TREŚĆ TEGO ROZDZIAŁU MOŻE ZOSTAĆ W KAŻDEJ CHWILI ZUPEŁNIE ZMIENIONA NA NOWĄ WERSJĘ
Obudziło mnie jakieś niejasne poczucie zagrożenia. Deszcz ciął z uporem maniaka w okno. Rozchyliłam zaspane powieki i uniosłam głowę znad blatu biurka.
Spałam cały czas przy zapalonej lampce. Zerknęłam na zegarek – była druga w nocy. Zgasiłam światło i złożyłam ociężałą głowę z powrotem na skrzyżowanych ramionach. Chcę spać dalej… Hmm, deszcz nie pada… ale nie padał także, gdy się obudziłam, coś nie tak z moją głową… Dlaczego wydawało mi się, że padało? Co za głupie rozważania dręczą mój skołatany rozum… Matma źle wpływa na myślenie najwidoczniej…
Zdałam sobie sprawę, że nie myślę racjonalnie, jak każdy, kto został wyrwany ze snu jakimiś głupimi mrzonkami urojonymi we własnej głowie. Postarałam się doprowadzić swój mózg do stanu używalności i znowu uderzyło mnie poczucie, że coś jest nie tak. Rozejrzałam się po ciemnym pokoju, zauważając wąskie pasmo światła na ścianie naprzeciwko drzwi. Wydobywało się ze szczeliny pod nimi. A to oznaczało, że rodzice nie spali.
Zdziwiło mnie to: oni kładli się zazwyczaj nie później, niż o północy. Poczułam, że sen odszedł ode mnie na dobre i z ciekawości powoli pokuśtykałam do drzwi. Niestety moje kończyny były wciąż odrętwiałe po niewygodnej dla nich pozycji, w której spałam.
W korytarzyku, przy którym znajdowały się portale do pokoju mojego i sypialni rodziców, rzeczywiście panowała jasność. Drzwi tej drugiej były uchylone, a z wnętrza ziała ciemność. A więc nie śpią, tylko dlaczego? Ruszyłam w kierunku schodów na parter. Wszędzie było pozapalane światło, a ja schodziłam, jak mogłam najciszej. Przeklęłam w duchu moje głupie przyzwyczajenie do nie ściągania butów po przyjściu do domu, bo ciężkie glany tupały tak głośno, jakby im zależało na zbędnym ambarasie. Kiedy przechodziłam obok kuchni, usłyszałam podniesiony głos taty:
− …wiesz, że najważniejsze dla mnie jest dobro twoje i Meg. Gdyby to nie była poważna sprawa, za nic nie prosiłbym o coś takiego…
− Ależ kochanie! − Głos mamy mówił, że jest zdenerwowana. − A co ze szkołą dziecka? I z naszymi posadami? Moimi znajomościami? Ogrodem? Chyba trochę przesadzasz…
Przełknęłam ślinę. Czyżby znowu chcieli wyruszyć w to diabelskie tournée po całym świecie?
− Słuchaj, Julio. Praca nie jest tak ważna jak życie, nieprawdaż?
− Ale po co ta cała zbędna histeria, pytam się. Czyż nie określiliśmy jasno, że nie zgadzamy się? Chyba nasze zdanie troszkę się liczy, w końcu chodzi o naszą córkę…
− Ale o co ci teraz chodzi?
− No, wiesz. Ostatnim razem skończyło się na głupich listach i interwencji jakiegoś wariata. Myślisz, że tacy ludzie mogliby nas zabić? To niedorzeczne przecież!
− Mówisz o tych zaproszeniach dla naszej córki do tego wariatkowa?
Zmarszczyłam brwi. Listy? O mnie? Wariatkowo?
− No tak, przecież pamiętasz, jak trudno było nam je ukryć przed bystrym wzrokiem Meggie.
Chyba musiała zauważyć, że zachowujemy się dziwnie. W każdym razie twierdzę, że to był beznadziejny pomysł z uciekaniem z kraju, przecież i tak nas znaleźli! Teraz też tak będzie!
− Obawiam się, kochanie, że mnie nie zrozumiałaś. Tamci to byli tylko… no wiesz… Nieszkodliwi wariaci…Teraz mamy do czynienia z kimś o wiele groźniejszym, kto poluje na nasze dziecko…
W kuchni zapadła cisza, nasączona groźbą.
− Skąd to wiesz, George? − zapytała mama przerażonym głosem.
− Nie mówiłem ci o tym, ale po tych wszystkich listach i odwiedzinach załatwiłem Mary Ann cichą obstawę, która zawsze ma ją na oku. Profesjonalistów. Od kilku dni jest śledzona przez jakichś mężczyzn. Jeden z moich ludzi ich prześwietlił. Obaj figurują na listach Interpolu jako powiązani z wieloma rodzinami mafijnymi z całej Europy. Mają tajemnicze źródła dochodu. I spluwy pod pachami. Myślę, że chcą porwać Meg dla okupu. I niekoniecznie oddać nam ją żywą.
− To co robimy? − zapytała słabo mama, po dłuższej chwili milczenia.
− Uciekamy, i to migiem − mruknął tata. – Nawet teraz mogą stać pod domem – dodał i wyjrzał dyskretnie przez okno.
Weszłam do kuchni z mieszanymi uczuciami. Byłam zła. Dlaczego przez tyle lat utrzymywali przede mną w tajemnicy przyczynę tego koczowniczego trybu życia?! Ale byłam także przerażona. I do tego w szoku: jak to się stało, że nie zauważyłam tej mojej „obstawy"? Obserwujący mnie ludzie, o których nie miałam pojęcia… Ileż to ciekawych rzeczy można się dowiedzieć jednej nocy, rzeczy, o których się nawet nie śniło…
Rodzice odwrócili się zaskoczeni w moim kierunku. Musiałam mieć chyba bardzo groźną minę, bo twarz obojga wyrażała strach, jakby do kuchni weszło co najmniej pięciu ufoludków. Stanęłam naprzeciw okna, by widzieć obydwa oblicza, gdyż rodzice siedzieli do niego plecami.
− Jakie listy do mnie przychodziły? − zapytałam groźnie.
− Kochanie, to ty jeszcze nie śpisz? − zdziwiła się z zakłopotaniem mama.
− Jakie listy do mnie przychodziły? − powtórzyłam wyraźniej.
− Dziecko, teraz nie mamy czasu, zbierz swój najdrobniejszy i najdroższy dobytek do szkolnej torby i poczekaj na nas w…
− Chcę wiedzieć!
− Wytłumaczymy ci wszystko po drodze, proszę…
Zapatrzyłam się w okno, ale nie ruszałam do pokoju.
− Kiedy chcieliście mi opowiedzieć o powodach przeprowadzek? − spytałam cicho.
− Mary Ann! − powiedział ostrzegawczo tata, ale ja brnęłam dalej.
− Może i lubujesz się w sekretach, w końcu nigdy nie byłeś zbyt wylewny, ale mama…
− Mary Ann! Jeśli natychmiast nie…
− Ja tylko chcę… − przerwałam mu, ale… co?
− Co się stało, Meggie?
Rodzice podbiegli do mnie, najwyraźniej wystraszeni moim wyrazem twarzy, a ich wzrok powędrował w miejsce, gdzie ja wlepiałam oczy.
Ulicę oświetlał blask lampy. Na tle światła doskonale można było dostrzec kilka ciemnych sylwetek, idących ramię w ramię, okrążających powoli ludzkim kręgiem nasz dom, bo udało im się dostać na teren naszego ogrodu. Musieli sforsować płot… Skradali się cicho, jakby chcieli nas zaskoczyć we śnie.
− George! − wyksztusiła zduszonym głosem mama. − George, to oni! Przyszli po Meg! Na pewno po nią przyszli!
Zaczęła się trząść ze strachu. Tata patrzył w okno z zaciętą miną, a potem…
− Biegnij na górę, Mary Ann – mruknął. – Musisz się stąd wydostać.
− Ale, tato! – zbuntowałam się. – Chodźcie ze mną!
− Nie, Meg, oni przyszli tylko po ciebie. Znam tych ludzi, można się z nimi dogadać. Nam nic nie grozi. Uciekaj z domu, najlepiej przez okno, i wróć dopiero po kilku dniach…
− Ale!...
Tata przytulił mnie. Mama zrobiła to samo, opanowując histerię, która brała nad nią górę.
− Kocham was – szepnęłam.
− Pospiesz się − mruknął tata, a ja już popędziłam w stronę drzwi kuchni. Wypadłam na korytarz, a potem już gnałam po schodach. Dopadłam do mojego pokoju i w porę przypomniałam sobie o tym, że za oknami na piętrze jest krata.
− Cholera − mruknęłam do siebie. Na dole rozległ się odgłos, który mógł przypominać jedynie hałaśliwe wyłamanie zamka od drzwi wejściowych.
Rozejrzałam się po korytarzyku z rozpaczą. Mój wzrok padł na klapę w suficie, która, o ile się nie mylę, prowadziła na strych. Nigdy tam nie byłam. Warto zaryzykować.
Poleciałam do mojego pokoju po krzesło i stojąc na nim otworzyłam klapę.
Ktoś bezceremonialnie pakował się do domu, na dole było słychać hałasy…
Chwyciłam oburącz krawędź podłogi na poddaszu i podciągnęłam się jakoś. Gdy już siedziałam bezpiecznie na strychu, zamknęłam klapę za sobą. Ogarnęła mnie prawie absolutna ciemność. Prawie, bo, tak jak miałam nadzieję, na końcu wąskiego, niskiego, pustego stryszku znajdowało się brudne okno, zawalone taką ilością pajęczyny, że ktoś chory na arachnofobię mógłby dostać palpitacji. Dobrze, że mnie to nie dotyczy, przeszło mi przez myśl i ruszyłam na czworaka w stronę okienka.
Poprzedni właściciele musieli być tu całe wieki temu. Kurz fruwał chyba wszędzie, w każdym kąciku, a pajęczyny zwisały tu i ówdzie z sufitu niczym kurtyny. Na jednej nawet dostrzegłam kątem oka lokatora, pokaźnego kątnika, ale nie miałam czasu mu się przyjrzeć, bo na karku wisiała mi, no, może nie od razu śmierć, ale coś bardzo nieprzyjemnego. Dobrnęłam wreszcie do okiennicy i zaczęłam gorączkowo przedzierać się przez las pajęczyn i gniazd pająków. Zdumieni właściciele dewastowanych domów biegali po podłodze i po moich dłoniach, co było niezbyt przyjemne, więc starałam się strząsać ręce. Dobiłam się wreszcie do zamka, uchyliłam okienko i wyjrzałam na zimną noc.
Wysokość trochę mnie przeraziła, z początku nie wiedziałam, jak mam opuścić dom, by się po drodze nie zabić, ale szybko zauważyłam rozwiązanie: gruba gałąź orzecha włoskiego sięgała na dach nad moją głową, gdybym tylko wstała, mogłabym ująć ją dłońmi i spróbować dojść do pnia, a potem już łatwo będzie.
Wyciągnęłam ręce w górę, objęłam mocno gałąź i już szłam ku grubemu pniu, czując się jak jakaś gorsza wersja szympansa.
Kiedy już doszłam do pnia, szybko zeszłam na dół. Udało się.
Ruszyłam szybko ku ulicy, przeskakując powalony płot. Puściłam się pędem główną drogą, tą, którą zawsze chodziłam do szkoły. Nie miałam najmniejszej ochoty zostawiać tam rodziców, ale zaufałam całkowicie słowom taty o nieszkodliwości nieznajomych gości.
Glany potwornie mi ciążyły, ale nie mogłam się zatrzymywać. Postanowiłam jednak nie kląć na moje głupie przyzwyczajenia, bo gdybym zdjęła buty po przyjściu ze szkoły, biegłabym teraz boso.
Dopadłam do głównej ulicy na naszym osiedlu, czyli Winter Avenue, która rozwidlała się w dwie zupełnie różne strony. Pytanie tylko: biec w stronę miasta, czy w prawo, czyli na kraniec osiedla? Nigdy tam nie byłam, chociaż mieszkaliśmy tu już rok, ale słyszałam o polach uprawnych i ogromnych połaciach lasów, wśród których znajduje się kilka wsi. Wsie? Skoro mam się ukryć, to właśnie w takim miejscu…
Podjęłam na nowo ucieczkę, biegnąc w nieznane.
Po długim czasie dobiegłam do krańca osiedla i, pędząc dalej asfaltem (bo chodnik już się skończył), spostrzegłam zarys lasu, daleko, daleko przede mną. Nie usiłowałam nawet przerazić się w duchu, na tą odległość, bo zaczynało mi brakować tchu. Rząd latarni właśnie się skończył, pozwalając na to, bym biegła w ciemności.
Wiatr muskał moją twarz, nogi odmawiały posłuszeństwa, oddech był coraz cięższy, ale nie przystawałam, pomagała mi buzująca we mnie adrenalina.
Dotarłam wreszcie do lasu i ciągle pędziłam asfaltem, starając się nie zerkać na otaczającą mnie groźną i ciemną dzicz. Nie czułam strachu przed niczym innym, jak tylko przed tymi ludźmi. Po pięciu minutach doszłam do wniosku, że dobrze byłoby trochę zmylić trop, na wypadek, gdyby znudziło im się rozmawiać z moimi rodzicami i zorientowaliby się, że jestem poza domem…
Wpadłam bez ostrzeżenia w gęsty las, z trudem slalomując pomiędzy drzewami. Tu pozwoliłam sobie na trochę wolniejszy trucht, by zaczerpnąć tchu.
Biegłam tak długo, jak nie wiem co. Dopiero po upływie tego czasu przystanęłam, oddychając ciężko i opierając się o drzewo. Rozejrzałam się po lesie, w którym tkwiłam. Nagle zdałam sobie sprawę z mojego paskudnego położenia: byłam sama, w ciemnym lesie, o trzeciej nad ranem, nie wiedząc, gdzie się znajduję obecnie. Nie wspominając już o jakichś dzikich zwierzętach. Nagle poraziła mnie pewna myśl. Dzikie zwierzęta są groźne, to fakt, ale co z psychopatycznymi mordercami, gwałcicielami, czy członkami diabelskich sekt?
Ruszyłam pędem przed siebie, niesiona nagłym strachem o własne życie, paniką, która przesączyła się przez grubą warstwę determinacji. W biegu czułam się bezpieczniej. Dobiegłam po pięciu minutach do skrzyżowania leśnych ścieżek i tam zgięłam się w pół, wspierając dłonie na kolanach i próbując złapać oddech i zebrać myśli. Zewsząd mogło coś na mnie wyskoczyć, dlatego postanowiłam szybko podjąć decyzję, dopóki jeszcze byłam przy zdrowych zmysłach.
Kierunek w prawo odpada, idzie równolegle do asfaltu, który właśnie z takim trudem pokonałam, a więc w stronę osiedla. Ścieżka prowadząca za mną kończyła się zapewne przy asfalcie w lesie. Ścieżka naprzeciw niej też raczej się nie nadawała: zawalona była przewróconymi po ostatniej wichurze drzewami. Został mi tylko kierunek lewy, którym to natychmiast ruszyłam, nie mając już siły na bieg.
Szłam już bardzo długo, chyba z dwadzieścia pięć minut, gdy uderzyła mnie straszna myśl: a jeśli ta ścieżka nie prowadzi w żadne konkretne miejsce? Jeśli jest ślepa?
Jeżeli w ciągu godziny nie dotrę nigdzie, to prześpię się w lesie, pomyślałam. Ta perspektywa
nie wydała mi się nawet taka straszna, po tym co przeszłam, zwłaszcza, że byłam coraz bardziej zmęczona, poziom adrenaliny opadał, nawet panika powoli odpuszczała…
Doszłam po około czterdziestu minutach do kamienistej drogi, a las powoli przerzedzał się, ukazując wieś.
Wszędzie panowała cisza, przerywana jedynie szczekaniem i wyciem jakiegoś psa. W żadnym oknie nie paliło się światło.
Szłam wzdłuż wioski, mijając pogrążone w śnie domy. Może gdzieś sprzedadzą mi rano szklankę mleka, czy chleb, w końcu mam trochę kieszonkowego ze szkoły, wczoraj jakoś nie było mi po drodze, żeby kupić obiad w stołówce. Stołówka, szkoła, nudne życie w domu, to wszystko brzmiało tak nierealnie…
Doszłam wreszcie do końca wioski, znużona i zmęczona. Zaczynał się tu kolejny las, z początku dosyć rzadki, potem już bardzo dziki. Ledwie widziałam w ciemności, a oczy zamykały mi się same. Nie ma rady, muszę gdzieś zanocować, by móc jutro wrócić do rodziców na nogach, a nie rzęsach, pomyślałam, ziewając i mając już kompletnie dość wszystkiego.
Podeszłam do jednego z drzew i położyłam się na mokrej ściółce z żółtych, opadłych liści.
Nie zważając na niewygody, dręczona potwornym bólem nóg i głowy, zasnęłam nieomalże natychmiast…
