Rozdział III
Elisabeth stała przed Jamesem podając mu pudełko, w którym ukryta leżała peleryna-niewidka. Chłopak zręcznie odebrał od niej kuferek i podał jej swoją różdżkę, żeby dokładniej się mu przyjrzeć. Odtworzył je i ze zdziwienia malującego się na jego twarzy Lizzy wywnioskowała, że bardzo mu się spodobały jej małe czary. - Nie zająknął się nawet na temat hasło - pomyślała rozbawiona. James otwierał właśnie usta zapewne po to, żeby mogła oddać mu różdżkę i żeby mógł spróbować otworzyć zaklęciem nowo stworzoną skrytkę. Kiedy ktoś gwałtownie wparował przez drzwi instynktownie odwróciła się z wyciągniętą przed siebie różdżką.
Po zszokowanych minach Matta i Jerrego poznała, że coś ewidentnie jest nie tak. W przeciągu paru sekund zadziało się kilka rzeczy jednocześnie. Widziała jak obaj podnoszą różdżki w bojowej gotowości. Zdała sobie przy okazji sprawę z bezbronności Jamesa. Przecież dalej trzymała jego różdżkę w drugiej ręcę.
- Drętwota! - krzyknął Matt
- Petrificus totalus! -warknął Jerry
- Protego! - ryknęła Lizzy starając się, żeby starcza stworzona przez nią objęła swoich zasięgiem także stojącego obok niej Jamesa.
Trzy głosy rozległy się niemal jednocześnie. Rekacja Lizzy była jednak szybsza, więc zaklęcia Matta i Jerrego odbiły się od nich. Obaj zachwiali się na nogach. To była szansa, na którą czekała dziewczyna.
- Expelriamus! - krzyknęła w stronę Jerrego, nie tracąc zimnej krwi. Jego różdżka pofrunęła prosto w jej stronę.
- Co Wy wyrabiacie?! - wrzasnął James, do którego dopiero zaczęła docierać co właśnie się przed chwilą stało.
Elisabeth i Matt dalej celowali w siebie różdżkami, gotowi w każdej sekundzie do ataku.
- Co my wyrabiamy? Co ona ona wyrabia!? Jakbyś nie zauważył to ta przeklęta Ślizgonka właśnie nas zaatakowała. - wysyczał purpurowy na twarzy Jerry. - Pozbawiła nas obu różdżek kretynie. - dodał, widząc zdezorientowaną minę Jamesa. - No dalej Matt! Pokaż jej na Cię stać! Nas jest trzech, a ona jedna. Na pewno nam się nie wyśliźnie. Matt!
Matt nie mógł połapać się w zaistniałej sytuacji, ale widząc dwie różdżki kolegów w jej dłoni przychylił się do postulatu - Lizzy zaciągnęła Jamesa podstępem do opuszczonej sali ćwiczeniowej, po czym go zaatakowała. Była w końcu ze Slytherinu. Nie różniła się niczym od innych podstępnych Ślizgonów. Było to coś co od zawsze powtarzał jej Jerry oraz Peter. On zawsze ślepo w nią wierzył, ale teraz niezbity dowód stał tuż przed nim. Wezwanie po imieniu przez kolegę otrzeźwiło go - Tylko ja mogę uratować sytuację, pewnie zjawi się ich tu więcej - pomyślał gorzko.
- Drętwota! - wykrzyknął
- Protego! - Lizzy zręcznie odbiła jego zaklęcie i już szykowała się do rzucenia własnego, kiedy James wyszedł zza niej.
- Uspokójcie się wszyscy! Matt natychmiast opuść różdżkę! - wykrzyczał James i ruszył w jego kierunku.
- O czym Ty mówisz stary, ona dopiero co Cię zaatakowała! Ma różdżkę Twoją i Jerrego, a ja mam tylko stać i się temu przyglądać?! - krzyczał Matt
- Nikt mnie nie zaatakował! Sam dałem jej swoją różdżkę.
- Matt uważaj ona powieszała mu w głowie, na pewno używa jakiegoś zaklęcia. James nigdy nikomu nie oddałby swojej różdżki to pamiątka rodzinna.
- Na Merlina! Do niczego nie mnie przymuszała, podałem jej swoją różdżkę, bo ona podała mi tamto pudełko! - James wskazał na przedmiot na podłodze po prawej stronie Elisabeth.
Czujna dziewczyna tylko czekała na moment, kiedy Matt spuści ją z oczu.
- Expelriamus! - krzyknęła i różdżka wyrwała się Mattowi z ręki.
- Widzisz! Może powiesz mi, że ta Ślizgonka ma dobre zamiary? - zapytał ironicznie Jerry. - No to dawajcie, dajmy jej nauczkę. Mamy przewagę liczebną.
James był wściekły, koledzy go nie słuchali. Elisabeth stała w pewnej odległości od nich, trzymając ich ciągle na muszce i przyjmując postawę bojową. Uznał, że przekrzykując się z Mattem i Jerrym nic nie wskóra. Postanowił spróbować od innej strony.
- Nawet nie próbujcie się stąd ruszyć! - krzyknął i zaczął powoli cofać się w stronę Lizzy patrząc jej prosto w oczy.
Początkowo wyglądała na lekko przestraszoną, ale po chwili zacisnęła usta i skierowała różdżkę na Jamesa, wciąż uważnie obserwując pozostałych.
James podchodził bardzo powoli, cały czas zastanawiając co tak naprawdę teraz o nich myśli. Bał się, że nie wytrzyma napięcia i ich zaatakuje, co jeszcze bardziej skomplikuje sytuację. Nic takiego jednak się nie wydarzyło, jej twarz nie wyrażała teraz praktycznie żadnych emocji. Jamesowi udało się podejść do niej na wyciągnięcie ręki.
- Czy oddasz mi moją różdżkę? Obiecuje, że Cię nie zaatakuje - powiedział łagodnie. Dostrzegł wahanie w jej ruchach, ale ku jego zdziwieniu po chwili podała mu wszystkie trzy trzymane różdżki.
- Idźcie stąd. Nie chcę żadnego z Was widzieć nigdy więcej na oczy. - powiedziała spokojnie, nie patrząc nawet na Jamesa. Wciąż miała na celowniku Matta i Jerrego. - No już zabierajcie się stąd- dodała.
- Lizzy, ja... - zaczął James
- Nie lubię się powtarzać. Już Ci raz powiedziałam, że w ten sposób zwracają się do mnie moi przyjaciele, a żaden z Was nie zasługuje na to miano - przerwała jego wypowiedź, zwracając się przy końcu wymownie w stronę Matta.
James był zagubiony. Miał nadzieję, że chodź trochę się do siebie zbliżyli, że zniknęły dzielące ich uprzedzenia. Dopiero co cudem wytłumaczył się ze śledzenia jej pod peleryną-niewidką, a ona w dodatku wyczarowała dla niego skrytkę. Teraz jednak stała przed nim zupełnie nieobecna, wiąż celując różdżką w jego kolegów. Bał się odezwać i jeszcze bardziej popsuć całą sytuację. Nie wiedział dlaczego kumple uznali, że dziewczyna go zaatakowała.
Dodatkowo nie wiedział jak zareagować na słowa, który przed chwilą padły z jej ust. Nie wiedział co robi tutaj Matthew Donegan. To właśnie w niego głównie mierzyła teraz Lizzy, a przecież Matt był jej przyjacielem jeszcze z czasów dzieciństwa. James nie potrafił zrozumieć dlaczego ją zaatakował. Zaatakował, a nie rozbroił jak ona jego. Lizzy tak naprawdę rozmawiała z nim jako jedynym Gryfonem i głównie przez to Matt był obiektem ciągłych drwin pozostałych, najwidoczniej zazdrosnych kolegów. Mimo wszystko chłopak często wymykał się do biblioteki, żeby porozmawiać tam z Elisabeth. Chociaż nigdy tak naprawdę im o niej nie mówił James i Tim podejrzewali, że chłopak się w niej durzy. Słyszał jak parę razy kłócili się na korytarzu, nie mniej jednak zawsze jakoś się dogadywali. Teraz jednak powiedziała, że nikt w tym pomieszczeniu nie ma prawa nazywać się jej przyjacielem. Spojrzał na kolegę, ale ten nie był jednak tym faktem zaskoczony.
- Nikt tutaj nie chciałby się nim nazywać - wydyszał wściekły chłopak. - Idziemy stąd! Jazda! - warknął na kolegów i ruszył w stronę drzwi.
- Masz rację. To wariatka - dodał Jerry. - James! - ponaglił kolegę i wyszedł za Mattem z pomieszczenia.
James stał przez chwilę w miejscu spoglądając to na kumpli to na Lizzy. Stała nieruchomo i patrzyła jak chłopcy po kolei znikają na drzwiami. Nie opuściła jednak różdżki kiedy ostatni z nich przeszedł przez drzwi. Cofnęła się o dwa kroki i skierowała ją w stronę rozdartego Jamesa.
- Zrozumiałem przesłanie - powiedział, schylił się po pudełko wciąż leżące na podłodze i ruszył w stronę drzwi.
Jerry poklepał Jamesa po plecach kiedy ten wyszedł z sali i zamknął za sobą drzwi.
- Zostawcie mnie - warknął, zrzucając jego rękę. - Co Wam odbiło? Ona mnie w żaden sposób nie zaatakowała.
- To co robiłeś z nią w tej pustej klasie? - spytał drwiąco Jerry. - Poza tym może nie zaatakowała Ciebie, ale zaatakowała nas.
- Rozmawialiśmy. Wpadłem na nią w sowiarni, a ona chciała wypytać o swojego brata, który jest w Gryffindorze. - skłamał gładko James.
- Jej brat jest Gryfonem? Nigdy o tym nie wspominałeś Matt - powiedział Jerry z wyrzutem.
Matt wzruszył tylko ramionami, ale nie powiedział ani słowa.
- Dlaczego ją zaatakowaliście?
- My? Byłeś tam przecież, to ona zaatakowała nas.
- Bzdura! Ona się tylko broniła, poza tym rozbroiła Was, a nie atakowała żadnym z zaklęć.
- Myślę, że miała parę paskudnych ślizgońskich zaklęć na końcu języka. Nie widziałeś jak patrzyła na Matta? Gdyby można było zabijać wzrokiem to padłby martwy.
- Nie mogę uwierzyć w to co słyszę...
- A ja nie mogę uwierzyć, że Cię pozbawiła różdżki. Kogo jak kogo, ale Ciebie?
- Niczego mnie nie pozbawiła. Nie miałem szaty, więc nie miałem gdzie jej wsadzić kiedy podało mi pudełko. Podałem jej więc swoją różdżkę do potrzymania.
- No cóż. Inaczej to brzmiało jak staliśmy pod drzwiami. Mamrotała jakieś zaklęcia, więc baliśmy się, że coś Ci zrobiła.
- Czyli nigdy Cię nie zaatakowała? - odezwał się po raz pierwszy Matt łamiącym się głosem i odwrócił od nich głowę.
- Nigdy...
- No cóż. Ma nauczkę na przyszłość, żeby nie zadzierać z Gfryfonami, bo my zawsze dbamy o swoich i na pewno nas nie wystraszy byle Ślizgon - zaśmiał się Jerry.
- Jak możesz tak mówić, nic Wam nie zrobiła, a Wy ją zaatakowaliście! W dodatku we dwoje naraz!
- No a co Ty myślałeś? Przecież jest jedną z lepszych uczniów na Zaklęciach, nie zaryzykowałbym pojedynku jeden na jeden. Ślizgoni mogą być nieobliczalni, nikt tak naprawdę nie wie czego uczą ich w domu węża.
- Miała racje, jestem tchórzem - powiedział skonsternowany James.
- Ty tchórzem? Przecież jesteś Gryfonem, a Gryfoni nigdy nie są tchórzami. W dodatku jesteś synem samego Harrego Pottera, który pokonał Sam-Wiesz-Kogo i jego armię Śmierciożerców. - powiedział oburzony. - Ta Ślizgonka chyba namieszała Ci w głowie.
- Nie mów tak o niej! - warknął. - Ona ma imię. Poza tym miałabym całkowitą słuszność, jeżeli zaatakowałaby Cię jakimkolwiek urokiem. Dwóch na jednego, a w dodatku na dziewczynę! Jak Ci nie wstyd! A ona cały czas tylko się broniła. Poza tym jakbyś nie zauważył, za pierwszym razem zasłoniła także mnie tarczą.
James był zbyt zmęczony, żeby kontynuować. Jerry nie powiedział już ani słowa, najwidoczniej obrażony, a Matt szedł dwa kroki za nimi nie podejmując już żadnego wątku.
Wreszcie dotarli do portretu strzegącego wejście do wieży Gryfonów.
- Hasło proszę - powiedziała z wyższością Gruba Dama
- Mea culpa - odpowiedział Jerry i we troje dostali się do Pokoju Wspólnego.
- I jak tam misja ratunkowa? Widzę, że James jest cały i zdrowy - zagaił ich Peter, który rozsiadł się w fotelu przed kominkiem.
- Chyba James wcale nie był przetrzymywany wbrew swojej woli, jak wszyscy twierdziliście? - powiedział Tim, spoglądając z niepokojem na Jamesa. Jego mina dobitnie pokazywała, że coś poszło nie tak.
- Nie sądziłem, że gustujesz w Ślizgonkach James - powiedział Arthur, piątoroczny Gryfon, a przy okazji pałkarz z zespołu Jamesa. - Chociaż nie powiem Elisabeth jest całkiem niezła.
- Nie mów tak o niej - warknął James. - Dajcie mi wszyscy spokój - dorzucił i skierował się w stronę schodów prowadzących do dormitorium trzeciorocznych chłopców.
- A temu co znowu odbiło? – zapytał Peter.
- Jerry odpowiedz nam co tam się właściwie stało. James wygląda na wściekłego. – powiedział pojednawczo Tim.
James zamknął za sobą drzwi i z westchnieniem powlókł się do łóżka. Zobaczył zaciągnięte zasłony na łóżku Matta, ale nie miał ochoty do niego zagadywać. Wsadził otrzymane pudełko pod łóżko i szczelnie zamknął zasłony. Rozmyślał o tym co stało się przed chwilą.
- Jestem tchórzem. Nie stanąłem w jej obronie jak powinien, zostawiłem ją samej w tej klasie. Po prostu stchórzyłem. Nie potrafiłem postawić się kolegom, a ją zostawiłem całkiem samą. Co gorsza byłem świadkiem końca jej przyjaźni z Mattem - pomyślał.
Tak naprawdę od jakiegoś czasu zazdrościł Mattowi kontaktu z Lizzy, a przede wszystkim tego, że zdołał ją poznać jeszcze przed podziałami jakie nastąpiły po przyjściu do Hogwartu. Teraz jednak sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Matt zaatakował ją dwukrotnie nie starając się dociec przyczyny jej postępowania. Jako przyjaciel powinien bezwarunkowo stanąć po jej stronie, a jednak nie zrobił tego. Początkowo Lizzy rozbroiła tylko Jerrego pewnie mając nadzieję na to, że przyjaciel jej nie zaatakuje. Musiała być w kompletnym szoku kiedy Matt ją mimo wszystko zaatakował.
- A ja zostawiłem ją tam samą - westchnął i przewrócił się na drugi bok. Burczenie w brzuchu jeszcze dobitniej przypomniało mu, że Lizzy umówiła się z koleżankami w Wielkiej Sali. - Ciekawe czy teraz tam jest? Zresztą jakie ma to znaczenie. Nawet na mnie nie spojrzy. Nie chcę, żeby na mnie patrzyła. Jestem żałosnym tchórzem - przyznał w duchu.
James szybko zapadł w niespokojny sen. Obudziło go ssanie w żołądku, opuścił przecież wczorajsza kolację. Była 7:00 rano, postanowił zejść na śniadanie zanim w Wielkiej Sali zrobi się tłoczno. Wygrzebał się z łóżka. Łóżko Matta było już puste, widocznie miał jeszcze gorszą noc niż on.
Zaczął się ubierać starając się nie obudzić współlokatorów. Sięgając po skarpetki uderzył się w małego palca u stóp.
- Na Merlina! - zawył.
- James?
Odwrócił się w kierunku, z którego pochodził i zobaczył siedzącego na łóżku Tima.
- Przepraszam, nie chciałem Cię obudzić. Jest mega wcześnie, idź spać dalej.
- Nie, czekałem na Ciebie. Początkowo pomyliłem Cię z Mattem, on wyszedł jakieś pół godziny temu. Ale zachowywał się bardzo cicho, więc szybko zorientowałem się, że to nie Ty. Chodź idziemy na śniadanie - zarządził Tim.
- Naprawdę nie mam ochoty z nikim teraz rozmawiać. Daj mi spokój
- Jerry opowiedział nam co zdarzyło się wczoraj. Chociaż przyznam, że dziewczyna atakująca trzech facetów na raz nie brzmi zbyt prawdopodobnie.
- Ona nikogo nie zaatakowała...
- Jerry powiedział, że odebrała Ci różdżkę i pomieszała w głowie, a następnie zaatakowała jego i Matta, kiedy przyszli Ci na ratunek.
- Nonsens! - warknął James.
- Ciszej! Wszyscy jeszcze śpią. Chodź na dół, po drodze opowiesz mi co się stało.
James był wzburzony po tym co usłyszał, jak Jerry mógł tak ewidentnie mijać się z prawdą. Uznał, że choć Tim zasługuje na prawdę, a poza tym dobrze wiedział, że nie pozbędzie się go dopóki nie opowie mu wszystkiego co stało się wczoraj.
Po drodze do Wielkiej Sali opowiedział koledze o wczorajszych wydarzeniach. Tim milczał przez cały czas, nawet gdy dotarli na śniadanie nie odezwał się słowem. James był w trakcie nakładanie dokładki, kiedy wreszcie przemówił.
- James daj mi się w tym połapać. Wybiegłeś wczoraj z dormitorium jak szalały, ponieważ wziąłeś pelerynę-niewidkę, żeby śledzić Elisabeth. Podsłuchiwałeś jej rozmowę z młodszym bratem aż do sowiarni. Tam odkryła Twoją obecność, rozbroiła Cię i zaprowadziła do pustej klasy na 4 piętrze. Tak oskarżyła Cię o nienawiść do Ślizgonów i przyznała Ci się, ze unikała swojego brata trzy miesiące, ponieważ bała się, że nie zaakceptują go nowi koledzy. Wytłumaczyłeś się jej ze swoich relacji z Albusem oraz obiecałeś, że będziesz bronił jej brata przed kłopotami. Po czym zahasłowała dla Ciebie pudełko, w którym kazała Ci trzymać pelerynę-niewidkę. W międzyczasie oddała Ci Twoją różdżkę, ale oddałeś jej ją z powrotem kiedy oglądałeś skrytkę. W tym momencie do pomieszczenia wpadli nasi koledzy i ją zaatakowali? To ostatnie kompletnie nie ma sensu.
- Sam nie wiem dlaczego ją zaatakowali. Chyba zobaczyli mają różdżkę w jej ręce i zaatakowali. Matt nawet dwukrotnie.
- A ona? Czy odpowiedziała atakiem?
- Już Ci powiedziałem, że nie. Użyła tarczy, żeby zasłonić się przed zaklęciami. Początkowo rozbroiła tylko Jerrego, ale po tym jak zaatakował ją też Matt odebrała także jemu różdżkę.
- Czy zdajesz sobie sprawę, że jeżeli by nie zablokowała ich zaklęć to cała historia nie miałaby szczęśliwego końca. Ugodzenie dwoma różnymi zaklęciami jednocześnie, a w dodatku z tak bliskiej odległości wpakowałoby ją do Skrzydła Szpitalnego na przynajmniej tydzień.
- Nie pomyślałem o tym, ale masz rację.
- Co oni sobie myśleli, żeby najpierw atakować, a potem dopiero zadawać pytania. A co z Mattem dlaczego ją zaatakował drugi raz?
- Nie wiem, ale widać było, że się tego po nim nie spodziewała.
- Oni pokłócili się w ten sam dzień na korytarzu tuż zanim Jerry zrobił Ci dowcip i powiedział, że Elisabeth Cię woła. Nie minąłeś go gdy do niej szedłeś?
- Nie, zupełnie.
- Musiałeś go nie zauważyć, bo on widział, że do niej szedłeś.
- O co się pokłócili? Mówił Ci?
- Nie, nie chciał ze mną rozmawiać, a ja tym razem go nie naciskałem.
- Nie? To do Ciebie niepodobne - powiedział niewinnie James
- Jak widać trzeba było. Może mógłbym wtedy zapobiec późniejszym wydarzeniom - odpowiedział zamyślony Tim.
- Daj spokój, nie zbawisz całego świata. Wracając do Matta to gdy zobaczył nas w tej sali był wściekły. Kiedy dowiedział się, że Lizzy tak naprawdę mnie nie zaatakowała tylko wypytywała o brata to nie odzywał się całą drogę do wieży.
- O czym Ty mówisz? Przecież w sumie to Cię zaatakowała, bo ją śledziłeś.
- Tylko, że tak jakby pominąłem tą cześć o śledzeniu kiedy im o tym mówiłem.
- Tak jakby skłamałeś, bo nie chciałeś, żeby wiedzieli, że pobiegłeś za nią, żeby podsłuchiwać jej rozmowę z bratem?
- Sprawiasz, że czuję się jak najgorsze ścierwo.
- Musisz przyznać, że to było niedorzeczność z Twojej strony. Dlaczego w ogóle śledziłeś ją i to pod peleryną-niewidką?
- Ja nie jestem pewny. Chciałem po prostu posłuchać o czym mówi. Tak wiesz przy przyjaciołach. Matt nie mówił nam o niej nigdy za dużo.
- Elisabeth Cię intryguje.
- Nie, to nie tak.
- Ja nie pytałem, tylko stwierdziłem fakty. Teraz już i tak nie dowiesz się nic o niej od Matta. Ich przyjaźń wygląda dla mnie na skończoną. Wiele razy się kłócili, ale tego wszystkiego co się wydarzyło nie da się cofnąć od tak.
James uparcie nie chciał przyznać racji koledze i tłumaczył mu, że obawiał się o pierwszoroczniaka, z którym chciała porozmawiać Lizzy. Tim zbył go uśmiechem. Resztę śniadania spędzili w ciszy. James zastanawiał się nad swoimi uczuciami względem dziewczyny, a Tim rozmyślał nad postępowaniem Matta.
- O wilku mowa. Popatrz kto idzie.
- Jeżeli mówisz o Mattcie to nie ma mi w tej chwili nic do powiedzenia. Zawiodłem się na nim. Ja nigdy bym tak nie postąpił wobec przyjaciela, jakim była dla niego niewątpliwie Lizzy.
- Możesz jej to sam przekazać, właśnie usiadła przy stole Ślizgonów.
James odwrócił się gwałtownie, nie spodziewał się jej zobaczyć tutaj z samego rana. Sam nigdy nie wstałam wcześnie w weekendy. Miał mętlik w głowie. Nie wiedział co miałby jej powiedzieć, jak usprawiedliwić swoje zachowanie wczoraj. - Usprawiedliwić, raczej przeprosić kretynie -zganił się w myślach.
Wyciągał szyję, żeby dojrzeć jak wygląda. Wyglądała całkiem zwyczajnie, otoczona grupą koleżanek. Podchwycił wzrok jednej z nich, chyba miała na imię Maggie. Jak to powiedział Jerry, gdyby wzrok potrafił zabijać James padłby już martwy.
- No cóż. To było do przewidzenia, jej koleżanki wiedzą o wszystkim - powiedział Tim.
James ukrył twarz w rękach ze wstydu.
