John wytarł dłonie o szmatkę i pochylił się ponownie nad maską, sprawdzając czy okręcił wszystkie zawory. Garaż dla karetek nie był najspokojniejszym miejscem, ale zaparkowali z Rononem na uboczu, żeby nie przeszkadzać wyjeżdżającym na pełnym gazie pojazdom. Teyla i Jennifer miały przerwę na kawę, więc wykorzystał kilka chwil, aby sprawdzić co to za usterka trapi jego dziecinkę. Samochód działał, więc nie było powodu, aby odstawiać ją do mechanika, ale silnik wydawał z siebie nie odpowiedni dźwięk.
John nie wiedział jak dokładnie to nazwać. Ronon jednak nie kwestionował jego decyzji i zajrzeli do środka pojazdu nie tracąc czasu.
- Dobra, spróbuj teraz – powiedział i Dex przekręcił kluczyk.
Samochód zapalił za pierwszym razem, ale ten dźwięk wciąż wydobywał się skądś. Słyszał go wyraźnie w tle, ale nie potrafił wychwycić, która z części go wydawało. Oczywiście wszystko się zużywało, ale chciał być pewien, że może ufać sprzętowi, na którym pracuje. Od tego zależało nie tylko bezpieczeństwo pacjentów, ale również Jennifer i Teyli.
- Chyba wiem o co ci chodzi – powiedział Ronon, wyłączając samochód. – Nie wiem co to, ale teraz to słyszę. Nie sądzę, żeby to było coś poważnego – dodał jego przyjaciel.
- Nie wpływa na jazdę, a przynajmniej nie w widoczny sposób, ale nie podoba mi się to – przyznał John.
Zawsze lubił, gdy wszystko było zapięte na ostatni guzik. Potrafił całkiem dobrze improwizować, ale dawno minęły czasy, gdy potrzebował to robić i wątpił, aby wyszło to im na dobre. Nie był wojskowym i starał się zapomnieć o latach, które spędził w Air Force. Teraz nie był pilotem i paradoksalnie miał na swoich barkach jeszcze większą odpowiedzialność.
Ronon sprawdził zawory i John był tak pochłonięty silnikiem, że prawie przegapił to dziwne uczucie, które od czasu do czasu nawiedzało go, gdy jeszcze uczestniczył w misjach. Krążyły plotki, że empatia Przewodników nie miała granic – nie takich fizycznych – i nawet z ogromnej odległości potrafili wyczuć snajpera. Kilka razy instynkt uratował mu skórę, gdy w ostatniej chwili kierował helikopter w drugą stronę zanim pociska wystrzelony z ziemi zahaczył o jego ogon. I teraz zamarł, a potem rozejrzał się po garażu, nie dostrzegając nikogo.
Miał jednak pewność, że gdzieś tam w ciemności, ktoś go obserwuje.
- Wychodź – powiedział głośno, ryzykując, że najwyżej Ronon wyśmieje go za paranoje.
Dex oderwał się od silnika i odwrócił, starając się podobnie jak on wyłapać każdy najmniejszy ruch. John prawie oczekiwał, że żarty zaczną się już teraz, gdy nagle zza jednego z samochodów wychynął Rodney McKay.
Ciemna marynarka nijak nie pasowała do mężczyzny. O wiele naturalniej wyglądał w białym kitlu, ale najwyraźniej doszedł już do siebie po niedawnym ataku, bo jego oczy błyszczały jeszcze bardziej niż wtedy. I John wiedział, że to nie cecha Strażników. Rodney miał po prostu najpiękniejsze oczy jaki widział. Oczy, które kiedy raz spoczęły na nim, nie oderwały się ani na chwilę i John zaczął się czuć niekomfortowo, dopóki nie zdał sobie sprawy, że McKay widzi go po raz pierwszy. Wtedy w laboratorium, Strażnik instynktownie odwracał się w jego stronę, ale jego wzrok nie rejestrował wiele.
I John w zasadzie czuł się tak, jakby i jego widział po raz pierwszy, bo nienaturalna nieruchomość twarzy mężczyzny poprzednim razy, ujęła jego urodzie. Nie był klasycznie przystojny i może miał za szeroką twarz, ale jego usta były cudownie czerwone. Strażnik był od niego niższy, co nie było dość częste. A może to John był za wysoki. Jednak jego postura była solidna, chociaż zapewne Rodney spędzał czas w nienaturalnym fizycznym bezruchu. Strażnicy byli znani ze swojej aktywności, ale w przypadku McKaya ona zdawała się przejść kompletnie na jego umysłową część. I dłonie, które zaczęły się poruszać, gdy tylko mężczyzna zaczął mówić.
- Przepraszam, nie chciałem was wystraszyć, ale rozmawialiście i nie zauważyliście, że przyszedłem. A potem pomyślałem, że pewnie uderzycie głową o maskę samochodu, gdyby odchrząknął, a to byłoby całkiem niebezpieczne, więc… - zaczął Rodney i nie brał przy tym ani jednej przerwy.
John był pod wrażeniem.
- Nie powinien pan tu być – odparł Ronon. – Wejście do oddziału ratunkowego jest…
- Spokojnie – wszedł mu w słowo John, kładąc mu uspokajająco dłoń na ramieniu.
Był całkiem świadom tego, że Rodney obserwuje każdy jego ruch. Czuł bijące od Strażnika zdenerwowanie i nie chciał, aby McKay dostał kolejnego ataku paniki. Strażnik nie związany z nikim bardzo trudno radził sobie z takimi gwałtownymi emocjami.
- Co cię tutaj sprowadza, Rodney? – spytał John i nagle zorientował się, że nie od tego powinien był zacząć. – To znaczy, Ronon, to jest doktor Rodney McKay. Rodney, poznaj Ronona, pracuje w jednostce ratunkowej na drugą zmianę – wyjaśnił z lekkim uśmiechem. – Rodney jest pacjentem, o którym opowiadała ci Teyla.
- Mówiliście o mnie? – zdziwił się McKay i John nagle poczuł bijący od niego strach i zawstydzenie.
Strażnik musiał zrozumieć go opatrznie. I sprawa cytryn wciąż pozostawała drażliwym tematem. Nigdy jednak nie zdradziłby żadnego Strażnika, z którym miał kontakt. Nigdy nie zdradziłby tajemnic też swoich przyjaciół. Nie wiedział, że o tym trzeba mówić na głos. Dla niego to się rozumiało samo przez się.
- Nie przepadamy za tym, gdy ktoś nam nie melduje o tym, że mamy do czynienia ze Strażnikami – odparł lekko zirytowany.
- Och. Moja siostra, ona nie przywykła do… - zaczął Rodney i urwał. – Jestem jedyny w mojej rodzinie. Przeważnie ignorujemy tę część mnie.
- I patrz do czego to doprowadziło – stwierdził John i pewnie nie powinien tego mówić, bo to nie był jego zakichany interes.
Zabrał co jego, gdy wychodził z firmy. I nie zamierzał się w tej kwestii powtarzać. Doktor Miller upokorzyła go jak nikt. Chwilami się zastanawiał nawet czy nie przebiła jego ojca. Od biedy w końcu zainwestował o wiele za dużo swoich emocji, na pewno nie planował aż tak angażować się w kontakt z żadnym ze Strażników.
I Rodney musiał jakoś wyczuć, że coś się wtedy stało w tym cholernym laboratorium, bo pojawił się w jego miejscu pracy, ubrany w coś co wyglądało na naprawdę drogi garnitur. Może to nawet sam Armani. John nigdy nie był w tym dobry, ale Dave pewnie miał kilka podobnych w swojej szafie. I to był kolejny z wielu powodów, dla których powinien się trzymać z dala od Rodneya. I może powinien od razu przepędzić Strażnika zanim ten narobi sobie niepotrzebnych nadziei, ale jakoś nie potrafił Nie, gdy McKay był tak nerwowy. Nie był przyzwyczajony do sprawiania ludziom bólu, chociaż potrafił to zrobić bez mrugnięcia okiem, gdy sytuacja tego wymagała. Jednak Rodney nie groził mu. Nie przyszedł i nie próbował go zawłaszczyć.
Mężczyzna w zasadzie wpatrywał się w niego bezsilnie, jakby nie potrafił inaczej.
- Przepraszam – powiedział John. – Słuchaj, przyszedłeś…
- Chciałem zobaczyć jak wyglądasz – wszedł mu w słowo Rodney i zaczerwienił się tak bardzo, że John przez chwilę zaczął się martwić, że facet dostał udaru.
Jednak to najwyraźniej było całkiem normalne dla McKaya, o szybko się opanował.
- Nie widziałem cię wtedy i… - urwał Strażnik. – To dziwne mieć tyle danych i to niekompletnych. Jestem naukowcem, nie wiem czy wiesz. Najlepszym w swojej dziedzinie – dodał Rodney pospiesznie. – Wiedziałem jak bije twoje serce, jak pachniesz, jaki jest dotyk twoich rąk, a jednak nie wiedziałem jak wyglądasz. Mój mózg cię opisywał jako włochatą truskawkę – przyznał szczerze Rodney, pewnie całkiem nieświadom tego jak to brzmi.
Ronon parsknął śmiechem i McKay spojrzał na mężczyznę, jakby dopiero teraz go zauważył. Na twarzy Strażnika niemal od razu pojawiła się zmarszczka. John zdał sobie sprawę, że Rodney miał kolejny z niewielkich epizodów. Znowu lekko odleciał, ale tym razem skupiając się całkowicie na nim, co pewnie powinno mu schlebiać.
- To jest Ronon. Przed chwilą ci go przedstawiałem – przypomniał mu John.
- Och, tak, tak. Oczywiście. Miło mi cię poznać – powiedział Rodney, dokładnie tak jak powinien, ale z pięciominutowym opóźnieniem.
Zapadła całkiem niewygodna cisza i John w zasadzie czekał aż Strażnik spuści z niego wzrok i zda sobie sprawę, że nic go tutaj nie czeka. Rodney jednak wciąż wpatrywał się w niego z dziwną fascynacją, więc John nie mogąc znieść intensywności jego wzroku, skierował swoją uwagę na karetkę.
- Słuchaj… - zaczął ponownie, chcąc zasugerować Strażnikowi, że są naprawdę mocno zajęci.
- To wentylator chłodnicy – wszedł mu w słowo Rodney. – Słyszałem silnik – wyjaśnił. – Uszkodzony przekaźnik wydaje charakterystyczny dźwięk – dodał, a potem podwinął rękawy swojej marynarki.
- Hej, hej, zniszczysz garnitur – ostrzegł go John, ale z fascynacją patrzył jak McKay z wprawą człowieka, który robił to codziennie, zabrał się za odkręcanie osłonki chłodnicy.
Palce mężczyzny były dziwnie białe na tle całego tego smaru i widział, że Ronon przygląda się całej scenie z niedowierzaniem. Teyla i Jennifer zeszły w końcu do garażu i przystanęły nieopodal zapewne nie wiedząc nawet co się dzieje. Rodney tymczasem mruczał sam do siebie, przyzwyczajony do pracy w samotności. John po raz pierwszy poczuł spokój bijący od McKaya, ale nawet w nim unosiło się kilka silniejszych emocji jak satysfakcja z dobrze wykonanej pracy i radość z tego, że nareszcie może zająć się czymś na czym się faktycznie znał. Rodney w końcu wyprostował się i w dłoniach trzymał niewielką kostkę, która stanowiła źródło problemu.
- Dobra – westchnął Ronon. – Doktorze geniuszu, rozumiem, że teraz nie mamy jak jechać do mechanika, a ta karetka musi być sprawna za piętnaście minut – uświadomił ich Dex.
McKay zamrugał oczami, jakby nie rozumiał za bardzo co się do niego mówi.
- Mechanika? – zdziwił się Strażnik. – Naprawiacie takie rzeczy u mechanika? – wydawał się mocno zszokowany. – Sugerujesz, że nie wiem jak to naprawić? – Tym razem był ewidentnie wkurzony i John z uśmiechem obserwował jak ambicje Rodneya biorą górę nad rozsądkiem. – Powiem ci jedno, mam dwa doktoraty, mógłbym z ciągu godziny zaprojektować karetkę, która latałaby ponad samochodami w korkach, gdybyście tego potrzebowali. Przekaźnik – prychnął Rodney i ku jego zaskoczeniu wyjął z kieszeni swojej marynarki kilka małych śrubokrętów. – Przekaźnik – powtórzył Strażnik i wydawał się obruszony.
Kostka miała nie więcej niż centymetr kwadratowy i Rodney spędził chwilę odkształcając druciki, które zmieniły położenie. Jednak wydawał się zadowolony, gdy znowu pochylał się nad maską. Nadal do siebie mruczał i był tak zadowolony, że John nie potrafił nie cieszyć się z nim.
- Teraz spróbuj – powiedział McKay, prostując się ponownie.
Ronon wskoczył na fotel kierowcy i przekręcił kluczyk. Samochód zapalił za pierwszym razem, a silnik chodził nareszcie tak jak należało, gdy był odpowiednio chłodzony, a wiatrak nie startował z trudem.
Strażnik stał kilka kroków od niego promieniując satysfakcją i John nie mógł się powstrzymać.
- Zadowolony z siebie, co? – prychnął i mrugnął porozumiewawczo w stronę Rodneya, który natychmiast zesztywniał.
- Och, to znaczy nie chciałem, żeby tak to wyglądało – powiedział szybko Strażnik, starając się stłumić w sobie coś, co pewnie cała reszta brała za arogancję.
John jednak wiedział, że McKay potrafił się po prostu cieszyć z każdego najmniejszego triumfu i to nie było złe. O ile ktoś rozumiał, że to się nie brało ze złośliwości, a jedynie ambicji.
- Dziękujemy, doktorze McKay – powiedziała Teyla. – Miło nam widzieć pana w dobrym zdrowiu – dodała i Rodney się zaczerwienił, a potem do Johna dotarła fala konsternacji i zawstydzenia.
- On was nie pamięta. To jest Teyla, ratownik medyczny i doktor Jennifer Keller – przedstawił cały swój zespół.
- Bardzo miło mi was poznać – powiedział McKay i brzmiało to tak sztucznie jak tylko mogło.
John nagle zdał sobie sprawę, że to nie jest naturalne zachowanie Rodneya. Widział to w jego spiętych ramionach i nagle oszczędnych ruchach. Mężczyzna starał się zachowywać normalnie, ale tłumił wszystkie emocje i instynkty. Wydawał się przytrzymaną przy ziemi siłą, wciąż pełną energii kulką. Promieniował ruchem, którego nie wykonywał. Próbował się dostosować, ale ewidentnie nie radził sobie w społeczeństwie, co pasowało Johnowi do obrazu naukowca, który miał w głowie. W Air Force spotykał jajogłowych i wiedział jak kiepsko komunikowali się z wojskowymi, ludźmi, którzy nawykli do praktyki, a nie teoretycznych rozważań. Jakoś w przypadku Rodneya jednak to mu nie przeszkadzało.
- Wiem, że się spieszysz – powiedział nagle McKay. – Miałbyś jednak dla mnie chwilkę albo… Albo może dałbyś się zaprosić na kawę? – spytał Strażnik, patrząc mu prosto w oczy.
Ewidentnie nie czuł się komfortowo i John nagle odgadł z łatwością o co chodzi.
- Twoja siostra mnie nie obraziła – skłamał gładko.
Miał nadzieję, że Rodney tego nie wychwyci, ale ta umarła, gdy zobaczył minę Strażnika. Nie uwierzył w żadne jego słowo. Teyla i Jennifer rozpłynęły się w powietrzu, jakby wiedziały doskonale, że Strażnik chciał zostać z nim sam. Nie wiedział nawet, w którą stronę poszedł Ronon i zamierzał przemówić do słuchu swoim przyjaciołom. Nie rozmawiali na temat ostatniej akcji, w której brał tak czynny udział, ale jednak powinni wiedzieć kiedy nie chciał zostać z kimś sam na sam.
A Rodney teraz wpatrywał się w niego proszącym wzrokiem.
- Ona nie wiedziała, że nie powinna tego robić. Dba o mnie i zawsze martwiła się, że ktoś wykorzysta moją słabość przeciwko mnie – wyjaśnił McKay.
- Jesteś Strażnikiem, a to znaczy, że jesteś silniejszy od innych – odparł John, bo mężczyzna naprawdę zdawał się wierzyć, że jest pęknięty i niekompletny.
A to nie była prawda.
- Nie w moim przypadku – odparł Rodney. – I Jeannie bardzo przeprasza. Ja również za nią przepraszam – dodał.
- Okej – odparł John. – Nic się nie stało.
Rodney polizał swoje wargi, wpatrując się w niego ponownie jak w obraz.
- Chciałbyś jednak może… To znaczy… Nie mam zbyt wiele czasu, bo cały czas pracuję, ale czasem, kiedy wychodzę z laboratorium i nie muszę podpisywać umów… - urwał Strażnik. – Chciałbyś wyjść na kawę, może? Jeśli nie pijesz kawy… Ja lubię herbaty tylko bez… - Słowa zamarły mu w ustach.
- Bez cytryn – zakończył za niego John. – Pamiętam, że za nimi nie przepadasz – dodał, przełykając ciężko ślinę, bo Rodney wpatrywał się w niego tymi swoimi wielkimi oczami.
Mógłby utonąć w tym błękicie. Przypominały mu niebo nad Albanią i wbrew pozorom pamiętał to jako piękny widok. I czasami – w chwilach takich jak ta – tęsknił za lataniem. Dawało mu to wolność i chociaż musiał zrezygnować z przyjemnością, która z tym się wiązała, zamierzał przynajmniej zachować swoją niezależność.
- Ta firma, w której pracujesz… - zaczął ostrożnie John. – Jest twoja, prawda? – spytał.
Rodney pokiwał twierdząco głową.
- Założyliśmy ją z siostrą. Idzie nam całkiem nieźle, chociaż Jeannie nie chciała być prezesem, więc wszystko przechodzi przeze mnie – odparł McKay, potwierdzając tylko jego największe obawy.
Strażnik, spokojny naukowiec zamknięty w czterech ścianach laboratorium – to było zbyt piękne marzenie, aby było prawdziwe. Powinien był spodziewać się najgorszego od chwili, gdy ta kobieta zaczęła krzyczeć, a szefem ochrony był wojskowy. Pewnie część projektów firmy była rządowa i tajna. Rodney był faktycznie ważnym człowiekiem. A John już nie chciał ważnych ludzi w swoim życiu.
- Moja odpowiedź brzmi nie – odparł spokojnie i zobaczył jak Strażnik się wzdrygnął.
- Ale tylko kawa… - zaczął Rodney.
- Wiesz, że nie chodzi o 'tylko kawę', McKay – powiedział używając nazwiska Strażnika, tylko po to, aby zbudować między nimi pewien dystans.
Nie spodziewał się jednak, że kiedy mężczyzna odwróci w końcu od niego wzrok, uderzy w niego fala bezsilności i zawstydzenia. Nie wiedział jak rozumieć późniejsze pogodzenie z losem, ale Rodney wydawał się zapadać w sobie, jakby cała radość go nagle opuściła. I John przypomniał sobie wyraźnie niepewność z jaką Strażnik próbował mu się jeszcze przed chwilą przypodobać. Wiedział, że Rodney uważa, że przedstawia swoją wartość tylko, gdy coś robi – naprawia albo projektuje. Nie było to tak trudne do odgadnięcia. Ani to, że garnitur zapewne wybrała dla niego siostra, aby prezentował się jak najlepiej przed nim. Ta grafitowa koszula jednak chociaż wyszczuplała jego sylwetkę, sprawiała, że twarz Strażnika wydawała się niezdrowo blada.
I John nienawidził chwil takich jak ta.
- Tu nie chodzi o ciebie, McKay – powiedział.
- Nie musisz – odparł mężczyzna, przełykając ciężko.
- Muszę – wszedł mu w słowo John. – Nie wiem co ci mówili inni, ale jesteś wspaniały. I problem nie tkwi w tym jaki jesteś. Jeśli ktoś nie rozumie, że cieszy cię sukces, to jego problem. Olej ich. Nie znają cię. Nie wiedzą z czym się normalnie zmagasz i że tylko te małe triumfy trzymają cię przy świadomości – ciągnął i nie mógł przestać, chociaż oczy Rodneya robiły się coraz większe. – Jestem kierowcą karetki i twoja siostra miała rację, bojąc się o ciebie. Jesteś prezesem jakiejś ogromnej firmy, McKay. Nie zachowuj się tak, jakby ludzie nie rzucali ci się do stóp każdego dnia – zażartował, chcąc podtrzymać mężczyznę na duchu.
- Nie dbam o pieniądze – powiedział Rodney, patrząc na niego ponownie tak intensywnie, jakby chciał, aby John zrozumiał, że to nie puste słowa.
I to naprawdę nie było aż tak trudne do odgadnięcia. Ludzie, którzy mieli pieniądze, przeważnie mieli je również w nosie. I może Jeannie Miller zareagowała agresywnie, bo kilku poprzednich Przewodników próbowało zbić na Rodneyu majątek. Ci ludzie z Centrum nie spodobali mu się, ale nie miał wyjścia – musiał przed nimi wtedy ustąpić. A pewien był, że każdy z tamtejszych Przewodników chciałby być partnerem McKaya.
- Wiem – odparł krótko John. –Ja też nie. Bardziej cenię sobie spokój. I jesteś cudowny, uwierz w to, naprawdę. Jesteś zabawny i dajesz ludziom radość.
Rodney spojrzał na niego z niedowierzaniem w oczach.
- O tak. Włochata truskawka? Możesz być pewien, że Ronon będzie mnie tak nazywał aż wybiję mu to ze łba – powiedział z pewnością w głosie. – Genialne w swej prostocie. Nie wiem nawet jak przyszło ci do głowy.
- Masz takie włosy, to przez nie. Nie wiedziałem cię, ale jakoś o nich wiedziałem – odparł Rodney.
- No tak, faktycznie – stwierdził wzruszając ramionami. – Jesteś zabawny i kreatywny. Jednak ja chcę w moim życiu spokoju. W zasadzie chcę tylko tego. A wiem, że przy kimś takim jak ty, nie będę go miał.
- Ale kiedy mieliśmy kontakt, chciałeś… - zaczął Rodney.
- Wiem, ale potem… - urwał. – Potem dowiedziałem się, że nie jesteś naukowcem. Albo inaczej – dodał szybko, widząc, że Strażnik chce zaprotestować. – Nie jesteś tylko naukowcem.
- Czyli nie zależy ci na pieniądzach – prychnął Rodney. – Po prostu nie chcesz mnie, bo jestem bogaty? – dodał, przełykając ciężko ślinę.
John wiedział, że mężczyźnie trudno w to uwierzyć, ale jednak to była cholerna prawda. Ludzie na takich stanowiskach oznaczali kłopoty, a on ich naprawdę nie chciał. Potrafił sobie wyobrazić randkę z Rodneyem, gdy obaj kłóciliby się o koło Ferrisa albo grali w to, która z liczb jest pierwszą. Nie był w to najgorszy, ale Ronon zawsze przewracał oczami i mówił mu, że pomylił zawody i miejscowy uniwerek jest kilka przecznic dalej.
- Może ci się to wydać dziwne, ale tak – przyznał w końcu i spojrzał na Rodneya po raz ostatni. – Nie chcę cię przeganiać. Myślałem, że wysłałem ci całkiem czytelny sygnał, ale jeśli będę musiał, zgłoszę to do Centrum. Nie jestem jednym z członków, ale prawo jest dla wszystkich – dodał sugestywnie.
- Nie zamierzam cię prześladować. Nie przyszedłbym, gdyby Jeannie nie powiedziała mi, że mam prawo do ostatniej szansy – przyznał Rodney gorzko. – Cóż… Chyba ją właśnie wykorzystałem – dodał mężczyzna i uśmiechnął się wymuszenie.
W zasadzie tylko jego usta rozciągnęły się lekko, ale nie biło z tego szczęście, a John zacisnął zęby. Ten jeden raz nie mógł nic na to poradzić.
- Trzymaj się Strażniku McKay – powiedział spokojnie.
- Tak, tobie też najlepszego John – westchnął Rodney i odwrócił się na pięcie.