Rozdział 3

Niebezpieczny gust

- Co on tutaj robi?

Lestrade stanął w drzwiach salonu, świadomy obecności Sherlocka za plecami.

- Sally, proszę cię – po prostu zajmijmy się tym, co mamy do zrobienia, okej?

- Ale sir...

- Donovan... – Ostrzeżenie w głosie inspektora podziałałoby na każdego mniej zmotywowanego podwładnego, ale Sally tylko zacisnęła palce na laptopie. Odłożyła go na stolik do kawy i zrobiła krok do przodu, trzęsąc się z oburzenia.

- Ależ sir...

- Sierżant Donovan!

Głos Lestrade'a rozniósł się po mieszkaniu. Zapadła cisza i kilka zaciekawionych głów wychyliło się na moment z pozostałych pomieszczeń.

Inspektor rozejrzał się dookoła ze swojego punktu na zakręcie korytarza.

- Naszym priorytetem jest odnalezienie i zatrzymanie mordercy. I skorzystamy z każdego sposobu, który uznam za słuszny. – Wrócił spojrzeniem do Sally. – Z każdego sposobu – powtórzył – dla osiągnięcia celu. Rozumiemy się?

Sally otworzyła usta.

- Każdy, kto nie rozumie, może wyjść i zająć się przesłuchiwaniem sąsiadów.

Przez moment zdawało się, że Sally zrezygnuje, ale zamiast tego zacisnęła zęby i ruszyła do drzwi frontowych, posyłając im po drodze mordercze spojrzenie. Otuliła się kurtką, przygotowując na spotkanie szalejącej na zewnątrz ulewy.

John szturchnął Sherlocka łokciem.

- Spójrz na mnie.

Sherlock niechętnie przerwał analizowanie mieszkania i odwrócił głowę w jego stronę.

- Co? – rzucił niecierpliwie, kompletnie ignorując Sally.

- Nic – odparł John, kiedy Donovan zatrzasnęła za sobą drzwi. – Tylko się upewniam, czy się za bardzo nie zadręczasz.

Sherlock prychnął.

- Moglibyśmy już przejść do sprawy? – zażądał, po czym machnął ręką. – Nieważne. – Wkroczył do salonu, zostawiając za sobą Lestrade'a i Johna, którzy wymienili spojrzenia.

- Na litość boską, postaraj się trzymać go w ryzach – poprosił Lestrade. – Prawie obiecałem swoje pierworodne dziecko, żeby móc go tutaj przywieźć.

- W twoim wieku i z twoim stylem życia nie masz już dużych szans na posiadanie dzieci, więc nie była to zbyt znacząca oferta – rzucił Sherlock, pojawiając się na chwilę w korytarzu i natychmiast znikając w drzwiach kuchni. John zrobił krok do przodu i przyglądał się, jak detektyw sprawdza notatki na lodówce i szpera po szafkach. Holmes wpadł na moment do łazienki, po czym wskazał na otwarte drzwi sypialni.

- Zaczynamy?

Lestrade wziął oddech i ruszył do przodu.

- Okej, wychodzić. Wszyscy, opuścić miejsce zbrodni!

Z pokoju wyszli wszyscy poza Andersonem.

- Podobno mamy nie zostawiać z nim ciała – rzucił, krzyżując ramiona na piersi. Sherlock zignorował go, podchodząc do leżącej na materacu ofiary.

John stanął w progu i obejrzał sypialnię. Na przeciwko niego stała spora toaletka. Podświetlone na brzegach lustro mimowolnie skojarzyło mu się z baletem – bez wątpienia przez wszystkie godziny, które spędził jako dziecko, czekając aż Harry skończy swoje lekcje tańca.

Przeniósł wzrok na stojące w rogu podwójne łóżko i skojarzenie z Harry tylko utwierdziło mu się w głowie. Dziewczyna była malutka. Z burzą jasnych loków, w różowym sweterku i dżinsach wetkniętych w pluszowe kapcie wyglądała jak lalka. I zdecydowanie za bardzo przypominała jego siostrę, w jej "dziewczęcej" fazie, zanim postanowiła ściąć włosy na jeża i przyjąć postawę odwrotnie proporcjonalną do wzrostu.

- Moira Pickering – oznajmił Lestrade. – Dwadzieścia trzy lata, niezamężna, sekretarka w firmie ubezpieczeniowej. Znaleziona dzisiejszego ranka przez agenta do spraw wynajmu robiącego rutynową inspekcję.

Podszedł do kredensu i podniósł przezroczystą torebkę na dowody.

- Mamy notatkę, tak samo jak w pozostałych przypadkach. – Pokazał im skrawek białej kartki, na której nabazgrane zostało słowo "Przepraszam". – Za każdym razem to samo.

- Skoro to na pewno nie samobójstwa, co ma oznaczać "Przepraszam"? Skruchę mordercy? – spytał John.

Lestrade pokręcił głową.

- Braliśmy to pod uwagę przy pierwszej sprawie, ale okazało się, że charakter pisma należy do ofiary. – Przekręcił torebkę i sam przyjrzał się świstkowi. – Poza tym to zdecydowanie kobieca ręka. Litery są okrągłe, zapętlone. – Spojrzał na Sherlocka, który pokiwał głową.

- No dalej, detektywie – wtrącił się Anderson, z głosem ociekającym sarkazmem. – Pokaż, co potrafisz. Wydedukuj naszą ofiarę, drżymy z niecierpliwości.

- Skoro znajdujemy się w mieszkaniu ofiary, zakładam, że nawet ty byłbyś w stanie dostrzec najbardziej istotne szczegóły, Anderson. Ale wydaje mi się, że bardziej nas interesują informacje na temat mordercy? – rzucił Sherlock, równocześnie unosząc powieki dziewczyny i przyglądając się uważnie oczom.

- Doktorze? – odwrócił się w stronę Johna, który zerknął krótko na Lestrade'a w oczekiwaniu na nieme przyzwolenie, po czym przełączył się na fachowy tryb.

- W porządku – powiedział, oglądając ciało. – Przyczyną śmierci była rana kłuta klatki piersiowej, to oczywiste. Bardzo mało krwi i – wskazał na resztę pomieszczenia – żadnego śladu krwawienia z tętnicy, więc narzędzie zostało wyjęte z rany dopiero po śmierci. Wykrwawiła się do klatki piersiowej.

- Umiejętnie – wymamrotał z uznaniem Sherlock.

John zignorował go.

- Zgon nastąpił dwanaście do osiemnastu godzin temu i ciało raczej nie było ruszane, przynajmniej nie tego ranka. – Uniósł drobną dłoń dziewczyny i zacisnął usta, kiedy rękaw różowego swetra opadł nieco, odsłaniając nadgarstek.

- John? – Na widok wyrazu twarzy przyjaciela Sherlock przysunął się nieco bliżej niż zwykle.

- O co chodzi? – spytał Lestrade.

John odwrócił się.

- Była związana. – Wskazał na nadgarstek i sięgnął, żeby podnieść drugą rękę dziewczyny. – Coś miękkiego... nie przebiło skóry, ale mocno ją posiniaczyło. Walczyła – dodał, delikatnie kładąc dłoń na materacu. – Mocno.

Lestrade zerknął na zegarek.

- Czyli została zamordowana wczoraj, między szóstą wieczorem a północą – policzył. – Pasuje idealnie do pozostałych trzech spraw. – Odwrócił się w stronę Sherlocka. – Co dla mnie masz?

Holmes musnął dyskretnie dłonią ramię Johna, po czym zwrócił się do Lestrade'a.

- Morderca to rzecz jasna mężczyzna, prawdopodobnie dość wysoki i atrakcyjny, wedle tradycyjnych standardów. – Zerknął krótko w stronę Andersona. – Mówiąc "tradycyjne" mam na myśli standardy ofiary. O gustach się nie dyskutuje.

- Ofiara raczej go nie znała, a na pewno nie spodziewała się odwiedzin. Najbardziej prawdopodobna wersja to fałszywa legitymacja: była łatwiejsza do oszukania niż większość ludzi.

- Eee... wyjaśnij?

- Czy naprawdę jestem jedyną osobą w tym pomieszczeniu, która potrafi posługiwać się oczami? – prychnął Sherlock. – Okulary – wytłumaczył. – Jej okulary leżą na półce w korytarzu. Dlaczego tylko ja je zauważyłem, skoro dopiero co obok nich przechodziłeś?

Westchnął na widok ich bezmyślnych spojrzeń.

- Szkła kontaktowe są w łazience, ale ona żadnych nie nosi. – Machnął ręką w kierunku ciała. – Minus trzy w obu oczach, co oznacza, że może funkcjonować w znajomym otoczeniu, ale na pewno nie jest w stanie oglądać telewizji ani korzystać z laptopa, a zatem miała założone okulary. – Wskazał na zapełnioną kosmetykami toaletkę. – Ma inny rodzaj pomadki na każdy dzień miesiąca. Próżna kobieta chodząca po domu w okularach – nie spodziewała się żadnych gości.

- Ofiara słyszy dzwonek, zerka przez judasza, po czym zdejmuje okulary i dopiero wówczas otwiera drzwi. Wpuszcza gościa do środka, ale zostawia okulary w przedpokoju. Dlaczego?

Rozejrzał się po twarzach obecnych z nadzieją, po czym pokręcił głową.

- Po co ja cokolwiek mówię – wymamrotał do siebie.

- Chodzi ci o to, że pomyślała, że morderca jest atrakcyjny? – podsunął John.

Sherlock wyrzucił ręce w powietrze.

- Dziękuję, John! – krzyknął rozpromieniony. Odwrócił się do Lestrade'a. – Z jakiego innego powodu nie chciałaby, żeby gość zobaczył ją w okularach?

Wskazał na stolik przy łóżku.

- Mężczyzna na okładce wygląda, jakby ktoś nadmuchał mu klatkę piersiową...

Lestrade uniósł pytająco brwi i zerknął na Johna, który powiedział bezgłośnie "harlequin".

- ...a na podłodze jest ich jeszcze więcej – kontynuował Sherlock. – Zdjęcia w salonie przedstawiają ofiarę z różnymi partnerami, ale każdy z nich jest wysoki i męski, więc jej "typ" wydaje się oczywisty.

John zerknął ponuro na ciało Moiry.

- Spojrzała przez judasza i spodobało jej się to, co zobaczyła, więc ściągnęła okulary...

- ...dzięki czemu bez problemu nabrała się na fałszywą legitymację – dokończył Lestrade.

- Próżności, imię twoje kobieta – zacytował Anderson.

- Słabości – odezwał się głos z progu pokoju. Sherlock obrócił się w stronę młodego policjanta, który natychmiast zerwał z głowy czapkę, odsłaniając wściekle rudą czuprynę.

- Hopkins, co ty tutaj robisz? – odezwał się Lestrade zrezygnowanym tonem. – Wracaj do przesłuchań.

Chłopak zawahał się i przestąpił z nogi na nogę, z nerwowym, ale podekscytowanym wyrazem twarzy.

- A mógłbym chociaż...

- Idź! – Lestrade odpędził go ręką, po czym przymknął drzwi. – Przepraszam za niego – odezwał się do Sherlocka. – Obawiam się, że masz nowego fana.

Reakcja Sherlocka na te słowa była zaskakująca. Detektyw zerwał się i wypadł z pokoju, zostawiając za sobą kołyszące się lekko drzwi.

John i Lestrade ruszyli za nim jak na komendę, przeciskając się równocześnie przez próg. Sherlock stał w przedpokoju, przyszpilając młodego policjanta do ściany. Na twarzy chłopaka malowała się kompletna zgroza i zaskoczenie.

- Co ty, do jasnej cholery... – zaczął wściekle Lestrade, a John prędko podszedł do Sherlocka i położył mu dłoń na ramieniu.

- Odsuń się, albo znowu cię wywalą – syknął.

Detektyw nie poruszył się.

- Sherlock, nie żartuję – powiedział cicho. – Puść go.

Sherlock wypuścił chłopaka po kilku sekundach, po czym zrobił krok do tyłu, lustrując go krytycznie od stóp do głów.

- To moja wina, sir – zapewnił gorąco Hopkins. – Potknąłem się i pan Holmes przytrzymał mnie, żebym nie upadł.

Lestrade przewrócił oczami.

- To żałosne, Hopkins – westchnął. – Jesteś beznadziejnym kłamcą. Nawet nie wiem, po co się wysilasz.

- Proszę wybaczyć, sir – powiedział z zakłopotaniem chłopak, cały czas zerkając na Sherlocka.

- O co ci chodziło? – spytał Holmes, a Hopkins podskoczył. – Słabości – dodał, widząc, że chłopak nie rozumie, o czym mowa.

- Och, panie Holmes, to cytat – wyjaśnił prędko. – Hamlet. Słabości, twe imię kobieta... Bardzo często zamieniane błędnie – zerknął na Andersona – na "próżność". Ale w tej scenie Hamlet ma na myśli swoją matkę, która wyszła za jego wujka mniej niż miesiąc po tragicznej śmierci ojca.

Sherlock uniósł brwi i zerknął na Johna.

- Nie patrz tak na mnie – powiedział John. – Wiem tylko tyle, że grał w tym Mel Gibson.

Lestrade otworzył usta, po czym uznał, że oszczędzi sobie wdeptywania w rozciągające się przed nim bagno brakującej wiedzy.

- Możemy wrócić do pracy?

Holmes ruszył z powrotem w stronę sypialni, kiwając głową na Hopkinsa.

- Zabierz go – rzucił przez ramię. Anderson cofnął się prędko, jakby obawiał się, że socjopatia jest zaraźliwa.

- Ominęły mnie dedukcje? – wyszeptał Hopkins w kierunku Johna, który zawahał się. Nie miał pojęcia, co myśleć o tym gorliwym chłopaku i dziwacznej reakcji Sherlocka.

- Muszę obejrzeć pozostałe miejsca zbrodni, podobnie jak wszystkie zdjęcia i ciała – oświadczył Sherlock, automatycznie rozglądając się po pokoju i upewniając, że nie pominął żadnego szczegółu. – Między ofiarami musi być jakiś związek.

- Kiedy powiedziałem coś podobnego podczas sprawy z taksówkarzem, wysłałeś dziennikarzom wiadomość, że to bzdura.

- Wtedy jedynym powiązaniem był fakt, że wszystkie ofiary skorzystały z taksówki – odparł Sherlock. – Nic, co miałoby związek z ich życiem, nic, co da się przewidzieć – dodał, krążąc po sypialni. – Tym razem morderca przychodzi do nich, więc musi wybierać ofiary z konkretnego powodu.

Przywołał z pamięci dokładną mapę Londynu, podświetlając w umyśle wszystkie lokalizacje morderstw, i przyjrzał im się z każdego możliwego kąta. Żadnego oczywistego wzoru.

- Możesz powiedzieć coś więcej na temat ofiary? – spytał Lestrade, a John wzdrygnął się, kiedy stojący obok Hopkins zaczął prawie skakać z przejęcia.

Sherlock wzruszył ramionami.

- W tych czasach nie trzeba już szperać ludziom w śmieciach, żeby się czegoś dowiedzieć. Sami wywieszają swoje brudy. Facebook, Twitter... Plany na weekend, nadchodzące wydarzenia, marzenia, nadzieje... Każdy najmniejszy szczegół, przydatny dla potencjalnego mordercy.

- Nie miała chłopaka, który zostawałby w mieszkaniu regularnie, inaczej przesunęliby łóżko. Nikt nie lubi spać tuż przy ścianie, bez stolika, żeby położyć telefon czy postawić szklankę wody...

Wysunął szufladę nocnej szafki, badając jej zawartość.

- ...ale ofiara była aktywna seksualnie, czyli albo jednonocne przygody, albo jeden kochanek, który rzadko zostaje na noc. – Otworzył drugą szufladkę. – Więcej zabawek niż prezerwatyw, więc prawdopodobnie to ostatnie.

Lestrade złapał się na wymianie spojrzeń z Andersonem i prędko odwrócił głowę, patrząc wszędzie, tylko nie w kierunku Johna.

- Coś jeszcze?

- Nic istotnego – odparł Sherlock. – Właśnie kończyło jej się przeziębienie, ale ta informacja niczego nie zmienia.

John zlitował się nad Hopkinsem, który rozglądał się rozpaczliwie po sypialni, próbując zrozumieć ostatnią dedukcję.

- Jak się tego domyśliłeś?

- Hmm...? - Sherlock klęczał na podłodze, oglądając ze wszystkich stron krzesło, po czym dodał z roztargnieniem – och, pudełko chusteczek w salonie jest prawie puste, ale góra, którą odrywa się od opakowania cały czas leży w kuble na śmieci. A zgodnie z planem przyczepionym do lodówki, worki ze śmieciami są zabierane we wtorki.

- To nie oznacza, że była przeziębiona – wtrącił się Anderson. – Ludzie używają chusteczek do różnych celów.

Sherlock spojrzał na niego z politowaniem.

- Wierzę w to, że zużywasz całe pudełko chusteczek, kiedy akurat nie jesteś regularnie obsługiwany, Anderson, ale nie mierzmy wszystkich twoją miarą, hm? – Odwrócił się, ignorując zszokowane parsknięcie.

- Obok pojemnika na herbatę w kuchni leży opakowanie Fervexu, ale reszta leków jest schowana w górnej szafce. Zostały tylko dwie saszetki, ale nie dodała leku do listy zakupów na lodówce. Co oznacza, że jej przeziębienie się kończyło, proste.

Wyprostował się, patrząc z niezadowoleniem na krzesło.

- Tak jak mówiłem, nic istotnego.

- A jeśli została czymś odurzona? – wtrącił z nadzieją Hopkins. – Jeśli była przeziębiona, nie wyczułaby smaku. – John pomyślał, że gdyby młody policjant był psem, właśnie merdałby z przejęcia ogonem.

- Czy inne ofiary były odurzone? – spytał policjant, ale Lestrade potrząsnął głową.

- Testy nic nie wykazały – odparł. – Z tym, że ciała nie były tak świeże jak to.

- Nieistotne – wtrącił Sherlock z rozdrażnieniem. – Morderca nie mógł opierać całego planu na tym, że ofiara będzie miała osłabiony zmysł smaku. Chyba, że sugerujesz, że motywem zbrodni jest próba wytępienia wirusa przeziębienia. – Odwrócił się, ruszając w kierunku drzwi. – Muszę obejrzeć tego laptopa.

Lestrade podążył za nim, rzucając do Hopkinsa przez ramię:

- Wracaj do pracy!

Chłopak westchnął. John uśmiechnął się do niego lekko i ruszył z zamiarem dołączenia do Sherlocka w salonie, kiedy zatrzymał go nieśmiały głos.

- Doktorze Watson... Doktorze Watson, mogę pana o coś spytać?

John zatrzymał się i rzucił okiem na Sherlocka, który siedział już na sofie, pochłonięty badaniem komputera. Odwrócił się do Hopkinsa, który stał niepewnie w korytarzu, miętosząc w dłoniach czapkę.

- Możesz – odparł. – Ale nie powinieneś przypadkiem zbierać się do wyjścia? – Wskazał głową drzwi frontowe.

- Tak, sir, przepraszam, sir – odpowiedział prędko Hopkins, nie ruszając się z miejsca. – Ale to dotyczy pana Holmesa, sir.

- Mów – zachęcił go ostrożnie John.

- Tak jest, sir. – Chłopak zakołysał się na nogach, po czym wziął głęboki oddech. – Bo, wie pan, sir, ja się zgłosiłem do tej pracy specjalnie dla pana Holmesa, sir. Mój znajomy, Ryan, nie zna go pan, jest dość nisko w... no, nie tak nisko jak ja, ale pan ani pan Holmes na pewno go nie znają, sir. No, i Ryan był w ekipie, która próbowała rozwiązać skomplikowaną sprawę, sir, i naprawdę zupełnie nikt nie wiedział, jak się za to zabrać, nawet inspektor Lestrade, sir, a on jest naprawdę dobry, sir... Więc zadzwonili do pana Holmesa, i Ryan powiedział, że pan Holmes przyszedł i natychmiast rozwiązał sprawę... tak po prostu, od razu wyjaśnił co się stało, a oni złapali mordercę, odzyskali naszyjnik i w ogóle... Ryan powiedział, że to było jak magia... i powiedział że pan Holmes był... no, nieważne, ale ja, eee, zacząłem zbierać różne wycinki na temat spraw, które rozwiązał wcześniej pan Holmes, i jest naprawdę strasznie niesamowity, więc zaaplikowałem o przeniesienie z mojego wydziału i parę tygodni temu w końcu mi się udało... Jestem teraz detektywem na stażu, sir – dodał ze śladem dumy na twarzy.

- Oddychaj – poradził mu John.

- Tak jest, sir... No, ale jak już się przeniosłem, powiedzieli mi, że pan Holmes nie współpracuje więcej z policją. Ale nie chcieli mi wyjaśnić dlaczego, sir. Spytałem sierżant Donovan i ona powiedziała... no, w sumie nieważne, ale ogólnie to nic nie wyjaśniła. No i, sir, ja zupełnie nie rozumiem, skoro pan Holmes jest taki genialny i chętny do pomocy, to czemu... – zamilkł.

John westchnął. Naprawdę nie miał ochoty dyskutować na ten temat.

- Nie mogę ci powiedzieć... – zaczął. Westchnął, widząc rozczarowanie na twarzy chłopaka i ustąpił odrobinę. - Ale parę miesięcy temu miał miejsce pewien... incydent. – Potrząsnął głową. – Nie było mnie wtedy w Londynie – dodał, czując znajome ukłucie winy. – Tak czy inaczej, w rezultacie incydentu podkomisarz zdecydował, że Sherlock nie może mieć dłużej dostępu do miejsc zbrodni ani poufnych dokumentów. – Jego wzrok powędrował do siedzącego w salonie detektywa i uśmiechnął się mimowolnie, obserwując, jak Sherlock macha z ożywieniem ręką, zawzięcie o czymś dyskutując. – To wszystko – dokończył.

Chłopak wyglądał, jakby miał zamiar powiedzieć coś jeszcze, ale John wtrącił prędko:

- A teraz, masz chyba coś do zrobienia? – Popędził go. – Bo ja na pewno mam.

- To nie fair, sir – dodał jeszcze chłopak, ale posłusznie wcisnął czapkę na głowę i ruszył do drzwi z zamyślonym wyrazem twarzy.

John zastanowił się przelotnie, jak Sherlock poradzi sobie z takim poziomem namolności: coś mu mówiło, że młody policjant nie podda się zbyt prędko. Uśmiechnął się lekko. To może być całkiem zabawne.

Wszedł do salonu i zaczekał, aż Sherlock skończy zastanawiać się nad komputerem, obserwując, jak detektyw zapada się coraz niżej w kanapę, dopóki nagle nie przerwał mówienia i z zaskoczeniem nie zdał sobie sprawy z faktu, że siedzi rozciągnięty jak na leżaku.

Poderwał się zwinnie na nogi i wygładził płaszcz, zerkając na Johna.

- W porządku? – spytał.

- W porządku – potwierdził John. – Gotowy do wyjścia?

Lestrade obiecał, że dostarczy im na Baker Street kopie dokumentów i fotografii, po czym opuścili mieszkanie i wsiedli do taksówki, szczęśliwie nie spotykając po drodze Hopkinsa ani Sally.

Sherlock wiedział, że pytanie o młodego policjanta wisi w powietrzu. Postawił na taktykę z odwróceniem uwagi.

- Dlaczego tak się przejąłeś ofiarą? – spytał, analizując wyraz twarzy Johna. – Widziałeś znacznie gorsze, nawet tutaj, w Londynie, i zazwyczaj nie reagujesz tak mocno. Nie tak, jak Lestrade – dodał.

Taktyka powiodła się.

- Co masz na myśli? – zaciekawił się John. – Z Lestradem, znaczy się.

- Daj spokój, sam musiałeś zauważyć. Scenę zbrodni można wyczytać z jego ruchów zanim jeszcze otworzy usta, żeby cokolwiek powiedzieć. – Spojrzał na Johna wyczekująco. – Nie? – upewnił się. – Naprawdę? – Wydawał się rozczarowany. – Napięcie Lestrade'a jest dokładnie proporcjonalne do poziomu opiekuńczości, które czułby w stosunku do ofiary – wyjaśnił. – Dzieci są najbardziej oczywiste, ale kobiety, zwłaszcza młode, zajmują drugie miejsce.

- Fakt. – John pokiwał głową. To by wyjaśniało, czemu Sherlock natychmiast wiedział, że ofiara jest kobietą; wcześniej założył, że był to tylko szczęśliwy traf.

- Ja nigdy nie zgaduję – dodał Sherlock, jakby czytał mu w myślach.

- Nadal jestem lepszy w przewidywaniu wróżb z ciasteczek – zauważył John.

Sherlock wymamrotał pod nosem coś niezrozumiałego. John westchnął.

- Przypominała mi Harry – przyznał. Nie było sensu tego ukrywać: Sherlock i tak domyśliłby się prędzej czy później.

- Nie dogadujesz się z Harry.

- To moja siostra.

- Prawie jej nie widujesz, a jak już, zawsze wracasz rozdrażniony.

- To moja siostra.

Wymienili spojrzenia. Ślepa uliczka, zrozumiał Sherlock.

- A więc... co z tobą? – spytał John. Sherlock skrzywił się.

- O co chodziło z tym atakiem na Hopkinsa? Czemu tak wypadłeś z pokoju, jak tylko Lestrade nazwał go twoim "fanem"?

- Ostatni raz usłyszałem słowo "fan" – odparł Sherlock – z ust taksówkarza z tej twojej całej "różowej sprawy". – Odwrócił głowę, wyglądając przez okno. – I odnosiło się do Moriarty'ego.

Zapadło krótkie, gęste milczenie.

- Ty kompletny durniu.