Tak, "Ćmy" się piszą, będą w tym miesiącu.

Tak, wiem, ostatnio moje tempo update'owania jest zatrważające.

Rozdział niezbetowany. Endżoj, mam nadzieję.

- wasza Miho walcząca z blokiem pisarskim, kiedy w końcu ma czas pisać


Przy późnym śniadaniu następnego dnia, Bond nie liczył ile łyżeczek cukru ląduje w kubku herbaty kwatermistrza (jak robił każdego ranka, ku frustracji młodszego mężczyzny), a z zaintrygowaniem wpatrywał się w jego twarz. Q nie wytrzymał już po czterech minutach.

- Czy mogę coś dla ciebie zrobić, 007? – powiedział, przesłodzonym głosem, który w jego ustach brzmiał jak groźba zabicia ukochanego szczeniaka na oczach rozmówcy.

- Urosła ci broda – zauważył głośno Bond.

Q westchnął. Gdy został wyciągnięty z rąk porywaczy, jego policzki już pokrywał lekki zarost. Jednak teraz, kiedy ich areszt domowy przedłużał się o kolejne dni, powoli zaczął hodować brodę z prawdziwego zdarzenia. Golenie jedną ręką byłoby dość uciążliwe, a kwatermistrz pomijał wszelkie kłopotliwe czynności, które nie były koniecznością - mycie włosów już stało się drażniąco czasochłonne, a pisanie jedną ręką na komputerze było wręcz poniżające. Jednakże zmuszanie Bonda do wyręczania go w przygotowywaniu posiłków było czystą przyjemnością, co Q uznawał za jedyną zaletę swojego tymczasowego upośledzenia.

- Twoja spostrzegawczość jest wyśmienita, nic dziwnego, że jesteś tak cenionym agentem Jej Królewskiej Mości – odpowiedział, biorąc łyk gorącej herbaty. – Możesz już przestać się we mnie wpatrywać jak cielę w malowane wrota?

- Oczywiście, że nie, to zbyt intrygujący widok.

Q przewrócił oczami i wyszedł z kuchni.

- Dwa mnie dwa tosty, dzięki – rzucił jeszcze.

Tak, eksploatowanie agenta zero-zero jako wykonawcę posiłków było zdecydowanie satysfakcjonujące.

ж

Q był tak pochłonięty sprawdzaniem kosztorysu dla nowej serwerowni, że dosłownie podskoczył, o mało nie zrzucając laptopa na podłogę, gdy nagle cały pokój zdawał się zmieniać położenie. Gwałtownie podniósł głowę, rozglądając się wokół. Bond przesuwał kanapę ze środka pokoju pod ścianę. Kanapę, na której wciąż siedział kwatermistrz.

- Co ty… Zwariowałeś?!

- Nie lubisz jak ci przeszkadzam, gdy nielegalnie zarządzasz swoim departamentem – stwierdził agent beztrosko. – To ci nie przeszkadzam – dodał, dosuwając kanapę pod szafkę z książkami. Q chwycił się oparcia zdrową ręką, jak gdyby groził mu upadek ze swojego siedziska.

- Czyżbyś postanowił w międzyczasie przekwalifikować się na dekoratora wnętrz? – spytał młodszy mężczyzna, obserwując jak stół również zostaje przesunięty ze środka pokoju pod ścianę i tym samym stając się blokadą uniemożliwiającą dostęp do drzwi do sypialni Q. Bond uśmiechnął się kącikiem ust.

- Nie mogę wychodzić na zewnątrz, a czuję jak moje mięście dostają zastoju. Potrzebuję przestrzeni do ćwiczeń – wytłumaczył agent z manierą kogoś, kto wyjaśnia dziecku, że wcale nie zostało przyniesione przez bociana. Po czym obrał miejsce na środku pomieszczenia i zaczął się rozciągać. Q wzruszył ramionami od niechcenia i wrócił wzrokiem do ekranu komputera.

Jednak ponowne skupienie się na rządkach liczb okazało się niełatwym zadaniem. Koszulka Bonda była definicją obcisłej odzieży i materiał wyraźnie rysował linie poruszających się wypracowanych mięśni. Q długo walczył z własnym spojrzeniem, zmuszając je do zatrzymania na laptopie, zamiast ciągłego skakania pomiędzy ekranem, a sceną malującą się na środku pokoju.

Gdy agent zaczął wykonywać pompki, młodszy mężczyzna poddał się z cichym westchnięciem i postanowił zwyczajnie nacieszyć się widokiem. Bond zauważył od razu, ale powstrzymał się od komentarza całe cztery minuty.

- Widzisz coś, co ci się podoba, Kwatermistrzu? – spytał wreszcie Bond, spoglądając na niego z wyraźnie powstrzymywanym rozbawieniem. Q wzdrygnął się, przesuwając laptopa na swoich udach, by ten bardziej zakrywał jak bardzo podoba mu się to, co widzi.

- To ty zgubiłeś wczoraj pilota od telewizora, więc patrzę na to, co jest – wymamrotał gniewnie.

Agent przerwał ćwiczenie, podnosząc sceptycznie brwi. Podniósł się do klęku i ściągnął koszulkę, odrzucając ją na bok, po czym wrócił do robienia pompek. Tym razem na jednej ręce.

Q mocniej zacisnął dłonie na obudowie laptopa.

Dupek. Skończony dupek. Zboczony popaprany dupek.

Miał ochotę ulotnić się do swojego pokoju i wziąć zimny prysznic, jednak Bond odciął mu drogę ucieczki, wcześniej barykadując drzwi stołem (wolał teraz nie zastanawiać się czy był to celowy zabieg). Gdyby Q musiał pod drodze siłować się jeszcze z meblem, agent na pewno dojrzałby bezpośredni powód jego odwrotu. Q wziął więc głęboki oddech, błagając by krew, która spłynęła poniżej pasa, wróciła na swoje miejsce i odpalił Solitaire'a na komputerze, żałując, że do Quake'a III potrzeba dwóch dłoni.

Okazało się, że rozpikselowany pasjans jest dobrym reduktorem napięcia seksualnego.

I wcale nie przyznałby się, że tego wieczora jego wieczorny prysznic trwał dłużej niż zwykle, a masturbacja z jedną niesprawną ręką jest zdecydowanie mniej efektywna.

ж

Następnego dnia Q zabunkrował się w swoim pokoju i z niezdrowym uporem grał w Quake'a III – dopóki z frustracji nie połamał myszki, której ruchy obsługiwał gipsem.

ж

Gdy kolejnego ranka Q wyłonił się ze swojego pokoju, przywitało go krótkie prychnięcie śmiechem. Poniekąd się go spodziewał, więc zignorował je z łatwością, po czym bez słowa wkroczył do kuchni i zaczął przygotowywać sobie herbatę. Agent oczywiście za nim podążył.

- Czyżbyś przez noc wszedł w ten trudny wiek, gdy nikt cię nie rozumie i chcesz ukryć się przed światem? - Bond nie powstrzymał się przed skomentowaniem, wciąż wpatrując się w kwatermistrza. Młody geniusz miał na sobie co najmniej dwie koszulki, na które narzucił jeszcze grubą bluzę, której kaptur nasunął na swoje nieokiełznane włosy. Warstwy ubrań wyglądały komicznie na jego patykowatej sylwetce, a kaptur jeszcze bardziej odmładzał optycznie - jednak dopóki kompromitujące odzienie spełniało swoją funkcję, Q kompletnie o to nie dbał.

- W nocy spadła temperatura i z tego mieszkania zrobiła się chłodnia – poskarżył się, naciągając mocniej rękawy bluzy i ukrywając w nich dłonie.

- Histeryzujesz, Q – odparł agent, który wciąż chodził po mieszkaniu w krótkim rękawku. Kwatermistrz bez słowa posłodził herbatę (tym razem cztery i pół łyżeczki) i minął Bonda w drzwiach, nie racząc go spojrzeniem. Usadowił się na kanapie, podkulając nogi. Bond usłyszał jeszcze jak mamrocze w kubek, że nie może pracować na komputerze, gdy dłonie drżą mu z zimna. Kilka łyków herbaty potem, wbrew temu, co właśnie powiedział, sięgnął po laptopa leżącego na pobliskim stoliku.

Bond usiadł koło niego z własną poranną dawką kawy i ostentacyjnie spoglądał mu w ekran, chociaż niewiele rozumiał ze skrótów myślowych, które kwatermistrz dopisywał do notatek dotyczących tego samego projektu rękawicy potęgującej siłę mięśni, który już kiedyś widział wśród plików Q.

- Wciąż nad tym pracujecie? – spytał, szczerze zainteresowany.

- Yhym – odparł Q, zapominając, że miał być obrażony na starszego mężczyznę, dając ponieść się pracy. – Jest pewna kwestia, którą próbujemy rozwiązać z R… Hmm… Pokaż mi swoją dłoń, 007, muszę coś sprawdzić.

Agent podniósł pytająco brwi, lecz gdy kwatermistrz nawet nie zwrócił na to uwagi, westchnął i odłożył kubek z kawą. Wyciągnął rękę w stronę Q, który wziął ją we własną smuklejszą dłoń i mrucząc coś pod nosem, zaczął zginąć niektóre palce, a potem porównywał rozstawienie ich kłykci.

- To bez sensu – powiedział wreszcie, wciąż trzymając dłoń Bonda we własnej, choć jego wzrok wbity był w ekran komputera, skanując linie tekstu i liczb. – Nie mając prototypu w fizycznej postaci, nie dam teraz nic poradzić… - z podirytowanym wydechem, zamknął laptopa i dopiero wtedy zmarszczył brwi, patrząc na ich wciąż złączone ręce. Agent liczył na to, że młodszy mężczyzna poczuje się zakłopotany sytuacją, szczególnie po ostatnim wybryku z ćwiczeniami. Zupełnie nie spodziewał się reakcji, która naprawdę nadeszła.

- Jakim cudem nie masz zimnych rąk? – Q burknął oskarżycielsko. – Siedzisz w samej koszulce i nic, a ja tu zamarzam w kilku warstwach, to jest zupełnie niesprawiedliwe!

Jego - rzeczywiście chłodna – dłoń powędrowała do bicepsu Bonda, po czym spoczęła na jego klatce piersiowej.

- To jest nienormalne, jesteś chodzącym kaloryferem!

Q był tak dogłębnie oburzony w swoim odkryciu, że agent potrzebował całego swojego praktycznego doświadczenia, aby nie wybuchnąć śmiechem.

- Oh, to chyba pierwszy komplement, jaki od ciebie usłyszałem, Kwatermistrzu.

- I nie licz na wiele więcej – padła odpowiedź, a dłonie młodszego mężczyzny cofnęły się, zaprzestając eksploracji temperatury ciała Bonda.

- Znalazłem pilota – zarzucił Bond z wyolbrzymioną nadzieją, kiwając na szafkę z telewizorem, gdzie rzeczywiście spoczywała szczęśliwie odnaleziona zguba.

- Gratuluję, Sherlocku – prychnął Q, wstając po pilota.

- Oj, mówiłem, żebyś zwracał się do mnie 'James' – odparł agent, nie komentując faktu, że gdy Kwatermistrz ponownie zajął miejsce na kanapie, pozostawił między nimi zdecydowanie mniejszy dystans.

Przez chwilę Q skakał po kanałach, by wreszcie zatrzymać się na „Iron Manie", ignorując francuski dubbing na rzecz faktu, że i tak widział już film kilka razy. Tony Stark był właśnie w trakcie budowania Marka II i tłumaczył Pepper, że stabilizator lotu nie jest bronią. Gdy kula energii wystrzeliła z rękawicy powalając miliardera, Q zachichotał pod nosem i wreszcie pozwolił sobie na pełne rozluźnienie. Zanurzając się głębiej w miękkim tapczanie, jego ramię zetknęło się z Bondem, lecz nie cofnął się przed dotykiem. Pozwalało mu to skraść trochę ciepła bijącego od agenta i nie potrafił odmówić sobie tego komfortu.

- To kim jest ten łysol? – spytał Bond, gdy Obadiah pojawił się na ekranie. Q westchnął, rozważając korzyści wprowadzania agenta w świat Marvela.

ж

Usta Bonda nie smakowały tak, jak Q sobie wyobrażał, a cały akt wzbudził w nim o wiele większe poczucie niepoprawności sytuacji, niż przewidywał. Ale postanowił nacieszyć się chwilą póki trwała, a analizą zająć się kiedy indziej.

Silne dłonie opuściły jego włosy i powędrowały niżej, pozostawiając szlak przyjemnych dreszczy na swojej drodze. Agent przerwał pocałunek, gdy szorstkie palce niespodziewanie zacisnęły się na szyi Kwatermistrza.

Q otworzył oczy, czując wzbierającą w nim panikę. Jednak twarz, którą ujrzał nad sobą nie należała do 007. Spoglądał na niego szczerzący się z chorą satysfakcją Claw.

- Niegrzeczny z ciebie chłopiec, Sammy.

ж

Q obudził własny krzyk, który urwał się w łapczywej próbie złapania większej dawki powietrza. Poczuł dłoń spoczywającą na jego ramieniu i zaczął desperacko wyrywać się z jej objęć.

- Q! Spokojnie, to ja, James. Jesteś bezpieczny.

Kwatermistrz wreszcie zogniskował wzrok na agencie i dziwna mieszanka niepokoju i troski, którą ujrzał w błękitnych oczach, sprawiła, że wreszcie wrócił do rzeczywistości. Fakty powoli wracały do jego napompowanego adrenaliną umysłu. Musiał zasnąć podczas finałowej walki „Iron Mana", bo pamiętał jeszcze Pepper uciekającą przed Obadiah w zbroi. W telewizji leciał teraz jakiś czarno-biały film z Marylin Monroe, a on leżał skulony, w połowie znajdując się na kolanach Bonda, praktycznie wtulając się plecami w jego brzuch, jak gdyby próbował owinąć się nim jak ciepłym kocem.

O mało nie złamał nosa agenta gipsem, gdy próbował gwałtownie zerwać się na nogi.

Przeklęty spadek temperatury. Przeklęty jego brak odporności na chłód. Przeklęty chodzący-grzejnik-agent-specjalny.

W telewizji zaczęła grać melodia do tanga, a Bond wpatrywał się w Q na równi ze zdumieniem i rozbawieniem.

- Muszę sprawdzić maila – mruknął wreszcie, krzyżując ręce na piersi i wyszedł z pokoju. Nie zamierzał przyznać się nawet przed samym sobą, jak zimno zrobiło mu się w momencie, gdy oddalił się od Bonda.

ж

- Mógłbyś przestać? To strasznie rozpraszające.

Q podniósł na niego zdumiony wzrok.

- Ciągle drapiesz się w policzek – dookreślił Bond, kiwając na palce kwatermistrza, które owszem, bezwiednie drapały krawędź jego szczęki.

- Wybacz, 007, ale nie przywykłem do zapuszczania zarostu – mruknął i zanim agent zdążył skomentować, że to z pewnością spowodowanie jego młodym wiekiem, dodał. – Poza tym, nie wiem, w czym tak miałbym cię rozpraszać. Widzieliśmy ten odcinek wczoraj wieczorem.

Rzeczywiście, Bond oglądał powtórkę „The Human Nature", podczas gdy Q odpowiadał na maila od R, który miał wątpliwości, co do wyposażenia na nadchodzącą misję 003. Zamierzał obdarować go jednym z prototypów, który jeszcze nie był używany przez żadnego agenta, a o którym Q nie zdążył dokończyć raportu przez porwaniem. Bond oczywiście uznał to za zaproszenie do zaprzestania oglądania. Wstał i podszedł do stołu, gdzie Q dzisiaj zorganizował swoje miejsce pracy.

- Znowu kontaktujesz się ze swoim departamentem bez pozwolenia?

- R nieźle sobie radzi beze mnie – odparł z dozą satysfakcji. - Ale są kwestie, w których moja opinia jest niezbędna. Gdy ja byłem R, Boothroyd też miał zawsze ostatnie słowo.

Bond uśmiechnął się lekko, słysząc melancholię w głosie Q, gdy wspominał o swoim poprzedniku. Sam również pałał sympatią do tego szalonego staruszka. Nagle w jego głowie zrodziła się pewna kwestia.

- Długo byłeś R?

- Od mojego pierwszego dnia pracy w Q-Branch. Gdy mnie przyjmowali, już planowane było, że kiedyś zostanę głową departamentu, więc od razu zostałem asystentem aktualnego Q – odpowiedział, nie skupiając się zbytnio na swoich słowach, skanując wzrokiem listę plików na jednym ze swoim wirtualnych dysków.

- To żadna odpowiedź na moje pytanie.

- Byłem R przez pięć lat, 007.

Bond zmarszczył brwi.

- Jak to się stało, że nie poznałem cię wcześniej?

- Jesteś niesławnym Jamesem Bondem, więc sam Kwatermistrz zawsze zajmował się przekazywaniem twojego ekwipunku, każdy inny byłby poza prestiżem – Q powiedział tak poważnym tonem, że agent prawie mu uwierzył. Niestety brunet nie zdołał utrzymać twarzy pokerzysty i zachichotał na widok głębokiej konsternacji na twarzy Bonda. – Staruszek po prostu za tobą przepadał i zawsze lubił się pochwalić przed ulubionym zero-zero swoimi wynalazkami. Chociaż pewnie nie raz korzystałeś z ekwipunku, który wyszedł spod moich rąk, jeszcze zanim poznaliśmy się oficjalnie.

- To jakieś naciągane, na pewno musiałem widzieć cię gdzieś w laboratorium Boothroyda.

Q westchnął. – Jak wygląda mój R?

Bond zmarszczył brwi, a jego milczenie przeciągało się do pełnej minuty.

- Musisz pogodzić się z tym, że nie zwracasz uwagi na innych techników, 007. Chociaż uwielbiasz ich irytować – kwatermistrz wyglądał jak gdyby świetnie się bawił kosztem zmieszanego agenta. – Dlatego i mnie zauważyłeś dopiero, gdy moja pozycja wzrosła.

Bond nie mógł zaprzeczyć, więc kontynuował milczenie.

Q prawie podskoczył, gdy dłoń agenta zacisnęła się na jego nadgarstku.

- Przestań się drapać, masz już wystarczająco poharataną tę swoją śliczną buźkę

Q odruchowo otworzył usta, by rzucić jakąś kąśliwą ripostą, lecz nagle zabrakło mu słów. Dopiero, gdy agent pociągnął go za wciąż trzymaną rękę i zmusił do wstania, wrócił mu głos.

- 007, co ty wyprawiasz?

- Prowadzę cię do łazienki, gdzie pozbędziesz się tej cholernej brody. Znudziła mi się i teraz tylko irytuje.

- Ciebie irytuje?! Poza tym nie będę golił się z gipsem…

- Nie powiedziałem, że ty będziesz się golił – odparł Bond szelmowskim tonem i dopiero wtedy Q zorientował się, że właśnie przecinają sypialnię agenta i wchodzą do jego łazienki. Posadził go na zamkniętej klapie toalety i sięgnął po leżącą na umywalce brzytwę.

- O nie, chyba zwariowałeś.

- Nie ufasz mi? – Bond wbił w niego przenikliwy wzrok i nagle Q poczuł, jak gdyby to pytanie dotyczyło czegoś więcej niż wymuszonego golenia.

- Tylko chciałbym nadal mieć nos i oboje uszu, jak skończysz – zmitygował w końcu, wzdychając ze zrezygnowaniem.

Bond bez słowa zaczął nakładać piankę do golenia na policzki i szyję kwatermistrza. Jego ruchy były wymierzone i delikatne i Q wbrew swojej woli poczuł przyjemne dreszcze rozlewające się po jego ciele, od miejsca gdzie spracowane dłonie agenta muskały jego skórę. Już dawno nikt go nie dotykał w taki sposób…

Cholera, musiał naprawdę być sfrustrowany, skoro nagle nakładanie pianki do golenia wydawało mu się erotyczne.

Wciąż milcząc, agent chwycił brzytwę i ułożył wprawnie w dłoni, po czym drugą ręką chwycił szczękę młodszego mężczyzny, by ustawić jego głowę pod najwygodniejszym kątem.

Pierwszy ruch ostrza wzdłuż skóry kwatermistrza, sprawił, że Q poczuł jak nagle przyspiesza mu tętno, a krew zaczęła huczeć mu uszach. Lecz nie ze strachu… To wszystko nie miało prawo być tak ponętne, jak było w rzeczywistości.

Niebieskie oczy były wyraźnie skupione, wodząc wzrokiem po twarzy drugiego mężczyzny. Q nie pamiętał by kiedykolwiek był z Bondem tak blisko.

- Teraz uważaj i się nie ruszaj, to dość podchwytliwa część – przemówił agent, ciszej niż wcześniej, nadając całej sytuacji jeszcze większej intymności, po czym przechylił jego głowę w tył delikatnym ruchem. Q wstrzymał oddech, gdy ostrze prześlizgnęło się w górę jego gardła.

Nawet nie drgnął, gdy Bond wytarł resztki pianki z jego twarzy.

- I proszę, gotowe – powiedział, gładząc policzek Q; zatrzymał się na jego wargach, przytrzymując opuszki palców w kąciku ust przez ciągnące się sekundy.

Kiedy zaczęli grać w tę grę i jakie były jej zasady? Q nawet nie był pewien, który z nich ją zapoczątkował. I do czego miał prowadzić jej finał.

Bond ostrożnie wstał i zaczął opłukiwać brzytwę w umywalce.

- Dzięki – wybąkał Q i wyszedł trochę zbyt szybkim krokiem na poszukiwanie papierosów, które powinny były przyjść z poranną dostawą produktów z Tesco. Potrzebował chwili na balkonie. Nagle było mu stanowczo za gorąco.

O, ironio.


I tak, oczywiście, że scenę golenia zerżnęłam ze "Skyfall".