dodał.
I Danny nie bardzo miał jak się kłócić z tym faktem.
