Link do oryginału można znaleźć na moim profilu.
Tłumaczenie za zgodą autorki.
Rozdział piąty: ODBICIA
Napisane na potrzeby Forum Wide Competition
Reprezentowany dom: Slytherin
Wyzwanie: Wybierz postać należącą do domu, którego jeszcze nie wybrałaś/eś.
Cytaty: słowa piosenki "Trying To Love You" autorstwa Trishy Yearwood
Od autorki: Tekst może wydawać się nieco OOC i pewnie rzeczywiście taki jest. Ale zastanawiałam się, jakby czuła się Tonks, rozważając swoją przynależność do rodu Blacków i co by to dla niej znaczyło.
Postacie: Nimfadora Tonks
Trying to love you... No one's come as close or gone so far
Trying to love you... I've lost and found myself in who you are
Trying to love you... So easy and so hard, trying to love you
Pomimo że w Londynie, podobnie jak i w innych metropoliach, łatwo utonąć w bezkresie samotności, nie przestaje mnie on fascynować. Niezwykle często włóczę się nocą po jego ulicach, gdzie jestem jedynie odosobnioną figurą, znaczącą tak samo niewiele jak brodacz siedzący przy studzience ściekowej albo bezdomna kobieta, która szuka miejsca na nocleg. Po drodze napotykam tłum nieznajomych, z twarzami skrytymi w mroku panującym między latarniami. Miasto nieustannie tętni życiem. Wydaje się, że sen nie ma do niego dostępu. Światła nigdy nie gasną, a muzyka nie cichnie. Stanowi ono przystań dla tych, którzy czują się zagubieni i gonią za czymś, czego jeszcze nie rozumieją.
Leje jak z cebra — bez przerwy bombardują mnie rzęsiste krople. Metalowa barierka mostu okazuje się nadzwyczaj chłodna, kiedy chwytam ją i wychylam się, by spojrzeć na ciemną wodę parę metrów poniżej. Bez wątpienia muszę być głupia, skoro znowu tu dziś przyszłam. Moja kurtka i koszulka pod nią już dawno przesiąkły wilgocią, przez co przemarzam do szpiku kości. W rozległej czerni tafli rzeki widać zdublowany świat, w tym i mnie samą, przyglądającą mi się bursztynowymi oczami.
Patrzę teraz na własną twarz — w kształcie serca, z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi, małym nosem i pełnymi, ciemnoróżowymi ustami. W oczach odbicia bez trudu dostrzegam swoją matkę, chociaż przez całe moje dzieciństwo twierdziła, że prawie w ogóle nie jestem do niej podobna. Dopóki trochę nie podrosłam, nie zdawałam sobie sprawy, że niemal się z tego faktu cieszyła. Kiedy pewnego ranka, bodajże w wieku czternastu lat, zeszłam na śniadanie, mając na głowie nie zwykłą fryzurę w kolorze balonowej gumy do żucia, tylko niesforne, grube, czarne loki, zobaczywszy mnie, natychmiast upuściła szklankę. Do dzisiaj pamiętam, jak mnóstwo kawałeczków stłuczonego szkła rozprysło po kuchennej podłodze, podczas gdy ona kurczowo złapała się krawędzi stołu i obrzuciła mnie surowym spojrzeniem.
— Zmień to — wydusiła. Nagle jej oczy wbiły się w moje.
Przez moment wpatrywałam się w nią, będąc w kompletnym i szczerym szoku. — Ale dlaczego, matko? Mnie się podoba.
— ZMIEŃ TO, NIMFADORO! — wrzasnęła znienacka, a po chwili po raz pierwszy w swoim życiu ujrzałam w jej oczach łzy. Nie zwróciłam nawet uwagi na to, że użyła mojego pełnego imienia. Posłusznie zmieniwszy czerń na głęboki odcień kasztanu, obserwowałam, jak jednym machnięciem różdżki sprząta resztki szklanki, po czym odwraca się do mnie plecami. Nigdy nie wyjawiła mi, dlaczego tak się wtedy zachowała. A ja nie pytałam.
Niemniej jednak żaden sekret nie pozostanie w ukryciu przez nieskończoność. Na kursie aurorów uczono nas o śmierciożercach i Lordzie Voldemorcie. Alastor z dumą opowiadał mi, jak wielu z tych obłąkańców wsadził do Azkabanu, lecz niespodziewanie, wymówiwszy kolejne nazwisko, obrzucił mnie takim spojrzeniem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałam. W jego oczach pojawiło się coś na kształt żalu, gdy wspomniał o Bellatriks Lestrange.
Teraz moje odbicie przekształca się w to, którego nienawidzi matka — z oczami jak dwa węgle i tamtymi splątanymi, ciemnymi lokami. Wkrótce z wody spogląda na mnie twarz jej siostry. Jako dziecko nie usłyszałam o Bellatriks ani jednego słowa, żyjąc w przekonaniu, że matka jest jedynaczką, a dziadkowie już umarli. Nie wiedziałam, że w rzeczywistości ma ona dwie siostry, poza Bellatriks jeszcze Narcyzę. Nie powiedziała mi, że gdzieś tam, poza nią i ojcem, żyją także inni ludzie, z którymi łączą mnie więzy krwi. Że nie jestem sama.
Niesforne, hebanowe loki stają się proste i przybierają barwę słomy, a czerń tęczówek stopniowo zastępuje lazurowy błękit. Wkrótce z głębin rzeki patrzy na mnie Narcyza. Wiem, jak wyglądają. Wiem, gdzie ich szukać, chociaż matka chciałaby, żebym jej siostry omijała najszerszym z możliwych łuków. Ale jak mogę zignorować tę iskierkę nadziei, która zalśniła w moim sercu na wieść o posiadaniu rodziny? Nigdy nie poznałam dziadków. Dorastałam bez braci lub sióstr. Matka nie rozumiała, w jak ogromnym stopniu smucił mnie widok moich kolegów i koleżanek z klasy w otoczeniu ich rodzin. Nigdy nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo czułam się samotna.
Przez całe moje życie odnoszę wrażenie, że czegoś w nim brakuje. Matkę uznaję jednocześnie za najlepszą przyjaciółkę i najgorszego wroga. Stanąwszy naprzeciwko lustra, zmieniłabym się w idealne kopie jej sióstr, lecz nigdy nie pozwoliłabym jej zobaczyć mnie samej. Gdy mam przed sobą ich odbicia, poczucie samotności nieco słabnie. Ale układanka ciągle jest niepełna. I nie istnieje żadna szansa, że jej zagubione elementy kiedykolwiek trafią we właściwe miejsca.
Postać w wodzie na powrót zmienia się w tę z nastroszonymi włosami w kolorze balonowej gumy do żucia i bursztynowymi oczami mojej matki. Oczami, w których połyskuje smutek. Tej strony mnie nikt nie dostrzega. Dla wszystkich jestem tylko energiczną, radosną dziewczyną, młodą aurorką, która lubi nosić koszulki z Fatalnymi Jędzami i rozdarte dżinsy. Moja przeszłość pozostaje dla nich niewiadomą. Bo nikt nie zdecydował się jeszcze jej poznać. To jestem ja. Te odbicia to one. Chociaż nawet ich nie znam.
Kiedy przemierza się miasto nocą, każda ulica zdaje się wyglądać tak samo. W większości okien panuje już ciemność. Świat pogrążył się we śnie. Bez zastanowienia skręcam w najbliższą alejkę i obracam się w miejscu. Gdy ponownie otwieram oczy, stoję w połowie drogi prowadzącej na niewysokie wzgórze. Porasta je gąszcz chwastów, jakby zezwolono naturze uczynić z nim to, na co tylko miała ochotę. W mroku miejsce to wydaje się o wiele straszniejsze niż jest w rzeczywistości. Na szczycie wzniesienia, dobrze ukryty między drzewami, stoi dwór, który dotychczas widziałam jedynie na zdjęciu.
Popycham frontowe drzwi, które otwierają się przy akompaniamencie donośnego skrzypienia. Przestępując próg, wyciągam z rękawa różdżkę. Niebawem na jej czubku migocze żółte światło, którego strumienie rozjaśniają wielki hall. Podłoga jest zimna i solidna, wykonana z twardego drewna, które straciło już swój połysk. Spacer po niej wyraźnie sugeruje, że zaczęła gnić. Woń stęchlizny wywołuje u mnie napad kichania. Po chwili do mojego nosa dociera również zapach pleśni.
Pierwszy pokój po lewej stronie musiał pełnić niegdyś funkcję salonu. Ciemnozielone zasłony zostały rozdarte i teraz porusza nimi niewidzialny podmuch wiatru, który wtargnął do środka przez jedno z wybitych okien. Pomieszczenie zalicza się do tych z rodzaju przestronnych. Oświetla je tylko srebrzysty blask księżyca, prześwitujący przez resztki szyb. Ściany pokrywa farba w mdłym odcieniu beżu, a ponad stołem zwisa kryształowy żyrandol. Pozostałe meble wyniesiono. Cienka warstwa kurzu szepcze opowieść o tym, jak wiele czasu upłynęło, odkąd domownicy stąd odeszli.
Nie znajduje się tutaj nic, co przywodziłoby na myśl przytulność i ciepło, jakich doświadczyłam w dzieciństwie. Pomyślawszy o matce, wyobrażam ją sobie stojącą przy tamtym oknie albo kroczącą po schodach. Bez względu na to, jak bardzo się staram, nie potrafię umieścić na jej twarzy uśmiechu.
Choć nigdy wcześniej tu nie byłam, dwór Blacków wydaje mi się dziwnie znajomy. Każdy pokój powiewającym z niego chłodem i ogołoceniem przypomina salon na parterze. Znajduję zaledwie dwie sypialnie, które wyglądają tak, jakby ktoś w nich kiedyś sypiał. W trzeciej zieje pustką. To także jedyna sypialnia z wybitym oknem. Rysy na drewnianej podłodze ciągle zdradzają, którędy pchano łóżko. Tapety zwisają ze ścian. Nie mieszka tu już nawet żadne wspomnienie.
Czas upływa, podczas gdy ja wędruję od jednego pokoju do następnego. Podąża za mną jakieś natrętne uczucie. Szept, którego jeszcze nie rozumiem. Coś, czego nie potrafię dokładnie określić. Czuję się swobodnie pośród tych odrapanych murów i gnijących podłóg. Zostawiam ślady stóp na starym dywanie, ale kiedy kurz ponownie na nim osiądzie, znowu będzie tak, jakby nikt tu nigdy nie przyszedł. Moja wizyta stanie się po prostu kolejnym zapomnianym wspomnieniem.
Gdy godzinę później z powrotem wkraczam w mroki nocy, zauważam, że przestało padać. Do świtu wciąż brakuje kilku godzin, lecz mimo to niebo zaczyna się już lekko rozjaśniać, a gwiazdy blednąć. Zostawiam za plecami ruiny dworu Blacków i obracam się w miejscu. Pierwsze, co widzę po otworzeniu oczu to róże mojego ojca, rosnące tuż przy pomalowanym na biało płocie. Na wspomnienie tego, jak wiele godzin poświęcił na to, by wyglądały choć w miarę dobrze, uśmiecham się, idąc w stronę drzwi. Wchodzę do środka i cicho wspinam się na górę, ale potykam się o miotłę, którą matka zostawiła na podeście schodów. Dotarłszy do mojej sypialni na końcu korytarza, siadam na łóżku i wyciągam spod poduszki zdjęcie. Wiem, że matka nie chciałaby, abym je miała. Jak to możliwe, że ktoś nie potrafi zrozumieć, że rodzina znaczy coś więcej niż tylko bycie razem?
Tamte odbicia w wodzie to moje różne oblicza. Oblicza, których świat nie potrafi dostrzec. Nikt nie wie, że podczas ceremonii przydziału Tiara najpierw szepnęła mi do ucha: „Slytherin", nim wrzasnęła na całą salę: „Hufflepuff!". Nikt nie zdawał sobie sprawy z mojego pochodzenia. Nikt się niczego po mnie nie spodziewał. Wszyscy wiedzą, że uwielbiałam bycie Puchonką, lecz nikt nie podejrzewa, że czasem miałam nadzieję nieco bardziej przypominać swoją matkę i wylądować w jej starym domu.
Istnieją dwie strony mnie. Ta, którą zna cały świat, którą ludzie widzą, z którą rozmawiają i się śmieją. Jest jednak jeszcze ta druga. Zamknięta gdzieś głęboko, która chciałaby mieć ich w pobliżu — członków mojej rodziny. Nie bacząc na to, kim są ani co zrobili. Przecież w naszych żyłach ciągle płynie ta sama krew.
Jestem córką mojej matki. Należę do rodu Blacków. Przejęłam zatem pewną część charakterystycznej dla nich dumy. Tej rodzinnej arogancji. Tego arystokratycznego sposobu przedstawiania się, co, jak mówią niektórzy, przychodzi mi z ogromną łatwością. Ale jestem również częścią rodziny Tonksów. Córką mojego ojca. Podobnie jak on kocham przyrodę i to właśnie po nim odziedziczyłam swoją niezdarność.
Rozdarto mnie między dwoma różnymi światami. I jestem ich krewną, czy im się to podoba, czy nie.
