Przede wszystkim ogromne podziękowania dla Panny Mi za betę! Jesteś cudowna!

3. Jaskinia

― Potter! ― warknął Voldemort, poruszając swoimi długimi, pajęczymi palcami, by przy użyciu magii usunąć całą żółć ze swojej szaty i butów, po czym odsunął się na bezpieczną odległość.

― Powinienem pewnie powiedzieć, że mi przykro, ale wcale mi nie jest… ― Harry czknął i otarł usta rękawem. Z każdą mijaną minutą, podczas której alkohol krążył w jego żyłach, jego umysł stawał się coraz bardziej zamroczony. Powinien coś z tym zrobić, zanim kompletnie się zatraci. Zaczął przeszukiwać swoje ubrania w poszukiwaniu różdżki.

― Gdzie do diabła jest... hic... no, wiesz co... moja różdżka? ― wybełkotał, przetrząsając kieszenie.

― Co to za farsa, Potter? ― wyszeptał Czarny Pan, przypatrując mu się uważnie. Sytuacja rozwijała się w kompletnie innym kierunku, niż oczekiwał. Nie było to dla niego jednak żadne zaskoczenie; zawsze tak się działo, jeśli chodziło o tego bachora. Postanowił jeszcze go nie atakować; tym razem musiał być bardzo ostrożny. Po chwili ostry, słodkawy zapach wypełnił jego wrażliwe nozdrza i spojrzał w bok na szklane odłamki leżące niedaleko jego wroga. Zrozumienie, z czym miał do czynienia, zajęło mu tylko chwilę. Kiedy już to do niego dotarło, zawył maniakalnym śmiechem, nie mogąc opanować się przez dobrą minutę.

― Jesteś pijany ― zarechotał. ― Pijany Potter. Nie mogłeś uczynić tego dla mnie prostszym!

― I co z tego? ― wybulgotał Harry, kiedy w końcu znalazł swoją... a raczej starą różdżkę Draco w swoich spodniach.

Voldemort uniósł górną wargę, uśmiechając się szyderczo. Miękkie, czarne szaty owinęły się wokół jego wysokiego, chudego ciała na wskutek podmuchu zimnego powietrza.

― Wszystkie twoje żałosne lizobuty powinny cię teraz zobaczyć. To, jak zabiję cię niczym przegranego, którym naprawdę jesteś, tutaj, na kolanach przede mną.

Harry wykrzywił usta w pogardliwym uśmiechu, po czym udało mu się wstać i unieść różdżkę.

― Po pierwsze, Riddle... hic… po pierwsze, powinieneś wiedzieć, że nie mam już żadnych żałosnych lizobutów. Każdy, kto czyta Proroka Codziennego dobrze o tym wie. Ale poza tobą, racja? Po drugie, nigdy się nie poddam i będę... hic... pojedynkował się z tobą.

Voldemort ponownie zachichotał.

― Pijany i samotny, Potter? Rozejrzyj się wokół siebie. Widzisz, by ktokolwiek zmierzał tu, by ci pomóc?

Harry spojrzał w bok, uciekając od płonącego wzroku Voldemorta i rzucił szybkie spojrzenie na to, co go otaczało. Gdzieś w dalekich zakamarkach swojego umysłu zastanawiał się, co to było za miejsce. Nie było tu żadnych budynków czy mieszkań ― tylko wysokie, białe skały wznoszące się na nocnym niebie. Wygląda na opuszczony kamieniołom, pomyślał. Poczuł krótki dreszcz przerażenia, ale krążące mu w żyłach whisky szybko go stłumiło.

― Nie potrzebuję niczyjej pomocy! ― warknął, celując różdżką w kierunku swojego nemezis.

Czarny Pan czekał cierpliwie, nie będąc skłonnym do podejmowania pospiesznej decyzji, która tylko mogłaby nieść za sobą więcej problemów.

Ale Harry nie miał ochoty się wahać.

― Expedarmus! ― wrzasnął rezolutnie… i ku jego wielkiemu zakłopotaniu, nic się nie wydarzyło.

Wysoki, zimny śmiech Voldemorta odbił się echem od kamiennych ścian.

― To znaczy... hic... Expelarismus! ― krzyknął Harry, a jego policzki zapłonęły.

Po raz kolejny nie przyniosło to żadnego efektu.

Voldemort musiał objąć wąską klatkę piersiową swoimi wrzecionowatymi rękoma, by zapobiec kolejnym salwom śmiechu. W końcu udało mu się złapać oddech.

― Jesteś tak żałosny, Potter. Nawet pierwszoroczny zrobiłby to lepiej. Czuję się jednak niemal upokorzony, dlatego cię teraz zabiję.

― Expelliarmus! ― wrzasnął młodszy czarodziej, ale Czarny Pan z gracją odbił zaklęcie i Harry znalazł się na ziemi, rozbrojony i bezbronny.

Długie paznokcie Voldemorta spazmatycznie zaciskały się na różdżce i Harry zobaczył, jak strumień żółtego światła wydobywa się z jej czubka. Czarny Pan jęknął i podniósł ręce nad głowę. Jego twarz wykrzywiona była w maniakalnej radości.

― Tak czy inaczej, przysłużyłeś mi się do czegoś, Potter. Uczyniłeś mnie w końcu prawdziwym panem Czarnej Różdżki.

Harry wciągnął głośno powietrze. Do jego odurzonego umysłu powoli zaczęło docierać, co się stało.

― Cholera! ― warknął. ― Jak mogłem… ― zaczął, ale delikatny odgłos trzaskania przerwał jego bełkot.

Powietrze było przesycone magicznymi wyładowaniami stojącego przed nim mężczyzny.

Stuk. Stuk.

― Zemsta jest taka słodka!A teraz przygotuj się na śmierć, Potter! ― krzyknął podekscytowany Voldemort, nieświadomy niczego, co się wokół nich działo, jedynie swojej mocy, gdy jego ręka skierowała Czarną Różdżkę na młodzieńca.

Stuk. Stuk. Stuk.

Trzask.

― Nie słyszysz... hic… tego dziwnego dźwięku? ― zapytał zdezorientowany Harry, rozglądając się wokół, gdy jego spowolniony umysł nie pozwolił mu być wyraźnie zastraszonym groźbą Voldemorta.

Czarny Pan wrzasnął wściekle, a zielone światło już formowało się na czubku Czarnej Różdżki.

― AVADA...

To, czy dokończy inkantację, czy też nie, nie było już dłużej największym problemem Harry'ego. Ogłuszający wybuch sparaliżował jego zmysły i ostatnią rzeczą, jaką pamiętał był podmuch kurzu i pyłu, który uderzył w niego z całą siłą Potem ziemia pod jego stopami poruszyła się, a z nieba zaczęły spadać ogromne głazy, mające pochować go tu już na zawsze. W końcu wszystko pokryła ciemność.


― Ach ― jęknął słabo Harry, próbując się poruszyć. Całe jego ciało było odrętwiałe i poranione, ale najgorszy z tego wszystkiego i tak był nieznośny ból głowy, zupełnie jakby mózg mu się gotował wewnątrz czaszki. Całkowita ciemność dookoła niego w pierwszym odruchu wydała mu się kojąca, jednak bzyczący dźwięk w jego uszach ostrzegł go, że gdyby jednak widział, wszystko kręciłoby się wokół jak karuzela. Nagle dotarł do niego przeszywający ból poniżej lewego oka. Warcząc cicho, dotknął miejsca, z którego mniej więcej dobiegał ból. Lepka ciesz usmarowała jego palce.

Zaklął bez tchu i wytarł krew, nim przesunął rękę nieco dalej, aż wyczuł wystającą z jego skóry drzazgę. Ostrożnie ją wyciągnął, odrzucił na bok, po czym jego palce szybko przesunęły się w górę, by zbadać stan okularów. Tylko lewe szkło pozostało w oprawce. Harry westchnął i potarł skronie, chcąc złagodzić ból, ale wbrew jego oczekiwaniom ulga nie nadeszła, więc zamiast tego skupił się na omacaniu reszty ciała. Dość szybko zdał sobie sprawę z tego, że jego prawa kostka utknęła między kamieniami. Nic nie widząc, po omacku odepchnął na bok gruz, który czuł pod palcami. Kiedy w końcu się uwolnił, spróbował poruszyć na próbę kończynami, by rozruszać stawy i mięśnie oraz ocenić wyrządzone szkody. Gdy już uznał, że pomimo bólu wszystkie kończyny ma na miejscu, a nie porozrzucane po całej okolicy, pomyślał, że powinien być za to wdzięczny.

Po tych krótkich oględzinach, Harry dał sobie całą minutę na odzyskanie sił i przypomnienie tego, co miało miejsce wcześniej. Jednak skupienie myśli, podczas gdy cały był obolały, spragniony i kompletnie zmarnowany, okazało się trudne. Nie mógł przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miał tak wielkiego kaca. Przywołując ostatnie, w miarę jasne wspomnienia, zaczął zastanawiać się, co się z nim stało i gdzie był teraz Voldemort. Ponieważ tak długo, jak pozostawał żywy ― a nie miał co do tego wątpliwości ze względu na ból ― Czarny Pan musiał być w prawdziwych kłopotach. Nie żeby naprawdę się tym przejmował.

Harry zdecydował, że nadszedł czas, by bardziej rozeznać się w otoczeniu. Zazwyczaj, kiedy już nie mógł polegać na swoich oczach, używał dłoni, jednak tym razem wszędzie, gdzie nimi dotykał, mógł poczuć jedynie zimne kamienie i błoto. Po kilku minutach błądzenia w ciemności zaczął panikować. Wyglądało na to, że znalazł się pod ziemią w jakimś nieznanym mu miejscu, bez różdżki czy jakiejkolwiek innej szansy na wydostanie się stąd. Może Voldemort zrobił to, by upewnić się, że przed śmiercią będzie cierpiał.

― Nie!

Ten stłumiony, wściekły krzyk wcale nie opuścił jego ust. Harry zamarł i zaczął się wsłuchiwać. Usłyszał kolejny dźwięk dochodzący gdzieś zza stosu kamieni, przed którym siedział. Odwrócił się i zaczął gorączkowo je przerzucać, aż w końcu dotarł do delikatnego, błyszczącego światła przebijającego przez szczeliny. Jego serce podskoczyło w piersi. Już niemal czuł wolność! W końcu powiększył otwór na tyle, by mógł się przez niego przecisnąć.

Wpadł w łagodne światło, jednak z rozczarowaniem odkrył, że nie było nad nim nieba. Wydawał się znaleźć w małej jaskini, chociaż miejsce, do którego trafił przestało być dla niego ważne, gdy dostrzegł, że nie jest sam. Mężczyzna, który siedział pośrodku dużego kawałka skały, trzymając głowę ukrytą w swoich pajęczych dłoniach, był również niewątpliwie źródłem zielonkawego światła. Nigdzie nie było żadnej luki ani drogi ucieczki z tego więzienia, jedynie jego morderczy towarzysz, siedzący tam i ignorujący go.

Voldemort milczał, odwrócony do niego plecami i chociaż musiał być świadomy jego obecności, najwyraźniej postanowił przez chwilę nie poświęcać mu żadnej uwagi. Kiedy jednak również Harry nie poruszył się ani nic nie powiedział, w końcu odwrócił się, patrząc na niego przez ramię. Kipiąc z wściekłości, warknął:

― Potter!

Jego oddech był świszczący, a głos zimny i zgorzkniały.

― Przez chwilę już myślałem, że moje życie nie może być jeszcze gorsze, ale nie, myliłem się, ponieważ ty, oczywiście, wciąż ŻYJESZ!

Po chwili coś się za nim przesunęło i Harry powoli przeszedł wzdłuż ściany, stając naprzeciwko niego.

― Mógłbym powiedzieć to samo ― wykrztusił.

Voldemort niespiesznie uniósł głowę i spojrzał na niego, przesuwając ręce tak, by owinąć je wokół swoich kolan.

Harry sapnął zaskoczony.

Czarny Pan był ranny. Ten paskudny dziwoląg krwawił. Zobaczenie Voldemorta, potwora, który twierdził, że jest nieśmiertelny i niezwyciężony, a teraz krwawił jak każdy inny, było szokujące. Harry zamrugał. Obok głębokiej rany na lewym policzku Czarnego Pana widział również pęcherze i oparzenia.

― Na co się gapisz, Potter?

― Na nic.

Jego oczy szybko opuściły twarz Voldemorta i postanowił rozejrzeć się za różdżką. Tak jak przypuszczał, niczego nie znalazł. Voldemort był otulony swoją czarną szatą, przyciskając kolana ciasno do klatki piersiowej, jakby było mu bardzo zimno. Jego lewa ręka, w której zwykle trzymał swoją zabójczą broń, była pusta i również krwawiła. Poza tym nie miał widocznych ran.

Harry powoli oparł się plecami o kamienną ścianę i wytarł krew, która wciąż spływała pomiędzy jego powiekami. Wkrótce cisza stała się niezręczna. Harry oczekiwał, że Voldemort w każdej chwili może go zaatakować i sam musiał walczyć z nieznośną chęcią uduszenia drania, dopóki nie weźmie ostatniego wdechu. Mimo wszystko, rozmowa mogłoby uczynić tę sytuację nieco znośniejszą.

― Co się stało? ― zapytał od niechcenia, prostując obolałe ramiona.

Cichy syk ostrzegł go, że Voldemort nie jest zbyt chętny do rozpoczęcia przyjemnej konwersacji.

Harry oblizał swoje suche usta.

― Zgaduj, Potter ― warknął Czarny Pan, obnażając zęby.

― Pomyliłeś klątwę? ― zadrwił Harry, ale po chwili instynktownie przykucnął, gdy poruszenie się Voldemorta wskazało mu, że ten z trudem powstrzymywał swoje mordercze zapędy.

― Dobra… ― Zaczął krążyć po jaskini. ― Pozwól mi pomyśleć... hmm... to nie była część twojego planu. Co znaczy, że ktoś ci przeszkodził… ― Przerwał w pół zdania, czekając, aż jego wężowy kompan dopowie resztę.

Ten jednak tylko na niego patrzył, wyprostowany i cichy, i kiedy Harry w końcu zdecydował, że nie usłyszy już od niego odpowiedzi, Czarny Pan syknął nagle złowieszczo.

― Mugole!

Harry mimowolnie wytrzeszczył na niego oczy.

― Co!?

Voldemort wykrzywił twarz ze złości.

― Powiedziałem mugole, Potter. Jesteś głupi czy głuchy? Chociaż zapewne oba.

Harry zignorował tę pogardliwą uwagę.

― Jak mugole mogli powstrzymać wielkiego Czarnego Pana w momencie jego wymarzonego zwycięstwa?

Voldemort szybko przesunął swoje palce na głęboką ranę na twarzy. Gdy się odezwał, jego głos był bardzo cichy i Harry musiał przestać oddychać, by go usłyszeć.

― Za sprawą… potężnego ładunku wybuchowego, którego nie przewidziałem ― wymamrotał do siebie, a jego wzrok stał się rozproszony. ― Sprawdziłem wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Chciałem zrobić to idealnie. Nikt nie powinien był móc wejść tam bez mojej wiedzy. Nie można było użyć magii, bym się o tym nie dowiedział, a jednak… mugolom udało się w jakiś sposób zastawić pułapkę...

Przerwał nagle, wpatrując się w Pottera, jakby uważał, że ten mógł mieć coś do czynienia z tym wybuchem. Na szczęście młodzieniec nie miał pojęcia, o czym pomyślał Voldemort, bo już szukał jakiegoś logicznego wytłumaczenia.

― Mugolom trudno byłoby to zrobić. Byliśmy… czy wciąż jesteśmy… w kamieniołomie, racja? Powinieneś wiedzieć, że są one pełne materiałów wybuchowych. Ciężko byłoby, aby zabawa z magią w tym miejscu doprowadziła do innego rezultatu ― wytknął mu z przyjemnością.

Ale wtedy przypomniał sobie ten cichy stukot, nim nastąpiła eksplozja.

― Detonatory ― wymruczał cicho. ― To urządzenia elektryczne, jak zapewne wiesz, a energia elektryczna w znacznym stopniu zakłóca magię. Wydaje mi się, że nawet słyszałem, jak się włączyły.

Voldemort podniósł się na nogi, po czym zaczął okrążać pomieszczenie, unikając Pottera jak tyko mógł.

― Skąd mogłem to wiedzieć? ― wysyczał rozwścieczony, najwyraźniej do samego siebie. Zazgrzytał zębami. ― Nie jestem jakimś brudnym, mugolskim górnikiem!

Usta Harry'ego drgnęły nieznacznie. Och tak. Voldemorta pokrywał kurz i brud, a kilka rozdarć w jego szacie sprawiało, że aktualnie prędzej przypominał górnika niż Czarnego Pana.

― Ale to nieistotne, Potter ― powiedział nieco głośniej, wciąż krążąc wokół i co jakiś czas posyłając młodszemu mężczyźnie czujne spojrzenia. ― Ważne jest to, że utknąłem tutaj razem z tobą i muszę zadbać o to, by nikt cię tutaj nie znalazł i nie próbował ci pomóc, bo nie mogę oczekiwać, że ktoś przyszedłby i uratował mnie. Wygląda na to, że nie ma innego wyjścia, będziemy musieli dzielić ze sobą ten makabryczny grób. Ale nie martw się, Potter, z całą pewnością upewnię się, że umrzesz pierwszy.