Rozdział trzeci

Z oparów słodkiego nicnierobienia wyrwał go natarczywy dźwięk dzwonka u drzwi, drastycznie skracając czas, jaki planował spędzić w tym najbardziej doborowym towarzystwie – swoim własnym. Nie mógł jednak ot tak sobie olać copiątkowej tradycji, którą zdążyli z ferajną wypracować przez lata, więc pozwolił sobie tylko na jedno, przeciągłe, cierpiętnicze westchnięcie i z bardzo nietęgą miną zwlekł się z okupowanej dotąd kanapy, by poczłapać w kierunku drzwi i bez słowa otworzyć je potężnym szarpnięciem. A potem wrócił do salonu, nawet nie oglądając się na gości. Stoliki zarówno do szachów jak i do pokera były już przygotowane, a przybysze tak dobrze zaznajomieni z niezmiennym schematem tych spotkań, że zachowanie gospodarza nie wywołało w nich ani odrobiny zdziwienia. Weszli więc głębiej do mieszkania tak samo jak zawsze i tak samo jak zawsze kompletnie nikt nie zwrócił uwagi na fochy pana domu, który – zupełnie tak samo jak zawsze – najchętniej wykopałby ich z powrotem do siebie. Czego oczywiście nigdy nie robił, bo skończyłoby się to olbrzymią awanturą i kilkoma bolącymi guzami zdobiącymi jego rozczochrany łeb.

Gdy chwilę później wszyscy rozsiedli się już na swoich zwykłych miejscach – Kensei, Shinji, Hiyori i Nnoitra przy pokerze, a Byakuya i Ulquiorra przy szachach – rozpoczęła się standardowa procedura otwierająca spotkanie.

- No, to o co dziś gramy, partacze?! – wydarła się swoim słodkim głosikiem Hiyori, dając tym samym do zrozumienia, że nie zamierza przegrać, z kimkolwiek by nie grała. Właściwie, pomimo tego, że była jedyną dziewczyną w całym tym towarzystwie, do tego najmłodszą, to sztukę kantowania opanowaną miała do perfekcji i faktycznie, rzadko kiedy przegrywała. No, chyba że z Ulkiem, ale on na jej szczęście częściej wolał szachy, uważając, że całe towarzystwo jest po prostu za słabe, by mógł z nimi grać.

- Proponuję o to, co zawsze – mruknął Kensei, wyciągając z obszernej kieszeni bojówek różowego markera i kładąc go na środku stołu zaraz obok talii kart. – Przegrany odda swoją śliczną buźkę w łapy zwycięzcy, a potem wyjdzie na miasto w nowym imidżu. Na godzinę.

Po jego słowach rozległo się zbiorowe jęknięcie, ale – o dziwo – nikt nie zaprotestował. Wszyscy mieli świadomość, że jeżeli znów wygra Hiyori, to ten, kto będzie się sprzeciwiał, skończy naprawdę marnie…

Chwilę później koło hazardu poszło w ruch. Gdzieś w tle leciała spokojna – oczywiście – muzyka, napoje, nikomu nie wadząc, urządziły własne przyjęcie w rogu barku, będąc jednak wystarczająco blisko, by każdy mógł po nie sięgnąć nie podnosząc się z miejsca. Rozmowy toczące się przy stołach niewiele wspólnego miały z tym, co aktualnie działo się w pokoju; to jest grą. Nie. Ich tematy oscylowały raczej wokół takich przeraźliwie nudnych spraw jak praca, szkoła - w wypadku Hiyori - i zbliżająca się wielkimi susami impreza u Grimmjowa. Wszyscy byli niezwykle podekscytowani nadchodzącą okazją do spicia się całkowicie za darmo i wypróbowania kilku nowych sztuczek na ciągle jeszcze nieznajomych dziewczynach lub chłopakach. Och, no dobrze, nie wszyscy. Byakuya przejawiał względem imprezy dokładnie tyle samo entuzjazmu, co Ulquiorra, czyli wielkie, pulsujące neonową czerwienią zero. Nie to oczywiście, żeby ten człowiek kiedykolwiek zapalił się do czegokolwiek… Chociaż nie. Ogień wściekłości za każdym razem wyzwalał w nim jeden gość z paczki Grimma. Prawdopodobnie, swoim wyzywającym wyglądem i głośną osobą zbyt mocno naruszał wysublimowane poczucie estetyki, jakim szczycił się czarnowłosy magnat hoteli. Ponadto, ktoś mógłby pomyśleć, że to dziwne widzieć bogacza w towarzystwie całkiem-nie-bogatych-jeszcze-studentów, że to nie wypada i w ogóle a fe, ale byłby w błędzie. Całkowicie. Bo – umówmy się – ktoś musi utrzymywać tę bandę niedorosłych popaprańców, zwanych potocznie przyjaciółmi. Nawet, jeśli tylko sporadycznie i z wielką łaską.

I tak, spotkanie trwało sobie w najlepsze, przerywane od czasu do czasu radosnymi wrzaskami Hiyori, narzekaniem Shinjego, albo dźwiękiem maltretowanego stołu, w momencie, gdy coś poszło wybitnie nie po czyjejś myśli. I byłoby tak pewnie aż do samego końca, gdyby nie pewien nieszczęśliwy splot jak najbardziej nieszczęśliwych wydarzeń.

Oto bowiem naraz wydarzyło się kilka bardzo niepożądanych rzeczy. Hiyori przegrała ostatnią partię pokera, tym samym skazując się na paradowanie po mieście w różowym, markerowym make-upie i z wściekłości przewróciła stół wraz z całą zawartością. Stojące na nim dotąd szklanki spadły i rozbiły się z głośnym brzdękiem, a kilka odpryśniętych fragmentów utkwiło w nodze Nniotry, sprawiając, że wydał on z siebie dziki pisk zranionej sarny. A gdy wydawało się, że krytyczna sytuacja została opanowania i nie wydarzy się już nic więcej, zamek w drzwiach wejściowych zgrzytnął przeciągle oznajmiając wszem i wobec, że oto właśnie w skromne progi swojego domostwa zawitał jego ostatni nieobecny lokator. Chwilę później wszyscy obecni usłyszeli stłumione tąpnięcie, jakie wydaje tylko coś bardzo ciężkiego rzuconego na podłogę i w drzwiach ukazała się zakłopotana nieco twarz Hanatarou.

A potem rozpętało się piekło.

Hiyori z wrzaskiem rzuciła się na chłopaka, z rozpędu przygważdżając go do ściany i celując pięścią w jego mocno zdezorientowaną twarz. W nos, mówiąc ściślej. I pewnie z radosną łatwością przemieniłaby tę część twarzy młodzieńca w krwawą papkę – co też niechybnie zamierzała uczynić – gdyby nie silna ręką Shinjego, która w porę powstrzymała jej własną. Chociaż i tak nie za wiele to dało, bo dziewczyna zaczęła miotać się w jego uścisku, szamotać i wyrywać z taką siłą i wprawą, że blondyn niebawem skończył z podbitym okiem i stopą zmiażdżoną przez silne kopnięcie uroczej stópki odzianej w równie uroczą, żółciutką japonkę. I właściwie można by to uznać za czyste bohaterstwo, gdyby nie to, że i tak nie udało mu się całkowicie powstrzymać swojej siostry od ataku…


Mam nadzieję, że się nie zanudziliście. Następnym razem będzie zdecydowanie ciekawiej… :D