Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze :) Na kolejną część trzeba będzie trochę poczekać, bo cały kolejny tydzień urlopuję, ale mam nadzieję, że uda mi się Wam zrekompensować czekanie... Miłej lektury i jak zwykle zachęcam do zostawienia kilku słów.
Przez kilka kolejnych dni żyłem jak jeszcze tydzień temu: jeździłem moim nudnym samochodem do mojej nudnej pracy, zdychałem tam przez osiem godzin, a później wracałem do pustego domu, zasypiałem przed telewizorem na dwie godziny, a przez resztę nocy walczyłem z bezsennością. Sherlock nie pisał, w ogóle nie dawał żadnych znaków życia, a ja bałem się napisać pierwszy. Może to miał być taki sygnał? "Pomyliłeś się z osobą, wobec której żywiłeś swoje gejowskie pożądanie, zostaw mnie w spokoju"? Nie, cholera, Sherlocka można było określać różnymi przymiotnikami, ale wśród nich na pewno nie znalazłoby się słowo "subtelny". Poza tym, ja tylko zacząłem, później całą inicjatywę z dość wyraźnym zaangażowaniem przejął on. Mogło mu się odwidzieć, pewnie, ale to było tak mało prawdopodobne, że w ogóle nie brałem tego pod uwagę w moich założeniach.
Więc o co chodziło? — pytałem wciąż samego siebie, wypisując kolejne recepty; w samochodzie i w domu też się o to pytałem, ale w pracy to pytanie było jakoś wyjątkowo uporczywe. Ja się bez sensu zastanawiałem, a kolejne dni mijały.
Po tygodniu nie wytrzymałem. Wstałem gwałtownie z krzesła, aż się zakołysało, i wyszedłem z mojego gabinetu. Musiałem do niego pojechać, trudno. Jeśli nie chciał mnie więcej widzieć, wolałem to wiedzieć, a nie tkwić w takim niezdefiniowaniu: "pocałowaliśmy się, a teraz poudawajmy, że nie istniejesz".
— Dokądś się wybierasz, John? — zapytała recepcjonistka z uprzejmą złośliwością. Nienawidziłem tej kobiety, ale, cholera, miała rację. Nie mogłem ot tak porzucić pracy.
— Zapomniałem czegoś… w samochodzie — wybełkotałem.
Spojrzała na mnie tylko i na twarzy miała wypisane: "czego? mózgu?", ale nic nie powiedziała. Wyszedłem na zewnątrz i kilka razy bezsensownie okrążyłem parking, w jakiś dziwny sposób uspokoiło to moje nerwy. Nie powinienem dramatyzować, nie mam już dwudziestu lat, serce nie to, zdrowie też. Wrócę do pacjentów, wypiszę następnych dziesięć recept na syrop na kaszel…
Mój telefon odezwał się, jak zwykle, w idealnym momencie. Poczułem się jedynie lekko zawiedziony, widząc, że nie był to Sherlock.
— Watson — powiedziałem pustym głosem.
— John? — Natychmiast rozpoznałem w moim rozmówcy panią Hudson. — John, słyszysz mnie?
— Tak, dzień dobry, pani H — przywitałem się, starając się nie brzmieć nieprzyjemnie. Wcale nie miałem humoru na pogaduszki, mimo że uwielbiałem panią Hudson ponad życie. — Coś się stało? — zapytałem pozornie neutralnie, wewnątrz czułem jednak rozrastający się w klatce piersiowej ucisk. Oblizałem spękane wargi suchym językiem. Jasna cholera, jak nastolatka.
Pani Hudson westchnęła, a moje serce zatrzymało się.
— Wiesz, John, normalnie bym nie dzwoniła, umiem sobie z nim radzić, ale tym razem naprawdę się martwię… Od tygodnia nie wychodzi z domu, chyba się tam zabarykadował, nie wpuszcza mnie, pewnie nic nie je… Nie wiem, czy może nie jest chory, albo co gorsza... — Słowa nie przeszły jej przez gardło. Miałem wrażenie, że zaraz zwymiotuję. — Nie chciałam dzwonić do Mycrofta, bo on już ostatnim razem groził, że go… no wiesz, ubezwłasnowolni, do tego już niewiele trzeba — zakręciło mi się w głowie; o czym ta kobieta mówiła, na Boga? — a on nie ma nikogo innego, wiesz, jaki on jest… Jest jeszcze ten pan inspektor, przez ostatnie lata znowu go pilnował, ale do niego nie mam numeru, poza tym, wiesz, John, on na pewno wolałby, żebyś to ty go widział… w jakimkolwiek stanie jest. — Nie musiała kończyć.
— Zaraz będę — powiedziałem, ostatkiem sił ratując swój głos przed złamaniem się.
— Och, całe szczęście, John.
Rozłączyłem się. Trzęsącymi się dłońmi wstukałem wiadomość:
Musiałem pilnie wyjść, sprawa rodzinna. Nie będzie mnie do końca dnia. Przepraszam. John — i szybko wysłałem ją do Amandy. Na szczęście nie musiałem wracać po kluczyki, miałem je w kieszeni, co prawda dokumenty zostały w teczce, ale chrzanić to. Podbiegłem do samochodu i z piskiem opon wyjechałem z parkingu. Przy pomyślnych wiatrach powinienem być na Baker Street za pół godziny, oczywiście łamiąc wszystkie przepisy o ograniczeniu prędkości, ale zupełnie o to teraz nie dbałem. W co ten kretyn znów się wpakował!? Ogarniała mnie wściekłość, ale też strach, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, że nie zniósłbym drugiej takiej straty, jaką już raz przeżyłem. Szczególnie nie po tym, co między nami zaszło. Wzdrygnąłem się. Boże, błagam, żeby mu nic nie było…
Zaparkowałem na postoju dla taksówek i szybko wbiegłem do środka, nie przejmując się pukaniem. Pani Hudson stała w korytarzu, obejmując się ramionami.
— Na górze — powiedziała tylko. Skinąłem głową i przeskakując co dwa stopnie na schodach, wbiegłem na górę. Drzwi oczywiście były zamknięte, ale przy Sherlocku nauczyłem się wielu rzeczy, w tym także robienia wytrychów. Zajęło mi to około dziesięciu minut, widocznie Holmes nie przypuszczał, by ktokolwiek planował się do niego włamywać. Albo już mu nie zależało…
Wszedłem powoli do środka. Mieszkanie wyglądało na… nietknięte. Na meblach osiadł kurz, nawet jego laptop i futerał na skrzypce były zakurzone. Powoli przeszedłem po wszystkich pomieszczeniach, zaczynając od jego sypialni, również wyglądającej tak, jakby nikt w niej nie spał od lat, przez kuchnię - pustą, bez walających się wszędzie części martwych zwierząt, wreszcie, z sercem na ramieniu, wspinając się do mojej dawnej sypialni.
Sherlock leżał na łóżku. Jego oczy były otwarte, ale zupełnie puste. W pierwszej chwili moje serce zatrzymało się, bo podejrzewałem najgorsze; byłem przy nim w jednym kroku. Oddychał; ja też wypuściłem wstrzymywany oddech. Jego klatka piersiowa opadała jednak niemiarowo, źrenice były rozszerzone, rytm serca przyśpieszony. Myślałem, że się tam albo rozpłaczę, totalnie rozkleję, albo go zabiję. Dlaczego to sobie robił? Dlaczego wrócił do tego gówna? Szybko przypomniałem sobie o jego zwyczaju naklejania zbyt dużej ilości plastrów nikotynowych i podwinąłem rękawy jego szlafroka, zauważając cztery plastry. Odkleiłem jeden, nie mogłem tak gwałtownie odciąć tak potężnej dawki nikotyny, bo zacząłby rzygać jak kot. Ciągle nie był w stanie skupić wzroku na niczym, miałem jednak wrażenie, że już wiedział, że tu jestem. Zbadałem go na tyle, na ile mogłem. Był odwodniony, ale wyglądało na to, że ogólnie jakoś się trzymał, dzięki Bogu. Zszedłem na dół po wodę, postawiłem szklankę na moim stoliku nocnym i usiadłem obok niego, machinalnie łapiąc jego rękę. Gładziłem wierzch jego dłoni kciukiem łagodnie, starając się uspokoić też własne nerwy. Po chwili oddech Sherlocka ustabilizował się - zasnął. Nie było w tym nic dziwnego, przez ostatni tydzień był w cholernym ciągu narkotykowym, pewnie w ogóle nie spał… Mimo to przez kolejnych trzydzieści minut nie odważyłem się puścić jego ręki.
Powoli zszedłem na dół. Pani Hudson krzątała się w kuchni, ale widziałem, że ciągle jest bardzo zdenerwowana.
— Zasnął — powiedziałem, a mój głos wydał mi się jakoś dziwnie odległy i zmęczony.
— Och, John — westchnęła z ulgą. — Całe szczęście, że przyjechałeś.
— Wpadł w jakiś cug, do tego jeszcze znowu bawił się z nikotyną. — Usiadłem przy stole, chowając twarz w dłoniach. — Nie mam do niego siły.
— Masz, John — usłyszałem i brzmiało to jak prawda oczywista, jak jakaś regułka matematyczna, jak coś pewnego. Podniosłem wzrok. — Tylko ty możesz mu pomóc, ani Jack, ani ten siwy inspektor, ani nawet Mycroft… oni nie mają w sobie tego zrozumienia do niego, które masz ty. — Zamrugałem kilka razy szybko. I to ja, ze wszystkich ludzi, zraniłem go najmocniej. Będę się smażył w piekle, już powinienem zacząć się do tego przygotowywać.
— Dlaczego nie powiedziała mi pani tego wcześniej? — westchnąłem.
Uśmiechnęła się dobrotliwie.
— Liczyłam, że sam na to wpadniesz, kochany, i wcale się nie myliłam.
Jak to się stało, że wszyscy wiedzieli o mnie wszystko… wszyscy poza mną? W ciągu ostatnich kilku lat popełniłem błędów więcej, niż byłem w stanie zliczyć. Może powinienem zabić i siebie, i Sherlocka… Oho, czarny humor. Nie jest dobrze.
— Pójdę sprawdzić, co z nim — odezwałem się po chwili. Pani Hudson przytaknęła i uśmiechnęła się do mnie znów.
Sherlock dalej spał. Minęły dwie godziny, powinienem odkleić kolejny plaster. Cicho podszedłem do mojego łóżka i dotknąłem jego ramienia.
— J-John… — Szlag, obudził się.
— Ćśś, śpij, Sherlock… Chcesz wody…? — zapytałem idiotycznie. I tak musiałem go nawodnić. Powoli podniosłem go do pozycji pół siedzącej i pomogłem mu upić kilka łyków. Po chwili odwrócił swoje wielkie oczy z powrotem na mnie.
— Przepraszam, John — wybełkotał, kładąc się na mnie. Westchnąłem i wziąłem go w ramiona, sadowiąc na moich kolanach. Był tak chudy, że się na nich mieścił, co dostrzegłem z niemałym przerażeniem, zapisując w pamięci, żeby koniecznie zadbać o jego dietę. Wtulił się we mnie jak dziecko, a ja poczułem ciepło jego ciała, i nagle jakbym znalazł się w domu. Nie miałem pojęcia, jak kiedykolwiek mogłem to porzucić.
— Za co? — zapytałem cicho, gładząc jego pokudłaczone loki. Ciągle był w swojej krainie jednorożców i radości, ale chciałem, żeby powoli zaczął wracać na ziemię, dlatego starałem się utrzymać z nim jak najdłuższy kontakt. Westchnął w moje ramię, łaskocząc moją skórę lekko ciepłym powietrzem.
— Że ci sprawiam… kłopot… — ciągnął dalej z trudem, nieśmiało miziając moją klatkę piersiową palcem. Oglądanie i słuchanie go w takim stanie miało jednak jakieś zalety. Nie żebym go kiedykolwiek zachęcał do brania jakiegokolwiek świństwa.
— Nie sprawiasz mi kłopotu — zapewniłem go i jakoś machinalnie objąłem mocniej.
— Sprawiam, bo ty… — ziewnął. Jezu, nie mógłby już być bardziej uroczy. Zmarszczyłem brwi. Nie, ja tego wcale nie pomyślałem. — Bo ty mnie ciągle zostawiasz. Ale już nie będę, John, byłem grzeczny, chciałem być… — ziewnął znów, wczepiając się palcami jeszcze mocniej w moją koszulę. Położenie go teraz na łóżku nie wchodziło w grę, wsunąłem się więc głębiej, oparłem o stos poduszek, ułożyłem go wygodniej w swoich ramionach i patrzyłem, jak jego oddech znów się stabilizuje.
— Więcej cię nie zostawię — szepnąłem w jego włosy.
— Już to mówiłeś…
Pocałowałem czubek jego głowy.
— Tym razem dotrzymam słowa, obiecuję.
Przez chwilę tylko na niego patrzyłem, na jego łagodne rysy i niemal białe powieki, zastanawiając się, czy naprawdę zawsze to ja go zostawiałem; od czasu do czasu odgarniałem kosmyki włosów z jego czoła, później jednak sam też odpłynąłem.
Obudziłem się, kiedy było już ciemno. Sherlock ciągle spał w moich ramionach, ale mnie zdrętwiały już wszystkie kości, musiałem się ruszyć. Próbowałem go jakoś zsunąć, ale oczywiście tylko burknął coś pod nosem i wczepił się we mnie mocniej swoimi długimi, zaskakująco silnymi palcami.
— Sherlock — westchnąłem, gładząc go po włosach. Mruknął. — Sherlock — powtórzyłem. — Muszę wstać, bo zaraz wrosnę w to łóżko.
Wymamrotał coś niewyraźnie, ale dalej mnie nie puszczał. Zagryzłem wargę, zarzuciłem jego rękę na swoje ramię, chwyciłem go mocno pod kolanami i podniosłem się. Miało się jeszcze trochę siły, mimo tych lat i trybu życia kota domowego. Położyłem go łagodnie na łóżku.
— Joooohn — ziewnął, zwijając się w pozycji embrionalnej. Uśmiechnąłem się na ten rozbrajający widok.
— Zaraz wrócę, zejdę tylko na dół po wodę.
— Nie idź… — mruknął już pół przez sen.
Przyniosłem mu wody i wypił już prawie bez mojej pomocy. Siedziałem przy nim, gładząc jego włosy, dopóki znowu nie zasnął. Po cichu zszedłem na dół. Mój żołądek grał marsza żałobnego, musiałem coś zjeść, ale wolałem nie ryzykować zaglądania do lodówki Sherlocka; w najlepszym przypadku znalazłbym tam martwe zwierzątka. W najgorszym… wolałem nie myśleć. Rozważałem kupienie kanapki w Speedy's, ale po chwili przypomniałem sobie, że mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia, i zszedłem do pani Hudson, która z ogromną radością poczęstowała mnie pieczonym łososiem.
— Mogę mieć do pani pytanie? — zagaiłem po chwili neutralnie.
— Oczywiście, kochaneczku — odpowiedziała dobrotliwie, podając mi kubek z herbatą. — O co chodzi?
— Kiedy pani do mnie dziś zadzwoniła, mówiła pani, że nie chciała informować Mycrofta, bo mógłby Sherlocka… ubezwłasnowolnić. I że do tego niewiele brakuje. — Pojechałem z grubej rury, nie ma co. Ale ta kwestia była zbyt istotna, żeby się czaić.
— Och — westchnęła zaskoczona. Zmarszczyłem brwi. — No tak, głupio się było spodziewać, że Sherlock ci o tym mówił.
— Wiem, że brał — zaprzeczyłem. — Ale ani on, ani Lestrade nigdy nie wspominali o jakimś ubezwłasnowolnieniu.
— Wtedy to się zaczęło i skończyło krótko przed tym, jak ty się pojawiłeś — powiedziała. — Tamtym razem wystarczyło, że Mycroft postraszył go kliniką leczenia uzależnień. Sherlock szybko zmądrzał. Nie, nie, [i]ten[/i] problem to się zaczął, jak, wiesz…
— Jak go zostawiłem — westchnąłem, nachylając się nad herbatą. Miałem ochotę przywalić głową w stół.
— Ale nie powinieneś się obwiniać, John, to nie była twoja wina, w żadnym razie. Sam za siebie odpowiada, jest dorosły przecież, no prawda czy nie?
— Tak, ale wiedziałem, że on sobie beze mnie nie radzi, a mimo to… — wymamrotałem w swoje dłonie.
— No i właśnie wtedy zaczął znowu tam… wiesz, i z tymi chłopcami. Mycroft ostrzegał go kilka razy, aż wtedy, kiedy tak długo siedział, dał mu ten papierek i Sherlock musiał go podpisać. Nie wiem, czym go tam straszył, że podpisał, ale od tamtego momentu bardzo się pilnował, żeby nie wpaść w żadne kłopoty, bo Mycroft tym razem by mu nie odpuścił.
Dokończyłem łososia, podziękowałem za obiad i herbatę i wróciłem na górę. Sherlock dalej spał, ale jakimś cudem dałem radę odkleić pozostałe plastry nie budząc go. Zszedłem do salonu, włączyłem telewizor i zacząłem myśleć o tym, czym mógł straszyć go Mycroft. Na pewno miało to coś wspólnego z Yardem, pewnie chciał mu odciąć dostęp do pracy. Szczerze wątpiłem, żeby miało chodzić o cokolwiek innego; na pewno nie o pieniądze. Sherlockowi na nich nie zależało, chociaż od jego "śmierci" wiedziałem, że nigdy też na ich brak nie narzekał. Właściwie nie miałem pojęcia, po co w takim razie szukał współlokatora. Sam spokojnie byłby w stanie pokryć cały czynsz. Wzruszyłem ramionami sam do siebie i przełączyłem kanał, natrafiając na jakiś program medyczny. Szlag, Amanda.
Wygrzebałem telefon z kanapy i poszedłem do kuchni, wstawiając wodę w czajniku, bo czułem, że po rozmowie z nią będę potrzebował ziółek uspokajających. Dzięki Bogu, Sherlock nie ruszał melisy. Wziąłem głębszy oddech i wybrałem numer.
— Słucham?
— Amanda, uhm, z tej strony John… Chciałem tylko przeprosić, że dziś tak nagle wyszedłem, ale miałem pilną…
— John, przepraszam za wścibstwo, ale przecież ty nie masz rodziny, więc niezbyt rozumiem, do kogo tak pędziłeś?
Myśl, John, myśl, jakieś eleganckie, niewinne kłamstwo, powiedz, że to babcia… albo kot… chomik… patyczaki…
— Mój partner od paru dni nie czuł się dobrze i dzisiaj nie mogłem się do niego dodzwonić, miał bardzo wysoką gorączkę, duszności i gdybym nie wyszedł…
Walnąłem się w czoło. Nie mogłem wymyślić nic gorszego, teraz w dodatku przeniosłem tę relację na żenujący etap "nie-mówiłeś-że-jesteś-gejem".
— Och… — Zaskoczenie mieszało się w jej tonie z lekkim niedowierzaniem. Wiedziałem. — Przepraszam, John, nigdy nie mówiłeś, że kogoś masz. — "Nigdy nie mówiłeś, że wolisz chłopców". Odchrząknęła. — Poza byłą żoną. Myślałam, że jesteś…
— Jestem… bi. — Dziwnie łatwo przyszło mi to powiedzieć. Boże, zmiłuj się nad moją duszą.
— To świetnie. — Matko, już nie mogło być bardziej niezręcznie. — Mam nadzieję, że z twoim partnerem już wszystko w porządku?
— Tak, już jest okej.
— Odrobisz w któryś weekend?
— Skoro muszę — westchnąłem dramatycznie. — Tylko proszę, nie w ten, muszę z nim jeszcze zostać.
— Jasne. Trzymaj się, John, i pozdrów…
— Sherlocka.
— …ode mnie. Do zobaczenia.
Rozłączyła się. Odwróciłem się, żeby zalać herbatę wrzątkiem.
— Zgrabne kłamstwo.
— Jezu! — Odskoczyłem gwałtownie. Co on, na Boga, tu robił? — Przestraszyłeś mnie.
Spojrzał na mnie spod zmarszczonych brwi.
— Ta starsza recepcjonistka mnie widziała, więc nie będziesz miał problemów w pracy, poza tym, jeśli zwolni cię po tym twoim niespodziewanym coming-oucie, będzie się bała, że oskarżysz ją o homofobię, zresztą całkiem słusznie. Tylko już raczej nie będzie tak przyjemnie, skoro powiedziałeś jej, że kogoś… masz.
— Widzę, że z tobą już wszystko w porządku — mruknąłem, zalewając herbatę wodą. — Musisz coś zjeść.
— John, nie wiem, czy jedzenie…
— Musisz — ukróciłem dalszą dyskusję. — Usiądź w salonie, weź te ziółka i wypij, tylko się nie poparz. — Podałem mu kubek ostrożnie. Popatrzył na mnie jakoś dziwnie, ale nie przejmowałem się tym, ciągle był jeszcze pod wpływem… tego, co wziął, cokolwiek to było. — Zaraz wrócę, zejdę tylko do pani Hudson po rosół, może ma.
Bez dalszych komentarzy udałem się na dół. Pani Hudson oczywiście przewidziała sytuację i ugotowała cały garnek rosołu z kury. Wziąłem naczynie, podziękowałem i zaraz byłem z powrotem na górze, podgrzewając zupę, podczas gdy Sherlock grzecznie siedział w fotelu z podkulonymi nogami i siąpał melisę. Zaniosłem miskę do salonu.
— Nie jest ci zimno? — Pokręcił głową przecząco. — Podkulasz palce. Czekaj. — Pobiegłem do swojej sypialni i przyniosłem koc, którym szczelnie go otuliłem, a potem usiadłem w swoim fotelu naprzeciwko i patrzyłem, jak ostrożnie przykładał do ust kolejne łyżki zupy z makaronem. Ku mojemu zaskoczeniu, zjadł wszystko, co mu nałożyłem, melisę też wypił do końca. Podszedłem i zabrałem naczynia.
— Dziękuję.
Zamurowało mnie. Nie dziękował za posprzątanie po nim ani nawet tę głupią zupę, to było pewne. Chwilę zastanawiałem się, co właściwie powinienem zrobić, bo miałem pewność, że ostrożność w tym przypadku była bardziej niż wskazana, skoro sporo razem przeszliśmy, a on leżał tydzień naćpany z mojej winy i niemal stracił władzę nad własnym życiem też przeze mnie, więc pewnie powinienem uważać… Odłożyłem naczynia na stolik, nachyliłem się i pocałowałem czubek jego głowy. Odsunąłem się nieznacznie i spojrzałem mu w oczy, tylko po to, by po chwili gładzić jego włosy, kiedy obejmował mnie ramionami, przyciskając głowę do moich bioder. Kucnąłem i odgarnąłem włosy z jego czoła.
— Nie masz za co.
Chwyciłem jego twarz w obie dłonie i pocałowałem go powoli i czule; Sherlock szybko odpowiedział, przyciągając mnie bliżej, tak że obaj leżeliśmy na sobie na fotelu. Całowałem go, a on wczepiał się we mnie z coraz większą potrzebą i siłą; aż dziwne, że wciąż tyle mu jej pozostało po tygodniu wegetacji. Kiedy wreszcie rozdzieliłem nasze wargi i na niego spojrzałem, wyglądał na zaskoczonego.
— Więc naprawdę tego chcesz — powiedział cicho.
Schyliłem się i znów go pocałowałem, i to musiało być dla niego - póki co - wystarczającą odpowiedzią.
— Dobra, kąpiesz się, myjesz ząbki i spać. — Popatrzył na mnie z grymasem malującym się na twarzy. — Na dzisiaj wystarczy nam wrażeń. Marsz pod prysznic.
— Sam nie pójdę.
Czy on naprawdę…
Milczał, wlepiając we mnie wzrok, który wręcz krzyczał: "tak, o to chodzi, John".
Boże, on naprawdę.
Trzymałem się dzielnie, wyprostowałem się, a potem wyciągnąłem dłonie i pomogłem mu wstać. Był bardzo osłabiony, sam pewnie nie dałby rady się umyć. Tak, John, usprawiedliwiaj się dalej. Nie miałem bladego pojęcia, co robię, ale czułem, że nie będę żałował. Wziąłem ręczniki dla nas obu (Bóg mi świadkiem, że ja też potrzebowałem prysznica) i zamknąłem za nami drzwi, pytając się tylko w myślach: "co teraz?". Sherlock ściągnął szlafrok i koszulkę, ja też rozpiąłem swoją, potem zrzuciłem spodnie i pomogłem mu ściągnąć jego. Był chudszy, niż sobie wyobrażałem, mogłem wyraźnie zobaczyć nawet ostatnie żebra; będę mu musiał ustalić dietę. Sherlock pod spodniami nie miał już nic; oblizałem wargi i ściągnąłem slipki, odkładając je z boku. Nie mogłem się powstrzymać i Sherlock chyba też nie, bo obaj badaliśmy wzrokiem swoje ciała, ostrożnie, nieśmiało i wciąż niepewnie.
— Jesteś piękny — szepnąłem.
Pomogłem mu wejść do kabiny, spokojnie mieszczącej nas obu, i przejąłem całą inicjatywę. Sherlock ledwo stał na nogach, ale musiałem go umyć, żeby za chwilę nie leczyć jakichś grzybic czy bakterii. On wspierał się to o ścianę, to o mnie, a ja łagodnie namydlałem jego i swoje ciało, potem umyłem mu też włosy. Gorąca woda lała się po nas obu, a dotyk nigdy nie wydawał mi się bardziej naturalny. Sherlock też nie bał się moich dłoni, chciał tego dotyku, chciał mnie czuć. Opłukałem nas obu, wyszedłem, pobieżnie powycierałem się i zarzuciłem sobie ręcznik na ramię, i pomogłem wyjść Sherlockowi, otulając go ręcznikiem, a potem przyciągając do siebie i całując krótko. Zaczynało mi się to podobać.
Powycierałem go dokładnie i zdałem sobie sprawę, że nie wziąłem nam żadnych ubrań. Wyszliśmy z łazienki, obaj zawinięci tylko w ręcznik, i poczłapaliśmy do salonu. Chciałem znaleźć mu w jego sypialni jakąś piżamę, ale zatrzymał mnie w połowie drogi.
— Moje rzeczy są u ciebie.
Nie ukrywałem zaskoczenia.
— Spałeś tam cały czas? — Skinął głową. — Sherlock…
— Czasem nawet mogłem cię poczuć.
Przeczesałem dłonią jego wciąż mokre włosy i pocałowałem go długo i łagodnie.
Poszliśmy obaj do mojej sypialni. Znalazłem jakąś zapomnianą przeze mnie koszulkę, ubrałem majtki na lewą stronę i zszedłem na dół, rozwiesić nasze ręczniki. Wróciłem jeszcze na chwilę na górę, żeby sprawdzić, czy Sherlock już śpi. Siedział na moim łóżku wyprostowany i wpatrywał się w jakiś punkt za oknem.
— Wszystko w porządku? — zapytałem, opierając się o framugę.
Nie odwracał się do mnie długo, lecz kiedy wreszcie nasze spojrzenia się spotkały, dostrzegłem, że się boi.
— Jutro już cię nie będzie.
— Dlaczego tak sądzisz?
— Masz pracę. Dom.
Pokręciłem głową, chociaż nie mógł tego zobaczyć.
— To się dla mnie nie liczy. Mogę to wszystko zostawić, jeśli chcesz.
Znów na mnie spojrzał.
— A czy ty chcesz, John?
Byłem przy nim w kilku ostrożnych, powolnych krokach. Stanąłem pomiędzy jego lekko rozsuniętymi kolanami i odgarnąłem mu kosmyk za ucho. Sherlock zamknął oczy, poddając się pieszczocie, zaciskając wargi chyba nerwowo. Kucnąłem przed nim i chwyciłem jego dłonie.
— Chcę. — Spojrzałem w jego oczy. — Chcę tylko tego, Sherlock. Nie zniknę jutro ani pojutrze, nigdzie się nie wybieram. Nie bez ciebie.
Połączyłem znów nasze usta, tym razem w ostrzejszym pocałunku, pocałunku: "zobacz, jak cię pragnę", by upewnić go o moich słowach. Sherlock przez moment zdawał się być zaskoczony siłą, ale szybko się odnalazł, przyciągając mnie do siebie, tak że po chwili leżałem nad nim, wspierając się tylko na łokciach. Nasze wargi łączyły się i rozdzielały; całowałem całą jego twarz, usta, żuchwę, a jego dłonie wsunęły się niepostrzeżenie pod moją koszulkę i to gładziły, to zaciskały się na moich plecach. Tylko świadomość, że on naprawdę potrzebuje snu, zmusiła mnie, bym przestał.
— Jutro ciąg dalszy — mruknąłem w jego usta. — Musisz się przespać. — Podniosłem się, rzucając na niego ostatnie spojrzenie. Boże, był naprawdę piękny. Długie nogi, wystające kości obojczykowe, ostra żuchwa, pełne wargi, wąski nos, błękitne, bystre spojrzenie, teraz skupione wyłącznie na mnie, czarne włosy, na powrót skręcające się w loki… Uśmiechnąłem się. Byłem już przy drzwiach, gdy usłyszałem jego głos.
— John?
— Tak?
— Wolałbym… — odchrząknął — żebyś tu został. Jeśli możesz… um, chcesz. Proszę.
— Nawet gdybym nie chciał, proszący i jąkający się Sherlock Holmes… szkoda, że tego nie nagrałem.
Prychnął i posunął się, robiąc mi miejsce.
— Dziwnie znów spać w tym łóżku — westchnąłem, obejmując go. Ułożył głowę pomiędzy moim barkiem a ramieniem i wtulił się we mnie.
Zasnął po chwili. Ja jeszcze kilkadziesiąt minut leżałem, wsłuchując się w jego spokojny oddech.
Gdy obudziłem się rano, Sherlocka nie było obok mnie.
Zszedłem na dół, przeciągając się okazale, by odnaleźć go skulonego w fotelu, prawie tak jak wczoraj; tym razem był jednak w pełni ubrany, a jego wzrok utkwiony był w jednym punkcie za oknem, daleki i nieporuszony.
— Co robisz? — zapytałem, ziewając i przechodząc do kuchni. Wyglądało na to, że ta cholera znów nic nie jadła. — Jadłeś coś? — Znów mi nie odpowiedział. — Sherlock… — Wróciłem do salonu.
— Nie — odpowiedział po chwili, ciągle nie odwracając na mnie wzroku.
— Co "nie"? — Zmarszczyłem brwi. — Co ty wyrabiasz?
Przekręcił się tylko w fotelu.
— Nie, nic nie jadłem. Mogłeś się sam domyślić, kuchnia jest nietknięta.
— Mogłeś zejść do pani Hudson… Zresztą, nieważne. Coś się stało? — Nadal na mnie nie patrzył. Zaczynało mnie już to denerwować. — Okej, nie chcesz mówić, to nie mów. Ale śniadanie masz zjeść.
Wzruszył ramionami. Cholera, nie miałem bladego pojęcia, co mu odbiło, ale miałem ogromną nadzieję, że to z głodu i że gdy zje, to mu przejdzie. Ubrałem na siebie jakieś stare dresy Sherlocka i zszedłem do Speedy's po tosty i kawę dla siebie, a dla Sherlocka świeży sok; musiałem w niego wcisnąć trochę witamin. Gdy wróciłem, wciąż siedział w tej samej pozycji. Podsunąłem mu talerz i szklankę z sokiem pod nos i usiadłem naprzeciwko.
— Mogę wiedzieć, co cię ugryzło?
Sięgnął i skubnął tosta. Postęp.
— Co to? — Spojrzał z odrazą na sok.
— Sok pomarańczowy. Musisz się nawodnić i dowitaminizować, bo inaczej wylądujesz w szpitalu z rurką z papu. Na pewno masz anemię.
Przewrócił oczami, ale ostatecznie zjadł i wypił wszystko.
— Dziękuję, John — podniósł się — za opiekę i śniadanie. Przypuszczam, że możesz już z czystym sumieniem wrócić do domu. — Poprawił marynarkę, a ja wykorzystałem moment zaskoczenia i przyparłem go do ściany. Za swoich lepszych czasów pewnie by sobie ze mną poradził, ale dziś to ja byłem silniejszy i nie zamierzałem tego nie wykorzystać.
— Powiesz mi w końcu, co tu, do diabła, jest grane? Całowałem cię, widziałem cię nagiego i ty mnie też, spaliśmy razem, a teraz odprawiasz mnie do domu? O co ci znów chodzi? — Wiercił się, ale nie był w stanie się uwolnić. — Nie puszczę cię, dopóki mi nie powiesz.
— Boli, John — mruknął.
— I dobrze! Mnie też boli, kiedy mnie odsyłasz w taki sposób! — wybuchnąłem niespodziewanie. Kurwa, miałem mu tego nie mówić, ale trudno, stało się. Niech wie, że słowa też mają swoją siłę. Poluźniłem trochę uścisk, a on już się nie wyrywał. — Proszę, Sherlock, powiedz mi, o co chodzi.
— Ty wciąż pragniesz Mary! — krzyknął, a mnie zupełnie zamurowało. — Kiedy wychodziłem z łóżka, szeptałeś: "zostań, malutka"…
Nie mógł dokończyć, bo zmiażdżyłem jego wargi swoimi. Całowałem go ostro, mocno, a on mi się poddawał, wpuszczał mnie coraz dalej, a ja posiadałem go coraz bardziej i byłem coraz bliżej. Wciąż nie puszczałem jego rąk, miałem nad nim pełną kontrolę i Sherlock się temu nie sprzeciwiał. Oderwałem się od niego dopiero wtedy, kiedy zabrakło mi tchu. Obaj oddychaliśmy szybko w niewielkiej przestrzeni, która dzieliła nasze twarze.
— Nie pożądam nikogo innego. Chcę tylko ciebie. Nigdy jej tak nie nazywałem, więc pewnie to było "malutki". — Uśmiechnąłem się i pocałowałem go znów, tym razem łagodnie, "proszę, uwierz mi". Wypuściłem w końcu jego nadgarstki, a on zarzucił mi ramiona na szyję i pocałował krótko. — Jak mogłeś w ogóle tak pomyśleć.
Wróciliśmy do salonu. Sherlock pisał coś szybko na telefonie, ja posprzątałem w kuchni, otworzyłem okna w mieszkaniu i powycierałem kurz, mentalnie przygotowując się na zadanie pytań, które wisiały w powietrzu od wczoraj. Bałem się, autentycznie się bałem, ale miałem świadomość, że póki Sherlock mi tego wszystkiego nie wyjaśni, nasz związek - czy jakkolwiek będziemy to nazywać - nie miał szans istnieć. Skoro zaryzykowałem już tyle, tych kilka pytań nie powinno wiele zmienić. Wysprzątałem już chyba każdy kąt i nie miałem co dalej ze sobą począć. Wziąłem głębszy oddech, wszedłem do salonu i usiadłem w fotelu naprzeciwko Sherlocka.
— Chcesz pytać — odezwał się, choć nic jeszcze nie powiedziałem. Nie podnosił jednak wzroku znad telefonu. — Byłem na to przygotowany, dlatego zrobiłem sobie listę. — Wreszcie schował telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki.
— Listę? — spytałem zdezorientowany.
— Odpowiedzi na pytania, które na pewno zadasz, oczywiście. — Odchrząknął. — A więc: to była mieszanka leków, antydepresanty, tak - nikotyna — mówił tak szybko, że ledwo byłem w stanie rozróżnić słowa, nie wspominając o dobieraniu do tych odpowiedzi pytań — pięć dni, psych…
— Sherlock — próbowałem się wtrącić.
—…psycholog, nie wiedział…
— Sherlock! — przerwałem mu wreszcie. — Nie chcę cię przesłuchiwać, chcę z tobą porozmawiać. Jak z normalnym człowiekiem.
Pierwszy raz uchwyciłem ułamek sekundy, gdy w jego oczach zagościła nostalgia i cierpienie, i samo to roztrzaskało moje serce na kawałki.
— Nie jestem normalny — powiedział cicho, a ja miałem wrażenie, że coś w mojej klatce eksplodowało, rozrywając mnie bólem.
Moment później klęczałem przed nim, ujmując jego twarz w dłonie i całując ją.
— Jesteś normalny — szeptałem, łącząc nasze wargi. — Jesteś normalny, jesteś normalny, jesteś normalny.
— Nie jestem, John — jego głos załamywał się. — Nigdy nie będziesz miał ze mną życia, o jakim marzyłeś, bo ja nie umiem tak żyć, próbowałem, ale nigdy nie będę umiał…
— Nie chcę żyć inaczej, skąd w ogóle ten pomysł? Nie wróciłbym, gdybym tak cholernie za tobą nie tęsknił, i nie całowałbym cię, gdybym potrzebował czegoś innego.
— A co jeśli ona wróci? Albo jeżeli trafi się inna, z którą będziesz mógł mieć dzieci i dom i…
— To jest mój dom. Nigdzie się stąd nie ruszam, Sherlock. — Pocałowałem go jeszcze raz. — No chyba że to będzie Cindy Crawford, wtedy się zastanowię.
Uśmiechnął się, a po chwili obaj śmialiśmy się jak nienormalni, ja na klęczkach przed jego fotelem, Sherlock ramionami obejmując moją szyję.
— Czyli… to już na pewno? — zapytał, kiedy trochę się uspokoiliśmy.
— Na pewno. — Nic w życiu nie przyszło mi łatwiej niż wypowiedzenie tych słów.
Tym razem to Sherlock spoił nasze usta w powolnym pocałunku. Badał mnie, ciągle mnie odkrywał, a ja pozwalałem mu iść coraz dalej. Smakował pomarańczami i naszym śniadaniem, i czymś bardzo sherlockowym, niby ostrym, ale jednocześnie doskonale komponującym się z pozostałymi smakami. Był słodki; z zaskoczeniem odkrywałem, jak bardzo.
Mizialiśmy się z pół godziny, zanim w końcu zebrałem się i próbowałem wrócić do tematu. Leżeliśmy obaj na dywanie i może pozycja nie była najwygodniejsza, ale musiałem się w końcu dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło.
— Dlaczego brałeś te leki?
Sherlock stęknął. W tym momencie nawet jakbym siedział, skończyłbym na dywanie.
— Miały mi pomóc na… dekoncentrację.
Prychnąłem. Zdekoncentrowany Holmes. Dobry Jezu, to było mniej prawdopodobne niż brak powtórek w Boże Narodzenie.
— Powiedziałeś tej psycholog, że nie możesz się skoncentrować? — drążyłem, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
— Skąd wiesz, że to była kobieta?
— A nie?
— Tak, ale skąd wiedziałeś?
— Mało facetów idzie na psychologię. — Wzruszyłem ramionami. — Serio jej to powiedziałeś?
— Mhm — przytaknął. — Nie było trudno ją przekonać, nawet nie wykorzystywałem swoich umiejętności aktorskich.
— Coś o nich wiem — palnąłem i nagle zrobiło się ciężko. — Nie chodziło mi o…
— W porządku. Zresztą, wtedy też ich nie wykorzystywałem.
Zmarszczyłem brwi.
— Przecież wiedziałeś, że to nie było pożegnanie.
— Nie wiedziałem. — Odwrócił głowę tak, by na mnie spojrzeć. — Nie miałem pewności, że to wszystko wyjdzie. A nawet jeśliby się udało, nie wiedziałem, czy uda mi się wyeliminować ludzi Moriarty'ego i nie zostać po drodze zabitym. Nie byłem pewny, czy mnie przyjmiesz z powrotem — dodał ciszej.
Pogładziłem jego twarz dłonią i przez chwilę obaj milczeliśmy.
— A Mycroft?
Spiął się nieznacznie.
— Pani Hudson ci mówiła? — Skinąłem głową. — Mycroft… jak zwykle wykorzystał swoją pozycję, żeby mieć nade mną kontrolę.
— Troszczył się… — próbowałem wtrącić.
— Nie mówię, że całkowicie niesłusznie, ale i tak przesadził.
— Więc dlaczego to… coś… podpisałeś?
Sherlock zacisnął wargi i przez chwilę nie odpowiadał.
— Szantażował mnie.
— Czym? — Wiedziałem, że byłem już irytujący w tym swoim drążeniu, ale musiałem się dowiedzieć, a dzień spowiedzi był dzisiaj.
Sherlock westchnął.
— Tym, że dostaniesz doskonałą propozycję pracy w Stanach.
— …i już nigdy mnie nie zobaczysz — dodałem, bardziej sam do siebie niż do niego. Sherlock skinął tylko głową, a ja znów byłem nad nim, miażdżąc jego wargi kolejnym pocałunkiem. Nie mieściło mi się to wszystko w głowie; nie potrafiłem wyobrazić sobie, jak wiele ten człowiek byłby w stanie dla mnie poświęcić. Pocałunek przechodził z ostrego w coraz wolniejszy, pełen uczucia i czułości, i potrzeby, którą wyczuwałem w każdym ruchu Sherlocka, tak jakby czekał na to wszystko od wielu lat. Jego dłonie wsunęły się pod moją koszulkę, przesuwały po mojej klatce piersiowej i brzuchu. Wreszcie rozdzieliłem nas na chwilę, nie przerywając kontaktu wzrokowego, i uniosłem ramiona do góry. Sherlock przez chwilę patrzył na mnie zaskoczony, ale szybko zrozumiał, co robiłem, i ściągnął moją koszulkę, samemu zrzucając z siebie marynarkę. Usiadłem pomiędzy jego biodrami okrakiem i zacząłem powoli rozpinać jego koszulę. Obserwował mnie uważnie, nie ruszając się. Odpiąłem ostatni guzik i delikatnie zsunąłem koszulę z jego ramion, pozwalając jej opaść swobodnie. Klęknąłem i Sherlock zrobił to samo. Całowałem i dotykałem go powoli, tak by mógł się do mnie przyzwyczaić. Moje dłonie zsuwały się od jego ramion, w dół po plecach, wracały do klatki piersiowej, masowały obojczyki; Sherlock ciągle był ostrożny i jakby nieśmiały, niepewnie dotykał mojej twarzy, jakby bał się, żeby mnie nie wystraszyć, nie wypłoszyć. Popchnąłem go z powrotem na plecy i znów nad nim górowałem, łącząc nasze usta w namiętnym, krótkim pocałunku, a potem schodząc z pocałunkami coraz niżej. Sherlock wplótł palce w moje włosy i zdawało mu się to podobać, bo gładził moją skórę coraz pewniej, czasem zaciskał też swoje długie palce na moich włosach; nieboleśnie, ale pobudzająco. Całowałem jego chudy brzuch, kiedy doszedłem do wniosku, że o jedną rzecz wciąż muszę zapytać.
— Dlaczego Jack się wyprowadził? — wyszeptałem, wracając do pieszczot.
— John… nie wiem, czy to jest najlepszy moment… — wysapał.
Przerwałem i uniosłem się, tak żeby nasze twarze znalazły się na jednej wysokości.
— Muszę wiedzieć.
— W porządku, ale… nie przerywaj. — Uśmiechnąłem się i znów zsunąłem w dół, ssąc i lekko przygryzając jedną brodawkę. — On chciał… związku… — jąkał się. Jego oddech był coraz szybszy, mogłem to wyczuć pod sobą. — A ja… nie chciałem… ani nie mogłem… och, John… — Nawet nie wiedziałem, że jest taki wrażliwy na dotyk. Mój uśmiech poszerzył się i na chwilę przestałem bawić się jego brodawkami, bo przestał mówić. Oblizał wargi. — Męczył mnie. Myślałem, że lubię jego towarzystwo. — Cholera, chyba właśnie znalazłem sposób na ujarzmienie Sherlocka Holmesa. Już czułem tego Pokojowego Nobla. — John… — Prychnąłem i pocałowałem jego brzuch. — W dodatku… chciał, żebym się do niego dopasowywał, a ja na początku to robiłem, bo… nie chciałem być sam. — Przestałem rozpinać jego spodnie i przesunąłem się w górę, żeby go pocałować. Miałem wrażenie, że z każdym pocałunkiem pragnął i potrzebował mnie coraz bardziej, i było w tym coś ogromnie poruszającego. Sherlock uniósł się lekko i ściągnąłem jego spodnie i majtki. — On nie był moim przyjacielem. Nikt poza tobą nie był.
Całowałem go, jedną dłonią gładząc jego penisa, dopóki nam obu nie zabrakło tchu. Przekroczyliśmy już granicę, której nie umieliśmy przekroczyć wcześniej. Z perspektywy czasu widziałem, że to wszystko było nam potrzebne - jego "samobójstwo", mój żal, te lata bez żadnego kontaktu - inaczej pewnie nie odkryłbym, że to, co czuję do Sherlocka, to nie zwykłe przywiązanie, a coś znacznie silniejszego i trwalszego, potrzebującego w moim sercu i umyśle zdecydowanie więcej miejsca. Rosło we mnie teraz tylko jedno pytanie i chociaż czułem, że znam na nie odpowiedź, chciałem usłyszeć to z jego ust.
Przysunąłem się, tak że prawie na nim leżałem, i odgarniając ciężkie, lekko zroszone potem włosy z jego twarzy, zapytałem:
— Od jak dawna na mnie czekałeś?
Sherlock spotkał moje spojrzenie dopiero po chwili, jakby zbierając w sobie tę odpowiedź.
— Od zawsze.
Pocałowałem go, czule i długo.
— Odwróć się — wyszeptałem
