Chciałam powiedzieć, że mnie palce rozbolały dzisiaj od tego pisania, więc proszę docenić ;)
A tak przy okazji, chyba będę musiała podwyższyć ocenę drastyczności, bo coś się mrocznie robi.
„Nessarose i Księga Kłamstw"
Rozdział drugi – „Czuwanie i morze krwi"
„Wszystko zaczyna się i kończy na krwi. Jeśli nie można rozpoznać kim jesteś po tym, jak wyglądasz, zostaje tylko krew. Czerwona, niebieska, czarna, święta. Czysta, zawsze czysta, jak kryształ i źródlana woda. Ale co jeśli nie możesz udowodnić w stu procentach, że jesteś tym, za kogo się podajesz? Czy naprawdę można polegać na gobelinach i księgach? Przecież wystarczy plotka, jakieś rzucone w złej wierze słowo, które dotarło do niewłaściwych uszu. Przecież wszyscy mamy coś do ukrycia. Na każdego jest sposób. Trzeba więc starać się za dwóch. Oddawać przysługi, zbierać długi. A na koniec przyda się jeszcze cudza krew zalewająca posadzkę. Nic tak nie odciąga uwagi, jak morderstwo lub dwa. I tak, w ten czy inny sposób, wszystko zaczyna się i kończy na krwi."
Uri Hazel „Morderczyni"11 lutego, 1999, Maryport, Kumbria
Żeby uznać masakrę za element rozrywki trzeba być specyficznym człowiekiem. Samo słowo człowiek nabiera bowiem w tym kontekście dość przenośnego znaczenia. Przy pewnej ilości krwi coś w człowieku ginie, albo znika sam człowiek, nie ma innego wyjścia. Istoty ludzkie nie zostały genetycznie przystosowane do długich i metodycznych morderstw. Raz, dwa, może trzy. W afekcie, w przypadku szaleńców, w drodze wyjątku. Ale nie codziennie, nie systematycznie, przez osiem godzin dziennie, jakby przychodziło się na miejsce zbrodni jak do biura.
Ludzie to nie papierki, które przekłada się z miejsca na miejsce, a w końcu pali gdzieś w piecu. Albo się to rozumie, albo nie. Odcienie szarości to bajki dla tych, którzy koniecznie chcą uciszyć swoje sumienia.
Blaise Zabini nigdy nie nauczył się widzieć w ludziach, których zabijał czegoś mniej niż istot ludzkich. Wiedział jak to powinno działać w teorii, wiedział, że niektórzy opanowali tę trudną sztukę, ale niczego to nie zmieniało. Mugolskie dzieci były dla niego tylko dziećmi, kobiety, kobietami, mężczyźni, mężczyznami. Nie umiał dostrzec różnicy.
Kobieta nie chciała przestać krzyczeć, a Blaise zaczął w pamięci powtarzać tabliczkę mnożenia. Nie zamknął oczu i ułożył rysy twarzy w znudzony wyraz. Nigdy nie można być pewnym kto na ciebie patrzy i co wyda mu się podejrzane.
- Czy nie możemy się trochę pośpieszyć? – rzucił w kierunku Adriana Pucey'ego, naśladując ton głosu, którym jeszcze parę lat temu Draco Malfoy uzewnętrzniał ogrom swojego znudzenia.
- Śpieszy ci się gdzieś, Zabini? – usłyszał z tyłu. – Masz może ważniejsze sprawy?
Obrócił się, wiedząc doskonale kogo zobaczy za plecami. W duchu już przeklinał swoją nieostrożność. Nie usłyszał kiedy weszła do pokoju, a powinien być bardziej uważny.
- Jeżeli będziemy ich zabijać w takim tempie jak dziś, to umrzemy ze starości nim to wszystko się skończy – oświadczył z rozdrażnieniem.
Powietrze znowu przeszył rozpaczliwy krzyk. Blaise wolałby go nie słyszeć, albo chociaż móc powiedzieć, że nie wie co się dzieje piętro niżej.
Tracey Davis uśmiechnęła się chłodno.
- O ile dobrze rozumiem z tego zawodzenia, to Goyle jeszcze jej nie zabija. Przynajmniej nie w tym sensie, o który ci chodzi.
Adrian prychnął gdzieś z tyłu, a kobieta poniżej nadal zdzierała sobie gardło. Uparta suka, pomyślał Blaise gniewnie, większość z nich na tym etapie już milczała, a ona nadal swoje.
- Ale czy ona musi tak wrzeszczeć?
Tracey roześmiała się lekkim, zupełnie niestosownym śmiechem.
- Blaise, Blaise, to ty nie wiesz, że błagania o litość to połowa zabawy?
Blaise wiedział, że chwilowo się zrehabilitował, bo znów mówiła mu po imieniu. Nie wiedział czy umie być z tego zadowolony.
- No i zrozum Goyle'a. On nie ma zbyt wielu okazji do przyglądania się kobietom z bliska – uśmiechnęła się do niego ponownie, a jemu zrobiło się nagle niedobrze, gdy przypomniał sobie jak parę lat temu ten sam uśmiech przyprawiał go o szybsze bicie serca.
- Ale nie przyszłam tutaj żeby prowadzić pogawędki – powiedziała Tracy bezosobowym głosem. - Black kazała wam przekazać, że operacje przesuwa na jutro rano, więc macie się stąd zabierać i porządnie wyspać. Jutrzejsza fucha będzie wymagała trochę więcej wysiłku.
- Zgarnę Goyle'a – dodała, kierując się w stronę schodów.
Blaise zmarszczył brwi. Po co się z nim drażniła jeśli i tak miała zamiar to przerwać?
- Ty to masz szczęście – oświadczył nagle Adrian.
- Jak to szczęście?
- No, a co? O mnie się takie laski nie ocierają.
- O czym ty mówisz?
- Blaise, Blaise, czy ty nie wiesz, że błaganie to połowa zabawy? – powtórzył Adrian naśladując kokieteryjny głos Tracey. – Weź mnie Blaise, a pokażę ci jak potrafię błagać o...
- Przymknij się, Pucey!
Adrian cofnął się na widok wyciągniętej różdżki.
- Spokojnie, bez nerwów. Nie myślałem, że ty się aż tak przejmujesz.
- Nie przejmuję się – odpowiedział Blaise chowając różdżkę. – Ale ja i Tracy nie będziemy się już nigdy pojawiać w takim kontekście w twoich wypowiedziach, rozumiesz?
- Oczywiście. Chodzi o to, że ona jest szlamą, prawda? Całkiem zapomniałem, ja...
- Wystarczy. Koniec rozmowy – uciął Blaise i odwrócił się na pięcie, nie czekając na odpowiedź.
Chciał jak najszybciej opuścić ten dom, z jego ładnymi kolorami i wygodnymi fotelami. Przynajmniej kobieta przestała krzyczeć. Dobrze. Blaise wolał martwe kobiety, niż te gwałcone i cięte na małe kawałeczki. Były cichsze.
Zanim zniknął w ciemności wykonał jeszcze szybko znak iszat. Dwoma palcami dotknął miejsca na szyi gdzie wyczuć można ludzkie tempo, a potem złożył rękę w pięść tuż nad sercem.
Ana darim iszatim.
Kolejny gest, którego nie mógł się oduczyć. Może pewnego dnia to on kosztować go będzie życie.
11 lutego, 1999, Londyn
Hermiona przesunęła torbę wyżej na ramię i zadzwoniła trzy razy. Miała nadzieję, że Chris już wróciła, bo klucz do mieszkania zostawiła w Hogwarcie i nie chciała ryzykować ściągania go za pomocą accio.
- Witam łaskawą panią – powitała ją współlokatorka w drzwiach.
Hermiona uśmiechnęła się mimo zmęczenia.
- Czy ja też mam tak archaizować, czy wystarczy normalnie?
Chris westchnęła, oparła się o drzwi i ułożyła ciało w pozycję wysoce zrezygnowaną.
- W sumie możesz i normalnie, jak już musisz.
- Muszę – potwierdziła Hermiona przepraszająco.
Chris odkleiła się od framugi i otworzyła szerzej drzwi.
- Cóż, siła wyższa – powiedziała, wykonując zapraszający gest ręką. Hermiona dostosowała się potulnie do sugestii.
Przez cały czas czuła na sobie czujny wzrok. Przy zdejmowaniu butów, odkładaniu torby. Przy wieszaniu kurtki na wieszak. Wyglądało na to, że czeka ją kolejna runda pytań. Nie pierwsza i pewnie nie ostatnia. Chris z jakiś niewiadomych przyczyn koniecznie chciała jej matkować. Gdyby miała być ze sobą szczera, to wiedziała nawet o jakie to przyczyny chodzi, ale nie miała ochoty na taką prawdomówność.
- Jak tam? Żyjesz? – usłyszała siadając przy stole w kuchni. - Bo wyglądasz niemrawo.
- W porządku – odpowiedziała Hermiona zgodnie z prawdą. Przecież nic takiego się nie działo. Nic nowego. Chris nie wyglądała jednak na przekonaną.
- A tak na serio? – zapytała stawiając na stole dwie szklanki soku.
- Naprawdę wszystko w porządku, po prostu jestem przemęczona – powiedziała wymijająco.
Chris zrobiła minę, wypiła trochę soku i zebrała się na odwagę.
- Słuchaj, wiem, że o tym rozmawiałyśmy, ale ja mówiłam na poważnie, że mogę...
- Nie wezmę od ciebie pieniędzy.
Naprawdę nie chciała już o tym rozmawiać. Ta kwestia wracała co jakiś czas, pod różnymi postaciami. Chris proponowała jej już najróżniejsze pożyczki, mówiła, nie musisz płacić swojej części czynszu, ja to załatwię i nieskończoną ilość innych rzeczy. Była zdecydowanie zbyt uczynna. A to, że Hermiona nie mogła jej wyjaśnić nawet połowy kwestii, w niczym nie pomagało. To że jej współlokatorka uważała, że Hermiona zaharowuje się na śmierć, żeby zarobić na życie i utrzymanie nieistniejącej babci, sprawiało tylko, że czuła się jak oszustka. Ale musiała jakoś tłumaczyć swoje długie nieobecności.
- A bank? Myślałaś o jakimś kredycie studenckim? – Chris ciągnęła dalej, uparcie usiłując naprawić świat.
- Nie chcę się w to pakować. Nie ma gwarancji, że będzie mnie stać na płacenie rat.
To akurat było prawdą. Od śmierci rodziców jej perspektywy nie były już takie obiecujące. Oszczędności topniały, a praca dla Dumbledore'a, która zajmowała jej większą część wolnego czasu, nie wiązała się z żadnymi korzyściami materialnymi.
- Słuchaj, pomyśl o tym jeszcze, dobrze? – Chris musiała się naprawdę martwić, bo nie chciała łatwo ustąpić. - Ty nie możesz tak długo ciągnąć, wyglądasz coraz gorzej.
Hermiona nie wiedziała, co powiedzieć. Była wyczerpana, zrezygnowana i chciała położyć się do łóżka i nie wstawać przez najbliższy miesiąc. Ale nie mogła zrezygnować ze swojego zajęcia, bo ludzie na niej polegali i nie mogła zostawić studiów i tego mieszkania dzielonego na pół, bo potrzebowała miejsca gdzie mogłaby chociaż na chwilę zapomnieć o wojnie.
- Nie teraz, o.k.? – poprosiła w końcu.
- Ale obiecujesz, że pomyślisz?
- Obiecuję.
Chris westchnęła głęboko. Jej wyraz twarzy mówił dość wyraźnie, że nie bardzo podoba jej się ten obrót spraw.
- Chcesz dobrze zjeść? – zapytała nagle.
Hermiona uniosła głowę, odstawiła szklankę z powrotem na blat i przyjrzała się swojej współlokatorce sceptycznie. Prawda była taka, że Chris gotowała jeszcze gorzej niż ona sama, a to już była sztuka.
- Twojej produkcji?
Chris przewróciła oczami.
- No przecież mówię, że dobrze zjeść, a nie, że szybko się otruć. Harry dzwonił – rzuciła po chwili w kierunku Hermiony.
Hermiona pamiętała Harry'ego chociaż widzieli się ledwie parę razy. Harry Black był najlepszym przyjacielem Chris i dość nieśmiałym, ale całkiem uroczym młodym człowiekiem, co nijak nie tłumaczyło Hermionie jak jego osoba łączy się z jedzeniem.
- I?
- Ma nadmiar w lodówce i zaprasza – wytłumaczyła Chris, jakby objadanie znajomych było najnormalniejszą rzeczą na świecie. Może i było. Hermiona nie miała zbyt wielu znajomych.
- No, nie wiem... – zaczęła, myśląc z tęsknotą o ciepłym łóżku.
- A na deser daje tort karmelowy – Chris spojrzała jej w oczy wzrokiem cierpiącego na depresję spaniela. - Ty go musisz spróbować. On jest jak objawienie.
Głos Chris sugerował jakieś religijne wręcz uwielbienie i Hermiona pomyślała, że pani Black musi być niezwykle uzdolnioną kucharką, żeby wywołać taki efekt. Może jednak powinna się z nią zabrać. Wizyta w normalnym, szczęśliwym domu mogłaby jej zrobić dobrze. Z pewnością lepiej niż leżenie w łóżku i rozmyślanie o martwych ludziach. Poza tym, przydałoby jej się w życiu trochę słodyczy.
- No, dobrze, wygrałaś. Idę.
11 lutego, 1999, Salisbury
Millicent Bulstrode wygładziła powierzchnię ciemnozielonej szaty po raz trzeci, ale jej ojciec nadal nie wyglądał na zadowolonego. Zmusiła ręce do bezruchu i czekała na ostateczny werdykt. Cała ta scena nie była wcale potrzebna, ale nie mogła przecież powiedzieć swojemu ojcu, że idzie na Czuwanie ku czci Pansy. Żadne z nich nie powinno się w coś takiego bawić, ale nie mogli tak po prostu zignorować jej śmierci. Chociaż Draco na przykład nie miał z tym najmniejszych problemów.
- No cóż. Lepiej już nie będzie – powiedział jej ojciec, marszcząc niechętnie brwi. Za każdym razem musiał mówić jej coś takiego, jakby sama nie pamiętała, że jest brzydka.
- To tylko urodziny Dafne.
- To spotkanie towarzyskie, a ty masz już prawie dwadzieścia lat.
Czytaj, każde spotkanie towarzyskie jest okazją do zawierania znajomości. Czytaj dalej, powinnaś znaleźć sobie męża.
- Oczywiście, masz rację – przytaknęła Millicent wiedząc, że dalsze dyskusje nie mają sensu. – Pójdę już, dobrze?
- Idź, nie wypada się spóźnić.
Odesłał ją jak zwykle ruchem ręki, którym traktuje się służbę. Nie okazując po sobie zniecierpliwienia, Millicent dygnęła lekko i pożegnała się. Dopiero na zewnątrz przyspieszyła kroku. Nie było sensu korzystać z magii, dom Greengrassów stał pół przecznicy obok. Pamiątka po przyjaźni jaka łączyła ich przodków paręset lat temu.
To, że skrzat domowy wpuścił ją do środka bez informowania pani domu, było za to pamiątką po ich osobistej przyjaźni, ale jednocześnie czymś szalenie ryzykownym.
Dafne zajęta była układaniem zastawy, jeśli można tak nazwać czynność, która wymagała ciągłego machania różdżką i obywała się bez kontaktu osobistego z talerzami. Pod nosem nuciła coś, co brzmiało trochę jak ostatnie wersy Kuru.
- Nie za wcześnie na to? – zapytała Millicent wchodząc w końcu do pokoju.
Dafne zatrzymała się na chwilę w bez ruchu, jakby przyłapano ją na czymś wysoce nagannym. Po chwili rozluźniła mięśnie i odwróciła się w stronę przyjaciółki.
- Może, ale złapał mnie jakiś taki żałobny nastrój.
Millicent nie skomentowała tego, bo sama czuła się jakby szła na pogrzeb. Chociaż wizytę na cmentarzu miała już za sobą. Wszyscy z resztą tam byli. Oglądali to przedstawienie i udawali, że wierzą w ta bajkę o nieszczęśliwym wypadku.
- Powiedz swoim skrzatom domowym, żeby nie wpuszczały nikogo bez pozwolenia – powiedziała w końcu Millicent, wracając pamięcią do sceny przy wejściu.
- Nie martw się, miały przykazane, żeby cię wpuścić – odparła Dafne, po raz kolejny przesuwając serwetki o milimetr w prawo.
Millicent chciała powiedzieć, że to nic nie zmienia, bo nigdy nie ma gwarancji, że ktoś kto wygląda jak ona jest naprawdę nią, a nawet, że ona sama nadal jest po tej samej stronie co Dafne, ale dała sobie spokój. Komuś trzeba ufać, bo inaczej się zwariuje, a Dafne najwyraźniej postanowiła obdarzyć zaufaniem właśnie ją. Millicent postanowiła, że będzie się czuć zaszczycona i nie powie nic.
- Pomóc ci w czymś? – zapytała. Grzeczność i uczynność to w końcu podstawa, poza tym stojąc i patrząc jak ktoś inny pracuje, wygląda się dość głupio.
Dafne wykonała ostatnie machnięcie różdżką i pokręciła przecząco głową.
- Nie, właśnie skończyłam.
Zmarszczyła brwi i przyjrzała się stołowi krytycznie. To, co zobaczyła, musiało uzyskać wreszcie jej aprobatę, bo kolejne zaklęcie nie dotyczyło już dekoracji. Lekki ruch ręki i dwa krzesła wysunęły się zapraszająco.
- Siadaj – powiedziała Dafne i sam wybrała krzesło po prawej stronie. Millicent usiadła naprzeciwko.
Przez chwile obie nic nie mówiły i czekały, aż skrzat domowy dokończy nalewać im do kieliszków. W końcu jednak Millicent przerwała ciszę.
- Więc Draco nie przychodzi? – zapytała, chociaż odpowiedź była właściwie oczywista.
- Nie został zaproszony – odparła Dafne. - Uznałam, że tak będzie bezpieczniej. - Westchnęła i upiła kolejny łyk z kieliszka. - Kompletnie nie wiem co się z nim stało.
- Ojciec się stał – odparła Millicent głuchym głosem.
- Ojciec, ojcem, ale zawsze myślałam, że on...no wiesz...
- Tak jak zawsze myśleliśmy, że Goyle ma po prostu porywczy charakter, a potem się okazało, że jest sadystycznym mordercą.
Millicent rzadko odzywała się tak ostro, ale Pansy została zabita i nie stać ich już było na udawanie, że nic im nie grozi. Dafne musiała się wziąć w garść i to szybko, bo wszyscy wiedzieli, że były z Pansy blisko i jeszcze przez jakiś czas będzie pod ścisłą obserwacją. Tak jak większość ich znajomych.
Dafne zamknęła oczy i wypiła resztę wina jednym haustem.
- Nigdy nie wiadomo co z człowieka wyjdzie, co? – zapytała w końcu gorzkim tonem.
- Nigdy.
To była prawda, której nauczyli się wszyscy bardzo szybko. Wojna zmieniała ludzi. Bardzo rzadko na lepsze.
Skrzat domowy pojawiła się nagle za ich plecami i Millicent omal nie wylała resztki wina na piękny, śnieżnobiały obrus. Powoli odłożyła kieliszek na bok i odwróciła się w stronę wejścia.
- Przyszli goście – oświadczył stojący w drzwiach skrzat domowy.
- Wpuść ich.
Dafne wstała od stołu, a drugi skrzat zniknął na znak jej ręki, żeby powrócić za chwilę z większą ilością kieliszków.
Nott i Vincent weszli do środka, witani przez Dafne szerokim uśmiechem. Dafne zawsze trochę zbyt bardzo przejmowała się funkcją gospodyni, pomyślała Millicent. Z drugiej strony, było to całkiem zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że zarządzała tym domem od dwunastego roku życia i niejednokrotnie musiała różnym ludziom udowadniać, że sama poradzi sobie doskonale. Została jej po tamtym okresie, pewna nadmierna drobiazgowość.
Nott i Vincent oddali tymczasem swoje peleryny skrzatom i zasiedli przy stole. Vincent uśmiechnął się do Millicent niepewnie na powitanie. Odpowiedziała skinieniem głowy. Ślizgoni nigdy nie powinni być zbyt wylewni.
- Przynosimy dary – powiedział Nott do Dafne z nutką ironii, wkładając rękę do wewnętrznej kieszeni. - Zafundował nam to pewien Mugol z bogatą piwniczką.
Millicent patrzyła jak Nott wyjmuje po kolei kilka butelek wina i powiększa je z powrotem do oryginalnych rozmiarów.
- Jemu to i tak się już nie przyda – dodał Nott i otworzył zaklęciem pierwszą butelkę.
Millicent upiła łyk. Wino było rzeczywiście bardzo dobre. Lepsze nawet od tego, które podała Dafne. Starała się nie myśleć o tym, że jego poprzedni właściciel już nie oddycha. Nie było sensu katować się wyrzutami sumienia, szczególnie z powodu czegoś, czemu sama nie była winna. Zaczynała już nawet nabierać wprawy w ignorowaniu takich kwestii.
- Ktoś wie, gdzie jest Blaise? – zapytała po chwili Dafne, zerkając na zegar. Nott pokręcił przecząco głową. - Miło by było gdyby się raczył zjawić zanim się upiję.
- Jest w Maryport – powiedział niespodziewanie Vincent. - Z Gregorym i Tracey.
- To już wiem, że nie będzie w najlepszym nastroju – skomentowała Dafne.
- To może my się jednak napijmy.
Millicent nie była może wielką miłośniczką picia, ale nie miała ochoty rozmawiać o Goyle'u, Tracy i wszystkim tym, co powoduje, że Blaise się spóźnia. Ta noc będzie bolesna i bez tego.
Nott skinął głową w jej kierunku, przyznając jej rację i uniósł kieliszek w górę.
- Proponuję toast – powiedział. - Za kobietę, która miała odwagę się nie kłaniać.
Szkło stuknęło o szkło i kieliszki zostały opróżnione w milczeniu.
Gdy wino zostało rozlane ponownie, Millicent przejęła pałeczkę i wzniosła własny toast.
- Za, kobietę, która była na tyle głupia, żeby być odważna.
Stuknęli się kieliszkami i znów popadli w milczenie. Pili powoli i równo. To głupie, że po tylu latach, nadal wierzyli, że smutki można utopić, przebiegło Millicent przez głowę.
Następna w kolejce miała być Dafne. Wszystko szło tak jak trzeba, uniosła kieliszek w górę, otworzyła usta i wtedy coś się stało i straciła opanowanie.
- Idiotka! – powiedziała gniewnie, opuszczając rękę i odstawiając kieliszek z łoskotem. - Jak mogła zrobić coś takiego?
Nikt jej nie odpowiedział, ale Dafne nie potrzebowała odpowiedzi, tylko szansy na uzewnętrznienie swojego gniewu.
- Co my jesteśmy Gryffoni? Co z naszym cholernym przetrwaniem? Jesteśmy Ślizgonami. Nie pakujemy się w przegrane sprawy!
- To może od razu powiedz, że nie stać nas na nic dobrego – odpowiedział jej chłodno Nott, a Millicent wzdrygnęła się lekko, bo wiedziała, że takie stwierdzenie tylko bardziej rozzłości jej przyjaciółkę.
Dafne zerwała się od stołu, jakby nie mogła usiedzieć w miejscu.
- A stać? – zapytała, przeszywając Notta wzrokiem. - Nie wiem nawet ile osób zabiłam w tym roku, tyle ich było! Pijemy właśnie wino ukradzione człowiekowi, którego zamordowałeś!
Z każdym zdaniem jej głos wnosił się wyżej, a Nott wyglądał na coraz bardziej wściekłego.
- Goyle kroi kobiety na kawałeczki nim je zabije! – Dafne była już na prostej drodze prowadzącej do histerii. - Draco siedzi w tych swoich piwnicach i produkuje coraz straszniejsze trucizny! Co jest w tym do kurwy nędzy dobrego?
Zanim ktokolwiek się zorientował, Nott trzymał już rękę na jej gardle.
- Ciszej, do cholery! – wrzasnął jej w twarz, a Millicent drgnęła chcąc ruszyć na pomoc. Vincent złapał ją za rękę i przytrzymał na miejscu. Nott tymczasem wypuścił Dafne i dodał o wiele spokojniejszym tonem - Chcesz nas wszystkich zabić? Pamiętaj, ściany miewają uszy.
Dafne oddychała ciężko usiłując złapać oddech.
- Ja... Po prostu...
Rozłożyła bezradnie ręce i opadła z powrotem na krzesło.
- Mieliśmy być tacy wspaniali... „więcej sprytu, od uczniów domów trzech"... – szepnęła do siebie, a Millicent przez chwilę wydawało się, że znów są w Hogwarcie i mają po szesnaście lat, a Tiara Przydziału śpiewa im o pojednaniu. To nie było wcale tak dawno temu.
- Mogła mi powiedzieć, przecież bym jej nie zdradziła – głos Dafne był już tak cichy, że Millicent nie była pewna, że w ogóle coś usłyszała.
- Pijmy – powiedział nagle Vincent. Wszyscy obrócili się w jego stronę. - Za, kobietę, która zrobiła coś dobrego.
Millicent przytaknęła i uniosła swój kieliszek - Za kobietę, która przyniosła chlubę naszemu Domowi.
Nott dołączył do nich szybko, Dafne zajęło to parę sekund. Pili trochę zbyt szybko i może zbyt łapczywie, ale nikt nie miał ochoty przerwać milczenia. Skrzaty domowe dolewały im wina i czas mijał niepostrzeżenie.
Aż w końcu, Dafne westchnęła, uśmiechając się po chwili krótko i nerwowo.
- No przynajmniej teraz to wszystko powinno się szybko skończyć – powiedziała przeczesując włosy dłonią. - Bez dostępu do informacji długo nie wytrzymają.
Nott wyglądał jakby nie był pewien czy chce coś powiedzieć.
- O co chodzi? – rzuciła Dafne w jego stronę, bezwiednie dotykając ręką szyi.
- Chodzą plotki, że oni mają jednak dostęp do informacji.
- Kolejny szpieg?
- Ponoć – Nott potrząsnął ramionami, jakby uważał to za nieistotne, ale i tak nikogo to nie zmyliło. - Nikt nie jest dokładnie pewny o co chodzi, bo ten domniemany szpieg pojawił się zaraz po śmierci Pansy.
- Zgłosił się na ochotnika, czy jak? – zapytała Millicent z niedowierzaniem
- A skąd my wiemy o tym szpiegu? – zapytała nagle Dafne marszcząc brwi.
- Podobno my też mamy swojego szpiega po ich stronie – odpowiedział znowu Nott i Millicent pomyślała, że on wie o tym wszystkim zdecydowanie za dużo. - Kogoś całkiem skutecznego.
- Podobno? – zapytał Vincent, który do tej pory zachowywał milczenie.
- Podobno – odparł Nott rozkładając ręce.
Dafne posłała zaniepokojone spojrzenie zegarowi, a potem dała znak skrzatom i kieliszki zostały napełnione ponownie.
- Zabijcie mnie, ale nic nie rozumiem z tego, co się ostatnio dzieje – powiedziała w końcu. - Twierdza Marad?
- Powrót do korzeni? – zaproponowała Millicent bez przekonania.
- Powrót powrotem, ale nie po to nam wojna domowa, żebyśmy się na Bliski Wschód przenosili.
- Może to nie my się mamy tam przenieść, tylko coś ma być przyniesione do nas – zaproponował Nott.
- Ale tam przecież nic nie ma – zaooponował Dafne. - Ruiny i kamienie.
- I Niniwa.
Wszyscy zamilkli na chwilę i skupili wzrok na Notcie, który odstawił kieliszek i patrzył na nich spokojnie. Dafne jako pierwsza odzyskała równowagę.
- I co jeszcze? Księga Kłamstw? – Zapytała drwiąco. - Bądźmy poważni.
Nikt się nie uśmiechnął. Nott pochylił się w stronę Dafne z całkiem poważnym wyrazem twarzy.
- A czemu nie? I odszedł Anrafel, Lugal-Marad, z miasta zwanego Rebelią i nigdy nie powrócił – zacytował.
- I odparł Strażnik Ogrodów - Ten, Którego Słowa Są Ciemne, zostawił u nas Księgę i nam powierzył jej ochronę – dodała Dafne. - I co z tego? To są teksty z przed tysiąca lat.
Odpowiedź nigdy nie nadeszła, bo skrzat domowy zawiadomił właśnie o przybyciu Blaise'a, co skutecznie przerwało dyskusję. Co nie oznacza, że Blaise już od progu nie zorientował się, że coś się stało.
- O co chodzi? – zapytał, siadając pomiędzy Dafne i Millicent.
- Nott opowiada bajki – odparła Dafne nonszalancko.
- Raczej koszmary – poprawił ją Vincent.
Nott skrzywił się i upił kolejny łyk z prawie pustego kieliszka. Millicent pomyślała, że wszyscy są już prawdopodobnie przynajmniej trochę pijani.
- Powiedziałem tylko, że w Dawnym Kraju, jest coś więcej niż piasek i ruiny – powiedział Nott. - Na przykład Księga Kłamstw.
Blaise patrzył na niego przez chwilę bez słowa.
- Cóż, przyznam, że osobiście mam nadzieję, że Księga Kłamstw to tylko bajka, a Voldemort wziął sobie urlop, żeby się trochę opalić – powiedział w końcu, kończąc wypowiedź zmęczonym półuśmiechem.
Millicent odetchnęła z ulgą, kiedy Nott odwzajemnił ten półuśmiech. Koniec kłótni. I dobrze. Nie wypada się kłócić, w wieczór Czuwania.
- Masz – powiedziała Dafne, podając Blaise'owi wino. - Jesteś o przynajmniej trzysta kieliszków w tyle.
Gdy Blaise pił wino, Dafne wyjęła pięć niebieskich świec. Zaklęcie lewitujące zawiesiło je ponad blatem stołu.
Millicent była w życiu na kilku Czuwaniach. Większość z nich nie miała wiele wspólnego z tym, czym naprawdę powinno być Czuwanie. Do tej pory pamiętała jak oglądała przez szparę Czuwanie ku czci jej własnej matki i znudzoną twarz własnego ojca. Tamto Czuwanie trwało może ze cztery godziny i nie powiedziano na nim ani jednego prawdziwego słowa na temat Melisende McMilan Bulstrode. To Czuwanie miało wyglądać inaczej.
Kieliszki i wino zniknęły ze stołu.
Na znak dany przez Dafne, unieśli różdżki i zapalili świece. Miały płonąć przez całą noc. Kiedyś świece zmieniano, ale teraz wystarczyło jedno zaklęcie, żeby mogły płonąć w nieskończoność.
Kur zabrzmiał swoim charakterystycznym, melodyjnym zaśpiewem.
da-ri kur-niserin-na, pirin zalag, pirin zalag
da-ri kur-niserin-na, dili-du-a, dili-du
Niekończąca się góra porośnięta cedrami, las światła.
Idę sam.
Nim nadejdzie ranek, opowiedzą płomieniom o tym kim była Pansy Parkinson Malfoy. Opowiedzą jej historię, żeby przetrwała w ogniu który nigdy tak naprawdę nie zgaśnie. A gdy słońce przebije się przez kotary, wykonają znak iszat i zgaszą płomienie.
A potem wrócą na wojnę, którą woleliby przegrać.
c.d.n.
W skrócie, bo nie chcę zajmować miejsca:
Kur – (sum.) góra, w mitologii symbol zaświatów
da-ri kur-niserin-na itd. to śpiewany po sumeryjsku kawałek piosenki pt „The Mountain" (Dave Carter & Tracy Grammer), który sobie pożyczyłam.
Marad oznacza rebelię albo bunt.
Niniwa była trzecią stolicą Asyrii, niektórzy twierdzą, że także miejscem gdzie rosły słynne ogrody Seramidy.
Iszat to ogień, a Ana darim iszatim oznacza ku/do wiecznego ognia i jest odpowiednikiem naszego „pokój jego duszy". Znak iszat funkcjonuje tu jak u nas znak krzyża.
Niebieski jest np. w Iranie znakiem żałoby
Anrafel, którego Midrasz utożsamia z Nimrodem (władcą Marad), jest opisywany jako "ten, którego słowa są ciemne/mroczne".
Przy okazji, może od razu się przyznam, że nie studjuję arabistyki, ani nic takiego, więc mogę coś zdrowo knocić. Sprawdzałam wszystko parę razy, ale nigdy nic nie wiadomo. W każdym razie to i tak nie ma być starożytna Asyria i pochodne, ale magiczna wersja starożytnej Asyrii, więc ... ;)
Wszystkie znaki życia dawane autorce tego fika są mile widziane ;)
