Stiles nie miał żadnych przyjaciół.
Nie miał nikogo, kto byłby mu na tyle bliski, by mógł podzielić się z nim swoją stratą. Nikogo, kto użyczyłby swojego ramienia, na które Stiles mógłby płakać i płakać, i nigdy nie przestać.
Miał tylko lojalnych współpracowników szeryfa, który był dla nich „niczym drugi ojciec". To oni najwięcej mu pomogli. Pomogli mu zorganizować pogrzeb, pomogli finansowo, pomogli ogarnąć dom. Pomagali i pomagali, byli i wspierali tego biednego nastolatka, który stracił jedyną rodzinę, który czasami zawieszał się i wpatrywał w jeden punkt o wiele za długo, który rozklejał się na widok mundurów policji, jak dobry syn, którym był. Jak dobry syn, którym był zmuszony być.
Stiles naprawdę nie miał żadnych przyjaciół.
Ale w sytuacjach ekstremalnych – takich jak ta – zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli cię pocieszyć. Do jego domu zawitali nauczyciele, uczniowie, nawet sam pan burmistrz z córką. Lydia Martin spojrzała na niego chyba po raz pierwszy raz w życiu, ale Stiles nie miał siły, by się tym ekscytować. Nie miał też siły przyjmować kondolencji od każdego, dosłownie każdego z Beacon Hills, ale musiał to zrobić. Musiał być dobrym synem.
Nawet po śmierci ojca to brzemię go prześladowało.
