Rozdział 3 „Krasnolud, elfka i stara wiedźma"
Tego roku skończyła się plaga. Wieści zza morza głosiły, że Bohaterka Fereldenu, szara strażniczka i jednocześnie maginii z upadłego kręgu, pokonała arcydemona. Na Fereldeńskim tronie zasiadł nie kto inny, jak królewski bękart, Alistair, również szary strażnik. Nikt, kto słuchał tych wszystkich informacji nie mógł w nie uwierzyć, ale właśnie tak było. Z biegiem czasu przychodziły nowe informacje i plotki, że strażniczce pomogły Antiviańskie kruki, że była opętana przez demona, że zostanie królową u boku nowego władcy. Plotki w końcu zostały odsiane od prawdy, prawda obrosła w mity, a to stworzyło legendę. Legendę o potężnej magiini, która przy pomocy wiernych towarzyszy zebranych ze wszystkich stron świata, pokonała arcydemona. Położyła kres pladze i wspomogła swego przyjaciela w objęciu Fereldeńskiego tronu, który mu się należał z racji krwi. Co robiła później? Kroniki o tym milczą.
Varrick pędził co sił, a sił już mu trochę brakowało. Wypadł z Wisielca parę dobrych minut temu i próbował jak najszybciej dotrzeć do krasnoludzkiej dzielnicy kupieckiej w Górnym Mieście. Wszystko miał przemyślane i ułożone, a tu nagle taki zwrot wypadków. Słyszał o Hawke. Wybadał dokładnie jaka to kobieta i już wiedział, że potrzebuje dokładnie kogoś takiego. Jego brat chciał urządzić ekspedycje na Głębokie Ścieżki co już samo w sobie było szaleństwem. Zastawił dosłownie ostatnią srebrną łyżkę z Orzamaru, a i tak brakowało, by sfinalizować ekspedycje. W dodatku po za górnikami i średniej wartości poszukiwaczami, nie miał żadnej porządnej obstawy, a przecież na dole może się czaić dosłownie wszystko, a na pewno to już pomioty, które wcale nie są takie łatwe do ubicia. Varrick nie był głupi. Jeśli chciało się zejść głęboko pod ziemie to trzeba było się też liczyć z tym, że znajdzie się tam coś dużo gorszego od pojedynczego hurloka. Trzeba było być przygotowanym na wszystko i dokładnie to młodszy z rodu Tethras miał zamiar zrobić. Dokładnie obmyślił plan. Wiedział, że Hawke jest apostatką i to z rodzajów tych bojowych. To było idealne rozwiązanie. Mag bojowy, tego mu było trzeba. Wielkich kuli ognia i lodowych pocisków. Miał zamiar pozyskać jej zaufanie. W końcu, kiedy wszyscy w okuł na ciebie polują jak na dzikie zwierzę, to nie ufa się byle komu, a w przypadku magów z poza kręgu tak właśnie było. O Hawke pytali już nawet templariusze, było parę plotek, więc dziewczyna mogła reagować jak zaszczute zwierzę. Krasnolud sądził, że regularne wieczorki w Wisielcu, parę wspólnych zadań, które dostała by dzięki jego kontaktom i dziewczyna zarobiła by nie tylko tyle, by zainwestować w ekspedycje, ale i nabrała by do niego zaufania, by w ogóle zgodzić się na wyprawę. Oczywiście jeśli ktoś ma genialny plan, a Varrick właśnie za taki swój uważał, musiało się coś spieprzyć. No i się spieprzyło. Zaraz przed południem wpadł do Wisielca jeden z posłańców donosząc Varrickowi, że rodzeństwo Hawke idzie porozmawiać z jego bratem w sprawie ekspedycji. Varrick dokładnie wiedział co zrobi jego kochany braciszek… pośle ich w diabły. Pędził więc teraz na złamanie karku by nie dopuścić do niefortunnego zrządzenia losu. Krasnoludy raczej nie są sprinterami więc cóż, nie udało mu się. Po latach opisał to wydarzenie nieco inaczej.
-Mam cię!- Hawke rzuciła się do przodu i pochwyciła młodego złodzieja, który właśnie próbował ulotnić się z jej sakiewką. Przeturlali się i wpadli na kolejną osobę, ale tego Lizi nie zauważyła od razu.
Zabrał, dość mizerny jej zdaniem, woreczek z monetami i schowała z powrotem do zasobnika na pasku.
-Masz szczęście, że nie jesteśmy w Tevinterze bo by ci obcięli rękę!...Hm?- Teraz dopiero Hawe zorientowała się, że jej cztery litery wcale nie siedzą na ziemi, tylko na jakimś krasnoludzie. Moment zaskoczenia wykorzystał chłopak, który wyrwał się jej i uciekł.
-Aaa niech idzie, w końcu odzyskaliśmy pieniądze- Dogonił ją Carver – Wstawaj z tej ziemi
Magini już się zbierała podając rękę rozpłaszczonemu na ziemi krasnoludowi.
-Najmocniej przepraszam, to przez złodzieja, i naprawdę…- Krasnolud nie miał brody, co było dość rzadkie w Górnym Mieście, ale to co przykuwało wzrok było nieco niżej. Nieprzyzwoicie owłosiona klata, eksponowana przez rozcięcie w koszuli sięgające, aż do…
-Ekhem- Zaczął Varrick stojąc już na nogach – Oczy mam trochę wyżej.
-Hm? O… O wcale się nie gapiłam!- „Kurczę gapiłam się, ale te rude kędziory i sięgają aż do…"
-Dalej się gapisz- Powiedział zdegustowany Carver
-Co? Nie, wcale nie! W ogóle!- Właśnie dlatego Hawke nie lubiła krasnoludów, albo wpadała na przedstawicieli koterii, którzy próbowali ją oskubać, albo wplątywała się w jakieś strasznie niezręczne sytuacje. W dodatku jeszcze przed chwilą na nim siedziała. Taki pech. Osobiście wolała by wpaść na koterie, przynajmniej w tedy wiedziała jak się zachować.
Tak naprawdę Varrick nie musiał długo przekonywać rodzeństwa do swojego pomysłu. Mimo wcześniejszych obaw, Hawke miała duże poczucie humoru i była przystępna. Zdawała sobie sprawę z tego, iż zaczęła przyciągać niechcianą uwagę i możliwość zniknięcia na jakiś czas z miasta była jej bardzo miła. Liczyła też na zyski. Martwiła się, iż pewnego dnia zaciągną ją do katowni, a w tedy kto utrzyma matkę? Zresztą warunki w jakich mieszkała szanowna Leandra Amell, też pozostawiały wiele do życzenia, a najstarsza córka czuła się za to odpowiedzialna. Hawke niby nic nie robiła specjalnego, nie podlizywała się, nie stawiała piwa, bo oszczędzała każdy grosz, ale zjednywała sobie ludzi. Niewielu ma taki dar. Już za parę lat miało się okazać, że w imię tej praktycznie przypadkowej znajomości, stateczny do tej pory krasnolud, będzie wstanie zaryzykować swoje życie i to nie raz, ani nie dwa. Tymczasem jednak, już po paru spotkaniach i wypadach wiedział, że tak się zaczyna długa i niezwykła przyjaźń i że z taką przyjaciółką nie będzie się nudził.
-Z nieba spadł smok, zabił pomioty i to była wiedźma z głuszy? A mówią, że to ja mam fantazje – Zaśmiał się szczerzę.
-No Varrick trochę zaufania, słowo że właśnie tak było!- Przekonywała Lizi
-W dużym skrócie.- Potwierdziła Avelina. Dziś miała wolny wieczór i razem z rodzeństwem Hawke postanowili się wybrać do Wisielca do apartamentów Varricka. Normalnie siedzieli by na dole, ale Avelina zbyt często chciała aresztować pijaków, co źle wpływało na interesy tego niezbyt zacnego przybytku, a ponieważ jak podejrzewała Hawke, Varrick miał jakieś udziały w tym interesie, to właśnie do osobnych pomieszczeń ich zaprosił. Trzeba było przyznać, że było tu znacznie czyściej.
-Zobowiązaliśmy się, że dostarczymy jej amulet dalijczyką. Pomyślałam, że przespacerował byś się z nami. W końcu niesamowite historie to coś, co cię kręci, a kto wie co się stanie. No i jak by jednak elfy były w bardziej bojowym nastroju, pomoc Bianki była by mile widziana.- Lizi zafundowała Varrickowi jeden z tych uśmiechów, którym się nie odmawia.
-Ich obóz jest blisko, zdążymy obrócić w jeden dzień jak wyruszymy z rana.- Dodała Avelina i w tym czasie jedna z kelnerek przyniosła kolacje. Krasnolud był dziś w hojnym nastroju i zafundował im pieczonego kurczaka. Właściwie zafundował dwa. Jeden dla Hawke i drugi dla wszystkich pozostałych. Lizi lubiła sobie pojeść. Używanie magii połączone z dużą dawką wysiłku fizycznego sprawiało, że jadła za trzech. No i nie należała do tych drobnych kobietek jedzących jak wróbelki.
-Ta wyprawa na Głębokie Ścieżki musi się udać, bo inaczej padniesz z głodu- Mruknął Carver. Junior był jak zwykle w marudno zgryźliwym nastroju. Darł ze starszą siostrą koty o wszystko. Rodzeństwo Hawke mogło zawsze na sobie polegać, jedno oddało by życie za drugie, ale w kwestiach dnia codziennego, nie potrafili się w niczym zgodzić. Dokuczali więc sobie bez przerwy i o ile Lizi starała się jeszcze nie prowokować takich słownych utarczek, to Carver nie miał najmniejszych skrupułów w tym względzie.
-Odczep się! Jaki kto do roboty, taki do jedzenia- Odgryzła się obgryzając ostatnią kostkę ze skrzydełka kurczaka. Przesuwała nią chwile w ustach, niczym dziecko patyczkiem od lizaka. Varrick był pod wrażeniem pojemności żołądka magini. Był też przekonany, że gdyby postawić przed Hawke pieczoną gęś, to też by ją wsunęła solo.
-W każdym razie my idziemy. Nie zaryzykuje gniewu kogoś, kto potrafi zamienić się w smoka, no i po za tym, obiecałam, więc rozumiesz, sprawa honoru - Uśmiechnęła się odkładając kostkę na talerz i oblizując palce - Jeśli chcesz dołączyć, to zapraszam. Co prawda żadnych z tego pieniędzy nie będzie, ale może jakaś mała przygoda?- Varrick oczywiście nie mógł odmówić. Nie, jeśli w całej tej gadce było słowo smok, Hawke i przygoda połączone razem.
-Strącona w odmęty chaosu stajesz do walki… i cały świat drży przed tobą zdjęty trwogą…
-Nie chciałam tego!- Krzyknęła Hawke w odpowiedzi i zaraz zrobiła zdziwioną minę. „Czemu to powiedziałam?" Nie mogła zrozumieć co się stało. Czy to wpływ Flemeth? Czy potężna apostatka właśnie namieszała jej w głowie. Hawke była przekonana, że odpowiadała na coś, ale przecież nie padło żadne pytanie.
-Haha! To przeznaczenie, czy przypadek? Tak trudno stwierdzić- Rozbawiona Flemeth przyglądała się chwile zdziwionej minie Lizi. To była wizja przyszłości. Hawke nie zwracała baczniejszej uwagi na słowa, które w tedy zostały wypowiedziane. Nie miały przecież sensu. Jednak w dniu nastania chaosu, miały do niej wrócić.
-Nie mogę uwierzyć, zmieniła się w smoka! Wyskoczyła z amuletu jak pajac z pudełka i zmieniła się w smoka!- Gdy wracali do Kirkwall krasnolud wciąż nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało.
-Napisze o tym książkę! Wszyscy będą wiedzieć, że wiedźma z głuszy naprawdę istnieje i że zmienia się w smoka! SMOKA!- Gadał pobudzony.
-Na twoim miejscu bym odpuściła te pisarskie zapędy. Ktoś taki jak Flemeth raczej nie będzie się przejmował tym, co o nim wypisują, ale nikt ci w to nie uwierzy, pamiętasz jeszcze co mówiłeś wczoraj w Wisielcu? Że to czysta fantazja- Starała się nieco ostudzić jego zapał Lizi.
-W Wisielcu? To jakaś pozycja medytacyjna?- Dopytywała od razu dalijka. Merill została niejako im powierzona. Z jeszcze nie znanych im do końca powodów zdecydowała się opuścić swój klan, albo została z niego wypędzona. Dalijczycy nie omawiali swoich spraw przy obcych, a już zwłaszcza przy ludziach, a i Merrill nie była skłonna do wyjaśnień. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Wyglądała jak zbity szczeniaczek i Hawke po prostu nie mogła odmówić. Po za tym elfka była magiem, a Lizi bardzo brakowało kogoś podobnego do niej. Kto rozumiał by jej problemy i podzielał jej fascynacje. No i przede wszystkim, widziała w niej niejako młodszą siostrę. Po prostu nie mogła jej zostawić własnemu losowi.
-Eee nie Merrill, to karczma, zresztą dość podła- Wyjaśniła ruda.
-Hej, ja tam mieszkam!-
-No właśnie Varrick, no właśnie- Pokiwała z rezygnacją Avelina.
