A to jest, jeśli ktoś chce się bawić, w sumie jakiś rodzaj namysłu nad tym, co jeden z lewicowych publicystów nazwał (oburzony, swoją drogą) bezsensownym uwikłaniem w polskość. Na swoją obronę mogę powiedzieć tyle, że w wieku młodzieńczym człowiek powinien być, jak się zdaje, w coś uwikłany. I: że zdecydowanie nie próbuję się wpisać w poglądy lewicowych publicystów.
A, ostrzeżenia. Dzieci giną. Wojna.
Wróżenie z blizn
Sephiroth nie nienawidził ludzi, których zabijał (to się nie zmieni do końca, do jednego z końców). Oni mieli rozkaz, on miał rozkaz, on miał pieniądze i władzę, czyli bezpieczeństwo, oni swoje terytorium, czyli pieniądze, i wolność, czyli władzę, czyli bezpieczeństwo. Zdrap długie ciągi słów oraz idei, jakie ludzie nadbudowują nad wszystkim, a zobaczysz, że w gruncie rzeczy chodziło o to samo; przynajmniej dla niego. Zieleń dżungli. Zieleń mako. Zieleń życia. Miecze, karabiny albo bomby. Śmierć.
Tymi ze swoich... towarzyszy, który gardzili Wutajczykami za ich oddanie „naiwnym, głupim, reakcjonistycznym ideałom" sam gardził, podobnie jak tymi którzy, znużeni po kilku miesiącach zabijaniem, zaczynali podziwiać przeciwników. Cóż dawał ten podziw? Jeżeliby podziwiali, powinni przyjąć dany zestaw wartości, jeżeliby go przyjęli, powinni spróbować zdrady, myślał Srebrny Demon – wtedy przebiłby ich mieczem, bez trudu, nic nie stanowiło dla niego trudu, z pewnością nie pokonanie SOLDIERa. Przynajmniej byliby szczęśliwi, umierając za to, w co uwierzyli, czyż nie? (rozumiał, wbrew temu, co sądzono, większość ludzkich uczuć, choć może w nieco... analityczny sposób – wymagał od nich jednak konsekwencji i gubił się, gdy jej nie znajdował).
Ponieważ jednak tamci tylko szemrali, w sytuacji problemowej żądając ochrony przed „dzielnymi, honorowymi" Wutajczykami, to zamiast czasem zaszlachtować ogłupiałego od propagandy dzieciaka z własnego oddziału, szlachtował tylko zaślepione ideałami i uwarunkowaniem kulturowym dzieciaki z partyzantki królestwa. Niekiedy z prawdziwym poczuciem bezsensu, całkowitego bezsensu: dzieciaki miały mniej niż piętnaście lat, niekiedy mniej niż trzynaście – naprawdę nie mogły narobić wielkich szkód. Naprawdę jedyne, co robili, to dawali tamtym broń ideologiczną, powód do zemsty: ale ShinRa nie dbała, nie musiała dbać; jej władza nad opinią publiczną obu kontynentów niedługo będzie kompletna.
Zabił kiedyś, pamiętał, może dziesięcioletniego chłopca. Bo rodzice nieupilnowali – nie chcieli upilnować? nie wyglądał na takiego, który nie ma rodziny: wybiegł przed mały oddział zwykłych sił, maszerujący główną ulicą podbitej mieściny, rzucił w ich kierunku prymitywną butelką samozapalającą (dzieci, nie bawcie się zapałkami, przecież to poparzy najprędzej ciebie, pomyślał wtedy; tak wielkie nic to było, tak bardzo niegroźne). Dzieciak miał pecha, którego pewnie w swoim fanatycznym zapale wziął za fart – Sephiroth stał z tyłu, zagadał się z kimś, inaczej dopadłby i zdusił ogień, materią, obcasem, powiedział „to nie była benzyna, chciał tylko się popisać", chłopakowi przetrzepano by tyłek i napędzono stracha, koniec. Ale, że stał z tyłu, pocisk upadł pod nogi sierżanta, nie dość inteligentnego albo tylko nie dość sprawnego, albo po prostu bez materii – grunt, że „granat" wybuchł. Szkód nie narobił wielkich, chrzczone paliwo, de facto ledwo się zatliło, wszyscy byli w pancerzach, lecznicza materia pod ręką.
Lecz teraz, to już był atak na patrol. I Srebrny Demon widział po zachowaniu sierżanta, po tym, jak natychmiast sięga po broń, po panice, że tamci traktują to – urażeni w dumie głupcy – jak prawdziwy atak, że żądają głowy rebelianta, że będą ją mieli, że muszą ją mieć, to był atak na jego ludzi, ludzi ShinRy, a ShinRa dba o swoich ludzi, dobre pensje, poczucie wspólnoty („Honor, przyjaciele, marzenia", wyśmienita socjotechnika), ShinRa nie pozwala bezkarnie krzywdzić swoich ludzi, bo kto podnosi rękę na najmniejszego z podwładnych z charakterystycznym logo, ten podnosi rękę na samą korporację, więc to był atak, ten smarkacz to nieprzyjaciel, terrorysta, mógł nas zabić...
Z Masamune już zdążył. Dzieciak był martwy nim buńczuczne zadowolenie w jego oczach zamieniło się w strach. Kukiełka. Kukiełka na końcu miecza – patrzył, jak spada w dół, po ostrzu, na ziemię, jakby w zwolnionym tempie – kukiełka w rękach tych, którzy nauczyli go robić butelki samozapalające, którzy dali mu idee, którzy wryli mu w mózg „wolność" i „ojczyzna", jedyne kochanki, jakie w krótkim życiu miał.
Demony znają ludzie serca, demony tylko ich nie rozumieją.
Jego ludzie – ludzie firmy – byli teraz spokojni, pewni, że kompania ich obroni. Zadowoleni. Może byliby bardziej, gdyby tylko zranił chłopca, gdyby mogli mu urządzić proces pokazowy, szybciutki, a potem rozstrzelać bądź powiesić. Ale to wzmogłoby niezadowolenie (które teraz i tak wybuchnie, lepiej, żeby gwałtownie, niż powoli narastając aż do dnia egzekucji), poza tym, to byłoby okrutne, a Sephiroth nie widział powodów, by być okrutnym. Nie pogardzał ani nie podziwiał Wutai, nie tknięto jego emocji; nie pragnął ani pożądał niczego, nie tknięto jego potrzeb. Dzieciak zginął szybką, bohaterską śmiercią, czystą i bezbolesną, nie zdążywszy nawet się przestraszyć, ufny, pyszny tym dziecięcym przekonaniem, że nic mu nie będzie, że jakoś się wykaraska (Srebrny Demon znał dzieci nie tylko z książek i z tego był w pewien sposób dumny). SOLDIER wiedział, doskonale wiedział, że proces, choćby szybki, że czekanie w celi na śmierć, że powolna, biurokratyczna, pedantyczna procedura starłyby tę ufność na proch. Że smarkacz pod koniec zachowywałby się tak samo, jak każde przerażone dziecko (na samą myśl o przerażonym Rufusie wojskowemu krajało się serce): płakałby, trząsł, prosił, wyrywał, krzyczał, zaklinał, obiecywał, że nigdy już tego nie zrobi. I zginąłby, desperacko próbując być dzielnym, ale tak naprawdę zasmarkanym, brudnym, głodnym, pewnie nie wstrzymawszy pęcherza. Żałosne widowisko, którego chciał oszczędzić sobie, rodzinie, całemu królestwu, które patrzyłoby bezsilne, zrozpaczone czy wściekłe, czy zawstydzone, jak los czeka tych, których muszą już wysyłać na front.
Demony znają ludzkie serca, demony tylko ich nie mają.
Teoretycznie na pewno mógłby coś przepchnąć w centrali w trakcie trwania procesu. On, Rzeźnik Wutai, Zdobywca Zachodu, Kat Wieczornego Słońca. Posłuchaliby, na pewno, ich usta wygięte w leniwych, pełnych zrozumienia półuśmiechach. Ale to oznaczałoby przysługę u kogoś, a był dumny z tego, że to wszyscy inni są coś winni jemu. Przysługa, nawet niewielka, zmniejszałaby jego wpływy, ujawniała słabość, byłaby pułapką (bo jeśli uznaliby go za słabego, zbyt słabego... ).
Wrócił więc z misji tego samego dnia wieczorem, jak zaplanowano, zostawiwszy administracji problem uspokojenia drobnych rozruchów, do których dojść musi. Wrócił, złożył raport, przytulił Rufusa na powitanie, Rufusa, który był ciepły, miękki i żywy, i ciepły raz jeszcze, bo Sephirotha nigdy nie przestawało to zdumiewać. Ale potem, gnany dziwnym impulsem – może to właśnie to, co nazywane bywa pragnieniem lub pożądaniem – powiedział, obejmując dziecko za szyję w geście zbyt intymnym, by być częstym: „wiesz, zabiłem dzisiaj chłopca młodszego od ciebie" i pochylił się, całując małego Shinrę w czoło, kłamiąc samemu sobie, że robi to po to, by prezydentowicz się nie przestraszył.
