Nagle osłona w kształcie bańki pękła. Cała trójka zwróciła spojrzenia w stronę Harrego. Z pozoru wyglądał normalnie, jednak coś nadawało jego wyglądowi mroczności. Od całej jego sylwetki bił gniew który przeraził nawet najbardziej wytrawnych aurorów jaki miał "Zakon Feniksa".

Wtedy Ainnir dostrzegła spojrzenie swojego mężczyzny. Jego oczy zmieniały się z każdą upływającą sekundą. Białka napływały czernią a źrenice zmieniały kolor na złote.

Przerażona rzuciła się biegiem ku mężowi w między czasie tworząc porządną barierę wokół wszystkich zebranych w ich kuchni. Otoczyła dłońmi twarz Harrego kierując jego spojrzenie wprost w jej oczy. Delikatnie gładziła kciukami jego policzki.

W tym samym momencie z ciała Wybrańca zaczęła unosić się lekka mgiełka koloru czarnego a jego oczy zakończyły mutacje. Teraz patrzyły na nią złote tęczówki z wewnętrznym blaskiem a przerażająco czarne białka wprawiły ją w drżenie.

-Harry, kochanie... spokojnie. Nie chcesz zrobić im krzywdy... ani mi. Hermiona jest w ciąży... nie skrzywdzisz niewinnego dziecka... Harry spokojnie... jestem przy tobie.- szeptała drżącym głosem składając od czasu do czasu na ustach Harrego lekki i uspokajający pocałunek.

Sytuacja była poważna. Każdemu groziło niebezpieczeństwo, nawet jej. Nawet po jego przemianie czuła jego niestabilność. Niestabilność która pogarszała sytuację z każdą chwilą. W każdej chwili mógł wybuchnąć mocą która zmiotłaby ich z powierzchni ziemi w ciągu ułamku sekundy.

-Harry... proszę wróć- szepnęła desperacko czując napływające do oczu łzy. To była najdłuższa mutacja Harrego jaką kiedykolwiek widziała. Jej strach sięgnął apogeum kiedy nic się nie zmieniło w postawie jej męża.

Rozpaczliwie wtuliła się w umięśnioną klatkę piersiową mężczyzny. Tak bardzo się bała.

Wtem od postaci Harrego wystrzelił ciąg powietrza. Czarna mgiełka zniknęła z powierzchni ciała Wybrańca. Chwilę później poczuła delikatny pocałunek na szyi oraz oplatające ją ramiona.

-Przepraszam Kochanie. Jestem przy tobie.- Tulił ją dopóki nie przestała drżeć.

Nienawidził tych momentów kiedy jego własna żona bała się go. Po za granicami Brytanii panował nad tym, w miarę możliwości. A teraz? Nawet nie wiedział kiedy doszło do mutacji!

Przeklęty Zakon...

Harry zamknął drzwi za ostatnim członkiem Zakonu z ulgą. Pozbył się natrętów... w końcu. Miał nadzieję pozbyć się także państwa Malfoy ale jego żona się uparła żeby zostali. A miał taką nadzieję że zostanie sam na sam ze swoją żoną. W końcu od dłuższego czasu nie mieli nawet chwili dla siebie. Takie rozczarowanie...

Wiedział że powrót do domu to nie najlepszy pomysł. Raz. Upierdliwy Zakon Feniksa z Dumbledorem na czele. Dwa. Upierdliwy jak diabli Voldemort ze swoimi Śmierciożercami. Trzy. Jego niespodziewany powrót na pewno zaraz okrąży kulę ziemską w try miga. Cztery. Mógł tu tylko pomarzyć o świętym spokoju.

Zniechęcony jak nigdy spojrzał na obraz matki Syriusza. O dziwo był cicho. Potter z zaciekawieniem podszedł do zasłony ukrywającej portret Pani Black. Kiedy odsunął materiał zalała go fala przekleństw które mało go obeszły.

-Cześć staruchoooo...-powiedział z okrutnym uśmiechem. Postać z obrazu umilkła. Wpatrywała się długo w czarnowłosego a kiedy jej oczy rozszerzyły się w przerażeniu uśmiech Harrego jeszcze się powiększył. Przybliżył dłoń do obrazu. Wskazującym palcem przeciągnął po płótnie portretu. W korytarzu dało się usłyszeć trzask rozdzieranego materiału i przerażony krzyk Pani Black.

-Harry...- mężczyzna usłyszał za sobą głos żony. Jak rażony piorunem stanął na baczność na wprost swojej kobiety. Ma przerąbane.

Ainnir miała hopla na punkcie dzieł sztuki, zarówno magicznych jak i zupełnie mugolskich. Co gorsza jej hobby była renowacja obrazów. Mężczyzna wymierzył sobie mentalny policzek za swoją głupotę i sklerozę.

-Później sobie porozmawiamy, a teraz dawaj kamień!- Czyżby mu się upiekło? Oszołomiony tym faktem wyciągnął z kieszeni prawie ze przeźroczysty kamień nie większy od jego kciuka i podał go żonie. Jednak kiedy usłyszał jak jego żona wymawia imię mentorki zbladł.

Mam przesrane. Huczało mu w głowie. Ainnir, jego własna żona chce mu teraz zgotować piekło na ziemi. Rozjuszona Ainnir i Mentorka były jedynymi osobami których bał się gorzej niż Voldemorta razem ze swoimi Śmierciożercami. W chwilach szału były nieobliczalne i zawsze ale to zawsze po każdej kłótni wychodził na tym najgorzej.

Z rosnącym przerażeniem patrzył jak mglisty kamień zaczął migotać w oczekiwaniu na odbiór z bliźniaczego kamienia:

-Ale kochanie to chyba nie powód żeby sprowadzać tu Amelię! Kupię ci cokolwiek zechcesz, wiesz, zadość uczynienie! Tylko nie sprowadzaj jej tutaj...- przez przerażenie które przesłaniało Potterowi racjonalne myślenie, nie zauważył rozgniewanego i poirytowanego spojrzenia żony. Kiedy to spostrzegł było już za późno dla niego na ratunek. Pani Potter wybuchła:

-Ty impertynencki imbecylu który widzi tylko czubek własnego nosa! Na Merlina! Nie wszystko kręci się wokół twojej osoby!

Wrzaski Ainnir z pewnością było słychać w całym domu. Złote oczy dziewczyny świeciły nieznanym blaskiem a na policzki kobiety wstąpiły dorodne rumieńce. Harry pod reprymendą nieznacznie skulił się w sobie.

-Ale...

-Do cholery Harry! Tu chodzi o życie Hermiony i jej dziecka!- Potter w głębokim szoku przyglądał się żonie która teraz rozmawiała z Amelią. Bardzo powoli dochodziły do niego słowa złotookiej. Jego najlepsza przyjaciółka, którą traktował praktycznie jak siostrę mogła umrzeć. Poczuł nieopisaną ulgę gdy pomyślał że pomoże jej Amelia. W końcu była najlepszym lekarzem i medykiem w jednym. Jego przerażenie tą sytuacją zmieniło się w podenerwowanie. Prawie odetchnął z ulgą gdy usłyszał za sobą zduszony jęk. Za sobą zobaczył struchlałego i zrezygnowanego ślizgona.