Caroline patrzy w przestrzeń zamglonym wzrokiem. Jej powieka drga w dziwnym, nerwowym tiku. Powoli przesuwa palcem po pierścieniu, który dostała od ciebie na swoje jedenaste urodziny. Jej usta próbują się ułożyć, wypowiedzieć słowa, które nie potrafią przejść przez gardło. Słowa, za których myślą jej umysł goni, nieudolnie próbując nadać im kształt i stworzyć sensowną całość.

Mruga, jak przebudzona z transu. Cofa się chwiejnie i patrzy na ciebie na początku zszokowanym, nierozumnym wzrokiem. Potem w jej oczach widzisz nieme oskarżenie w swoim kierunku. Nie jesteś jednak pewien, czy znów ma do ciebie żal o zło, które wprowadziłeś w jej życie, czy może pierwszy raz wydaje się być na niego wściekła o to, że ją opuściłeś, gdy jeszcze była dzieckiem?

Nie masz okazji się przekonać.

-Ja…muszę iść.- szepcze Caroline pustym głosem. Unikając twojego wzroku, wspina się po schodach i biegnie do drzwi. Ucieka. Od ciebie. Od przeszłości. Od uczuć. To nieistotne.

Znów jesteś sam.

XXX

-Kolejny szpital został okradziony z krwi?

-Tak, Stefanie. I to z większej ilości, niż poprzedni. Obawiam się, że Silas się do czegoś szykuje. On czyni jakieś przygotowania…A my jesteśmy bezradni i tylko patrzymy.

Stefan Salvatore westchnął, pocierając skronie. Na rynku Mystic Falls panował ruch i harmider. Uczniowie liceum przygotowywali miasto do obchodów Dnia Zieleni. Z plakatu przypiętego do stoiska naprzeciwko wesoła hippiska wskazywała na niego palcem, a napis na dole głosił „A Ty? Czy już zacząłeś segregować odpady?". W oddali ojciec Bonnie nadzorował ustawianie nagłośnienia na scenie.

-Liz, skontaktuję się z Klausem. Zrobimy co w naszej mocy. Póki co, nie denerwuj się, to ostatnie, czym powinnaś się teraz martwić.

Po drugiej stronie zaległa cisza, przerywana nerwowym stukaniem długopisu o biurko.

-Liz, o co chodzi?

Usłyszał głębokie westchnięcie.

- To nie są przypadkowe szpitale. To jest jakiś…schemat, jakaś zgrana całość. Po prostu nie mogę tego jeszcze rozgryźć, ale coś mi świta. I to mi nie daje spokoju.

-Nie doszukuj się tam niczego. Spotkamy się dzisiaj. Na ten moment daj temu spokój.

Chwilę po rozłączeniu się, jego telefon ponownie zawibrował. Stefan błyskawicznie anulował połączenie, gdy zobaczył, od kogo ono pochodzi.

Damon mógł zakochać się w jego dziewczynie. Mógł być również z nią związany krwią po tym, jak została przemieniona w wampira. Ostatecznie, mógł mu ją nawet odebrać. Jednak nie powinien oczekiwać, że Stefan będzie wysłuchiwał jego przeprosin i zechce odbudować z nim relacje.

Wibrowanie rozległo się po raz kolejny. Zirytowany Stefan westchnął, po czym wyłączył telefon.

XXX

Bursztynowa szkocka wypełniła szklankę, delikatnie kołysząc się i obijając o jej ścianki. Stefan Salvatore uniósł ją do góry i przyjrzał się uważnie złotym refleksom, które wytworzyło światło padające z kominka.

-Skąd ta markotna mina, Stefanie?

Mężczyzna uniósł głowę i napotkał rozbawione, iskrzące się niczym błękitny lód oczy Klausa Mikalesona.

-Wnioskuję, że to jak zwykle coś związanego z twoim bratem i piękną Eleną. - kontynuował Mikaleson z zawadiackim uśmiechem.

Stefan westchnął i już zamierzał się jakoś odwinąć, zaserwować jakąś ripostę. Po kilku długich sekundach milczenia wypuścił głośno powietrze i wypił haustem szkocką.

-Jedno mnie ostatnio nurtuje, Klaus. Jedna rzecz nie pozwala mi spać. Całe zjawisko wyłączenia emocji...To nie do wiary. Niesamowite, ale i przerażające. Po włączeniu uczuć z powrotem nie jesteś tą samą osobą. Ale najbardziej ciekawe jest chyba to, co się dzieje w psychice wampira, który nie ma uczuć.

Uśmiech Klausa przestał być taki wesoły. Splótł dłonie i oparł na nich podbródek, patrząc się w przestrzeń z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

-Musi cię niesamowicie fascynować, ba, zżerać ciekawość tego, co się działo w umyśle Eleny w ciągu ostatnich tygodni i czy zmieniło się coś w związku z jej uczuciami względem ciebie. Przyznam, Stefanie, że zaskoczyłeś mnie zaczynając tak dobrze znany ci temat... - na chwilę zawiesił głos, rozciągając znów swoje usta w szerokim uśmiechu - ...czy może powinienem powiedzieć Rozpruwaczu?

Wstał i zrobił kilka kroków, przemierzając pokój. Dotarł do drewnianego regału przy ścianie i wyciągnął z niego stary zeszyt o pożółkłych stronach, oprawiony w zniszczoną skórę. Nalał sobie szklankę szkockiej i ponownie usiadł, kontynuując swoją opowieść znacznie bardziej energicznym tonem.

-Zjawisko wyłączenia emocji było moim obiektem badań przez wiele lat. To naprawdę fascynujące, szczególnie zagadnienie takie jak to, czy Pierwotny może zahipnotyzować kogoś bez emocji; w końcu jedną z podstaw tego jest zakorzeniony w waszych umysłach naturalny lęk i respekt przed starszym, silniejszym osobnikiem. Wbrew pozorom, wyłączenie emocji to skomplikowany, psychiczny proces. I wiesz, Stefanie, po tych wszystkich latach odkryłem pewną zaskakującą zależność.

-Zamieniam się w słuch. - mruknął Stefan, biorąc do ręki zeszyt.

-Paradoksalnie, wyłączenie emocji wcale nas ich nie pozbywa. Zaskakującym odkryciem było to, że wyłączając emocje, tracimy nasze przyzwyczajenia, zachowania związane z charakterem, usposobienie. Tracimy naszą tożsamość, w zamian dostając coś całkowicie odwrotnego. Bardzo prosty przykład; twoja ukochana Elena. Z natury jest pełna współczucia i empatii, po wyłączeniu uczuć bez mrugnięcia okiem była w stanie zamordować kelnerkę. Nie oznacza to, że wyzbyła się uczuć; po prostu prawdziwa Elena, druga Matka Teresa z Kalkuty, nie dopuściłaby do czegoś takiego. Dostaliśmy więc przeciwieństwo Eleny, a nie jej neutralną wersję. Albo weźmy ciebie za przykład.

Stefan uniósł brew, przeglądając dziennik Klausa.

-Jesteś mesjaszem. Chcesz wszystkim pomagać, ba, jesteś w stanie się za nich poświęcić. Niepoprawna ofiara. Po wyłączeniu emocji nie tyle, ile to tracisz; zamiast tego odnajdujesz w sobie brak zainteresowania wobec ludzi i ich życia. Rozumiesz?

-Myślę, że kilka szklanek szkockiej pomaga mi to zrozumieć. - mruknął Stefan. - Więc mówisz, że wyłączenie emocji to tak naprawdę zastąpienie ich negatywnymi?

-Prawie. To zamienienie na odwrotność wszystkiego, co nas kreuje, co sprawia, że postępujemy tak a nie inaczej. Elena; współczucie - pogarda, Ty; chęć pomagania czy zdolność do poświęcenia - brak zainteresowania, ignorancja.

-A więc przyjmujesz tezę, że ciemność jest ciemnością; nie po prostu brakiem światła, tylko jego przeciwieństwem?

-Dokładnie. - mruknął chrapliwie Klaus, po czym opróżnił szklankę.

Stefan przesunął zeszyt po stole, przyciskając palcem na rysunku przedstawiającym jasnowłosą dziewczynkę o delikatnym uśmiechu.

-Kierując się tą teorią, powiedz mi proszę, jak zachowywałaby się Caroline po wyłączeniu emocji. - widząc, jak zmieszany Klaus otwiera usta, dodał szybko- Nie, nie chcę wiedzieć co w dzienniku sprzed prawie dziesięciu lat robi jej rysunek.

Klaus powoli sięgnął ręką po zeszyt. Jego ruchy jak zwykle były pełne nieudawanej i niewymuszonej gracji, jego emocje zdradziło jednak lekkie drżenie dłoni i znaczny błysk w oku, gdy przyjrzał się rysunkowi.

-Po pierwsze, Caroline jest pełna optymizmu i nigdy nie traci wiary. Po wyłączeniu emocji byłaby bardziej mroczna, depresyjna, pozbawiona chęci do życia. Po drugie, trzyma przyjaciół i rodzinę blisko, co czasami kończy się ingerowaniem w ich życie. Pozbawiona emocji, przestałaby się nimi przejmować; staliby się dla niej jak obcy, straciliby w jej oczach jakąkolwiek wartość. Poza odcięciem się od nich, podejrzewałbym, że byłaby nawet w stanie uprzykrzyć im życie. Ale przede wszystkim, Caroline jest uporządkowana. To jej najważniejsza cecha. Wszystko musi zaplanować z najdrobniejszymi szczegółami. Ceni sobie harmonię, ład, proporcję, symetrię... Więc jej przeciwieństwem byłaby dysharmonia, nieład, bałagan. Po prostu chaos. Działania pozbawione jakiejkolwiek logiki czy przemyślenia. W skrócie, można by to nazwać rozchwianą emocjonalnie, dysfunkcyjną socjopatką.

-Jesteś chory na jej punkcie.

-Przyznaję się do winy. - zaśmiał się Klaus. - Jednak przyjmuję tę chorobę i nie zamierzam szukać lekarstwa, niechaj mnie wykończy.

Kontrastując z roześmianym Klausem, Stefan przybrał smutny uśmiech.

-Ona ma prawo o tym wiedzieć.

Klaus nie odpowiedział. Zaczął bawić się szklanką w swojej dłoni.

-Wiesz, Stefanie, jak uwielbiam nasze pogawędki, ale jaki był powód twojej wizyty?

-Całkowicie zapomniałem. Szeryf Forbes, kazała przekazać, że znów zniknęła krew ze szpitala, ty razem w o wiele większej ilości...

Stefan wyciągnął swój telefon i go włączył. Kiedy spojrzał na wyświetlacz, chwilowo zamarł, po czym paskudnie zaklął. Ruszył błyskawicznie do drzwi.

-Kurwa mać, nie odbiera!

Na nic nie zdały się nawoływania Klausa za plecami. Mikaelson dogonił go przy drzwiach, szarpiąc za ramię.

-O co, do cholery chodzi?

Stefan z pustym wyrazem twarzy nacisnął zieloną słuchawkę. Po spokojnym głosie automatu mówiącego, że ma jedną nową wiadomość, rozległ się zdyszany, przerażony szept Liz Forbes - "Stefanie, rozgryzłam to. Jezu Chryste, rozgryzłam to. Proszę, przyjedź jak najszybciej. To ważne, potem może być za...". Po ostatnim słowie zapanowała cisza, przerywana różnymi zgrzytami, jednak głos Liz już się nie pojawił.

Mężczyźni wymienili znaczące spojrzenia, głośno przełykając ślinę. Klaus zacisnął wargi.

-Silas po nią przyszedł.

XXX

-Jezu, odbierz.

Caroline Forbes westchnęła, po czym schowała telefon do kieszeni. Jej matka nie odebrała żadnego z ostatnich sześciu telefonów, jednak dziewczyna była do tego całkowicie przyzwyczajona. Gdy była dzieckiem, Liz Forbes pracowała do późna i nigdy nie odbierała.

Potarła energicznie swoje chłodne ramiona. Był już koniec wiosny, ale odczuwało się dziwne wrażenie, że lato wcale nie chce nadejść; wieczorami następowało ochłodzenie, karcące ją teraz za noszenie bluzki na ramiączka. Koniec końców, gdyby się skupiła, przestałaby odczuwać temperaturę. W końcu jest wampirem. Jednak wolała trzymać się pewnych aspektów człowieczeństwa; bała się, że odcinając się od nich, zapominając o takich rzeczach jak zjedzenie obiadu czy założeniu kurtki, zacznie powoli tracić samą siebie.

Ruszyła przed siebie. Jedyne, czego teraz chciała, to wziąć ciepłą kąpiel i położyć się w miękkiej pościeli. Ale wcześniej wypić duży kubek ciepłej, podgrzanej w mikrofalówce krwi. Tak, zdecydowanie to było jej priorytetem, nie pożywiała się od rana. To wszystko, czego teraz chciała...

-Dobry wieczór, Caroline.

...A na samym końcu tej listy było spotkanie Klausa Mikalesona.

Spokojnie, powtarzała sobie w myślach, choć jej serce zaczęło walić. Głęboko odetchnęła, po czym spojrzała za siebie, skąd dochodził głos. Klaus stał z nią - jak zwykle idealny, czarujący, pełen gracji i lekkości bycia. Uśmiechał się tym zapierającym dech w piersiach, który w chwilach największej zarozumiałości i naiwności uważała za zarezerwowany tylko dla siebie. Jednak, prędzej czy później, musiała porzucić te głupoty. Doskonale zdawała sobie sprawę, że w zetknięciu ze wszystkimi kobietami, jakie miał w ciągu tysiąca lat, jest niczym innym jak tępą, słodką zabawką.

Jak zwykle jej uwagę przyciągnął kontrast między nimi. On - pewny siebie, swobodny, ubrany w idealnie skrojone jeansy, skórzaną kurtkę spod której widziała biały podkoszulek i włoskie buty, zapewne droższe niż roczne czesne na jej przyszłej uczelni. Ona - zdystansowana, wyglądająca jakby nie spała dwie doby, ze skołtuniałymi włosami upiętymi w byle jakiego koka, zwykłej czarnej bokserce, ciemnych jeansach i znoszonych motocyklówkach. Zawsze prezentował się przy niej olśniewająco dobrze, jakby mało było powodów, by go nie cierpieć.

-Klaus, jak niemiło Cię widzieć. - mruknęła, unikając jego przeszywającego spojrzenia. Cholera, na pewno słyszy, jak wali jej serce. - W sumie to nigdy nie mam ochoty się z tobą widywać, ale dziś wyjątkowo spieszę się do domu. Do niezobaczenia.

Odwróciła się na pięcie, lecz zanim zdążyła postawić krok, on już pojawił się na równi z nią. Westchnęła głęboko, wiedząc, że nie ma sposobu, był dał sobie spokój i zostawił ją samą.

-Czemu ci tak spieszno do domu? - zapytał, zachowując na twarzy lekki, blady uśmiech.

-Moja mama nie odbiera telefonu.

Coś na wzór cienia strachu przewinęło się po twarzy Klausa. Przełknął ślinę.

-Więc nie widziałaś się dzisiaj z Liz?

-Nie mów o niej po imieniu. - syknęła. - Nie masz do tego prawa.

-Tak się składa, że owszem, mam. Jakbyś zapomniała, twoja mama i ja znamy się od wielu lat.

Caroline przystanęła, mierząc go wściekłym spojrzeniem.

- Niestety. - wycedziła powoli, ważąc każdą sylabę. - Choćbym nie wiem, jak chciała, nie mogę zapomnieć.

Przez chwilę zapadła cisza, pełna ciężkiego oskarżenia, nieukrywanego żalu i silnej wściekłości. Caroline zacisnęła wargi i wydawało się, że zaraz mu coś wykrzyczy w twarz, lecz spuściła wzrok i poprawiła włosy. Ruszyli dalej.

-Nieważne. Czemu pytałeś?

Klaus wciągnął powietrze, jak zawsze, kiedy ktoś go zaskoczył czy przyparł do muru. Unikając jej spojrzenia, mruknął pod nosem "Po prostu".

Kiedy znów na nią spojrzał, zobaczył przeszywające, wwiercające się w niego spojrzenie i trybiki przeskakujące jej w głowie.

-Kłamiesz. Zawsze, gdy coś ukrywasz, masz lekko uchylone usta, zaciskasz nadgarstki i podnosisz podbródek do góry.

-Myślę, że taka znajomość mojej mimiki jest co najmniej niepokojąca, ale to całkiem urocze.

-Nie żartuj sobie. - warknęła. - O co chodzi? Co się stało?

Klaus westchnął i przetarł twarz, chcąc ukryć nerwowe drganie nozdrzy.

-Nic się nie stało, Caroline. - odparł tonem zmęczonego rodzica. - Spraw mi tę przyjemność i pozwól się po prostu odprowadzić, dobrze?

Szli dalej milcząc, ona z dłońmi skrzyżowanymi na piersiach i pochylona głową, on - trzymając ręce w kieszeni, z wysoko podniesioną głową. Gdy zbliżali się do domu dziewczyny, ta niepewnie zaczęła:

-Właściwie jest coś, co chciałabym ci pow...Co to za zapach? - powiedziała cicho. Zamarła, rozglądając się dookoła.

-Nic nie czuję. - odparł zmieszany Klaus.

-Nie jadłam nic od rana. Czuję...krew.

Jej nozdrza poruszały się szybko. Postawiła kilka kroków do przodu i aż jęknęła.

-Boże, mnóstwo krwi!

Klaus zrównał się z nią i głęboko wciągnął powietrze nosem. Uderzył go zapach świeżej, gorącej krwi. Bardzo blisko.

Nie, pomyślał. Błagam, niech to nie będzie to. Przecież to ją załamie. Kompletnie zniszczy. Błagam, niech tylko...

Jego gonitwę myśli przerwał odgłos gęstej, ciężkiej kropli krwi, który przez ich wyostrzone zmysły zabrzmiał jak huk kuli do kręgli stykającej się z ziemią. Spanikowana dotąd Caroline zakryła uszy dłońmi. Jej twarz stała się pusta, pozbawiona jakiegokolwiek wyrazu.

-To w moim domu.

Potem wszystko potoczyło się bardzo szybko.

Klaus szarpnął ręką do przodu, lecz jego palce zacisnęły się tylko na powietrzu; gnana strachem Caroline była szybsza. Wpadła do domu, otwierając drzwi z trzaskiem. Mężczyzna pobiegł za nią, niespodziewanie słysząc za plecami nawoływanie Stefana. Po domu rozległy się histeryczne wrzaski Caroline "Mamo, mamo gdzie jesteś!". Klaus dogonił ją, gdy przebiegła przez kuchnię i otwierała drzwi do salonu. Złapał ją za ramiona dokładnie w tym momencie, gdy przekroczyła próg pomieszczenia. Gdyby nie to, upadłaby na ziemię.

Oparte o framugę uchylonych tylnych drzwi, leżało ciało Liz Forbes. Ręce luźno zwisały po bokach, nogi były wyprostowane. Głowa opierała się na lewym ramieniu. Na twarzy Liz nie było strachu czy cierpienia, jedynie zaskoczenie. Można by powiedzieć, że wcale nie wyglądała na martwą, gdyby nie wielka dziura ziejąca z jej piersi, przez którą widać było biel drzwi.

Dwa kroki przed trzęsącymi się nogami Caroline, leżało niedbale rzucone serce jej matki. Plama krwi wokół niego stopniowo powiększała się, niczym czerwona skaza na śnieżnobiałych kafelkach, które Liz przez swój pedantyzm co niedzielę szorowała.

Caroline przebiegała wzrokiem od ciała swojej matki do serca, absurdalnie leżącego przed nią. Zaczęła się trząść, a spomiędzy jej warg wylatywał urywany, świszczący oddech.

-Caroline...

Dziewczyna zawyła. Klaus nie słyszał jeszcze podobnego dźwięku; było to połączenie przeraźliwego, panicznego wrzasku i przeszywającego lamentu, krzyku bólu i płaczu rozpaczy. Brzmiał jak dźwięk rozbijającej się na milion odłamków szyby. Caroline rzuciła się do przodu, jednak Klaus w porę zacisnął ramiona wokół niej. Zaczęła okładać go pięściami. Jej wycie przeszło w nierówny, spazmatyczny szloch, a po policzkach zaczął płynąć nieprzerwany potok łez. Odepchnęła Klausa i głucha na jego nawoływania, uklękła, a raczej upadła przed sercem swojej matki. Drżącą jak liść dłonią sięgnęła w jego stronę.

-Mamusiu, przepraszam...Naprawię to, obiecuję...

Ujęła serce i podniosła je do góry. Klaus zacisnął palce na jej ramieniu, szepcząc błagalnie do ucha "Caroline, przestań".

-Nie mogę! Nie mogę! Musze to naprawić!

Pociągnęła nosem, szlochając żałośnie. Upuściła organ, który z odgłosem plaśnięcia uderzył w ziemię. Pisnęła. Cała się trzęsła i nierozumnym, zszokowanym wciąż wzrokiem patrzyła na swoje zakrwawione ręce. Klaus przytulił ją do siebie, przyciskając lekko jej głowę do swej piersi tak, by nie mogła już widzieć zwłok swojej matki. Spojrzał w bok i ujrzał zdruzgotaną Bonnie oraz Stefana o kamiennym wyrazie twarzy.

-Zabierz ją stąd. - wydusił Salvatore, nie odrywając wzroku od ciała szeryf Forbes.

Przez chwilę wszyscy stali milcząc, a jedynym dźwiękiem roznoszącym się po domu był urywany szloch Caroline, w którym co jakiś czas przebrzmiewał krzyk. Klaus zdjął swoją kurtkę i narzucił ja na ramiona dziewczyny, po czym spojrzał w jej zapłakane, puste oczy o nieobecnym spojrzeniu.

"Zaśnij" było ostatnim, co Caroline pamiętała.