Korytarz

Powietrze było mroźne, co bardzo odpowiadało Draco. Jak również to, co robiło z jego cerą, z jego włosami, jak żądliło skórę. Nienawidził wystawać na Opiece nad Magicznymi Zwierzętami, ale to nie miało dzisiaj znaczenia. Nic się dzisiaj nie liczyło, nie usłyszał ani słowa z tego, co mówili nauczyciele i tylko miał nadzieję, że Pansy zrobiła wystarczająco dobre notatki. Będzie ich potrzebował.

Odeszła. Nawet mu nie odpowiedziawszy. Draco wydał krótki, poirytowany dźwięk, który wydobył się z niego w obłoku pary. Zaczął się wspinać na wzgórze, oddalając się od padoku. Wydał ten dźwięk sto razy od wczorajszego wieczora, ale to ani trochę nie zmniejszyło jego frustracji. Chociaż udało mu się zaniepokoić Pansy. Crabbe i Goyle chodzili za nim dwa kroki dalej od śniadania, spoglądając nerwowo na siebie, jak gdyby bali się, że mogą stać się workami treningowymi. Draco zacisnął pięści i zastanowił się, jak bardzo by go to usatysfakcjonowało. Chciał kogoś uderzyć – naprawdę. Zranienie Ginny słowami nie sprawiło mu wystarczającej przyjemności. Chciał poczuć uderzenie kłykci o coś twardego i którykolwiek z tych głupków za nim pierwszy zrobi fałszywy krok, dostanie.

Raczej niespotykana zachcianka, jak na niego. Zmrużył oczy wpatrując się w swoje stopy. Wypolerowane buty zgrzytały na śniegu, idealnie trzymając się podłoża, nigdy się nie ślizgając, pozwalając mu maszerować pod górkę z taką złością, na jaką miał ochotę. Nie miał zwyczaju bić się z nikim. Bicie się było metodą biedaków. Klątwy - bez zbędnego przemęczania się - oto jak jego ojciec załatwiał sprawy. Cielesne konfrontacje były dla Crabbe'ów i Goyle'ów tego świata, których pięści były dwa razy większe od ich mózgów.

Ale od każdej reguły są wyjątki. Nawet jego ojciec pobił tego bezwartościowego prostaka Weasleya na miazgę – i to publicznie. Więc był precedens. Draco wyobraził sobie, z prawdziwą przyjemnością, jak miło byłoby przypomnieć mu o tym, jeżeliby ten temat kiedykolwiek został podjęty.

Co się, oczywiście, nigdy nie zdarzy. Czy raczej, gdyby tak się zdarzyło, nie byłoby o tym mowy. Tak czy inaczej, miło było wyobrazić to sobie ze szczegółami.

- O rany, pospieszcie się! - zawołał ostro przez ramię i za plecami usłyszał tupot czterech przerośniętych stóp. - Co się z wami dzisiaj dzieje?

- E – powiedział Crabbe, dysząc. - Nic?

- To zachowujcie się, jakby tak było - Draco wszedł na wierzchołek wzgórza, zobaczył wejście do Hogwartu – i zamarł.

Leżała na ziemi u podnóża schodów, a jej włosy nigdy nie wyglądały tak jak teraz, na tle śniegu. Crabbe i Goyle zatrzymali się prawie na jego plecach, oddychając ciężko.

- Co jest? - wymamrotał Goyle.

Gdy Draco przyglądał się, Ginny wstała z pomocą grubej brunetki w gryfońskim szaliku. Obydwie się śmiały, a śmiech Ginny niósł się wyraźnie, dzwoniąc w uszach Draco.

Jak ona mogła być tak szczęśliwa? Nagle miał ochotę zgarnąć trochę śniegu i rzucić w nią.

- Mam koszmarne buty – mówiła, wspierając się na swojej koleżance. - To trzeci raz w tym tygodniu!

Otrzepała się jedną ręką, przerzuciła torbę przez ramię i podniosła wzrok.

Skóra jej się zaróżowiła. Ale to nie był rumieniec, Draco znał różnicę. To była wyniosłość. Duma. Oderwała od niego wzrok i odrobinę uniosła brodę.

- Chodź, Emma – powiedziała rozkazująco i trochę za głośno. Ciągle trzymając ramię Emmy, poszła w dół, w kierunku chaty Hagrida.

Minęła go bez jednego spojrzenia. Gdy się mijali, uniosła brodę jeszcze wyżej. Zniknęła, a on nie mógł się odwrócić, żeby za nią patrzeć, nie ryzykując następnych pytań ze strony Crabbe'a i Goyle'a.

Śmiała go zignorować. Znowu. Wściekłość wezbrała w Draco tak, że przez chwilę nic nie widział. Nie mógł się skoncentrować, ale Goyle właśnie wydał dźwięk wyrażający dezorientację i Draco wiedział, że musi się szybko pozbierać i ruszyć. Spojrzał na drzwi wejściowe do zamku, które właśnie się otworzyły, ukazując trzygłową istotę, której widok z miejsca go wkurzył. Nienawiść wyrwała go z letargu i popchnęła naprzód, coraz szybciej, aż w końcu prawie biegł.

Potter. Potter oflankowany przez tego sługusa i szlamę, milusio znikający we wnętrzu. Potter, który zawsze wygrywał. Potter, który nie miał ojca, przed którym musiałby odpowiadać. Potter, który miał Ginny bez żadnego wysiłku, uległą i cierpliwą, i zawsze ciepło do niego nastawioną. Z pewnością nigdy nie zignorowała Pottera, nigdy z niego nie szydziła, nigdy go nie spoliczkowała.

Mimo że powinna. Ktoś powinien był to zrobić dawno temu.

- Dlaczego... biegniemy... - wydyszał Crabbe.

Draco wbiegł po dwa schody na raz, wpadł do środka i popędził po schodach – mijając Wielką Salę, zejście do ślizgońskich lochów, w górę po schodach i w pierwszy korytarz, tam, gdzie wczoraj wieczorem zniknęła Ginny. Gdzie teraz był Potter, rozmawiając sobie ze swoimi wyznawcami, idąc niespiesznie. Draco zatrzymał się gwałtownie za nimi i stał, dysząc, z zaciśniętymi pięściami.

- Potter – warknął.

Weasley wyciągnął różdżkę, zanim Potter zdążył się nawet odwrócić, ale Draco było wszystko jedno. To nie było wystarczającym powodem, żeby nie uderzyć Pottera w sam środek jego zdziwionej twarzy.

ŁUP.

- Co za... - Potter zatoczył się i runął na podłogę, trzymając się za nos.

Draco bolała pięść i w uszach mu dudniło, ale było mu lekko na sercu. To było wspaniałe uczucie.

- Z DROGI!

Różdżka Weasleya była skierowana prosto między oczy Draco. Szlama wydała okrzyk przerażenia, a Crabbe i Goyle natychmiast zasłonili Draco, tworząc przed nim mur. Draco przepchnął się przez nich. Nie potrzebował ich. To była najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił i chciał zrobić to jeszcze raz.

- Odsuń się, Weasley – syknął. - To nie twoja sprawa.

Granger już odwalała za niego robotę, ciągnąc tego ciołka za poły płaszcza. Weasley walczył o to, żeby zostać przed Potterem, ale Granger w końcu udało się go odciągnąć, odsłaniając Draco pole widzenia.

- O co ci chodzi? - odezwał się Potter zduszonym głosem, oszołomiony, zza dłoni, którą przyciskał do nosa. Okulary zwisały mu z jednego ucha i coś czerwonego ciekło mu po nadgarstku.

O, tak! Krwawił. Draco roześmiał się.

- O co? - powtórzył niemal histerycznie, obraz pełnej pogardy twarzy Ginny pojawił się w jego myślach. - O to, że...

- CO się tutaj dzieje?

McGonagall. Draco obrócił się do wicedyrektorki, która z wściekłością przyglądała się im wszystkim. Nozdrza jej drżały, a twarz miała białą ze złości. Przyszpiliła Draco spojrzeniem. Oczywiście. Uprzedzenia.

- Malfoy właśnie uderzył Harry'ego! - krzyknął Weasley, pleciuga, jak zwykle. Draco rzucił mu brudne spojrzenie.

- Panie Malfoy, czy to prawda? - usta McGonagall niemal zniknęły w cienkiej linii, a jej oczy miały wyjątkowo nieprzyjemny wyraz. U boku trzymała pióro, ściskając je w palcach jak broń.

Z jakiegoś powodu Draco miał jedynie ochotę wyśmiać ją. Chciało mu się śmiać z nich wszystkich. O co ona go zapytała? Czy uderzył Pottera.

- Tak – odpowiedział, nie ruszając się na centymetr.

Po jego obu stronach Crabbe i Goyle gwałtownie wciągnęli powietrze – prawdopodobnie ich wersja zachłyśnięcia się ze zdumienia.

- T-tak? - zająknęła się Granger.

Nie wydawało się, żeby McGonagall panowała nad sobą bardziej niż oni. Patrzyła na niego z otwartymi ustami, nie starając się nawet ukryć swego zdumienia. Najwyraźniej spodziewała się, że Draco skłamie.

Draco wzruszył ramionami i odwrócił się na tyle, żeby móc rzucić Potterowi pełne złości spojrzenie. Nie było powodu, żeby kłamać. Rozłożył złotego chłopca na obie łopatki i upuścił mu krwi – proszę, niech Ginny przyjrzy się temu. Zresztą, to i tak była jej wina. Draco rozprostował palce i pomyślał o ich wspólnym szlabanie w schowku na miotły. Wyglądało na to, że przez nią ładował się w tarapaty co kilka dni. Ta myśl spowodowała, że uśmiechnął się szeroko do Pottera, który wydawał się jeszcze bardziej zdumiony i być może trochę wystraszony.

McGonagall w końcu się opanowała. Jej usta znów zacisnęły się w cienką linię i spojrzała na Draco zmrużonymi oczami.

- Jak to się zaczęło? - zapytała.

Draco znów wzruszył ramionami.

- Nie wiem – odpowiedział.

Częściowo to była prawda. Naprawdę nie pamiętał, jak tutaj wbiegł i nie był pewien, w którym momencie zadał cios. Wiedział tylko, że nic – żaden kawał, żadna złośliwa uwaga, żadna ilość wyśmiewania z się z Pottera z Crabbem i Goylem – nie mogło się równać z wzięciem dobrego zamachu na twarz Pottera. I uderzeniem. Och, to było piękne! Piękne. Nie mógł powstrzymać szerokiego uśmiechu, nawet gdy McGonagall patrzyła prosto na niego.

- Szlaban, panie Malfoy – powiedziała, mniej oschle niż zazwyczaj. - Proszę stawić się w moim gabinecie po kolacji w piątek wieczorem. Panie Potter – skrzydło szpitalne.

- Nie zapomnij przyłożyć lodu – Draco prawie zaśpiewał za Potterem, który szedł niepewnie, wspierając się na dwojgu pochlebcach po obu stronach. Obydwoje obrócili się i posłali w jego kierunku spojrzenie pełne nieskrywanej nienawiści. Draco uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi, i kiedy McGonagall w końcu odwróciła się na pięcie i odeszła, wydał westchnienie pełne zadowolenia.

- O co tu... - zaczął Crabbe, ale zamilkł, gdy Draco spojrzał na niego zimnym wzrokiem.

- A na co to wyglądało? - zapytał cicho, podchodząc bliżej. Był pełen nowej siły. Wyzwolony. Nieskrępowany. Miał ochotę to na kimś wypróbować. - Co się właśnie stało?

- Mmm... przybiegłeś tutaj i przywaliłeś Potterowi? - głos Crabbe'a brzmiał niepewnie. Zerknął na Goyle'a, który potrząsnął lekko głową, jakby chciał powiedzieć, że nie chce być w to zamieszany.

- A po co miałbym to robić? - kontynuował Draco groźnie. - Hmm? - dotknął różdżki, podszedł jeszcze jeden krok tak, żeby byli niewygodnie blisko i czekał.

Twarz Crabbe'a przybrała nieładny odcień zieleni – chociaż tak naprawdę żaden kolor by mu nie pomógł – i odchylił się do tyłu. Nie odważył się odsunąć o krok, z zadowoleniem zauważył Draco. - B-bbo... zasługiwał na to?

Draco pozwolił sobie na uśmiech, koci i szybki.

- Chodźmy na obiad – zakomenderował, odwracając się na pięcie, zadowolony z wyrazu szczerej ulgi na twarzy Crabbe'a. Dosyć tej zabawy na razie. Od tygodni nie był tak głodny. Potter leżał teraz w szpitalnym łóżku z rozwalonym nosem – a jedyną ceną, jaką Draco musiał za to zapłacić był szlaban? Ginny będzie musiała patrzeć na złamany nos i myśleć o nim?

Umierał z głodu.