Rozdział II zabiera Rozdział II i Rozdział III z bloga, to sprawi, że ogólna numeracja rozdziałów ulegnie zmianie.
Rozdział II
Nazywaj mnie wujkiem
Kiedy Harry Potter obudził się i od razu wiedział, że coś jest nie tak. Po pierwsze, leżał w wygodnym łóżku pod kołdrą z jedwabiu. Po drugie, nie czuł, aby coś go bolało. Żeby zyskać trzeci dowód, otworzył oczy, a zobaczywszy wspaniałą komnatę w jakiej się znajdował, był już pewny, iż miał rację.
W szoku podniósł się do pozycji siedzącej. Przez chwilę nie rozumiał, co się dzieje, jednak wrodzona ciekawość sprawiła, że szybko przełamał swój strach. Przełykając ślinę, powoli zaczął wygrzebywać się z pościeli. Dopiero kiedy postawił bose stopy na podłodze, zdał sobie sprawę, iż ma na sobie tylko bieliznę. Lekko zarumienił się na myśli, że ktoś go rozbierał, lecz szybko doprowadził się do porządku. Właśnie zaczął rozglądać się w poszukiwaniu swojego ubrania, kiedy usłyszał jak ktoś mówi:
– Witaj, Harry Potterze – powiedział mężczyzna siedzący w fotelu przy kominku, a nastolatek szybko odwrócił się w jego kierunku.
– Kim jesteś? Gdzie ja jestem? Po co mnie za... – wykrzyknął Harry.
Gospodarz uniósł prawą brew do góry, a widząc, że chłopak szybko nie skończy, westchnął. Następnie wyjął różdżkę i machnął nią sprawnie, w tym samym czasie mówiąc cicho:
– Silencio.
Dzieciak jeszcze chwilę poruszał ustami, lecz zorientował się, że nie wydobywa się z nich żaden dźwięk. Najpierw spojrzał w szoku na mężczyznę, a potem zaczął nerwowo rozglądać się w poszukiwaniu własnej różdżki.
– Doprawdy, nie wiem skąd to zdenerwowanie, chłopcze. Uwierz, gdybym chciał ci coś zrobić, to miałem do tego dostatecznie wiele okazji, kiedy byłeś nieprzytomny – rzekł mężczyzna z ironią. – Zdejmę z ciebie zaklęcie, lecz najpierw mnie wysłuchasz. – Widząc, że Harry zamierza się z nim kłócić, westchnął tylko i dodał twardym tonem: – To akurat nie podlega dyskusji. Zresztą myślę, że moja propozycja może okazać się korzystniejsza dla ciebie niż dla mnie. – Zobaczył, iż chłopak przestaje się bać, a w zamiast tego pojawia się zainteresowanie. – Jednak zanim przejdziemy do rzeczy, sądzę, że powinieneś się ubrać. Wybacz, ale nie mam w zwyczaju rozmawiać z prawie nagimi dzieciakami o ważnych sprawach. Popiołko – zawołał, a obok pojawił się skrzat. – Daj Harry'emu jakieś ubranie i pokaż gdzie jest łazienka. Kiedy będzie już gotowy, przyprowadź go do mnie.
– Tak, sir, Popiołka spełni życzenie, pana – odpowiedziała mała istota, po czym zniknęła tylko po to, aby pojawić się po chwili z ubraniem. – Proszę za mną, paniczu Harry, zaprowadzę, panicza, do łazienki – zwróciła się do chłopca, który spojrzał na mężczyznę, po czym wskazał dłonią na swoje usta.
– Zdejmę z ciebie zaklęcie dopiero wtedy, gdy wszystko ci powiem. A póki co nie zaszkodzi ci, jeśli sobie trochę pomilczysz – odrzekł na proszące spojrzenie dzieciaka, po czym skierował się do wyjścia. – Twoja różdżka jest na szafce nocnej – poinformował jeszcze, zanim wyszedł. Harry od razu odwrócił się, aby zobaczyć czy to prawda.
– Paniczu Harry, proszę za mną, Popiołka zaprowadzi, panicza, do łazienki – odezwał się skrzat, a chłopak skinął głową na zgodę i ruszył za długouchym stworzeniem.
Biorąc prysznic, Harry wreszcie mógł trzeźwo pomyśleć o swojej sytuacji. Był w nieznanym miejscu, w nieznanym domu, zdany na łaskę nieznajomego. Innymi słowy jego położenie wyglądało raczej beznadziejnie. Jednak z drugiej strony mężczyzna powiedział, że nie chce go skrzywdzić. Co prawda nie zrobił tego wprost, ale jego słowa wyraźnie o tym świadczyły. Do tego powiedział mu jeszcze, iż ma dla niego jakąś propozycję. Należy podkreślić, że ponoć ma być korzystna. Chłopak westchnął, a następnie wyszedł spod prysznica.
Co ma być to będzie, pomyślał, kiedy zaczął wycierać się puchowym ręcznikiem. Jednak mina zrzedła mu, gdy ujrzał ubranie. Doskonale pamiętał, że kiedy uciekał na Nokturnie, nie był ubrany w czarne przecierane dżinsy i tego samego koloru koszulkę z zielonym napisem. Tym bardziej na stopach nie miał wysokich butów ze skóry. Zakładając ten strój, wciąż był lekko zdziwiony, choć ostatecznie wzruszył tylko ramionami i po chwili stał już z powrotem w pokoju, w którym się obudził.
– Popiołka zaprowadzi teraz panicza, Harry'ego, do Pana. Pan oczekuje panicza w salonie – powiedziała skrzatka, a chłopak przytaknął. Przed wyjściem z komnaty wziął jeszcze swoją różdżkę, po czym ruszył za małą służącą.
Idąc korytarzami podziwiał obrazy na ścianach. Na wszystkich znajdowali się ludzie o zielonych oczach, takich samy jak jego i blond włosach. Większość przedstawicieli rodu, do którego należał ten dom, była drobnej kości i wyglądała na gardzących ludźmi niższego pochodzenia, a w tym mugoli. Przemierzając pomieszczenia, nie dał rady zobaczyć podpisów pod dziełami, przez co nadal nie wiedział, jakie nazwisko posiada jego gospodarz. To nieco zbiło Harry'ego z tropu, lecz nie zdążył się nad tym głębiej zastanowić, bo jego przewodniczka oznajmiła, że są na miejscu.
– Panicz Harry, teraz wejdzie do środka – powiedziała skrzatka, zanim zniknęła z trzaskiem, towarzyszącym aportacji.
Chłopak dość niepewnie uchylił drzwi, po czym przełykając ślinę, wszedł do środka. Skrzydło cicho się za nim zatrzasnęło, kiedy tylko je puścił. Harry delikatnie zwilżył językiem usta i ruszył w stronę sofy, na której spodziewał się zobaczyć swojego gospodarza. Pomylił się, ale niewiele. Mężczyzna siedział w fotelu położonym najbliżej kominka, w którym wesoło tańczył ogień. Nieznajomy trzymał w jednej ręce kieliszek z winem, a w drugiej książkę oprawioną w czarną skórę.
Dzieciak po prostu stał. Nie wiedział, co ma zrobić. Miał przyjść, więc przyszedł. Miał dowiedzieć się o jakiejś propozycji korzystnej dla niego, więc nie protestował. Miał się nie bać, więc starał się, aby jego ręce nie trzęsły się tak bardzo. A mężczyzna po prostu sobie siedział i czytał książkę, nie zwracając na niego uwagi. To wszystko sprawiło, że Harry nie wytrzymał. Wyjął różdżkę z kieszeni i wskazał nią na swojego gospodarza, jednak kiedy chciał powiedzieć zaklęcie, przypomniał sobie, iż nadal nie może mówić. Prawie jęknął w przypływie uczuć, które nagle do niego dotarły; bezradność, strach, niepewność, samotność. Nigdy w swoim jakże krótkim, ale jakże wypełnionym przygodami życiu, tak się nie czuł. Przełkniecie śliny, która nagromadziła się w jego ustach, było odruchem bezwarunkowym.
Mężczyzna obserwował Harry'ego od momentu, w którym wszedł do salonu. Widział przerażenie chłopca i czekał na odpowiedni moment. Nie zamierzał bawić się z tym chłopakiem i pragnął, żeby dzieciak zrozumiał, że tutaj może liczyć tylko na niego oraz jego dobrą wolę. W momencie kiedy w oczach Pottera pojawiło się całe multum emocji, wiedział, iż czas na działanie. Prawdopodobnie gdyby poczekał jeszcze chwilę, to nastolatek mógłby się załamać, a tego nie chciał. Zresztą nie mieli na to czasu.
– Widzę, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością. To dobrze – stwierdził na początek. – Mam nadzieję, iż ubrania, które wybrała ci Ines, są dobre. Zapewne jesteś ciekawy, kim ona jest? – Zauważył jak chłopak niepewnie kiwa głową. – To jedna z moich służących. Jest demonem. – Zobaczywszy przerażenie w oczach dzieciaka, tylko się uśmiechnął. – Nigdy nie zrozumiem, skąd bierze się uprzedzenie do tej rasy. Demony są niebezpieczne tylko w momencie, kiedy wpadają w amok i szał, a tak na co dzień to całkiem normalne istoty. Co prawda są dużo bardziej użyteczne niż skrzaty, ale jednak to tylko istoty magiczne. Zresztą to nie jest teraz ważne dla ciebie. Zapewne dużo bardziej ciekawią cię inne sprawy. Ale zanim do nich przejdziemy, proponuję ci usiąść.
Po tych słowach chłopak opadł na kanapę.
– Mówiłem usiąść, nie upaść, ale jak wolisz – dodał z ironią, sam odkładając książkę na stolik. – Dobrze, zacznę może od tego, kim jestem. Nazywam się Mathew Andrew Venir i jestem głową rodu Venirów. Obecnie znajdujemy się w dworku należącym do mojej rodziny, jednak to nie jest jej główna siedziba. – Tutaj przerwał na chwilę, aby wziąć łyk wina. – Jak zapewne zorientowałeś się uratowałem cię z rąk śmierciożerców, a na podstawie obserwacji waszej potyczki – niemalże wypluł ostatnie słowo – mogłem stwierdzić, że jesteś kompletnie nieprzygotowany do walki z jakimkolwiek przeciwnikiem. Bo jaki czarodziej odwraca się tyłem i ucieka od swoich oprawców? Co prawda podejrzewam, iż byłbyś ich w stanie pokonać. Jednak ty nie użyłeś magii, co nie jest w ogóle podobne do osoby należącej do magicznego świata.
Zobaczył urazę w oczach dzieciaka na ten komentarz. Machnął różdżką i mruknął przeciwzaklęcie, żeby chłopak mógł znowu mówić. Jakaś część podpowiadała mu, że jeszcze tego pożałuje.
– Tak, więc, panie Potter, może mi powiesz, dlaczego nie użyłeś żadnego zaklęcia na tych śmierciożercach? – zapytał, unosząc jedną brew w geście zainteresowania.
– Ponieważ... – zaczął chłopak, lecz nie wiedział, co powiedzieć, aby usprawiedliwić swoje działanie.
– No, Potter, wysil swoje szare komórki i powiedź mi, co sprawiło, że zachowałeś się jak tchórz, przez duże "T" – powiedział Mathew. – Słucham – ponaglił dzieciaka.
– Wcale nie zachowałem się jak tchórz, ja tylko... – znowu zaczął mówić, ale urwał w połowie zdania.
– Nie zachowałeś się jak tchórz? To może mi wyjaśnisz, dlaczego tak prędko oddalałeś się od śmierciożerców? – rzucił sarkastycznie mężczyzna, a Harry przez chwilę miał wrażenie, że skądś zna ten sposób mówienia.
– Ponieważ... – przerwał ponownie na chwilę namysłu, ale potem dalej kontynuował: – Po za szkołą nieletni czarodzieje nie mogą używać czarów – skończył, a Venir uniósł prawą brew w geście zaskoczenia.
– A można wiedzie,ć skąd wytrzasnąłeś takie bzdury? Co prawda w twoim przypadku używanie magii u ciotki i wujka, nie byłoby dobrym pomysłem, jak również robienie tego na środku ulicy w najjaśniejszym miejscu w mieście niemagicznych. Ale czy sądzisz, że to dotyczy magicznego świata? – Harry chciał odpowiedzieć, jednak Mathew mu nie pozwolił. – Otóż nie, chłopcze. To w żadnym wypadku nie dotyczy magicznego świata i wszystkich miejsc, gdzie nie ma mugoli. Zresztą nawet, jeśli na to nie wpadłeś, to powinieneś się domyślić, że na Nokturnie na pewno nie złapią cię za czarowanie. Ta dzielnica rządzi się własnymi prawami, w które rząd woli nie ingerować. – Na twarzy Matthew pojawił się uśmieszek wyższości. – Jak widzisz nie miałeś, czego się obawiać. Akurat w tamtym miejscu mogłeś używać czarów do woli. Jest jakiś inny powód Chłopcze-Który-Przeżył?
– Nie nazywaj mnie tak! – krzyknął buntowniczo Harry.
– W moim domu będę nazywał cię tak, jak mi się żywnie podoba, a ty nie masz tu nic do powiedzenia – rzekł chłodnym tonem, a dzieciak przygryzł wargę. – Zresztą nadal czekam na odpowiedź na zadane pytanie.
– Ja nie chciałem, żeby ktoś zorientował się, kim jestem ani, aby Dumbledore wiedział, gdzie jestem. Bałem się, że dzięki temu byliby wstanie mnie odnaleźć – cicho powiedział chłopak, patrząc w podłogę.
– Wczoraj wieczorem pilnowała cię jakaś różowo-włosa kobieta. To ona, tuż po tym jak się obudziła, powiadomiła Zakon Feniksa o twoim zniknięciu – poinformował Matthew, na co Harry podniósł głowę i spojrzał na niego w szoku.
– Ty wiesz o Zakonie? – zapytał z niedowierzaniem, dopiero potem pomyślał o reszcie.
– Tak, wiem. Ty za to, z czasem najprawdopodobniej, zrozumiesz, skąd wiem – odrzekł uprzejmym głosem.
– A skąd wiesz, że pilnowała mnie Tonks i przekazała wiadomość o mojej ucieczce Zakonowi?
– Tonks? To tak nazywa się ta kobieta? – Chłopak przytaknął. Mathew już wcześniej postanowił, że przekaże chłopakowi pewną część informacje, które go interesowały. – Wiem o tym, ponieważ to ja ją ogłuszyłem, żeby nie przeszkodziła ci w ucieczce. A o tym drugim powiedziała mi ta sama osoba, która poinformowała mnie o istnieniu Zakonu.
– Pomogłeś mi uciec? – zdziwił się Harry, a kiedy zapadła cisza, spytał w końcu lekko drżącym głosem: – A jaką propozycję miałeś dla mnie?
– Nie wiem, czy dobrze zrobiłem nazywając to propozycją. Może raczej powinienem powiedzieć, że jeśli moje podejrzenia okażą się prawdziwe, będzie to obowiązek. Zresztą, z tą wiedzą, którą ci teraz przekaże, zrobisz, co chcesz – dodał po chwili namysłu. – Po pierwsze, jeśli moje podejrzenia okażą się prawdziwe, to nie jesteś czarodziejem półkrwi. Prawdopodobnie dla ciebie nie ma to znaczenia, ale dla wielu ludzi ma.
Prawie roześmiał się na widok miny chłopca.
– Mama urodziła się w rodzinie czarodziejów czystokrwistych? Ale przecież wychowywała się wśród mugoli – szepnął do chłopak w szoku.
– Tak, wychowywali ją mugole, jednak to nie znaczy, że nie mogła być czytokrwista. I zanim spytasz, jakim cudem tak się stało, to powiem ci, że została adoptowana przez rodzinę Evansów.
– A co to ma wspólnego z panem? – zapytał dość niepewnie dzieciak.
– Ze mną to ma całkiem sporo wspólnego. Mianowicie, jak można się spodziewać, twoja matka, nie nazywała się przed adopcją Lily Evans, tylko Cathy Sophie Venir – powiedział mężczyzna, a Harry zamarł. Pierwszy raz w życiu prawie zapomniał jak się oddycha.
– Ale przecież my nawet nie jesteśmy podobni. A jeżeli należałbym do pana rodziny, musiałbym być choć trochę podo... – zaczął szybko mówić, po czym przerwał w połowie słowa, bo nagle sobie uświadomił, że ma taki sam kolor oczu jak mężczyzna i jest zbudowany w prawie identyczny sposób. – Ale jakim cudem? – szepnął chłopak po chwili głosem, który świadczył o niepewności pomieszanej z szokiem. Była to niebezpieczna mieszanka.
– Lily, czyli Cat, była moją młodszą o dwa lata siostrą. I jeżeli mam być szczery, to znałem ją całkiem dobrze w szkole. Często pomagałem jej, jeśli czegoś nie wiedziała, albo gdy chciała się wyżalić. Jednak nigdy nie podejrzewałem, że jest osobą, którą poszukiwałem. Zbyt mało mieliśmy wspólnych cech. – Wziął głęboki wdech. – Zwykle Venirzy mają zielone oczy, takie jak ty czy ja, blond włosy, tak jak ja oraz drobną sylwetkę. Są to cechy dominujące wyglądu w naszym rodzie.
W końcu Matthew pozwolił sobie, wziąć łyk wina, aby zwilżyć usta.
– W takim razie musi się pan mylić. Ja nie mam blond włosów – odpowiedział Harry i chciał coś jeszcze dodać, ale pod wpływem ostrego spojrzenia mężczyzny zamilkł.
– Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy zbytnio do siebie podobni. Ale to wcale nie oznacza, iż się mylę. Więc prosiłbym, abyś następnym razem nie wyciągał pochopnych wniosków.
Po tych słowach Venir wstał z fotela i podszedł do barku. Przez chwilę przeglądał butelki, po czym wyjął jedną z nich i nalał do szklanki alkoholu o bursztynowym kolorze. Przez cały ten czas Harry nie miał odwagi się odezwać, a cisza, która powstała, została przerwana dopiero przez gospodarza. Jego głos wydawał się spokojny, ale oczy żywo błyskały.
– Słyszałeś kiedyś o zaklęciu adopcyjnym?
– Trochę... – zaczął chłopak, a widząc jak Mathew unosi brew w zdziwieniu kontynuował: – Hermiona kiedyś o tym czytała i coś wspominała.
– Hermiona?
– Moja koleżanka ze szkoły – odrzekł niepewnie nastolatek. Venir kiwnął głową.
– W takim razie może powiesz mi, co wiesz o tym zaklęciu, żebym nie musiał tracić czasu, na mówienie ci czegoś, co już wiesz – poprosił mężczyzna i spojrzał na Harry'ego oczekująco. Chłopak kiwnął głową na zgodę.
– Mówiła, że to zaklęcie rzucają czarodzieje adoptujący dziecko, aby było podobne do rodzi... – nie dokończył, zamarł. Nagle do niego dotarło, o czym rozmawiali. Poderwał się z fotela, następnie przez chwilę stał bez ruchu, nie wiedząc, co zrobić, a potem spojrzał wściekły na człowieka przed sobą. – Czy pan insynuuje, że niby jestem adoptowany, a moimi rodzicami nie są Lily i James Potter! – wrzasnął.
Mathew momentalnie wstał i podszedł do dzieciaka. Stanął przed nim i spojrzał na niego z góry. Chłopak nadal spoglądał na niego buntowniczo, ale w jego oczach można było dostrzec strach.
– Po pierwsze, uspokój się chłopcze – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
– Nie będziesz mi rozkazywał! – oznajmił wściekły.
– Gwarantuję ci, że lepiej na tym wyjdziesz, jeśli jednak będziesz się mnie słuchał – rzekł Venir takim samym tonem.
– A jak nie, to co pan mi zrobi? Co pan może...
Nie skończył, bo ponownie został uciszony zaklęciem. Jednak to wcale nie sprawiło, że chłopak się opamiętał. Potter rzucił się ze złością na swojego domniemanego wujka. Po chwili obaj leżeli na ziemi, ale to Harry był przyciskany do podłogi przez Mathew.
– Wyjaśnijmy sobie coś, bachorze – zaczął mężczyzna, a chłopak posłał mu gniewne spojrzenie, gdy dotarło do niego jak został nazwany. – Po pierwsze, jesteś w MOIM domu. Po drugie, jesteś zdany na moją łaskę. Po trzecie, jeśli się nie – przerwał, żeby mocniej chwycić chłopaka – uspokoisz, to będą to najgorsze wakacje w twoim życiu. Rozumiemy się? – Nie widząc żadnego gestu na zgodę, zmrużył oczy. – Odpowiadaj, jak cię pytam, dzieciaku – Chwilę potem zobaczył, że chłopak kiwa głową potwierdzająco. – Doskonale, w takim razie teraz cię puszczę, a ty usiądziesz z powrotem na kanapie, ja dokończę to, co chciałem ci powiedzieć. A jeśli jeszcze raz wywiniesz taki numer, to zabiorę cię do Dumbledore'a szybciej, niż zdążysz mrugnąć.
Po wypowiedzeniu groźby zrobił tak, jak powiedział. Potter usiadł na kanapie i rzucił oczekujące spojrzenie na Mathew. Ten, nic sobie z tego nie robiąc, podszedł do barku po kolejną porcję alkoholu. Kiedy wrócił na swój fotel, posłał długie spojrzenie Harry'emu i dopiero wtedy zaczął mówić:
– Zacznę tam, gdzie skończyliśmy. Czyli na zaklęciu adopcyjnym.
Harry drgnął niespokojnie, gdy mężczyzna oznajmił:
– Twoja koleżanka znalazła dobre informacje na jego temat.
Na chwilę chłopak zmrużył oczy. Chciał coś powiedzieć, jednak zaklęcie uciszające, rzucone przez mężczyznę, nadal działało.
– Jednak wcale mówiłem, że Lily i James nie byli twoimi rodzicami. Co prawda wątpię, aby James nim był, ale to już inna sprawa. – Tym razem chłopak posłał mu zdziwione, a zarazem zaciekawione spojrzenie. – Widzisz, Cat... znaczy się Lily, nie wyglądała do końca jak ludzie z rodu Venirów. Mam pewną teorię, dlaczego tak się stało. Jednak to nie tłumaczy, dlaczego ty nie przejąłeś wszystkich cech naszej rodziny. – Harry znowu otworzył usta, lecz ponownie nie wydobył się z nich żaden dźwięk. – Zapewne chcesz zapytać, na jakiej podstawie sądzę, że moja siostra i twoja matka to ta sama osoba?
Harry potwierdził jego słowa, kiwnięciem głowy.
– To przez to, że pomyślałem o tym patrząc na ciebie. Lily była w mniejszym stopniu podobna do mnie, niż ty. Zresztą sprawdziłem to w ministerstwie i potwierdzili oni moje przypuszczenia. Finite Incantatem – dodał, spoglądając na chłopaka z lekkim uśmiechem.
Chłopak znowu mógł mówić.
– To dlaczego pytał mnie pan o to zaklęcie? – zapytał dziwnie spokojny, co Mathewu wydało się podejrzane.
– Bo widzisz, istnieją pewne zaklęcia, dzięki którym byłbym w stanie sprawdzić zarówno to, kim byli twoi rodzice, jak i czy jest na ciebie nałożone zaklęcie adopcyjne. Te z kolei można zdjąć przy pomocy eliksirów. Jak zapewne się domyśliłeś, chciałbym na ciebie rzucić te czary. Jednak może omówimy to w trakcie posiłku, bo już czas na obiad? – zaproponował, a Harry'emu na te słowa zaburczało w brzuchu. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest głodny, więc tylko przytaknął. – Odpowiedz, proszę, jak wypada na dobrze wychowanego młodzieńca – zganił Matthew, wstając ze swojego fotela.
– Myślę, że to dobry pomysł, proszę pana – odpowiedział, jednak mimo wszystko był zdziwiony, że Venir mówi mu jak ma się zachowywać.
– Nie musisz do mnie mówić "proszę pana". Wystarczy jak będziesz mnie nazywał "wujkiem". Bo przecież nim dla ciebie jestem – rzekł Mathew z lekkim uśmiechem.
– A jeśli się, pa... wujek, myli? – zapytał dość niepewnie chłopak.
– Nie mylę się. Zresztą, nawet jeśli nie byłbyś synem Cat, to i tak nie wyrzucę cię stąd. Do końca wakacji mój dom może być twoim schronieniem. A mogę zagwarantować ci, że jest tu równie bezpiecznie co w Hogwarcie.
Harry uśmiechnął się.
– Dziękuję! – zawołał, ale pod spojrzeniem gospodarza uciszył się i powiedział ponownie, ale tym razem spokojnie: – Dziękuję, wuju.
– Nie ma za co, to mój obowiązek – stwierdził mężczyzna. – Chodźmy na obiad chłopcze, przecież nie będziemy jeść TUTAJ.
– Dobrze, wuju – powiedział i podążył za Mathew do jadalni.
Można było do niej wejść bezpośrednio drzwiami z salonu, a kiedy obaj czarodzieje z znaleźli się w pomieszczeniu, zapaliły się dziesiątki świec. Mathew bez słowa usiadł na swoim zwykłym miejscu u góry stołu, tymczasem Harry rozglądał się ciekawie wokół. Wysokie sklepienie sprawiało, że czuł się bardzo mały. Jednak kolory były tu utrzymane w ciepłej tonacji, co poprawiało trochę nastrój. Na ścianach porozwieszano różne obrazy i choć jadalnia wydawała się być duża, stał tu tylko olbrzymi stół z ustawionymi wokół niego krzesłami. Okna zasłonięto grubymi czarnymi kotarami z wyszywanym wzorem. Dość niepewnie spojrzał na swojego gospodarza, przesyłając nieme pytanie; gdzie ma usiąść?
– Zajmij miejsce po mojej prawej stronie – rzekł Venir.
Chłopak tylko mu przytaknął, jednak pod spojrzeniem mężczyzny przypomniał sobie, o czym ten mu mówił.
– Dobrze, wuju.
– Teraz lepiej. Myślę, że przez te dwa miesiące, które ze mną spędzisz, nauczysz się odpowiedniego zachowania. – Harry podniósł brwi do góry zaskoczony. – Chyba nie sądziłeś, że pozwolę ci tak siedzieć i nic nie robić? Zresztą, z tego co wiem nie jesteś najlepszym uczniem w szkole i nie ze wszystkiego masz same wybitne. Miejmy nadzieję, że zdałeś swoje SUMy na tyle dobrze, byś mógł kontynuować wszystkie te przedmioty, które chcesz. Jeśli nie, to zawsze możesz się starać o przyjęcie do klasy poza wynikami egzaminu.
Chłopak patrzył się na niego w szoku.
– Więc zamierzasz mnie uczyć? – zapytał, całkowicie zapominając o manierach. Dopiero kiedy odpowiedź nie nadchodziła uświadomił sobie, jak się zwrócił do Mathew. – Więc zamierza mnie, wuj, uczyć?
– Tak, jak najbardziej. Myślę, że ci się to przyda – rzekł mężczyzna, a po jego słowach na stole pojawiła się zastawa, a w sekundę później również jedzenie. – Smacznego, chłopcze.
– Smacznego, wuju – odpowiedział, w szoku spoglądając na jedzenie. Było naprawdę różnorodne, a Harry miał ochotę spróbować wszystkiego.
– Polecam ci duszone żeberka w miodzie, są naprawdę wyśmienite – odezwał się Mathew, widząc, że chłopak nie może się zdecydować.
Harry nałożył sobie żeberka, ziemniaków i surówki. Przez chwilę spoglądał na talerz z uwielbieniem, a potem sięgnął po sztućce. Kiedy jednak zobaczył ich ilość, zamarł. Nie miał pojęcia, które ma wziąć do zjedzenia swojego dania.
– Żeberka je się palcami. Po to stoi na sole miseczka z wodą, żebyś mógł je potem opłukać – poinformował go Mathew i wskazał na naczynie pomiędzy ich talerzami. – Natomiast surówkę i ziemniaki zjedz widelcem oraz nożem. – Sam wziął do jedzenia kurczaka.
– Dziękuję, wuju – odpowiedział Harry i niepewnie zaczął jeść.
Spożywali posiłek w względnej ciszy. Pierwszy skończył Mathew. Dzieciakowi natomiast szło opornie ze względu na to, że wcześniej nikt nie kazał mu jeść przy stole zgodnie z zasadami savoir-vivre. Mężczyzna kilkakrotnie upominał go o zdjęciu łokci ze stołu czy siedzeniu prosto, ale najczęściej mówił, aby się nie nachylał nad talerzem, kiedy brał kolejny kęs. Choć odnośnie wielkości kawałków, które brał do ust, też miał sporo do powiedzenia. Pod koniec chłopak miał dość ciągłych upomnień i prawdopodobnie już wcześniej przestałby jeść, gdyby posiłek nie było aż tak dobry, a on nie byłby aż tak głodny. Kiedy skończył, położył byle jak sztućce i jego talerz nie zniknął tak, jak wcześniej zastawa jego gospodarza.
– Połóż widelec i nóż koło siebie, skierowane na godzinę piątą – powiedział Venir, widząc, że Złoty Chłopiec nie wiedział, co zrobił źle.
– Dobrze, proszę pa... wuju – odrzekł i w tym samym czasie wykonał polecenie.
Ze stołu znikł jego talerz wraz ze sztućcami, a po chwili pojawił się deser. Składał się z kilku gałek lodów z owocami oraz polewą i został podany w srebrnym pucharku. Obok niego pojawiła się także łyżeczka na serwetce. Przed Mathew natomiast stała herbata w filiżance, imbryczek oraz szarlotka z lodami na talerzyku. Tym razem dwie łyżeczki leżały na serwetce.
– Och – wyrwało się Harry'emu z zachwytu na ten widok.
– Myślę, że przy deserze możemy kontynuować naszą rozmowę.
– Dobrze, – powiedział i po chwili dodał: – wuju.
– Doskonale. W takim razie może powiem ci coś o tych zaklęciach, o których wcześniej ci wspominałem. Pierwsze z nich to zaklęcie personifikacji. – Zauważył ciekawość w oczach Harry'ego. – Obawiam się, że może być ono nieco... bolesne, a na pewno nie jest przyjemne. Jednak jest ono w stanie dokładnie podać personalia rodziców oraz osoby, na którą zostało rzucone zaklęcie.
– Jak bardzo jest bolesne? – zapytał niepewnie chłopak. Pierwszy optymizm od razu przeminął.
– Nie za bardzo. W zasadzie nie można tego porównać z Crucio czy nawet z Sectu... – przerwał uświadamiając sobie, że nie powinien mówić chłopakowi o tym drugim zaklęciu.
– Dobrze, będziesz mógł je na mnie rzucić – powiedział Harry, mimo że nie był do końca pewny swoich słów.
– Cieszę się, bo gdy dostaniemy wyniki tego zaklęcia, będę wiedział, co robić dalej. Jeśli okażą się takie jak sądzę, to chciałbym później rzucić na ciebie czar, który ujawni czy rzucone było zaklęcie adopcyjne. Żeby to zrobić, będziesz musiał dać mi parę kropel swojej krwi.
– Co z nimi zrobisz... wuju? – zapytał ciekawie chłopak.
– Wleję je do specjalnego eliksiru, a następnie rzucę inkantację, która zabarwi odpowiednio ciecz. Jeśli zrobi się przezroczysta oznaczać to będzie, że nie wynik jest negatywny, a jeśli czarna, dostarczy nam to zabawy w zdejmowaniu z ciebie adopcyjnego czaru – wytłumaczył i dodał, wyprzedzając pytanie Harry'ego: – To z kolei uda nam się za pomocą innego eliksiru.
Chwilę siedzieli w ciszy, kończąc swoje desery. Złoty Chłopiec mógł śmiało przyznać, że w życiu nie jadł tak dobrych rzeczy. Nawet umiejętności kucharskie pani Weasley nie dorównywała osobie, która zrobiła tę potrawę. Chłopak uśmiechnął się błogo, biorąc kolejną łyżkę lodów do ust. Nagle pojawiło się w jego głowie pytanie, na które koniecznie chciał znać odpowiedź:
– Pro... wuju, kto ugotował obiad, a potem podał nam deser?
Oczy mężczyzny błysnęły w rozbawieniu.
– Zrobiła to Shori – odpowiedział, a widząc, że ta odpowiedź nie zaspokoiła ciekawości nastolatka, westchnął. – Jest demonem, tak samo jak Ines. Co do reszty służby; ogrodem zajmuje się Izual, który należy do tej samej rasy co Shori i Ines. W dworku jest także kilka skrzatów: Węgielek, Sadza i Popiołka, którą już poznałeś i będzie twoim osobistym skrzatem w tym domu.
Widząc konsternację na twarzy Harry'ego ledwie powstrzymał śmiech.
– Demony? One nie są niebezpieczne? – zapytał chłopak, z wciąż rozszerzonymi oczami.
– Na ten temat już ci coś mówiłem i nie zamierzam się powtarzać. Zresztą, jeśli jesteś ciekawy tej rasy, to możesz o niej więcej przeczytać w bibliotece. Myślę, że Popiołka z chęcią cię tam zaprowadzi. – Wziął trochę szarlotki na łyżeczkę, a następnie skierował ją do ust.
– Kiedy chciałbyś, wuju, rzucić to zaklęcie personifikacji? – zapytał Harry, odwracając wzrok.
– Jak najszybciej. W zasadzie to chciałem, żebyśmy już dzisiaj załatwili dotyczące ciebie sprawy. Wszystkie potrzebne mi eliksiry są gotowe, a ty jesteś na miejscu. Więc, co sądzisz o tym, żebyśmy po deserze zajęli się tym? – Chłopak tylko kiwnął głową. – Co mówiłem o zachowaniu?
Harry od razu zrozumiał o co chodzi.
– Dobrze, wuju – powiedział, a mężczyzna się lekko uśmiechnął
Widzisz Severusie, wcale nie tak ciężko wytresować Pottera, pomyślał z satysfakcją, kończąc swój deser.
Po posiłku wrócili z powrotem do salonu. Kiedy wchodzili do pomieszczenia zegar wybijał siedemnastą; pięć miarowych dźwięków rozbrzmiało w całym pokoju. Dopiero kiedy ustały, Harry usiadł na kanapie. Mathew już wcześniej zajął miejsce w swoim fotelu.
– Rozluźnij się trochę, wtedy nie będzie tak bolało. Zaklęcie personifikacji mogę na ciebie rzucić wymawiając następujące słowa Vimperf Vevite* oraz ruszając różdżką w następujący sposób.
Mathew wykonał koło, a następnie poruszył lekko w prawo i w lewo jakby po średnicy koła.
– Jesteś gotowy, czy poczekać jeszcze chwilę?
– Możemy zaczynać... wuju – odpowiedział chłopak i przymknął oczy.
– Vimperf Vevite – szepnął Venir i po chwili całe ciało Harry'ego zaczęło błyszczeć.
Potter przygryzł wargę, żeby stłumić ból. Po dziesięciu minutach nad chłopcem zaczęły pojawiać się litery, które zaczęły tworzyć imiona i nazwiska ludzi będących rodzicami Harry'ego. Na samym dole natomiast ukazały się jego personalia. Kiedy zaklęcie skończyło się, Mathew opuścił różdżkę. Kiedy spojrzał na wyniki, zamarł. Nad Złotych Chłopcem widniał następujący napis:
Cathy Sophie Potter z domu Venir
Syriusz Black
Harry James Black
– To już? – usłyszał cichy szept Harry'ego, który wciąż miał zamknięte oczy.
– Tak. Otwórz oczy i sam się przekonaj.
Chłopak uczynił to, po czym otworzył usta w szoku. Nie spodziewał się tego. Ani przez chwilę nie sądził, że Venir może mieć rację, że jego matka zdradziła jego ojca.
– To niemożliwe, przecież Syriusz powiedziałby mi o tym – powiedział żałośnie. Po jego policzkach zaczęły płynąć łzy.
– Prawdopodobnie sam nie wiedział – rzekł na pocieszenie Mathew.
Niestety nie za bardzo mu to wyszło, ponieważ sam był szczęśliwy. Miał rację, że Lily oraz Cat to jedna i ta sama osoba. Wreszcie dowiedział się, co się stało z jego siostrą.
# # #
Tymczasem, w kuchni Kwatery Głównej Zakonu Feniksa, Dumbledore siedział przy stole i patrzył przed siebie pustym wzrokiem. Właśnie trwało zebranie, a on nadal nie wiedział, co się stało z Harrym Potterem. Raz po raz zadawał sobie pytanie; kto porwał chłopaka? Wiedział, że nie mógł to być Voldemort, który z pewnością zabiłby, stojącą na warcie, Tonks. Ponadto Severus Snape, jako szpieg, miałby na ten temat informacje.
– Naprawdę nie wiem – szepnął, a wszyscy obecni na zebraniu odwrócili się w jego stronę.
– Doprawdy, Albusie… Znajdzie się kilka osób, które chciałby porwać tego bachora – sarknął Snape.
– Tak, Severusie, jednak w zwykłych okolicznościach byłoby o tym głośno w mediach. Tymczasem... – zaczął dyrektor, a potem rozłożył ręce w geście zrezygnowania.
– Jest tak, jakby zapadł się pod ziemię – dopowiedziała Molly Weasley, a po jej policzkach zaczęły płynąć łzy.
Mistrz Eliksirów posłał jej ostre spojrzenie, które mówiło, że nie ma ochoty oglądać sceny histerii w jej wykonaniu. Jednak nic to nie dało. W akcie desperacji zaczął, po raz dziesiąty podczas tego spotkania, przyglądać się dywanowi. Jego faktura była naprawdę niesamowita, bo przecież nie robił tego, aby nie zasnąć. A to wszystko jak zwykle przez Pottera.
CDN.
*Vimperf Vevite – w wolnym tłumaczenia z francuskiego vimperf – odkryć, vevite – prawda. Zaklęcie wymyślone przeze mnie na potrzeby tego opowiadania. Sądzę, że w tekście jest dobrze wytłumaczone, do czego ono służy.
