Od autorki:

Przez ostatnie trzy tygodnie nie miałam dostępu do internetu stąd brak update'u, serdecznie za to przepraszam. Wczoraj wróciłam z wyjazdu i udało mi się dokończyć rozdział, który (mam nadzieję) wyszedł nie najgorzej.


Nie poleciał. Po chwili początkowej, niewytłumaczalnej euforii, Sherlock doszedł do siebie i zrozumiał, że nie może tam polecieć. Nie może. To dowiodłoby, że czuje do niej coś więcej niż tylko pogardę i politowanie. Dowiodłoby, że miała rację. A on nienawidził gdy ktoś inny miał rację. Szczególnie ona. Gdyby poleciał do Egiptu, Irene Adler by wygrała. Teraz gdy stali na granicy remisu w ich niepisanej grze, Kobieta mogła bardzo łatwo wygrać. W materii odczytywania ludzkich uczuć była nieporównywalnie lepsza od niego (co przyznawał z trudem) i doskonale wiedziała jaką ma nad nim przewagę. Nie mógł pozwolić by ją wykorzystała.

To byłoby poniżające. Pokonany przez kobietę, Kobietę. Pokonany przez emocje, przez sentyment, przez głupi, zwierzęcy pociąg.

-Sentyment- prychnął cicho, okrążając salon powolnym krokiem, podrzucając telefon w ręku.- Sentyment! Jedyne co odróżnia nas od zwierząt to umiejętność racjonalnego myślenia, nie pozwól by sentyment do Kobiety ci to odebrał.

Zaklął, zatrzymał się w pół kroku.

-Dlaczego jej w końcu nie odpiszesz?

Ach, tak, John. Jak długo on tu siedzi? Kiedy wrócił?

-Dlaczego miałbym?- spytał, zatrzymując się nagle i odwracając się w jego stronę. Watson zawahał się, spojrzał na Sherlocka unosząc wysoko brwi.

-Bo tak wypada, Sherlocku Holmesie- powiedział, przyjmując nieco zbyt nakazujący ton niż powinien.- Bo tak robią normalni ludzie. Bo wysłała do ciebie już dużo ponad sześćdziesiąt SMS'ów.

Holmes nie był pewien jak powinien odpowiedzieć. Czuł w głosie przyjaciela coś czego nie potrafił w pełni nazwać. Coś w rodzaju nagany. Nie podobało mu się to.

-To nie są argumenty- odparł spokojnie.- Przynajmniej nie dla mnie. Nie jestem normalnym człowiekiem.

-Oh, na miłość boską!- John zerwał się z fotela, cisnął książkę na bok.- Odpisz jej, do cholery, napisz jej jutro głupie: „Dzień dobry" albo pożycz jej wesołych świąt… Szczęśliwego Nowego Roku. Zróbże cokolwiek! Czy ty tego naprawdę nie zauważasz?

-Czego?

Watson westchnął ciężko, skrzyżował ramiona na piersi, spojrzał Sherlockowi poważnie w oczy.

-Że ona już nie gra. Że już dawno przestała. I, że od dawna chce się po prostu spotkać.

Holmes nie odpowiedział, zacisnął szczęki, przeczesał włosy palcami, podszedł do okna. Pokręcił głową, bębniąc cicho palcami w parapet. Był zły na siebie. Nigdy nie był dobry w odczytywaniu ludzkich uczuć. W tej materii ustępował Johnowi. I Kobiecie.

Znów ona. Cholera.

-Wynoś się z mojego umysłu! Jestem zajęty!


-MIAŁAŚ PODAĆ MI HOLMESA NA TACY! JM.

-Zmiana planów, kochanie. Trzeba być elastycznym. IA.

-Żadna zmiana planów. Masz jeszcze szansę żeby to naprawić. Jak nie, zrobię sobie z ciebie buty. JM.

-Oh, wiem. I wypalisz ze mnie serce. Stara śpiewka. IA.

-Nie pogrywaj ze mną. JM.

-Nawet nie próbuję. xoxo. IA.


Kobieta przyjrzała się sobie uważnie w lustrze, wyciągnęła wsuwki z włosów, pozwoliła im w miękkich, brązowych falach opaść na ramiona. Potrząsnęła głową, westchnęła cicho, uśmiechając się do wspomnień. Dawno temu, w innym życiu, kiedy Kobieta była jeszcze dziewczyną, nosiła rozpuszczone włosy, szczyciła się nimi. Ale to było naprawdę dawno temu… Gdy…Nie, to było, minęło, nie ma już tamtej zakochanej po uszy studentki, którą ktoś… wykorzystał. Zaklęła pod nosem. Zaczynała wspominać, rozdrapywać stare rany, robić coś czego obiecała sobie nie robić dla własnego dobra. Była zmęczona. Była zła, wściekła w najbardziej naturalistycznym znaczeniu tego słowa. Po tym jak dostała wiadomość od Moriarty'ego zrozumiała, że nie ucieknie, że czegokolwiek nie zrobi on i tak ją znajdzie. Jego sieć była znacznie większa niż zakładała początkowo. Jego ludzie, kimkolwiek byli, zapewne już wiedzą w jakim hotelu się zameldowała i jak długo zostanie. Zwykła zmiana tożsamości nie wystarczy by się od niego wywinąć. Ten dupek znajdzie ją nawet po śmierci.

-Jakaż ty byłaś naiwna- rzuciła w przestrzeń, opadając ciężko na łóżko.- Jakaż ty byłaś głupia. Bawiłaś się ogniem, skrupulatnie ignorując fakt, że łatwo się tak poparzyć.

Wcisnęła twarz w poduszki pachnące proszkiem do prania i lawendą, spróbowała uśmiechnąć się do siebie. Prawie jej się udało. Powinna zacząć myśleć pozytywne. Za dwa dni wieczorem w Kariachi odbierze nowe dokumenty i jako Ann Stigierson, żona zmarłego pół roku temu profesora Tomasa Stigiersona wróci do Londynu. Nie będzie się spieszyć. Dawno nie była w Paryżu, nigdy w Nowym Jorku. Czas trochę pozwiedzać… Przekręciła się na plecy, sięgnęła do torby po papierosa, zapaliła, głęboko zaciągnęła się dymem tylko po to by po chwili wypuścić go z płuc i patrzeć jak rozwiewa się w powietrzu.

Lubiła patrzeć na dym. Kojarzył jej się z uwolnieniem duszy, z czymś magicznie ulotnym. Lubiła patrzeć na dym.