Mary nie bardzo wie jak zacząć tę rozmowę. Nie uczą czegoś podobnego w akademii, ani na dodatkowych kursach. Życie też tego nie uczy, a chyba powinno, bo Molly Watson patrzy na nią w oczekiwaniu na jej pierwsze słowa, a one nie nadchodzą.

Sukienka kobiety jest niemożebnie zmięta, więc nie mogła wygodnie podróżować do Londynu. To oczywiste, gdy ma się przy sobie tak wiele rzeczy. Jak każda młoda matka ma na stopach wygodne buty, ale wybija też palcami nerwowy rytm. Zapewne to jeden z tików, których Molly nabawiła się po śmierci męża.

Nikt z tej wojny nie wyszedł taki sam. Ani żołnierze, ani ich rodziny czekające na powrót misji.

- Więc… - zaczyna Mary i nienawidzi się niemal od razu.

Zaczynanie zdania od tego słowa świadczy o tym tylko, że sporo myślała o kobiecie i całej tej sytuacji. To jeden ze sposobów odkrycia się i utwierdzeniu wroga w tym, że sytuacja, w której się znajdują nie jest do końca wygodna.

Krępującą ciszę jednak należało przerwać.

A Molly nie jest wrogiem.

Nie jest wyszkolonym wrogiem.

- Na długo jesteś w Londynie? – pyta konwersacyjnym tonem.

- Czy ty prowadzisz śledztwo w sprawie ataku na oddział Johna? – pyta niemal w tej samej chwili Molly.

Pytanie jest tak wytrącające z równowagi, że Mary przez krótki moment nie wie co ma odpowiedzieć.

- Tak – przyznaje w końcu szczerze.

Molly kiwa głową, jakby rozumiała w pełni.

- Skąd wiesz? – pyta Mary, bo musi.

- Zdradził mi to w tajemnicy stary przyjaciel Johna zanim wyjechał – odpowiada Molly i to się nie trzyma kupy.

To śledztwo tak naprawdę nie istnieje. I kimkolwiek by nie był stary przyjaciel Johna, Mary nie wierzy w to, że miałby takie dojścia. Przeciek w MI6 to coś niemożliwego. Nie na tym progu tajności.

- Kim jest stary przyjaciel Johna? – pyta Mary siląc się na spokój.

Możliwe, że odpowiedź na wszystkie pytania znajduje się w głowie tej niepozornej kobietki, która poprawia kocyk dziecku.

- Jeśli John ci go nie przedstawił, zapewne nie chciał, abyście się znali – stwierdza Molly.

- Myślisz, że to jest zabawa? – pyta Mary, bo przekaz pani Watson jest aż nazbyt jasny.

W Molly ponownie odzywa się duma zdradzonej, a na to już trochę za późno. John nie żyje i żadna z nich go nie ma. I żadna mieć go nie będzie.

- Jedno moje słowo, a połowa ulicy zostanie zabezpieczona. Zostaniesz przewieziona do miejsca bez adresu i okien. Informacje, które posiadasz są tajne – informuje ją i kłamie jak z nut.

Nie byłoby najmniejszego powodu, aby odstawiać taki cyrk. Matka z dzieckiem nie jest równym dla niej przeciwnikiem, więc sama mogłaby ją dostarczyć do jednego z domów MI6. Potrząśnięcie jednak domniemanym świadkiem jeszcze nigdy nie zaszkodziło.

Oczy Molly robią się wielkie jak oazy na pustyni, gdy mocniej chwyta nosidełko.

- Dostałam te informacje na pytanie dlaczego nie zostaje mi wypłacana renta po mężu – odpowiada kobieta i nagle w niej pojawia się jakaś dziwna złość.

Mary nie wie skąd bieże się ta emocja, ale nie jest skierowana bezpośrednio do niej. Co jest tymbardziej dziwne.

- Dlaczego nie wypłacają ci renty po Johnie? – pyta Mary, bo to nielogiczne.

- Bo podobno jest zamieszanie w ministerstwie – sarka Molly. – Dowiedziałam się, że jednak ktoś prowadzi śledztwo przeciwko Johnowi i jako domniemanemu zdrajcy – wypluwa – nie przysługują mu tytuły, a nam alimenty od rządu. Przespałaś się z moim mężem, żeby nazwać go zdrajcą? – pyta z niedowierzaniem.

Mary nie bardzo wie o co chodzi. Prawdę powiedziawszy chyba niedowierzanie jest doskonale widoczne na jej twarzy, bo Molly uspokaja się na chwilę.

- Nie wiedziałaś – stwierdza kobieta.

- Prowadzę inne śledztwo – dodaje Mary, ale nie może powiedzieć, że ono właśnie oczyszcza Johna, bo co do jego niewinności nie ma wątpliwości.

Może Lestrade zadecydował, że od części sprawy należy ją odsunąć ze względu na jej emocjonalne przywiązanie do podmiotu śledztwa. Możliwe, że nie wierzą, że ona znajdzie tego szpiega, więc znaleźli idealnego kozła ofiarnego, bo martwi nie mogą się bronić.

- To nie wszystko – stwierdza Mary, bo Molly wciąż przykrywa dziecko. – Nie pracujesz. Nie masz się za co utrzymać… Ale byłaś pod szpitalem – dodaje.

- Nie mam prawa do korzystania z wojskowego leczenia. Polisa i ubezpieczenie Johna wygasło. Odsyłają mnie od urzędu do urzędu. Pisaliśmy z Harry listy, zażalenia, ale… - Molly bierze głębszy wdech.

- Ale odsyłają cię z kwitkiem, bo to robi biurokracja – stwierdza Mary, bo ona też nienawidzi skrycie urzędników.

Molly nawet nie zaprzecza. Nie pije też kawy. I Mary też nagle straciła na nią ochotę.

- John Junior jest chory – mówi w końcu Molly i robi to tak cicho, że Mary przez krótką chwilę myśli, że się przesłyszała.

Ale to w końcu idealnie logiczne. Molly nie próbowałaby się dostać do wojskowego szpitala bez powodu. I do Mary dociera jak bardzo kobieta musi być samotna, skoro rozmawia z nią o tym tu i teraz.

Nagle sama nie wie co zrobić z tym ciężare i nie ma pojęcia co odpowiedzieć kobiecie.

- To nie jest coś mega niebezpiecznego, ale jest przewlekłe. Musi mieć dietę i lekarstwa, i przede wszystkim stały kontakt z lekarzem – mówi dalej Molly. – A oni…

- Blokują wszystko – dopowiada Mary.

Znowu milczą i John Junior zaczyna płakać. Mary nie może nie zastanawiać się jak długo dziecko jest na świecie. Nie więcej niż trzy miesiące.

Leczenie poza systemem jest drogie. Jest niemożliwe do spłacania nawet, gdy ktoś pracuje. Zajmowanie się chorym dzieckiem i praca jest natomiast prawie niewykonalna, i Mary nie dziwi się, że Molly jest u kresu wytrzymałości.

Z tego co wie kobieta nie ma swojej rodziny. Watsonowie to dwójka emerytów, a siostra Johna trafiała na odwyk trzy razy w ciągu ostatnich dwóch lat. Mary skreśliła ją, gdy tylko poznała jej dossier. Harry miała już nigdy nie wytrzeźwieć, chociaż pewnie cała jej rodzina na to liczyła.

- U kogo się zatrzymałaś? – pyta wprost Mary, bo cholera, ale nie potrafi tego tak zostawić.

- Ojciec Johna… - zaczyna Molly.

- Ojciec Johna ma ślepotę zmierzchową i nie prowadzi po zmroku. Nie okłamuj mnie – mówi Mary spokojnie i Molly czerwieni się lekko, a potem w jej oczach pojawia się bunt, który Mary dobrze zna. – Nie masz gdzie się zatrzymać, prawda? – upewnia się zanim Molly na nią naskoczy.

Gniew jest czasami jedyną obroną. Czasami jest jedynym co pozostaje i Mary to rozumie. Gniew jest lepszym rozwiązaniem nić bezsilność.

- Miałam nadzieję, że przyjmą nas w szpitalu – mówi w końcu Molly.

- Ale was odsyłano aż zrobiło się tak późno, że nie miałaś wyjścia – dopowiada za nią Mary i ma nadzieję, że w jej głosie nie ma ani krzty osądu.

Podziwia upartość kobiety, ale prawda jest taka, że sama nigdy nie była matką i nie wiedziała, co zrobiłaby w takiej sytuacji.

- Zostaniesz u mnie dzisiaj na noc. Zostaniecie u mnie na noc – oznajmia kobiecie Mary tonem nieznoszącym dyskusji i Molly patrzy na nią w czystym szoku. – Możesz myśleć, że jestem dziwką, ale nie zostawię samotnej matki z dzieckiem w nocy na ulicach Londynu – odpowiada.

Molly wciąż patrzy na nią w niedowierzaniu, ale nie protestuje, gdy Mary sięga po jej torbę. Na tę chwilę jest bezpieczniej, by kobieta sama niosła dziecko.