Filigranka - cieszę się, że odniosłaś takie wrażenie, bo właśnie o to mi chodziło gdy tworzyłam te opowiadanie - napisanie postaci, które nie byłyby czarno-białe, miały swoje racje i były zwyczajnie wiarygodne. Mam nadzieję, że uda mi się to osiągnąć w kreowaniu wszystkich, których mam w tekście, bo nic mnie tak nie wkurza jak jednowymiarowi bohaterowie ;)

FrejaAleeera1 - może to zabrzmi trochę narcystycznie, ale naprawdę lubię swojego Harry'ego. Zawsze lubiłam sobie wyobrażać, że ten nieco nijaki (choć z olbrzymim potencjałem) u Rowling chłopaczek wydoroślał w wielkim stylu i nie wyobrażam sobie pisania tekstu, w którym byłby inny, niż jest tutaj. Cieszę się również, że podobała ci się scena jego kłótni z Hermioną - była dla mnie najtrudniejsza do napisania z całego rozdziału, więc świadomość, że komuś się spodobała łechcze moja autorskie ego ;)

rysian - Dziękuję. Oto dalszy ciąg.

A. - dziękuję za wypisanie mi błędów. Ale dlaczego uważasz, że to opowiadanie jest alternatywne? Tak naprawdę zmieniam jedno wydarzenie obecne w książce, cała reszta jest moim zdaniem jak najbardziej kanoniczna (za kanon uważam tylko siedmioksiąg, wywiady Rowling są moim zdaniem miłym uzupełnieniem, które mogę przyjąć, albo i nie) - w końcu akcja rozgrywa się niemal 20 lat po epilogu, więc z tymi bohaterami mogło się stać niemal wszystko, co byłoby uzasadnione ich charakterami. A jeśli o kreację świata chodzi - cóż, kanon pod tym względem jest bardziej dziurawy niż durszlak, więc czuję się jak najbardziej uzasadniona w dopisywaniu sobie stosunków międzynarodowych (czy jakichkolwiek innych).

xredds - trudno napisać cokolwiek, co byłoby dobrą odpowiedzią na tak śliczną laurkę, więc poprzestanę jedynie na zapewnieniu, że Draco się w tekście pojawi ;)

Jodyna - znasz fabułę podejrzewam, że lepiej niż ja (co jest nieco przerażające), więc z pewnością wiesz, co mogłabym ci odpisać. Wstaw to sobie tutaj x)

ElisabethBathory - teraz gdy znalazłam betę będzie się już pojawiało równocześnie na mirriel i na . Cieszę się, że tak bardzo ci się podobało - i TAK, ta Milicenta XD


Specjalne podziękowania dla Jod, za pilnowanie bym nie osiadła na mieliznach melodramatu.

Betowała Emcia666.


Jak Harry się spodziewał, przekazanie aresztanta okazało się dziecinnie łatwe i trwało bardzo krótko. Zaspany strażnik zerknął tylko bez większego zainteresowania na podpis na nakazie wydania więźnia, wziął wielki pęk kluczy i zniknął za drzwiami prowadzącymi do cel. Chwilę później wrócił, prowadząc ze sobą trochę wymiętego i zmęczonego Scorpiusa, i wyszedł, żeby przynieść rzeczy zarekwirowane mu podczas aresztowania.

- Widzę, że Lily wezwała kawalerię - Malfoy zwrócił się do teścia, wymieniając z nim uścisk dłoni. - Na nią zawsze można liczyć. Jak się trzyma?

- Rano była wściekła, bo nie chciałem zabrać jej ze sobą do ministerstwa. Ale gdy wychodziłem, dobierała się właśnie do zepsutej kosiarki.

Scorpius pokręcił głową.

- Czyli się martwi - podsumował, uśmiechając się smętnie.

Harry odpowiedział mu podobnym grymasem.

- A ty - Scorpius odwrócił się w stronę Teddy'ego, który opierał się o ścianę z rękami w kieszeniach - zostałeś wyznaczony do pilnowania złego kryminalisty?

- Taka karma - Teddy wzruszył ramionami, szczerząc zęby. - Z pewnością będziesz ciekawszą misją niż kolejny nalot na jakąś dziwną hodowlę.

- Serdecznie wątpię - skomentował sucho Scorpius, opierając się o ścianę obok Teddy'ego. - My, historycy, nie jesteśmy jakoś bardzo fascynujący.

- Historycy może nie - odparł beztrosko Teddy - ale wy, Malfoyowie, najwyraźniej uczyniliście z bycia oskarżonym o morderstwo rodowe hobby.

- Teddy! - zgromił go Harry. - To nie jest zabawne!

Scorpius tylko wykrzywił wargi w niewesołym uśmiechu.

- Daj spokój - powiedział teściowi. - Musisz przyznać, że coś w tym stwierdzeniu jest.

Potter uśmiechnął się blado.

- Rzeczywiście - przyznał.

Rozmowa urwała się na chwilę. Wyraźnie zmęczony Scorpius oparł głowę o ścianę i przymknął oczy.

- Scorpiusie... - W końcu Harry zdecydował się przerwać kłopotliwą ciszę. - Wiesz może, jak do tego wszystkiego doszło?

Scorpius przymknął oczy i oparł głowę o ścianę.

- Nie - pokręcił powoli głową. - Przy wcześniejszych wypadkach myślałem, że wiem, o co chodzi, ale to jest coś... dużo większego. Naprawdę nie mam pojęcia.

- Wcześniejszych?! - wykrzyknął Teddy. Harry tylko spojrzał ostro na Scorpiusa, bezgłośnie żądając informacji.

Malfoy już miał coś powiedzieć, kiedy przerwało mu wejście strażnika, niosącego jego różdżkę i kurtkę. Tuż za nim wszedł ministerialny urzędnik, który podszedł do Scorpiusa i szybko i sprawnie nałożył na niego wyspecjalizowane zaklęcie Namiaru, dużo bardziej restrykcyjne niż te standardowo nakładane na niepełnoletnich czarodziejów. Po krótkiej litanii zakazów (nie czarować bez zgody strażnika, nie warzyć eliksirów, nie oddalać się od miejsca pobytu dalej niż na pięć mil i, jak dopowiedział sobie Scorpius, najlepiej nie oddychać) pożegnał się i wyszedł. Scorpius ubrał kurtkę i schował swoją różdżkę do kieszeni, podczas gdy Teddy podpisywał jakieś świstki, dotyczące przekazania więźnia. Chwilę później wyszli na korytarz i ruszyli w stronę wyjścia z ministerstwa.

- Wcześniejszych, Scorpiusie? - wysyczał Teddy, usiłując mówić cicho mimo swojego wzburzenia.

Zarówno Scorpius, jak i Harry rzucili mu ostrzegawcze spojrzenia.

- Porozmawiamy na ten temat w domu - powiedział Scorpius, znacząco zerkając na chichoczącą grupę urzędniczek, która właśnie ich minęła.

- O tak, porozmawiamy - zapewnił Harry, uśmiechając się drapieżnie. - Będziesz musiał dużo wyjaśnić.

- Wiem - westchnął Scorpius.


James Potter właśnie pochylał się nad rolką pergaminu - tworząc wyjątkowo mało fascynujący raport z kontroli w Zonku i zastanawiając się jak napisać "wszystko w normie" tak, by zapełnić regulaminową całą stronę - kiedy na jego biurku pojawił się kubek na wynos, postawiony tam przez ewidentnie męską dłoń.

Jim, trochę rozkojarzony, przesunął wzrok w górę - rejestrując przy okazji bardzo dobrego gatunku czarodziejską szatę - by spojrzeć prosto w uśmiechniętą twarz Neville'a. Automatycznie odpowiedział uśmiechem, zanim dotarło do niego, jak niezwykła jest obecność dyrektora Hogwartu przy jego biurku.

- Gorąca czekolada, podwójna bita śmietana, kostka cukru - oznajmił Neville, opierając dłoń o ścianę boksu Jima. W drugiej trzymał identyczny kubek z logiem najlepszej kawiarni w Hogsmeade. - Możesz sobie zrobić przerwę?

Jim spojrzał na prawie nie zaczęty raport, a potem na zegarek. Wiedział, że teoretycznie nie powinien robić sobie przerw, dopóki nie skończy pisać; z drugiej strony - jakakolwiek teoria w starciu z wizytą Neville'a nie miałaby szans.

- Jasne - odpowiedział Jim, wstając i łapiąc skórzaną kurtkę, i szybko ją na siebie wciągając. Nie przejmował się zapinaniem jej lub zawiązywaniem szalika – dzień, jak na początek marca, był dość ciepły.

Już po chwili obaj wyszli z budynku filii Ministerstwa Magii w Hogsmeade i ruszyli wolnym krokiem wzdłuż głównej ulicy.

James wziął łyk gorącego napoju, niemal parząc sobie wargi. Westchnął z rozkoszą, czując bogaty smak na języku. Oblizał usta i spojrzał na Neville'a spod oka.

- Nie powinieneś być w Hogwarcie?

- Powinienem - przyznał Neville. - Miałem do załatwienia pewną sprawę w ministerstwie i pomyślałem, że wpadnę.

Jim uniósł brew.

- Neville, ty nigdy tak po prostu nie wpadasz, jesteś na to zbyt zajęty. Zwyczajnie powiedz, co się stało.

Neville westchnął z rezygnacją.

- Twój ojciec mnie przysłał.

- Ach. - James poczuł lekkie ukłucie rozczarowania, szybko jednak zastąpione przez niepokój szybko jednak zastąpił je niepokój. - Coś się stało? Coś z mamą? Albo Lily i Alem?

- Spokojnie, wszyscy żyją i mają się dobrze. A sprawa dotyczy Scorpiusa.

James nieznacznie się rozluźnił i przechylił głowę w geście ciekawości.

- Scorpiusa? A cóż ten puchaty mól książkowy mógł zrobić?

Neville zawahał się przez chwilę, jakby nie wiedząc, od czego zacząć wyjaśnienia.

- Pamiętasz tę katastrofę w Dziurawym Kotle?

James prychnął.

- Czy pamiętam? Wszyscy jesteśmy na ostatnich nogach, bo góra sra żywym ogniem, usiłując jakoś zatuszować sprawę. Przysięgam, że w ciągu tego tygodnia zrobiłem więcej kontroli niż podczas ostatniego roku. - James zmarszczył brwi, zastanawiając się, co wspólnego ma z tym wszystkim jego szwagier. - Chodzi o starego Greengrassa? To straszne, co się z nim stało, ale nie wydaje mi się, żeby ktoś szczególnie mocno za nim tęsknił.

- James, on został o to oskarżony.

- Greengrass? - zdziwił się Jim.

- Nie, nie Greengrass - zniecierpliwił się Neville. - Scorpius.

James zatrzymał się gwałtownie.

- Żartujesz sobie, prawda? - upewnił się, patrząc na Neville'a z niedowierzaniem.

Neville pokręcił głową.

- Niestety nie.

Jim patrzył na Neville'a przez chwilę z trudnym do rozszyfrowania wyrazem twarzy. W końcu wznowił spacer, a Neville, chcąc nie chcąc, podążył za nim.

- Nie zrobił tego - odezwał się Jim po chwili ciszy. - Może nie kocham go tak bardzo jak reszta rodziny, ale trochę go znam. Brak mu odpowiedniej klepki do zabicia człowieka. Może w obronie własnej, ale na pewno nie w taki sposób.

Neville musiał się zgodzić z tym osądem.

- Co zrobił tata? - James zbyt dobrze znał swojego ojca, żeby choćby rozważać możliwość, że nie wkroczył do akcji.

- Załatwił mu areszt domowy i Teddy'ego jako strażnika. - Neville się zawahał, a po chwili dodał niemal przepraszającym tonem - wezwał też Albusa. Ciebie miałem poinformować ja.

James uśmiechnął się niewesoło.

- Żebyś mi delikatnie dał do zrozumienia, żebym raczej się nie pojawiał w okolicach, dopóki nie udowodnią niewinności Scorpiusa? - Machnął ręką, widząc, że Neville już otwiera usta żeby zaprotestować. - Nie musisz go bronić. Ulubiona zasada ojca "lepiej nie wiedzieć, niż musieć kłamać". W tym przypadku ma rację.

Neville spojrzał na Jamesa oceniająco, ale też ze zmartwieniem.

- Przyjąłeś to lepiej, niż się spodziewałem - skomentował lekko pytającym tonem głosu.

James pokręcił głową i wziął ostatni łyk czekolady, a potem zgniótł kubek i wrzucił do kosza na śmieci.

- Nie jestem zachwycony - przyznał. - Ale rozumiem motywy. Naprawdę lepiej, żeby przedstawiciel Departamentu Magicznych Katastrof nie pałętał im się w tym momencie pod nogami. Ale - zastrzegł, unosząc palec - to nie znaczy, że nie mogę im jakoś pomóc.

Neville zaniepokoił się. Doskonale znał ten lekko fanatyczny wyraz twarzy - James dzielił go zarówno z Harrym, jak i ze swoim rodzeństwem. Przeważnie oznaczał on mocny zamiar wpakowania się w kłopoty.

- Nie rób głupstw, James - ostrzegł, już czując, że ta akurat rada nie zostanie wysłuchana.

- Od kiedy wizyta u kuzynki Dominique zaliczana jest do głupstw? - Jim uśmiechnął się łobuzersko. - To rodzina, a rodzina to bardzo poważna sprawa.


Gdy tylko aportowali się do Keswick i weszli do domu, Scorpius zignorował palące spojrzenia towarzyszy i poszedł szukać swojej żony.

Zastał ją dokładnie tam, gdzie się spodziewał - w warsztacie, oglądającą z uwagą małą część rozbebeszonej kosiarki, której nawet nie potrafiłby nazwać. Rudobrązowe włosy miała spięte w niedbały kucyk. Nie usłyszała go - wiedział, że gdy pracuje, pogrąża się w swoim własnym świecie i nie zwraca uwagi na otoczenie.

Podszedł do niej, objął ją od tyłu ramionami i pocałował w czubek głowy.

- Cześć - powiedział cicho.

Lily na moment zesztywniała, ale niemal natychmiast rozluźniła się, odwróciła i objęła go bez słowa. Stali tak dłuższą chwilę - ona z twarzą ukrytą w jego szyi, on z nosem w łaskoczących włosach. W końcu odsunęła się od niego na tyle, by móc spojrzeć mu w twarz i przyjrzała mu się bystrym wzrokiem.

- Wyglądasz na zmęczonego - stwierdziła, z niepokojem zauważając mocne cienie pod oczami i poszarzałą cerę. - Spałeś choć trochę?

- Niewiele - przyznał Scorpius.

- Powinieneś się położyć.

Scorpius delikatnie dotknął drobnej zmarszczki niepokoju na czole Lily, dostrzegając też inne oznaki napięcia.

- Ty też.

Lily uśmiechnęła się blado.

- Och, kochanie, czy to propozycja? - spytała zmysłowym tonem głosu, opierając mu dłoń na piersi.

Scorpius ją złapał i pocałował.

- Chciałbym, ale twój ojciec i Teddy czekają na nas na dole.

- Ministerstwo przysłało Teddy'ego? - Lily przez moment zastanawiała się nad tym wyborem, a potem skinęła głową. - To bardzo dobrze.

- McMillan przysłał Teddy'ego, na szczęście nie oglądając się na ministerstwo. Możesz być pewna, że ono samo z siebie nie byłoby dla mnie tak miłe.

Lily niechętnie musiała przyznać mu rację. Sama, wychowana w bardzo uprzywilejowanej pozycji, przeżyła szok, gdy zorientowała się, jak bardzo pod górkę mają dzieci Śmierciożerców. Scorpius, mimo wszystko, wciąż był jednym z nich i nawet ze wsparciem jej ojca patrzono na niego w najlepszym przypadku jak na egzotyczną ciekawostkę, a w najgorszym z otwartą podejrzliwością.

Przez chwilę stali jeszcze w ciszy, kiedy usłyszeli wołanie Harry'ego.

- Muszę tam zejść i im powiedzieć to, co wiem - westchnął Scorpius, niechętnie wypuszczając dłoń Lily. - Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, od czego zacząć. Napisałaś list do Maurice'a?

- Oczywiście - potwierdziła Lily, zbierając z blatu części kosiarki i wrzucając je do kartonu. - Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, sprowadzając go tutaj.

- Nie zaszkodzi - odparł Scorpius, przeczesując dłonią włosy. - Z pewnością jest to człowiek, którego warto mieć przy boku w takiej sytuacji.

Lily spojrzała na niego z ukosa.

- Wiesz, bardzo bym chciała wiedzieć, kim on naprawdę jest.

Scorpius uśmiechnął się do siebie.

- Dowiesz się - zapewnił ją. - Słuchaj, mogłabyś zająć przez chwilę tę dwójkę na dole...? Skoczyłbym się przebrać i może wziąć prysznic...

- Zrobię, co w mojej mocy, chociaż to będzie trudne. - Lily odstawiła karton pod ścianę i podeszła do Scorpiusa, unosząc lekko głowę. - Kawy też chcesz?

- Zawsze - zapewnił Scorpius i pocałował ją lekko.


Lysander właśnie szybko dorysowywał ostatnie szczegóły przerysowanej fizjonomii ministra Zabiniego na karykaturze do cotygodniowego cyklu w Proroku Codziennym, kiedy do jego okna zastukała sowa. Niechętnie oderwał się od pracy - jak zwykle był nieco spóźniony z terminem i Hugo, na którego spadło zarządzanie redakcją w czasie wyjazdu matki do Kenii, zaczynał powoli świrować z tego powodu - i wpuścił przemokniętego ptaka do pokoju. Sowa zaskrzeczała, jakby czyniąc wyrzut, że musiała tyle czekać, wylądowała na szafie i otrząsnęła się z nadmiaru wody, przy okazji zachlapując świeżo wyprasowaną koszulę wiszącą na drzwiach.

Xander ze zdumieniem rozpoznał w olbrzymim puszczyku pupila Elizabeth Smith, znajomej z Hogwartu, z którą, co prawda, czasem zdarzało mu się wyskoczyć na piwo, ale raczej nie utrzymywał z nią kontaktu listowego. Zaintrygowany szybko odwiązał list od nóżki ptaka, który przetrwał ten zabieg ze stoickiem spokojem, po czym zaczął czyścić sobie pióra, nie wykazując żadnej chęci do powrotu na deszcz.

- Nie ma sprawy, możesz zostać tak długo, jak chcesz - wymruczał Xander do bezczelnego ptaszyska, które kompletnie nie zwróciło uwagi na jego słowa. Zrezygnowany wzruszył ramionami - i tak nie planował nigdzie wychodzić, więc mógł poczekać, aż sowa zdecyduje się opuścić jego mieszkanie i odpowiednio zareagować, gdyby ptasim zwyczajem postanowiła zdemolować mu pokój. Zwłaszcza, że wyrzucanie jakiegokolwiek żyjącego na taką pogodę było po prostu niehumanitarne.

Szybko rozwinął liścik i przebiegł wzrokiem parę zdań napisanych drobnym, równym pismem koleżanki. A potem jeszcze raz, uważniej.

- O kurwa - zaklął i wybiegł z pokoju. Po chwili do niego wrócił, jednym ruchem zgarnął zawartość biurka do teczki i znowu wybiegł, by po chwili trzasnąć drzwiami wyjściowymi.

Nie zauważył, że zostawił zamknięte okno.

Puszczyk zaskrzeczał, zamachał kilka razy skrzydłami i spojrzał na samotną koszulę z nowym zainteresowaniem.


Scorpius zbiegł ze schodów, szybko przeczesując palcami, wciąż lekko wilgotne po prysznicu, włosy. Krótka kąpiel i świeże ubrania nie zmyły z niego zmęczenia nieprzespanej nocy, ale sprawiły, że znowu poczuł się jak człowiek. Wolał nie wyobrażać sobie, jak czuł się jego ojciec po spędzeniu w areszcie kilku miesięcy, ciągle przerywanych rozprawami i zeznaniami, skoro nawet jedna noc była tak ciężkim przeżyciem.

Wszedł do kuchni. Teddy siedział przy stole i swoim zwyczajem kołysał się na krześle. Lily i Harry stali po dwóch stronach kuchni w bliźniaczych pozach - oboje oparci o szafki i z kubkami wspartymi o brzuchy w dłoniach.

Scorpius podszedł do żony i pocałował ją, równocześnie wyciągając jej z rąk kubek, po czym szybko się odsunął poza zasiąg jej rąk, biorąc łyk kawy.

- Ej, oddawaj - zaprotestowała Lily, odbierając mu energicznie kubek. - Masz własną.

Scorpius rzucił jej uśmieszek, chwycił duży kubek, który wcześniej tak wygodnie zignorował i oparł się o szafkę obok Lily.

- Dzięki - wymamrotał raczej w stronę naczynia niż żony.

Harry i Teddy uśmiechali się z sympatią, oglądając tę tak typową dla tego domu scenkę. Szybko jednak spoważnieli, gdy Lily ponownie zabrała głos.

- Tata powiedział mi, że wysłał sowę Albusowi - poinformowała męża. - Już tu jedzie.

Scorpius zmarszczył brwi.

- Szkoda jego urlopu - westchnął. - Ale dobrze będzie go tu mieć.

Lily wyglądała, jakby jej ulżyło; najwyraźniej spodziewała się, że Scorpius będzie bardziej protestować przeciwko informowaniu jej brata o całej sprawie.

- Lily nam powiedziała, że wezwałeś także jakiegoś swojego przyjaciela - stwierdził Harry.

Scorpius, który akurat brał łyk kawy, parsknął nią w kubek. Owszem, szanował Severusa Snape'a i w pewien sposób lubił, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby nazwać go swoim przyjacielem; miał wrażenie, że ten człowiek robi mu olbrzymią przysługę nie zjadając go na śniadanie, a fakt, że mimo wszystko odpisywał na jego listy, nieustannie go zdumiewał.

- Tak - odparł enigmatycznie, wyraźnie ignorując pragnienie Harry'ego, by dowiedzieć się, kim ten przyjaciel jest.

Przez moment zapadła kłopotliwa cisza, która szybko stałaby się nieznośna, gdyby nie to, że ktoś postanowił wybrać ten moment, żeby zadzwonić do drzwi.

- Otworzę - powiedział Teddy, z hukiem stawiając krzesło na wszystkich czterech nogach i wyciągając różdżkę.

- Pójdę z tobą - powiedział szybko Scorpius, prostując się. W odpowiedzi na ciężkie spojrzenie Teddy'ego uniósł brwi. - Daj spokój. Wiem, że masz mnie pilnować, ale jak sądzisz, jak zareaguje któryś z naszych mugolskich sąsiadów, gdy drzwi otworzy mu obcy facet?

Teddy przez chwilę się zastanawiał, ale gdy dzwonek odezwał się ponownie, niechętnie skinął głową.

Tuż za Scorpiusem i Teddym wyszedł Harry, a Lily - najwyraźniej stwierdzając, że nie będzie sama stać w pustej kuchni - poszła za nim. W małym przedpokoju zrobiło się nagle nadzwyczaj tłoczno.

To Harry, jako najbliżej stojący, otworzył drzwi wejściowe, by zobaczyć na progu dwie postacie: wysokiego, ubranego na czarno starszego mężczyznę i niską, korpulentną kobietę w średnim wieku.

Jedynie aurorski instynkt Teddy'ego i niewerbalne Wingardium Leviosa uratowało kubek jego ojca chrzestnego przed niechybnym rozbiciem.