III. Sny, które pamięta

- Jesteś agentką CIA – powtarzała sobie, kiedy się bała. – Stoi za tobą cała militarna potęga Stanów Zjednoczonych.
Dotykała swojej odznaki – takiej twardej, chłodnej, trwałej, przymykała oczy i mogła ich zobaczyć, stojących za jej plecami; marines, statki, samoloty, działa.
- Jesteś agentką CIA i walczysz w obronie Stanów Zjednoczonych.
Pomagało.

Oczywiście – to było wcześniej.
(Zanim stanęła naprzeciw potęgi Stanów Zjednoczonych, jej statków, dział i rakiet, uzbrojona tylko w swój śmieszny, mały pistolecik.)

Moira budzi się w nocy, mokra od potu, zaciśnięte przy szyi pięści szarpią nieistniejące nieśmiertelniki.
(Nigdy więcej nie założyła nieśmiertelników.)
- Jesteś agentką CIA – szepcze spierzchniętymi ustami, dotykając leżącej przy łóżku odznaki.
(Odznaka jest metalowa.)
Jest agentką CIA, umie strzelać i unikać postrzału, nie przeraża jej lufa wymierzona między oczy.
Przerażają ją nieśmiertelniki.
A także zegarki, klamra od paska, monety i własna odznaka.

Są dwa rodzaje snów.

Ten pierwszy jest lepszy.
(To tylko nieśmiertelniki, zaciskające się na szyi; to tylko strach.)

W tym drugim Moira strzela.
Jest agentką CIA i to jest to, co potrafi. Więc strzela – bo tam niedaleko w za jasnym powietrzu majaczą kadłuby jej statków, na których służą jej ludzie, a tu jest tylko Moira i jedyne, co może zrobić, to strzelać.
(Jest tylko jedno wyjście. Najgorsze, ale o tym przecież nie mogła wiedzieć?)

- To był wypadek – powtarza Charles. – I nikt nie jest temu winien. Wypadek.

(- To nie ona. To ty.
I Moira znowu może oddychać, może nabrać powietrza w płuca, tak głęboko, nałykać się ciepłego wiatru, pachnącego dymem i morzem, bo to nie ona. Ty.)

- Wypadek – powtarza Charles i całuje ją lekko, a kiedy Moira budzi się następnego dnia, nie pamięta prawie nic z ostatnich kilku tygodni.

(Pamięta: Charlesa.
Śni o mężczyźnie w hełmie i nieśmiertelnikach zaciskających jej się na szyi.
Nie lubi chodzić na plażę.
Pamięta: to był wypadek. Nie ona. Ty.)

Wraca do pracy. Wszystko jest jak dawniej; nikt nie próbuje się z nią kontaktować, czasem wydaje jej się, że w ogóle nic się nie wydarzyło. Może to dziwny sen.
(Jedzie z przyjaciółką na plażę; żółty, rozgrzany piasek, gładkie, błękitne morze. Dwoje dzieci buduje zamek z piasku. Spokój.
Moira kładzie się na plecach i patrzy w niebo, czarne od rakiet i pocisków. Podrywa się gwałtownie. Nad jej głową krąży stadko mew.
- Muszę iść – mówi.
- Moira? – Susan spogląda na nią z niepokojem.
- Przepraszam. Za dużo słońca.
- Odprowadzę cię do samochodu.)

(Śnią jej się sny, których nie rozumie.)

- Agentka MacTaggert? – dwóch mężczyzn zatrzymuje się przy jej biurku. Wydają się ją znać.
(Ma wrażenie, że już ich kiedyś widziała.)
- Dyrektor McCone chciałby z panią porozmawiać. Jest pani wolna w tej chwili?
Moira nie ma wątpliwości, że pytanie jest retoryczne.
Podąża za agentami długim korytarzem, oświetlonym zimnym światłem jarzeniówek. Nie wie, dlaczego pocą jej się ręce.

- Agentko MacTaggert, proszę siadać. – Dyrektor McCone uśmiecha się szerokim, przyjaznym uśmiechem.
Moira siada.
(Jej ręce są już całkiem mokre.)
- Dobrze się pani czuje? Słyszałem, że ma pani kłopoty z pamięcią?
Dyrektor promieniuje troską i życzliwością.
- Zostałam dopuszczona do pełnienia obowiązków, panie dyrektorze.
- Oczywiście, oczywiście! Jest pani znakomitą agentką, agentko MacTaggert... Firma nie może pani stracić.
Moira odpowiada ostrożnym uśmiechem.
- Ale nie prosiłem pani przecież na przesłuchanie medyczne! Zresztą - mrugnięcie – nie mam ku temu kompetencji. Raczej... jakby to ująć, chcielibyśmy prosić panią o pomoc. Widzi pani, firma zrobiła pewien błąd...

Kiedy Moira wychodzi z gabinetu, kręci jej się w głowie. Strzępy wspomnień trafiają na swoje miejsce.
(Niektóre nie pasują.)

- Pan Charles Xavier będzie się prawdopodobnie z panią kontaktował. Proszę mu tylko przekazać, że jesteśmy otwarci na rozmowy.

Charles dzwoni trzy dni później. Umawiają się na kawę.
(Moira pamięta niebieskie oczy i uśmiech. Nie pamięta, żeby był to najsmutniejszy uśmiech świata. Na widok wózka omal nie wybucha płaczem.
- To był wypadek – pamięta.)

Snują plany, od których Moirze błyszczą oczy. Współpraca. Specjalny oddział. Szansa dla nich, szansa dla kraju. Możliwości uderzają do głowy jak szampan. W pieśni przyszłości brzmią triumfalne tony.
Charles odpowiada uśmiechem na jej entuzjazm.
(Moirze wydaje się, że ten uśmiech jest trochę wymuszony.)

(Tej nocy śni o wybuchającym niebie, strzałach z jej broni i zaciskających się na szyi nieśmiertelnikach. Budzi się, z trudem łapiąc powietrze.)

Trzy dni później umawiają się na oficjalne spotkanie.
Moira idzie obok Charlesa tym samym długim korytarzem. Gdyby nie dwóch agentów idących przodem, pewnie nie powstrzymałaby się i podskoczyła kilka razy. Jest szczęśliwa.
Charles uśmiecha się do niej od czasu do czasu spokojnie i z nadzieją.
Przykłada palce do skroni.
(Moirze wydaje się, że śniła o tym geście. Nie pamięta.)
Podwójne drzwi gabinetu otwierają się przed nimi bezszelestnie. Mijają je razem.

I myśli zmieniają się w bezdech; w bezradne nie rozumiem, chłodną pustkę, która spływa Moirze przez krtań, gardło i zaciska się lodowatym supłem w żołądku.

W gabinecie czeka na nich pięciu mężczyzn w identycznych hełmach.
(Niektóre sny Moira pamięta.)

Nie rozumie. Przesuwa po nich wzrokiem, potrząsa głową, jakby się spodziewała, że znikną, że to tylko sen, bo przecież...

- Dobra robota, agentko MacTaggert. Witam, panie Xavier. – Dyrektor McCane uśmiecha się szeroko i zimno. – Agencie Flynn, proszę odprowadzić agentkę MacTaggert, nie będziemy jej na razie potrzebować. Panie Xavier... – słyszy jeszcze Moira, zanim pozwoli odebrać sobie broń i wyprowadzić się z gabinetu.

Nie rozumie.
(To, co się właśnie dzieje, nie daje się pomyśleć.)

(Zamkną ją w pokoju (celi), zostawią jej odznakę i nikt nie będzie niczego od niej chciał, tylko żeby tam siedziała, jadła – - Powinna pani jeść, agentko MacTaggert, może przynieść pani coś innego?
- a ona tylko nie będzie rozumiała.
- Nie mogłaś wiedzieć, to nie twoja wina – Charles będzie próbował się uśmiechać; prawie słyszalny prawie uśmiech i tyle goryczy, a wszystko to w jej głowie, a potem Charles umilknie, zniknie.)

Nie słyszy go. I nic nie może zrobić.

(Jest agentką CIA. Ma naprzeciw siebie całą potęgę militarną Stanów Zjednoczonych. Nie ma nawet broni. Ta ostatnia myśl przynosi niezrozumiałą ulgę.)

(Moira MacTaggert była agentką CIA i broniła Stanów Zjednoczonych. Stany Zjednoczone broniły jej. Jeśli tak nie jest, to kim jest kobieta, kiwająca się na krześle?)

Pamięta: mężczyźni w ciemnych garniturach i hełmach.
(Pamięta hełm.)

Pamięta: Charles na wózku, dłonie swobodnie oparte na kołach, uśmiech pełen goryczy.
Charles rozumiał, uświadamia sobie.
(- Nie twoja wina. Wypadek.)

Moira siedzi przy stole, z którego od czasu do czasu ktoś zabiera zimne dania, żeby postawić ciepłe. Kiwa się na krześle.

Kiedy w jej myśli wdziera się jakiś inny umysł, ostre, chłodne krawędzie diamentu, to boli i trochę otrzeźwia; na tyle, żeby rozpoznać własne ręce i to są włosy, to co spada ci na twarz, Moiro, twoje własne.
(Mutacja.)

To sen, rozumie Moira, nareszcie rozumie i może odetchnąć z ulgą, kiedy w pokoju pojawia się diabeł, prawdziwy, filmowy diabeł z rogami i ogonem, a przecież to nie jest film, co byś robiła w filmie, Moiro? Skoro to nie jest film, to musi być sen, nareszcie rozumie Moira. Pozwala się wziąć za rękę, a potem już tylko szarpnięcie, uderzenie i dużo słońca – jeszcze nigdy nie śniła tak plastycznie.

- Gdzie on jest?
Moira mruży oczy, słońce razi nieprzyjemnie, przed chwilą było deszczowo, ale to sen, to sen.
(Śniła o nim już wcześniej, niezrozumiałe sny o człowieku w hełmie i nieśmiertelnikach, zaciskających się na jej szyi; rozumiała z nich tylko strach i brak powietrza i był tam Charles, pomiędzy nią a śmiercią.)

(Pamiętała (śniła?) diamentową dziewczynę o ostrych krawędziach.)

(Charlesa z nią nie ma. Może powinna się bać.)

Diamentowa dziewczyna opowiada sen. Jest rzeczowa, spokojna i obojętna. W kryształach jej ciała odbija się światło. Moira przymyka oczy.
(Sen składa się z kłamstwa i zdrady i goryczy.)

- Uwierzyłaś im. Po tym, jak chcieli nas wymordować, wszystkich, razem z tobą, tylko za to, że jesteśmy?
Moira patrzy na niego całkowicie pustym spojrzeniem. Nie rozumie.
Pióro gwałtownie podrywa się ze stołu, mija głowę Moiry o cal i wbija w ścianę.
- Magneto!
(Moira nie pamięta tego imienia. Nazwałaby go Erikiem. Dlaczego Erikiem?)
- Uspokój się. Ona nic nie pamięta. Rozpoznaję rękę twojego telepaty i jego teorię o wiedzy, której niektórzy nie potrzebują.
Taka spokojna, taka obojętna. A on zaraz uderzy – myśli Moira. – Rozbije ją na okruchy, jak szkło.
Magneto milczy, dłonie zaciśnięte w pięści, pióro wbiło się w ścianę głęboko, głęboko, prawie do połowy.
- Gdzie on jest? - To pytanie jest bardzo, bardzo ciche i Moira rozumie, że odpowiedź, nawet we śnie, jest bardzo, bardzo ważna.
- Nie wiem – potrząsa głową. – Gdzieś w CIA.
Diamentowa dziewczyna potwierdza ruchem głowy, że tak, Moira nie kłamie.
- Idziemy.
- Jeszcze chwila.
Diamentowa dziewczyna przykłada palce do skroni i pod powiekami Moiry wybuchają obrazy.
(Jest tam Erik i Charles i szachy i Sean i Alec i plaża. I jest niebo pełne rakiet i pocisków i jest Moira z palcem na spuście -
- jest agentką CIA i ma tylko jedno wyjście, najgorsze -
- więc strzela.)
A kiedy podnosi się z podłogi (kiedy upadła?), Magneto, Emmy i Azazela już nie ma. Obok Moiry siedzi Raven i delikatnie, łagodnie głaszcze ją po głowie.
- Oni... wiedzieli? - pyta Moira.
(Że nie chcemy z nimi walczyć. Że nie ma już wroga.)
Raven powoli kiwa głową.

(Moira MacTaggert była agentką CIA. Walczyła w obronie Stanów Zjednoczonych.
Nie jest pewna, kim jest teraz.)