Podziękowania dla Pana M. za naprowadzenie mnie na właściwi trop ^^

Osobiście uważam, że poświęcenie jako aspekt śmierci pustego jest troszeczkę bez sensu, bo samo w sobie jest aktem raczej szlachetnym i nie powinno prowadzić do degradacji duszy. No ale, Kubo-sensei tak chciał, więc chyba nie mam nic do gadania :D

Smacznego.


3

Świeża morska bryza owiewała tłum zgromadzony na jednym z licznych urwisk okolicy. Tłum krwiożerczy i całym swym zbiorowym organizmem łaknący należycie brutalnego widowiska. Egzekucji, która przynieść miała sławę zwycięzcom oraz gorycz i niesmak przegranym. Słońce świeciło wyjątkowo jasno, odbijając się, migocząc w odmętach morskiej toni, radośnie chlupiącej im pod stopami. Pełną podniecenia ciszę przerywał tylko krzyk mew krążących dokoła, przywodzących na myśl sępy czyhające na swą ofiarę.

Stoisz w tłumie, ściskana przez natrętne, bezmózgie hieny czekające tylko na pierwszą krew. Nie możesz oderwać wzroku od skazańca, który całą swą osobą wręcz błaga o ratunek. To nic, że ma chustę na oczach i knebel wrzynający się głęboko w usta. Ty wiesz;widzisz wolę życia, którą emanuje. Podarte łachmany rozwiewa mu wiatr, jakby z radością domagając się, by już, już wziąć go w swoje objęcia i poszybować wspólnie ku spienionej, śmiertelnej czeluści. Widzisz oficera mierzącego w jego serce naładowaną bronią i drugiego, który pęta i tak skrępowane już ręce. Czujesz otaczającą cię zewsząd chorą radość i nie możesz jej już znieść. Nie możesz…

Martwą ciszę oczekiwania przerywa wrzask, gdy wybiegasz przed szereg mając ogień w sercu i szaleństwo w oczach. Jeden krzyk z wolna przeradza się w następny, a potem w całą ich lawinę. Nie obchodzi cię to. Z lekka ogłuszona kakofonią dźwięków narastających ci w głowie, rzucasz się na więźnia osłaniając go własnym ciałem.

Ryby od zawsze pływające pod klifami wystawiły zębiska na żer. Zbliżał się dla nich czas uczty i wszystkie doskonale o tym wiedziały. Już niebawem świeża krew spłynie do ich gardeł, plamiąc dusze i ciała zbawienną posoką, którą zbroczone pławić się będą we własnym raju przetrwania. Raju na tyle okrutnym, że odniesionym kosztem niewinnej ofiary, której nieznanym jest jeszcze jej parszywy los.

Nic nie czujesz, gdy oprawcy krępują ci ręce i głos ani gdy ciężki kamień przytraczany jest do twych nóg. Nie czujesz zimna łez spływających po twarzy ostrym strumieniem ni chłodu, gdy osusza je szalejący wokoło morski wiatr. Nie chcesz czuć. Całym swym istnieniem skupiasz się za to na przeogromnej uldze wymieszanej na równi z niebotycznym niedowierzaniem, wymalowanej na twarzy dopiero co oswobodzonego, dotychczasowego więźnia. Nie chcesz myśleć co takiego uczynił, że skazano go na najstraszliwszą z kar. Nie, bo w tym jednym momencie jest dla ciebie tylko duszą, którą chciano bestialsko poświęcić, by zadowolić głodny wrażeń tłum. A to napawa cię już tylko obrzydzeniem.

Czarna toń nigdy nie wydaje się bardziej odległa niż wtedy, gdy strojąc doń tyłem nie można w nią spojrzeć. Gdy nie można zatracić się w jej pozornie przychylnej, straszliwej magii, gdy ona nie może spojrzeć także w nas. Huk fal za plecami rozbijających się o skały, ryk rozpryskiwanej we wszystkie strony piany i jazgot załamujących się przedwcześnie morskich grzbietów jest dokładnie tym, co napawa obezwładniającym, pierwotnym strachem. Paraliżującą energią, którą – owszem – można poczuć, lecz której za nic nie można pojąć. Ani wykorzystać.

Ręce, które spychają cię z urwiska są szorstkie i przepełnione kpiną, i nie ma to najmniejszego znaczenia, bowiem w następnej chwili wszystkim, co cię otacza jest tylko wyjący z chichotem wiatr. Uderzenie w spienioną otchłań jest silne. Na tyle silne, że z płuc wyrywa ci krzyk, którego i tak nikt nie jest w stanie usłyszeć. A potem możesz już tylko zapadać się coraz bardziej i głębiej, licząc na to, że ciemność się pospieszy i zdąży przed szaleństwem. I wiesz, że to płonne nadzieje. W chaosie nagłych doznać nie dostrzegasz dodatkowego łańcucha, który zwisając ci z piersi kurczy się w zastraszającym tempie. Nie widzisz też Walkirii znikającej wraz z tobą w morskich odmętach i błyszczącego zarysu motyla, który bez wątpienia został na powierzchni. Jest tylko mokra, zwlekająca wciąż ciemność i wrażenie nieskończonego bólu.

Dusza rozerwana na miliony fragmentów, dusza płacząca spokojem, dusza pożarta. Wszystko, czego nie życzy się najgorszemu wrogowi, który do celu stąpa jedynie po trupach. Wszystko czym jesteś, pozbawiona własnej świadomości, pulsująca żółcią. Przepełniona siłą tej barwy, która prowadziła cię przez całe życie. Kolorem słońca, mądrości, wiedzy, oświecenia. Kolorem zdrady, której dopuściły się na tobie własne ideały. Tio Harribel, po wsze czasy bądź przeklęta za swe poświęcenie.


Ach tak. Żeby nie było – pisząc o rybciach miałam na myśli oczywiście piranie :) I tak, wiem, że one gustują raczej w tropikalnych wodach Amazonki niż we wzburzonych morskich bałwanach…

Zmieniłam rating. Bo wiecie, niby śmiertka śmiertką a umarlak umarlakiem, ale potem będzie już tylko mniej przyjemnie ^^