We Could Be So Good Together
I tell you lies/I tell you wicked lies/Tell you about the world that we'll invent/Wanton
world without lament
Will naprawdę nie chce o to pytać. Chociaż wie, że Hannibal nigdy nie zasugerowałby niczego tak niestosownego, natychmiast myśli o jakimś rodzaju dziwnej seksualnej medytacji. Cóż, raz kozie śmierć.
-Jak masz zamiar mi pomóc?
-Połóż się wygodnie. - Hannibal przesuwa się, a w tle słychać jakiś dziwny, dźwięk.
Will zrzuca buty i spodnie i wypełnia polecenie Hannibala. Przecież mnie o to prosił. To wszystko może i jest dziwne Will zastanawia się co Hannibal powiedziałby, w trakcie medytacji seksualnej. Nie, żeby był tego aż tak ciekaw. Myśli jednak, że Hannibal byłby w tym świetny, Hannibal jest świetny we wszystkim.
-Wygodnie ci, Williamie?
-Tak.- Will zdejmuje okulary i mruga w kierunku sufitu. - Zaraz, poczekaj.- Wstaje z łóżka, żeby zgasić światło i pada w ciemnościach z powrotem na materac. - Jestem gotowy.
-Medytowałeś kiedykolwiek?
O...kurczę.
-Nie, nigdy?
-Czy to było pytanie? - Zastanawia się Hannibal. Mimo dzielących ich tysięcy kilometrów Will czuje, że on najzwyczajniej w świecie się z nim drażni.
-Nie to nie było pytanie. - Mądrala.
-Chciałbym czegoś spróbować, za twoim pozwoleniem. - Za moim pozwoleniem. Jakby ci się to podobało Jack? - Jeżeli odmówisz, spróbujemy czegoś innego.
-Co masz na myśli? - Will niemal dostaje ataku serca czekając na odpowiedź Hannibala.
-Skłonienie cię do zaśnięcia nie będzie trudne. Prawdziwym zadaniem będzie utrzymanie cię w tym stanie oraz uporanie się z twoimi koszmarami.
-Więc co masz zamiar zrobić? Wybrać co ma mi się przyśnić?
-Chcę podać twemu umysłowi pewną sugestię i sprawdzić, jak zareaguje.
-Zwykle, jest podatny na współpracę. - Kiwa głową Will. Trochę brakuje mu alkoholu. Hannibal domyśliłby się jednak gdyby wstał z łóżka żeby przygotować sobie drinka. - A więc co robię w tym śnie? Stoję pod wodospadem?Albo nie, może latam nad Alaską?
Will wybucha śmiechem.
-Miałem na myśli coś bardziej praktycznego. Byłeś kiedyś nad wodospadem, Williamie?
-Kiedyś w czasie studiów pojechałem do Great Falls Park.
-Dobrze. Chcę, żebyś wyobraził sobie, że znowu jesteś nad tamtejszym wodospadem.
-Mam zamknąć oczy?
-Jeśli tego chcesz. - Znowu pojawia się ten żartobliwy ton. Will zamyka oczy.
-Jestem przy wodospadzie, doktorze. Co teraz?
-Twoje nogi i stopy są mokre ale woda jest przyjemnie ciepła. Słyszysz jak huczy ci w uszach kiedy przelewa się przez krawędź wodospadu. Niebo jest czyste i wydaje się bezkresne. Jesteś sam z wyjątkiem przelatujących nad twoją głową ptaków. Co to za ptaki, Williamie?
Will nie oczekiwał tego, że tak szybko znajdzie odpowiedź na to pytanie ale w jego umyśle pojawia się obraz i wypowiada następne słowa właściwie się nad nimi nie zastanawiając.
-To sokoły. - Will wtula się w materac i kładzie sobie telefon obok ucha. Ma ochotę spytać, czy krzyk ptactwa słychać aż w Baltimore. - Widzę dwa lecące razem sokoły.
-Czy jest słonecznie, Williamie?
-Tak, na niebie jest tylko kilka chmur. - Wydaje mu się, że to uspakajające właściwości głosu Hannibala ponieważ coraz mocniej czuje wodę między palcami stóp i słońce uderzające w jego głowę. Unosi rękę aby zwichrzyć włosy w miejscu gdzie słońce trochę za bardzo przypieka i niemal się dekoncentruje. - Jest tu trochę gorąco.
-Niech więc stanie się cień – Hannibal pojawia się w jego marzeniu, jego głos rozbrzmiewa tuż za Willem, który nie może się jednak odwrócić aby sprawdzić czy on rzeczywiście tam jest.
Chce tego, ale jego oczy wpatrują się w wodospad. Na samo wspomnienie cienia, na niebie pojawia się więcej chmur, które przysłaniają słońce. Reszta nieba porusza się wokoło nich na moment znowu dekoncentrując Willa ale po chwili pojawia się także chłodny wietrzyk. Woda rozbija się ojego łydki tuż pod podwiniętymi nogawkami spodni.
Willowi wydaje się, że minęła godzina zanim znowu słyszy cichy głos Hannibala.
-Czy chciałbyś rozejrzeć się wokół wodospadu?
-Tak. - Odpowiada Will bardzo chcąc sprawdzić, czy Hannibal rzeczywiście jest w jego śnie. W dżinsach i t-shircie. W dżinsach i t-shircie.
-Proszę bardzo.
Nagle Will może odczepić stopy od dna wodospadu. Jest ciekaw, czy Hannibal wiedział, że do tej pory nie mógł się ruszyć. Will natychmiast się odwraca gotów przyłapać Hannibala w trakcie inwazji na jego sen ale Hannibala tam nie ma. Nadal jest zupełnie sam. W którą stronę by się nie odwrócił głos Hannibala zawsze dobiega zza jego pleców.
-Co widzisz dookoła Williamie?
-Drzewa w oddali. Mnóstwo skał. Tuż za mną rozpościera się szlak. - Po chwili obserwacji dodaje. - Nikogo na nim nie ma.
-Masz ochotę przejść się szlakiem, Williamie?
-Nie. - Will odwraca się w kierunku wodospadu i zamiera na chwilę. - Hmm.
-Słucham?
-Mógłbym tam wskoczyć? - Will przypomina sobie, że Hannibal nie widzi tego co on. - Na dnie wodospadu jest woda. Czy mogę do niej wskoczyć? Czy mój mózg pomyśli, że umarłem?
-Czy wydaje ci się, że jesteś aż tak bezpieczny w łóżku, w pokoju hotelowym w Williamsport w Pennsylwanii?
-W tym momencie raczej nie. - Wbija palce stóp w kamienie. Zastanawia się, czy przypadkiem dawno już nie zasnął a Hannibal dawno się nie rozłączył. - Nie wiem nawet czy jesteś tutaj ze mną.
-Prawdopodobnie nie pozwolisz mi udowodnić sobie, że jestem przy tobie.
-Nie jestem pewien czy sobie tego wszystkiego nie wymyśliłem.- Will podchodzi do krawędzi wodospadu i przez chwilę wyobraża sobie siebie samego leżącego w łóżku. Na moment traci równowagę i brakuje mu tchu.
-Williamie?
-Słyszę cię. - Wraca na szlak przerażony wizją możliwości utraty życia po skoku do wymyślonego wodospadu. - Sam już nie wiem czy śnię czy to się dzieje naprawdę.
-To uczucie nie powinno być dla ciebie niczym nowym.
-Racja. - Mruczy Will. - Wygląda na to, że przejdę się szlakiem.
Spaceruje przez chwilę i jest pewien, że w międzyczasie minęła co najmniej godzina. Ćwierkają ptaki ukryte poza zasięgiem jego wzroku. Na szlaku jest jesień i Will nie dostrzega żadnych gniazd na gałęziach otaczających go drzew. Wydaje mu się, że to z powodu braku pewności siebie i stwierdza że próba analizy własnego zachowania w niczym mu nie pomoże, więc przestaje szukać źródła otaczających go dźwięków.
-Która jest godzina?
-Prawie wpół do dziesiątej. - Odpowiada spokojnie Hannibal.
-Jezu, wisimy na telefonie już prawie godzinę.
-Już ci mówiłem, że lubię nasze długie rozmowy.
Ton głosu Hannibala zmienia się i staje się delikatniejszy i bardziej subtelny. To może zabrzmieć nostalgicznie, ale w ten sposób Hannibal zdaje się być znacznie bliżej Willa. Tak jakby on nie był tylko obecny w jego śnie ale stał się także elementem plątaniny synaps i neuronów tworzących ten sen. Jego głos przekracza fizyczne granice. Rozbrzmiewa w uszach Willa i jego ciele modzelowatym łączącym obie półkule jego mózgu. Wibruje w jego klatce piersiowej.
-Robisz to specjalnie? - Pyta Will, kiedy nie może już tego znieść.
-Co robię specjalnie, Williamie?
-Jesteś w mojej głowie. - Burczy Will jak gdyby wcale mu się to nie podobało.
-Muszę w niej być aby móc cię poprowadzić.
-Wiedziałem. To wszystko jest częścią twojego chytrego planu żeby dobrać się do mojego przysłowiowego tyłka.
W odpowiedzi Hannibal wybucha zadziwiająco radosnym śmiechem.
-Gdybym kiedykolwiek rzeczywiście chciał dobrać się do twojego tyłka, wiem jak się do tego zabrać.
Śmiech jest najwyraźniej zaraźliwy. Dźwięk niesie się pustym szlakiem niczym wystrzał z pistoletu.
-Najwyraźniej rzeczywiście jest pan wszechstronnie utalentowany, doktorze. - Stwierdza Will potykając się o kamień. Słyszy przesuwającego się w pobliżu węża. Nie stara się jednak go złapać. - Czego ja tutaj właściwie szukam?
-Czego tylko zechcesz. Nic cię tutaj nie ogranicza.
Will spogląda w górę na niebo. Nigdy przedtem nie zastanawiał się co by czuł patrząc na coś co nie ma końca, ale to niebo naprawdę wydaje się kompletnie bezkresne. Will zastanawia się nad innymi niemożliwymi (niemożliwie dobrymi) rzeczami jakie mogłyby pojawić się w jego śnie, na przykład o wizji Hannibala ubranego w dżinsy i t-shirt, której z jakiegoś powodu nie może zapomnieć.
-W tym momencie nie pogardziłbym jakimś towarzystwem. - Will opuszcza głowę i dostrzega, że na szlaku pojawili się jacyś ludzie. Na początku nie mają twarzy ale po chwili Will rozpoznaje w nich ludzi z którymi chodził do szkoły. Niektórzy są bardzo młodzi: Amanda Cline z podstawówki i Heidi Goldsmith z gimnazjum. Jest tam też Jess Nixon, który studiował razem z Willem i był pierwszą osobą z którą Will przyjaźnił się dłużej niż rok.
Przechodzą obok niego kompletnie go nie zauważając i jest to nawet gorsze od samotności. Trochę dalej widzi Alanę, Jacka i Katz wraz z Zeller'em i Price'em ale oni także na niego nie patrzą. Alana odwraca głowę w jego kierunku, jak gdyby ktoś zawołał ją po imieniu ale potem wzrusza ramionami i odwraca się do grupy.
Na końcu szlaku Will dostrzega swego ojca oraz Abigail. Siedzą w kurzu po turecku, wpatrując się w wędkę, którą Will chciał podarować Abigail.
Jego ojciec unosi na chwilę wzrok żeby odgonić muchę, ale właściwie go nie zauważa. Wydaje mu się, że słyszy jak Abigail wymawia jego imię, ale ale zajmuje ono w zdaniu miejsce rzeczownika, czy czasownika więc Will idzie dalej. Czuje się jeszcze gorzej niż kiedy był sam.
-Gdzie ty jesteś do cholery? - Pyta Will zmęczony widokiem ludzi, którzy zdają się go nie widzieć.
-Jestem tu Williamie.
Will odwraca się ale szlak jest znowu pusty. Klnie.
-Słyszę cię, ale cię nie widzę.- Nie chciał tego powiedzieć ale słowa same mu się wymknęły, poza tym do jasnej cholery, Will i tak jest już pewien, że śni. - Wszyscy inni mi się pokazali.
-To twój świat, Williamie. To ty kontrolujesz co się w nim dzieje.
-Nadal nie jestem przekonany, że robimy to tylko przez telefon. To jest zbyt efektowne.
Jest zaskoczony czując dotyk na ramieniu. Odwraca się, w pełni spodziewając się widoku jelenia. Jednak u jego boku pojawił się ktoś inny. Stoi tam Hannibal.
-Och, tu jesteś. - Nie stara się ukryć uczucia ulgi. Nie pamięta jak w ogóle ukrywać swoje uczucia. Nie pamięta i nie zależy mu na konsekwencjach jakie mogą mieć jego słowa i czyny, to dziwnie wyzwalające uczucie.
-To ty kontrolujesz ten świat. - Mówi Hannibal chowając dłonie do kieszeni, a Will marszczy nos na widok trzyczęściowego garnituru, który widuje za każdym razem kiedy spotyka się z Hannibalem. Jeśli to jest mój świat...
Wybucha śmiechem na widok Hannibala w spranych dżinsach i luźnym białym podkoszulku. Hannibal wygląda na gotowego do wyjścia na plażę. To cudowny widok.
Hannibal nie pyta go o powód jego śmiechu. Will jest wdzięczny, że nie musi tłumaczyć się ze swojego perwersyjnego upodobania do luźnych ubrań, które odkrył w sobie odkąd poznał Hannibala. W milczeniu idą razem ścieżką. Will jest pewien, że musiały minąć całe godziny odkąd położył się do łóżka. Jest pewien, że teraz już na pewno śpi.
-Jeżeli nadal rozmawiamy przez telefon...- Mówi patrząc na Hannibala teraz kiedy może. - Skąd będziesz wiedział kiedy zakończyć rozmowę?
-Nie wydaje mi się abym wiedział. - Włosy Hannibala rozwiewa wiatr. Tutaj nie są na żelowane, a Will bardzo chce ich dotknąć ale to wydaje się być przekroczeniem pewnych granic. I tak okazał kompletny brak dobrych manier ubierając Hannibala według własnego widzimisię. Will spogląda w dół i odkrywa, że Hannibal jest również bosy. Do diabła z dobrymi manierami.- Szczególnie jeśli masz skłonność do mówienia przez sen.
-Przepraszam. - Klamie Will.
-Gdzie jesteśmy?
-Na końcu trasy. - Mówi niemal ze smutkiem Will. - Coś tu jest. - Rozgląda się gorączkowo.
-Co widzisz?
Will rozgląda się dookoła kiedy tylko udaje mu się oderwać wzrok od luźno ubranego Hannibala Lectera. Nadal brakuje tam ludzi. Otaczają ich jedynie głosy niewidzialnych zwierząt oraz głuchy grzmot wody przelewającej się ponad barierkami. Will wpatruje się przez chwilę w wodę po czym znowu patrzy na Hannibala. Na szlaku, który pokonali nagle pojawia się ogromne wapienne poroże, które wydaje się wyrastać spod ziemi.
-On nadchodzi.- Hannibal odwraca się aby spojrzeć na ostrożnie podchodzącego do nich jelenia.
Tym razem wydaje się większy niż zwykle. Jego sierść lśni miedzianie w promieniach słońca. W pełnym słońcu zwierzę wygląda raczej dziwnie. Jego pióra błyszczą niczym czarne perły. Kopyta zostawiają ślady sadzy wśród opadłych na ziemię liści.
-Hannibalu...-Mruczy Will osłaniając sobą sylwetkę wyobrażonego Hannibala kiedy jeleń zbliża się do nich.
-Nic ci nie jest Williamie.
-Wiem. Nie pozwolę mu cię skrzywdzić.
Jeleń klęka a jego poroże zaczepia o ubranie Willa na jego klatce piersiowej. Will nadal nie obawia się jelenia. Czuje jedynie wściekłość.
Zamyka dłonie wokół poroża i odpycha jelenia tak mocniej jak tylko może. Jeleń wydaje z siebie jęk niezadowolenia, który jednak cichnie, kiedy
Hannibal dotyka jego ramienia. Drży i odsuwa się na bok nie wiedząc czego się spodziewać, dopóki Hannibal nie ułamuje dwóch najgrubszych fragmentów poroża, które w jego dłoniach zamieniają się w sztylety.
-Podoba ci się to, Will? - Krzyczy rozradowany jeleń.
Will siada pionowo na łóżku przy dźwięku budzika. Jego telefon odbija się od materaca i spada na podłogę. Will przez przypadek zrzuca także budzik, zanim udaje mu się go wyłączyć. Jest piąta trzydzieści. Nie może uwierzyć, że Jack nie obudził go wcześniej. Na pewno pojawiło się jakieś nowe ciało.
Przechyla się przez łóżko po drugiej stronie i sprawdza długość rozmowy. Według jego telefonu, ostatnia rozmowa zakończyła się dziewiętnaście minut po dziesiątej wieczorem. Zastanawia się jak wiele z jego snu było snem i co było medytacją. Jak wiele z tego z nim przegadałem?
Zauważa migającą ikonkę wiadomości tekstowej. Od Hannibala.
Wspomniałeś coś o dżinsach i t-shircie a potem stałeś się niezrozumiały. Mam nadzieję, że nie rozłączyłem się zbyt wcześnie i, że dobrze wypocząłeś. H.
Will powstrzymuje jęk zawstydzenia a potem odpisuje ponieważ Hannibal prawdopodobnie już nie śpi.
Spałem całkiem nieźle. To naprawdę zadziałało. Dziękuję.
Potyka się po drodze pod prysznic. Stara się spędzić tam jak najmniej czasu zakładając, że lada moment wpadnie po niego Jack. Osusza się ręcznikiem i ubiera a potem zakłada kurtkę i sięga po telefon. Wsuwając go do kieszeni zauważa nową wiadomość. Hannibal mu odpisał.
Z czystej ciekawości...o kim mówiłeś? Kto był tam w dżinsach i t-shircie?
Na Boga. Wzdycha Will chociaż na jego twarzy pojawia się uśmiech. Zastanawia się czy nie odpisać bardzo chciałbyś wiedzieć, co? Ale wydaje mu się to zbyt dziecinne i kokieteryjne i Hannibal na pewno odpowiedziałby mu czymś bardzo poważnym. Zadaję tylko takie pyania, na które chcę poznać odpowiedź, Williamie.
Chodziło o ciebie. Gdyby chodziło o kogoś innego, nie byłoby to takie ważne.
Niemal upuszcza telefon wyrzucając sobie swoje niewłaściwe zachowanie. Przeklina kilka razy pod nosem po czym wychodzi z pokoju i zjeżdża piętro niżej. Szwenda się tam kilku techników, którzy starają się być bardzo pomocni. Nigdzie nie widać Jacka ani jego ekipy. Prawdopodobnie jeżdżą po mieście szukając dla Williama ciekawych zwłok.
-Hej, panie agent. - Will nie reaguje od razu ale potem odwraca głowę.
-Casson.- Odpowiada, kiwając głową.
-Dla ciebie jestem Oficerem, głupku.
-Przepraszam. - Mruczy Will przeglądając podniesione ze stołu akta. Wcale nie jest mu przykro.
Casson o tym wie. Nie jest głupi.
Prawdopodobnie właśnie dlatego został gliną. Świetnie potrafi odczytywać zachowania innych ludzi, ma zmysł dzięki któremu zauważa kiedy ludzie kłamią a kiedy nie. Patrzy teraz na Willa jakby był mordercą, którego starają się złapać i Will nie jest do końca pewien jak powinien się z tym czuć. Może powinien czuć się dotknięty ale lepiej żeby Casson miał go za kryminalistę niż za kogoś kim może bezkarnie pomiatać.
-Czegoś pan ode mnie chciał, panie oficerze Jimmy Galenie Casson?
Facet rumieni się słysząc swoje pełne imię i nazwisko.
-Wydaje ci się, że rozwiążecie tą sprawę? Złapalibyśmy tę dziewczynę bez ciebie ty...
-Spokojnie panowie. - Kolejny miejscowy glina podchodzi do nich z rękoma uniesionymi w pokojowym geście. - Crawford mówił, że mamy się nie kłócić. Może powinniśmy go posłuchać? Nie chcę, zostać oddelegowany tylko dlatego, że wy dwaj nie potrafiliście normalnie ze sobą pracować przez kilka dni. Casson uśmiecha się krzywo. Will ma ochotę odepchnąć jednego z nich albo obydwu. Z drugiej strony nie chce tego robić. Wie, że powinien dać sobie spokój. Casson gapi się na niego w naprawdę bardzo niegrzeczny sposób.
Odwraca się i wychodzi z sali. Telefon wibruje w jego kieszeni i Will sprawdza go idąc korytarzem. To wiadomość od Jacka, co sprawia, że Will czuje się winny oczekując wiadomości od kogoś innego, kiedy jest w samym środku śledztwa.
Jack mówi, że, dzięki Bogu, mają dla niego nowe miejsce znalezienia ciała. Will nie czuje się wdzięczny z powodu tego, że znowu ktoś zginął. Ale on nie może już siedzieć bezczynnie. Jack prosi go, żeby za pięć minut spotkał się z nim w hallu hotelu, albo własnoręcznie wyważy drzwi do jego pokoju.
Will pojawia się na dole w ciągu trzech minut i nie jest nawet zmęczony.
-Poznaj Isaiah'a Howarda. - Mówi Jack w ramach powitania, podając Willowi swój telefon. Zasiniona twarz twarz została niemal wgnieciona w czaszkę. - Woźny pracujący w gimnazjum w południowym Williamsport znalazł go dzisiaj na boisku do koszykówki.
-Miejscowi gliniarze trzymają się z daleka?
-Kilkoro naszych pilnuje ciała na wszelki wypadek.
Dojazd na miejsce zbrodni zajmuje im pół godziny. Jack opowiada mu trochę o śledztwie a Will przysłuchuje się mu. Raz sprawdza telefon. Hannibal mu nie odpisał. To nie powinno go przerażać, ale trochę go przeraża. Jeszcze raz czyta swoją ostatnią idiotyczną wiadomość. Jack przyłapuje go na przeglądaniu SMS'ów.
-Nudzę cię, Will?
-Nie, Jack. Po prostu zastanawiam się dlaczego miejscowi w ogóle poprosili nas żebyśmy się tym zajęli.
-Ponieważ tego potrzebują, Will.
-Po jakimś czasie sami by ją znaleźli. A wzajemne wkurzanie się na siebie nawzajem niczemu nie pomaga.
W jego kieszeni odzywa się telefon. Will chce go sprawdzić, ale nie może. Jack bacznie mu się przygląda ponieważ stoją na czerwonym świetle. Will zapada się w siedzenie.
-Bez nas też by ją znaleźli.
-Chodzi ci o tego technika z wczoraj?
-Casson'a?
-To z nim masz problem? - Will niemal słyszy jak Jack przewraca oczami. - Poradzę ci coś Will. Przestań się tym przejmować.
Podjeżdżają do zagrodzonego taśmą chodnika obok zamkniętej szkoły i wysiadając z samochodu Will korzysta z okazji by schować się za plecami Jacka by sprawdzić telefon.
Dziwak z ciebie, Williamie Graham.
Will siłą powstrzymuje wybuch śmiechu kiedy wpada na Jacka i wykrztusza przeprosiny. Jack jest zbyt zdenerwowany żeby go to jednak przejęło. Wzrusza tylko ramionami i pokazuje mu scenę zbrodni. Tym razem jest większa i bardziej rozbudowana. Will rozgląda się przez chwilę.
- Nikt niczego nie ruszał?
-Przepraszam, Will. Rozejrzałam się trochę. - Mówi Katz, podając Jackowi zapakowany i oznakowany dowód z miejsca zbrodni.
Są na kompletnie otwartej przestrzeni. Will przechodzi nad kałużą krwi rozlanej między nogami ofiary. Morderczyni najwyraźniej przecięła tętnicę udową ofiary i pozwoliła mu się wykrwawić. To zdecydowane była przyczyna śmierci, chociaż na jego ramionach widać było drobne skaleczenia. Koszula ofiary została rozerwana i na torsie ofiary widać kilka równoległych cięć nożem, Rozchodzą się na wszystkie strony niczym korzenie i gałęzie drzewa. To coś znaczy. Nie chciała go zabić czy nawet skrzywdzić. Jak ujął to Hannibal?
Czy specjalnie wziąłeś nóż, Williamie?
Will sięga po telefon z powodu grzeczności.
Ludzie bywają dziwni, Doktorze Lecter. Jestem na miejscu zbrodni. Porozmawiamy później.
Chowa telefon do kieszeni kurtki i zaciera ręce. Tego dnia jest trochę cieplej niż poprzedniego.
-Co chciałaś nam pokazać? - Mówi do siebie klękając by bliżej przyjrzeć się ciału. - Czy ty w ogóle znałaś Isaię Howarda? Założę się, że nic dla ciebie nie znaczył. Nie tak jak pierwsze dwie ofiary. Wiem co oni ci zrobili. Wiem. Naprawdę.
Will zamyka oczy. Wahadło zaczyna kołysać się w ciemości.
Wokół Willa zapada zmrok rozświetlony gwiazdami i blaskiem księżyca. Jelenia nigdzie nie widać. Dzisiaj się nie pojawi. Nie dla niej.
Spogląda w dół na trzymany w dłoni nóż myśliwski ozaokrąglonym ostrzu. Czuje się prawie tak samo jak tamtego poranka, kiedy obudził się na podwórku za własnym domem. Tyle, że tym razem wszystko wokół niego jest nieruchome a on się nie obudzi. Tym razem krew nie należy do niego. Wahadło przechyla się dwa razy zanim Isaiah Howard jest znowu czysty. Ma naprawioną koszulę a jego ciało opiera się o podstawę obręczy do koszykówki. Jeszcze żyje. Mówi coś ale Will nie słyszy co. Prawdopodobnie błaga o życie. To nigdy nie działa, jeżeli stoisz z mordercą twarzą w twarz.
A jego dziewczyna nie chowa twarzy w tym momencie. Teraz, w swoim mniemaniu, jest piękniejsza niż kiedykolwiek przedtem. Jest tak blisko boskości jak tylko może. Jeśli zabije tego człowieka stanie się taka jak jej mistrzowie.
Pan Howard jest nieprzytomny. Przyciągnęłam go tutaj. Jestem tak samo silna jak oni, lepiej do tego wszystkiego przystosowana. Nie może krzyczeć ze zdartymi do krwi strunami głosowymi. Nie chcę, żeby krzyczał. Robię to dla niego ponieważ on w tej chwili należy do mnie, nawet jeśli go to przeraża. Nie będzie się ciągle bał. Już nie długo poczuje się lepiej. Oboje poczujemy się lepiej.
Kaleczę jego lewą nogę. Doskonale wiem co robię. To dla niego cenne, więc będzie bardziej bolało. Ale ponieważ go boli, bardziej mu się to spodoba. Muszę mu to pokazać tak jak oni mi to pokazali.
Jego twarz wykrzywia się w agonii. Tylko w ten sposób może mi pokazać jak bardzo mnie kocha. On mnie kocha. Kocha mnie.
Zaczyna tracić przytomność. Jego twarz blednie a krew wycieka mocniej niż powinna.
-Hej panie agent.
Przyniosłam mu coś. To nie miało się tak skończyć. Miał ze mną zostać. Miał ze mną zostać ponieważ kocham go a on kocha mnie.
Z tętnicą biodrową jest coś nie tak. Stało się z nią to samo co nie miało prawa stać się podczas pracy z Isaią Howardem i prawdopodobnie innymi ofiarami. Ten, którego kochała nie powinien był zginąć. Nie chciałaś go zabić, tak jak nie chciałaś zabić Howarda. Więc dlaczego zabijasz każdej nocy?
Starałam się mu pomóc. Ale się spóźnilam. Coś poszło nie tak. Za mocno go kochałam.
-Powiedziałem 'hej' ty pieprzony agencie.
Pokaleczyłam jego brzuch. Zrobiłam to ponieważ się wstydzę. Ponieważ on zrobił mi coś o czym powinniście wiedzieć. Ale on już wam tego nie powie. I ja też tego nie powiem.
-To moje...
Czuje na ramieniu coś ciężkiego. To ten drugi, ten który chciał ją zabić.
Zabiłbyś mnie, ty świnio. Ty skurwysynu, chcesz mnie zabić? To ja zabiję CIEBIE! Teraz mnie kochasz? Pozwól, że to ja pokażę ci czym jest miłość.
Will atakuje niczym wąż. Unosi się i wstaje, zanim dociera do niego co się dzieje, na twarzy Casson'a pojawia się krew. Nie potrafi powstrzymać swoich rąk i stóp przed poruszaniem się. W jego umyśle rozbrzmiewa alarm. Jego krew wrze i czuje mrowienie w kościach. To dodaje mu sił i sprawia mu radość.
Mogłabym go zabić. Mogłabym go zabić. Mogłabym skręcić mu kark.
Ponieważ go kocham. Mogłabym skręcić mu kark a potem go naprawić. Tutaj wszyscy by to widzieli. Wszędzie roi się od łabym skręcić mu kark.
Ktoś łapie go za ramiona. To którym dusi Casson'a nie puszcza tak łatwo. Jej siła jest niezwykle skoncentrowana. Płynie przez jego mięśnie niczym czysty impuls elektryczny. Will czuje jak coś w szyi Casson'a łamie się pod naporem jego dłoni. Myśli, że prawdopodobnie naruszył jego krtań. Zaciska mocniej dłoń.
-Will, puść go. - Czy to Jack?
W jego kieszeni wibruje telefon. Jego palce same rozluźniają się z potrzeby odczytania kolejnej wiadomości od Hannibala i jego ciało zostaje odciągnięte od ciała Casson'a. Jego paznokcie zdzierają trochę skóry kiedy zostają odciągnięte. Will ledwie dostrzega Katz trzymającą go za ramiona. Jest silna, na tyle silna, że nie może jej się wyrwać chociaż nawet nie próbuje. Jej dotyk wystarczy. Katz jest zawsze po jego stronie. Will nigdy by jej nie skrzywdził.
-Co ty do jasnej cholery wyprawiasz?- Ryczy Jack, zbyt blisko Willa, który jednak nie rusza się z miejsca. Nie chce mu się patrzeć na Jacka ale robi to. Klepie się dłonią w udo i bardzo stara nie roześmiać czując w sobie natłok emocji
-Jak to leciało...krzywdzę tych, których kocham.- Will wzrusza ramionami.
-Will, co z tobą? - Jack unosi jego głowę żeby spojrzeć na jego źrenice.
-Casson próbował mnie poderwać, chyba. - To ma sens. Hannibal sam mu coś takiego zasugerował. Skrzywdził mnie, ponieważ mnie mruga zalotnie w kierunku laboranta i cieszy się z przekleństwa, które dostaje w odpowiedzi. Jack potrząsa Willem sprawiając że coś w nim pęka i całe jego ciało się rozrywa. Will czuje jak jego serce drze się na kawałki, próbując wybić się przez mostek. Patrzy w dół na ciało Isaiah'a Howarda.
Nie chciałam. Nie chciałam.
Miękną mu kolana ale Katz trzyma go mocno nie pozwalając mu upaść. Jest naprawdę silna i mocna.
-Czy ja...Czy ja go skrzywdziłem, Jack? - Szepcze Will, patrząc z powrotem na Cassona
Po jego brodzie płynie krew. Ten piękny widok sprawia, że Will ma ochotę umrzeć.
-Nie chciałem tego Jack. Ja tylko...Chciałem mu pokazać. Chciałem, żeby zrozumiał. - Szlocha Will.
-Komu? Casson'owi? - Nawet Jack jest zbyt zaskoczony aby się gniewać.
-Facet sam się o to prosił. Czepiał się Willa od wczoraj.
-Czyżby? Nie wyglądało na to by Will potrzebował dużo aby być sprowokowanym.
-Will? Gdzie jesteś? - Głos Katz przesuwa się po jego umyśle niczym dryfujący po wodzie liść. Gdzie jesteśmy Williamie? Will mruga kilka razy zaskoczony.
-Jesteśmy w Great Falls Park. - Will rozgląda się dookoła i stwierdza, że to prawda. Jest z powrotem nad Potomakiem z Hannibalem ubranym w dżinsy i t-shirt i rozwiewanymi przez wiatr włosami. Tym razem wyciąga dłoń aby ich dotknąć. Są tam sami z jeleniem, który leży u stóp Willa z porożem, które wróciło do poprzedniego kształtu. Hannibal kucnął u jego boku i przesuwa dłonią po jego sierści.
Will...Jesteśmy w Williamsport. W Pensylwanii. Nie pamiętasz? Hej, Will obudź się.
-Miło tu.
Siada obok Hannibala pozwalając mu wziąć się za rękę i przesunąć nią po sierści zwierzęcia. Jest szorstka ale jednocześnie niezwykle miękka w dotyku, tak jak miękka może być kora drzewa. Jeleń kładzie na ziemi głowę i zasypia. To naprawdę cudowne zwierzę.
Will wie, że tutaj jest bezpieczny i może robić co tylko zechce. Pochyla się więc i całuje Hannibala w usta a Hannibal uśmiecha się w odpowiedzi.
-Zostaniemy tu więc przez chwilę. - Odpowiada Hannibal i pochyla się aby oddać Willowi pocałunek.
