Ten rozdział tłumaczyła Moonlit. Ja tylko betowałam.

o0o0o0o

ROZDZIAŁ TRZECI: ZAKLĘCIE TROPICIELA

Z cichym „pop", Harry aportował się obok starej zbroi stojącej przy drzwiach biblioteki w holu wejściowym. Po prawie miesiącu ćwiczeń, w końcu opanował teleportację i błyskawiczne przemieszczanie się po całym domu, skacząc z jednego pokoju do drugiego, stało się dla niego niemal zabawą. Była to też jedyna rzecz, która powstrzymywała go przed pogrążeniem się w depresji. Harry zaczynał czuć się jak w klatce, będąc tak długo zamkniętym w tym domu i aportacja dawała mu poczucie wolności, którego wyraźnie brakowało w jego obecnym życiu.
– Zdecydowanie już to opanowałeś – skomentował Remus, schodząc na dół po schodach. – Ale jeśli zamierzasz aportować się na śniadania, to dlaczego nie od razu w kuchni?
Harry nachmurzył się.
– Wczoraj to zrobiłem i tak wystraszyłem Zgredka, że upuścił misę z truskawkami, którą lewitował na stół.
Remus wzruszył ramionami, idąc za nim na śniadanie.
– Nic wielkiego się nie stało.
– Nie stałoby się, gdyby to wszystko nie wylądowało na Snapie. Zagroził, że jeśli jeszcze raz tak zrobię, zamieni mnie w traszkę, wepchnie do słoika i zamknie w kredensie na składniki eliksirów.
Remus zachichotał pod nosem.
– Cóż, gdybyś kiedyś zaginął, będę wiedział gdzie cię szukać. Tak czy inaczej, powinieneś bez problemów zdać swój egzamin.
– Rozmawiałeś już z Dumbledore'em? – spytał Harry z podekscytowaniem, wchodząc do kuchni i zajmując swoje miejsce przy stole.
– Tak, rozmawiałem z nim zeszłej nocy i on też uważa, że zasługujesz na przerwę. Jeśli tylko zorganizujemy odpowiednią eskortę, to pozwoli tobie, Ronowi, Hermionie i Ginny spędzić dzień w Londynie, kiedy będziesz jechał po swoją licencję na teleportację.
Harry wydał z siebie okrzyk zwycięstwa i czystej radości, lecz prawie natychmiast przerwał mu Snape, który siedział w dalekim końcu kuchennego stołu i spojrzał na nich znad „Proroka", marszcząc brwi.
– Czy naprawdę sądzisz, że to mądre, Lupin? – Ton Snape'a wyraźnie sugerował, że on absolutnie nie uważa tego za mądre.
– Harry potrzebuje licencji na aportację, Severusie – odparł Remus. – Skoro i tak wychodzimy na zewnątrz, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby spędzić dzień w mieście.
– To, czy potrzebuje licencji jest kwestią sporną, jednak z pewnością nie musi spędzać całego dnia wałęsając się po Londynie.
– Nie wyobrażam sobie, żeby Harry miał coś ważniejszego do roboty w swoje urodziny.
– Przypuszczam, że osoby obarczone odpowiedzialnością za niego znalazłyby parę takich rzeczy.
– Byłem zamknięty w tym głupim domu całe lato – odezwał się Harry z oburzeniem. – Myślę, że zasłużyłem sobie na wolny dzień.
– Zgadzam się – rzekł Remus. – I co ważniejsze, Dumbledore też się z tym zgadza. Mniemam, że jego słów nie będziesz kwestionować, Severusie. – Remus podniósł brew.
Snape prychnął z pogardą i wrócił do lektury gazety.
Remus puścił Harry'emu oko i chłopak uśmiechnął się w odpowiedzi, jednak wciąż był zły na Snape'a. Nie żeby jego postawa była zaskakująca: Snape nie miał przyjaciół i spędzał cały swój czas pracując, więc naturalnie odmawiał wszystkim innym szansy na rozerwanie się. Mimo to, Harry uważał, że mężczyzna zachował się strasznie prostacko, próbując pozbawić go dnia wolności i chciałby, żeby Snape choć raz powstrzymał się od uprzykrzania mu życia.
Od czasu przybycia na Grimmauld Place, Snape był w wyjątkowo napastliwym nastroju. Harry już dawno zaprzestał prób wciągnięcia Snape'a w rozmowę podczas ich lekcji i przyzwyczaił się do lekkiego napięcia pomiędzy nimi, jak również do bycia stale ignorowanym. Ale posępny nastrój Snape'a zaczynał działać Harry'emu na nerwy. Nigdy nie spotkał kogoś równie odpychającego, a miał dość własnych powodów, by czuć się przybitym i bez posępnego towarzystwa Snape'a, który jeszcze wszystko pogarszał.
Harry ugryzł kawałek tosta i zerknął na swojego nauczyciela. Być może zły humor Snape'a spowodowany był brakiem snu. Przez ostatnie dwa tygodnie Harry zdał sobie sprawę, że rzadko kiedy Snape nie wymykał się w nocy z domu na jedną ze swoich tajemniczych eskapad. Harry dotrzymał słowa i nie wspominał nikomu o tych wypadach, lecz wciąż go one niepokoiły.
Harry zmarszczył brwi i powstrzymał ten potop myśli. Snape wyraził się jasno, że nie życzy sobie, aby Harry wściubiał nos w jego sprawy, a on sam z pewnością miał ważniejsze rzeczy do roboty, niż zamartwianie się osobą, która nie chciała mieć z nim nic do czynienia. Odwrócił się do Remusa.
– Wiesz może, o której Ron, Hermiona i Ginny się tu zjawią? Ginny mówiła, że przylecą dziś świstoklikiem, ale nie wspomniała kiedy.
– Artur przekazał mi, że świstoklik był zaplanowany na pierwszą. Przylecą tu jednym z publicznych z Rumunii na Pokątną – wyjaśnił Remus. – Prywatne nie funkcjonują już tam dłużej, bo stały się zbyt zatłoczone. Doszło do tego, że ludzie lądowali na sobie, więc Biuro Transportu Magicznego musiało ustanowić zakaz jakieś dziesięć lat temu.
– Dlaczego nie mogą zwyczajnie wziąć prywatnego prosto tutaj?
– Publiczne przyciągają mniejszą uwagę.
– Potter, jeśli planujesz zobaczyć się później z przyjaciółmi, sugeruję, żebyś zaczął swój eliksir – odezwał się Snape. – Nawet jeśli przyłożysz się bardziej niż zwykle, to poważnie wątpię, żebyś miał skończyć do pierwszej. – Snape skupił na Harrym swoje najbardziej władcze spojrzenie. – A jeśli myślisz, że przymknę oko na rezultat twojej połowicznej, wykonanej byle jak pracy, to pomyśl ponownie.
Harry zacisnął zęby i odwzajemnił spojrzenie, ale wiedział, że kłótnia z nauczycielem nic nie da. Zamiast tego wstał, odrzucając na bok serwetkę i z zuchwałym: „Tak, proszę pana" – jakby myślał, że mu to ujdzie płazem – poszedł na górę, żeby uwarzyć eliksir zaplanowany na dzisiejszy dzień. Był zdeterminowany, by ukończyć go przed pierwszą, choćby tylko dlatego, aby udowodnić Snape'owi, że się myli.
Harry nigdy w życiu nie był lepiej przygotowany na lekcję eliksirów. Nie chcąc tracić nawet chwili dłużej w pracowni Snape'a niż to konieczne, Harry siedział do późna, czytając od deski do deski esej opisujący Eliksir Klarujący i ucząc się na pamięć składników razem z połową instrukcji.
Zjawiwszy się w pracowni, Harry od razu zaczął rzetelną i sprawną pracę. Jednak w południe było już jasne, że Snape miał rację. Harry przegapił lunch, lecz pierwsza minęła, a on wciąż nie był choćby bliski ukończenia mikstury. Sporo po drugiej Harry, spoglądając na zegarek, zdał sobie sprawę, że jego przyjaciele są grubo spóźnieni. Przerwał na moment pracę, marszcząc brwi, ale nie mógł tracić czasu na zmartwienia. Prawdopodobnie zatrzymali się na Pokątnej, żeby zrobić zakupy i niedługo tu będą. Może i dobrze się stało. Jeszcze pół godziny i Harry powinien skończyć. Delikatne pukanie do drzwi odwróciło jego uwagę.
Remus zajrzał do środka i uśmiechnął się.
– Uznałem, że będziesz chciał wiedzieć. Artur właśnie fiukał, by powiedzieć, że mają małe opóźnienie. Ron, Ginny i Hermiona nie będą tu przed trzecią.
Harry również się uśmiechnął, czując ulgę. Idealnie się składało.
– Dzięki, Remus. Jestem pewien, że do tego czasu już skończę.
Remus rzucił mu współczujący uśmiech i zamknął za sobą drzwi, a Harry odwrócił się z powrotem do swojego kociołka.
– Tylko to cię obchodzi? Skończenie eliksiru?
Harry drgnął, unosząc wzrok. Snape tak rzadko odzywał się podczas tych lekcji, że przez moment był w stanie tylko gapić się na mężczyznę w zdziwieniu.
– Nie uświadamiasz sobie cudów, jakie masz przed sobą, nie masz uznania dla aktu twórczego? Czy ty wiesz w ogóle, jaki eliksir warzysz?
– Oczywiście, że wiem – odparł Harry, oszołomiony pasją w słowach Snape'a. – Klarowne Rozwiązanie jest wywarem tworzonym dla ściśle określonej osoby, przez dodanie kilku kropel jej krwi jako składnika. Kiedy osoba, dla której warzony był eliksir wypija go, doznaje chwilowego przebłysku, momentu olśnienia, gdy odpowiedź na jej największe potrzeby zostaje ujawniona.
– Wyjęte słowo w słowo z tekstu, Potter. Panna Granger byłaby z ciebie dumna – wyszydził Snape. – Ale czy wiesz, co to oznacza?
– No... tak. Tak sądzę. – Prawdę mówiąc, Harry nie poświęcił temu wiele uwagi, cały swój wysiłek wkładając w praktyczne opanowanie warzenia eliksiru.
Snape zbliżył się, aby zbadać wnętrze kipiącego kociołka i jego oczy zabłysły dziwnie, jakby pod wpływem pożądania czy wstrętu, trudno jednak było powiedzieć, którego z nich.
– Kontynuuj – rzekł Snape, nie odrywając wzroku od wywaru.
Harry wziął głęboki oddech, lecz nie zamierzał dać Snape'owi wytrącić się z równowagi – nie kiedy był tak blisko końca. Dodał ostatnie składniki do kociołka, mieszając ostrożnie i sprawdzając instrukcje, by upewnić się, że nie popełni błędu.
Snape stał bez ruchu, patrząc na eliksir w milczeniu. Dopiero wtedy, gdy baza wywaru była już ukończona, uchwycił wzrok Harry'ego i powiedział niskim, hipnotycznym głosem:
– Ten eliksir, jeśli poprawnie przyrządzony, przeniknie głębie twojej duszy, niuanse serca, zakamarki umysłu, do których nawet ty nie możesz sięgnąć. I przez chwilę pozwoli ci pojąć to, co najbardziej rozpaczliwie potrzebujesz zrozumieć.
Snape wyciągnął z kieszeni skórzany pokrowiec i wyjął ze środka błyszczący sztylet.
– Po trzy krople z prawego i z lewego serdecznego palca – oznajmił, przekazując sztylet Harry'emu.
Chłopak przyjął ostrze, czując jak bicie jego serca przyspiesza w podekscytowaniu. Naciął oba palce, które wskazał mu Snape i wycisnął do kociołka dokładnie po trzy krople krwi z każdego. Eliksir zmienił kolor na krwistoczerwony i zaczął się pienić i syczeć. Bulgotał tak gwałtownie, że rozpryskiwał się o ścianki kociołka, a ze środka buchały wielkie kłęby pary. Harry odsunął się w popłochu, lecz Snape stał w miejscu, obserwując wszystko ze spokojem. Wreszcie eliksir znów się uspokoił, więc Harry podszedł ostrożnie i zajrzał do kociołka. Pozostało tylko kilka uncji cieczy, większość się wygotowała. Reszta leżała nieruchomo na dnie i sprawiała uderzające wrażenie. Wyglądała jak płynny diament. Światło skrzyło się na powierzchni gładkiej jak szkło. Co było najbardziej zdumiewające, wyglądało na to, że eliksir działał jak szkło powiększające – Harry mógł dojrzeć każdy szczegół dna kociołka z niesamowitą dokładnością.
Snape umieścił jeden koniec długiej, srebrnej rurki w kociołku, a drugi w kryształowej fiolce.
Siphon – powiedział.
Eliksir od razu zaczął przepływać z kociołka, przez rurkę i do fiolki. Kiedy ostatnia kropla została przeniesiona, Snape zapieczętował buteleczkę i przekazał ją Harry'emu, który spojrzał na nauczyciela ze zdziwieniem.
– Weź go, jest twój. Tylko ty możesz go użyć.
Harry przyjął fiolkę niemal z namaszczeniem. Nigdy nie widział czegoś równie wspaniałego. Być może to słowa Snape'a pobudziły jego wyobraźnię, ale eliksir zdawał się docierać do czegoś ukrytego głęboko w jego wnętrzu.
– Pamiętaj, Potter, że używając tego eliksiru, nie wybierasz ani pytania na które odpowiedzi poszukujesz, ani natury przebłysku, którego doświadczysz. Eliksir reaguje na potrzebę, która jest najgłębiej w tobie pogrzebana. W związku z tym rezultat może być... nieoczekiwany.
Harry popatrzył na Snape'a, który wpatrywał się w fiolkę z dziwną mieszaniną tęsknoty i odrazy we wzroku.
– Pan go używał – rzekł Harry, pewien że to prawda.
– Raz – wyszeptał Snape. Podniósł wzrok i Harry zdał sobie sprawę, że emocjonalna bariera, która dzieliła ich od tygodni zniknęła i przez moment znów wróciła ta stara nić porozumienia, która łączyła ich podczas lekcji oklumencji i legilimencji.
Nagle pojawiło się tyle pytań, które Harry pragnął zadać, jednak zanim zdołał wypowiedzieć chociaż jedno, znajomy wrzask przerwał ciszę panującą w domu.
– PLUGAWI ZDRAJCY KRWI! ŚWINIE! JAK ŚMIECIE BEZCZEŚCIĆ MÓJ DOM! ZAGŁADA NASZEGO ŚWIATA JUŻ NAD WAMI WISI!
Harry obejrzał się zirytowany w stronę drzwi, ale Snape oznajmił ze spokojem:
– Zaryzykowałbym twierdzenie, że przybyli Weasleyowie i panna Granger.
Oczywiście Snape miał rację, lecz Harry był rozdarty pomiędzy podekscytowaniem na myśl o zobaczeniu swoich przyjaciół, a frustracją z powodu ich wyczucia czasu, które nie mogło być gorsze. Zerknął z powrotem na Snape'a, ale mężczyzna jakby wyczuł jego myśli i zdążył już wycofać się emocjonalnie. Kiedy przemówił, zrobił to swoim zwykłym, starannie wyważonym tonem. Pasja zniknęła.
– Idź, Potter. Jestem pewien, że twoi przyjaciele nie mogą się doczekać, by się z tobą spotkać, tak samo jak ty z nimi.
Harry poczuł gorzkie ukłucie zawodu, ale kiwnął głową i odwrócił się, by odejść.
– Potter?
Harry zatrzymał się i odwrócił. Iskierka dawnej pasji zabłysła w oczach Snape'a, kiedy wskazał brodą na fiolkę w ręku Harry'ego.
– Dopilnuj, byś użył go mądrze.
Harry uśmiechnął się – był to pierwszy szczery uśmiech, jakim obdarzył nauczyciela od miesięcy.
– Tak zrobię, proszę pana. – Włożył fiolkę głęboko do kieszeni i opuścił w pośpiechu pracownię w o wiele lepszym humorze.

o0o0o0o

– PLUGASTWO! – krzyczała pani Black, podczas gdy Harry zbiegł po schodach na półpiętro i zatrzymał się z poślizgiem przy poręczy, zaglądając przez nią do holu wejściowego na dole.
– Cóż, przynajmniej to martwe plugastwo – krzyknął George uprzejmie, podnosząc parę fretek.
– A patrząc na trofea, jakie niegdyś wieszałaś na ścianach, naprawdę nie mam pojęcia, dlaczego narzekasz – dodał Fred.
Pani Black wyrzuciła z siebie wściekły i całkiem barwny potok inwektyw, ale Harry nie zwracał na nią uwagi. Stojąc pomiędzy bliźniakami i obserwując ich w taki sposób, jakby byli jeszcze bardziej szaleni niż wcześniej, czekali Ron, Hermiona i Ginny.
Harry zbiegł na dół, uśmiechając się szeroko. Ginny zauważyła go pierwsza i wydała okrzyk nawet głośniejszy od wrzasków pani Black.
– Harry! – Zarzuciła mu ręce na ramiona, ściskając go tak mocno, że niemal stracił dech. Po chwili dołączyła do niej Hermiona, a Ron klepał go po plecach.
Zaczęli śmiać się i mówić równocześnie i pani Black, zignorowana przez wszystkich, straciła zainteresowanie w krzyczeniu na nich. Fred i George skorzystali z okazji i zaciągnęli kurtyny po bokach obrazu, w momencie gdy Remus dołączył do nich, wywołując kolejną falę powitań. Hermiona właśnie tłumaczyła, jaki był powód ich spóźnienia – wzięli przez przypadek świstoklik do Lizbony, zamiast do Londynu – kiedy przerwał jej Snape, który pojawił się na półpiętrze.
– Jakkolwiek wzruszające jest to spotkanie, czy moglibyście przeprowadzić je w jednym z dwudziestu innych pokoi w tym domu, by ci którzy próbują tu pracować nie musieli się temu przysłuchiwać?
– Przepraszamy za to, Severusie – odparł Remus grzecznie. Snape pokręcił głową i zniknął z powrotem na górze, a Remus obrócił się do Harry'ego oraz jego przyjaciół. – I tak powinniście się rozpakować. Fred, George, może ja zaniosę te fretki Hardodziobowi, a wy pomożecie Harry'emu wnieść te kufry na górę? – zasugerował, odbierając od George'a hipogryfie przysmaki.
Kiedy Remus zaczął wspinać się po schodach, Fred obrócił się do Hermiony i sięgnął po jej bagaż.
– Pozwól, że wezmę twój.
– Nie, w porządku, nie trzeba. – Hermiona wyjęła różdżkę z kieszeni. Ze świstem i trzaskiem, jej kufer uniósł się w powietrze i poszybował gładko tuż przed nią nad schodami.
– Chwalipięta – zawołał za nią Fred.
George szturchnął swojego brata.
– My będziemy jednak szybsi.
Szczerząc się szeroko, złapali kufer Ginny i pognali za Hermioną.
– Uwaga, z drogi!
Hermiona pisnęła krótko i rzuciła się do biegu, a jej kufer obijał się o ściany, kiedy bliźniacy gonili ją po schodach.
Ginny roześmiała się.
– Dobrze być tu z powrotem. – Po czym pobiegła za braćmi.
– Pośpieszmy się – powiedział Harry, biorąc za jedną z rączek kufra Rona. Jego przyjaciel chwycił drugą i obaj wspięli się do pokoju Harry'ego, gdzie postawili bagaż u nóg wolnego łóżka. Ron rzucił się na materac, a Harry usiadł po turecku na swoim.
– I jak było? – spytał się Harry.
Ron wzruszył ramionami.
– W porządku.
– Nie, ale naprawdę?
Ron wyszczerzył zęby.
– Było absolutnie i cholernie fantastycznie! Powinieneś tam być, Harry. Mają tam wielki kanion w górach i smocze gniazda są na całej długości skalistych ścian. Są ich setki – każdy gatunek, jaki możesz sobie wymarzyć. Oczywiście, zaklęcia powstrzymują je przed wydostaniem się stamtąd i trzymają też mugoli z daleka. Na dnie kanionu znajdują się zagrody treningowe oraz wielkie pastwisko, gdzie pasą się stada kóz i smoki po prostu podlatują i porywają je, kiedy są głodne. Trzeba się tylko upewnić, żeby nie zbliżać się tam, kiedy nadchodzi pora posiłków. Przekonałem się o tym na własnej skórze.
Ron rzadko brał przerwę na oddech, trajkocząc o wszystkich cudownych aspektach ochrony smoków. Jego podekscytowanie było zaraźliwe i wkrótce Harry również uśmiechał się tak szeroko jak przyjaciel.
– Mają instytut badawczy i programy hodowlane. Hagrid pokochałby to miejsce.
– Zabierzemy go tam ze sobą następnym razem – odrzekł Harry.
Ronowi zrzedła nieco mina.
– Szkoda, że tego nie widziałeś. Nigdy nie wybaczę Dumbledore'owi, że nie pozwolił ci jechać z nami.
– Nie mów tak! – zrugała Rona Hermiona, która właśnie weszła do pokoju razem z resztą Weasleyów. – Dumbledore zrobił to co uważał dla Harry'ego za najlepsze.
– My nie wyjechaliśmy obejrzeć smoków – stwierdził Fred, ściągając z biurka krzesło i siadając na nim okrakiem. – A za nami jakoś się nie wstawiasz.
George usiadł na blacie biurka.
– Przynajmniej Harry niemal został przez jednego zjedzony podczas Turnieju Trójmagicznego.
– Mogliście przyjechać o każdej porze, gdybyście nie byli tak zajęci swoim sklepem – rzekł Ron.
– Wiesz, niektórzy z nas muszą pracować na utrzymanie – odpowiedział Fred.
– Ty to nazywasz „pracą"? – spytała Ginny, zwijając się w kłębek na łóżku obok Harry'ego.
George próbował wyglądać na urażonego.
– Tu nie chodzi tylko o żarty i gierki.
Hermiona usiadła obok Rona i rzuciła im sceptyczne spojrzenie.
– Tak właściwie, w waszym przypadku, to chyba chodzi.
Fred machnął w jej kierunku palcem.
– Dla twojej informacji, ostatnio większość czasu spędzamy zajmując się poważną stroną naszego biznesu.
– Masz na myśli te rzeczy, które robicie dla Zakonu? – zapytał Harry z ciekawością. Wiedział, że bliźniacy zaopatrują Zakon w niektóre ze swoich bardziej przydatnych wynalazków, ale nigdy nie miał okazji pogadać o tym z nimi. – Nad czym pracowaliście?
– Nad kilkoma rzeczami – odparł George. – Chociaż sądzimy, że największy potencjał ma chyba Zaklęcie Tropiciela.
– Co takiego? – zdziwiła się Ginny.
– Zaklęcie Tropiciela. Nazwaliśmy je tak, bo działa mniej więcej jak pies myśliwski – wyjaśnił Fred.
George kontynuował:
– Spora część działań Zakonu koncentruje się na tym, jak wyśledzić ruchy popleczników Sami-Wiecie-Kogo, żeby zorientować się, co mogą planować.
– Ale śmierciożercy nie dają się tak łatwo namierzyć – rzekł Fred, automatycznie podejmując wątek. – Na przykład nie moglibyście wysłać sowy do Lucjusza Malfoya i potem wsiąść na miotłę i ją śledzić. Zaklęcia Confundus przeciwdziałają takim próbom.
George uśmiechnął się figlarnie.
– Pomyśleliśmy więc, że zamiast czarodzieja czy wiedźmy, czemu by nie śledzić czegoś na tej osobie? Idea jest taka, żeby użyć różdżki do „wytropienia" danej substancji. Zaklęcie Tropiciela generalnie rejestruje skład substancji, którą chcesz wyśledzić później, przy użyciu prostej modyfikacji zaklęcia namierzającego.
– Jaka może to być substancja? – zapytał Harry.
Fred wzruszył ramionami.
– Jakakolwiek, o ile jest wyjątkowa.
– Naturalnie, nie mógłbyś wytropić czegoś takiego jak sok z dyni – skomentował George. – To byłoby bezużyteczne. Rozszczepiłbyś się na tysiąc kawałków, jeśli chciałbyś się aportować w oparciu o to.
– Krew albo pasmo włosów byłyby idealne, gdyż są wyjątkowe dla każdej osoby – orzekł Fred. – Ale jeśli nie uda się ich zdobyć, można stworzyć też coś samemu – jakiegoś rodzaju roztwór – i spryskać nim tego, kogo chcemy śledzić, kiedy nie patrzy.
– Na przykład śmierciożercę? – spytała Ginny z niedowierzaniem.
– Cóż, to by było nieco trudne – stwierdził George. – Ale nie jest to niemożliwe i gdy tylko oznaczysz swój cel, nigdy nie dowie się, że jest śledzony.
Właśnie z powodu takich oto szalonych, a jednak prostych pomysłów, Czarodziejskie Dowcipy Weasleyów spotkały się w zeszłym roku z tak głośnym sukcesem. Kto poza Fredem i Georgem mógłby wpaść na myśl, by podejść do śmierciożercy i wylać mu na ramię kilka kropel jakiejś mikstury, kiedy nie patrzy?
– W każdym razie – podjął Fred – Dumbledore sądzi, że brzmi to obiecująco. Zademonstrowaliśmy zaklęcie Zakonowi kilka dni temu i większość z nich zdawała się uważać je za przydatne. Nawet Snape wyglądał na zainteresowanego.
– A to ci pochwała – prychnął Ron.
– Szczerze mówiąc, myślę że to bardzo sprytne zaklęcie – powiedziała Hermiona. – Ponadto jest proste, co oznacza, że każdy kompetentny czarodziej może nauczyć się go całkiem szybko. Jestem pewna, że aurorzy znajdą sposób, by je zastosować.
– Taką też mamy nadzieję – przyznał George. – Jak na razie, trzymamy to w tajemnicy.
– Ścisłej tajemnicy – podkreślił Fred. – Dumbledore chce, byśmy zważali komu o tym mówimy.
– Więc nikomu ani słowa o tym, co tu usłyszeliście – zakończył George z uśmiechem.
– A właśnie miałem napisać do Malfoyów – rzekł Ron.
– Gnojek – odparł pogodnie Fred, wstając. – Chodźmy, George, lepiej wracajmy do sklepu.
George westchnął dramatycznie.
– Ach, ten ciężar sukcesu! Ani chwili wytchnienia. – Po czym uśmiechnął się i puścił do nich oko. – Do zobaczenia.
Kiedy bliźniacy zniknęli, Harry odwrócił się do reszty.
– Ktoś chce obejrzeć „pokój wspólny Gryffindoru"?

o0o0o0o

Harry był w świetnym nastroju następnego ranka, kiedy schodził na dół na śniadanie. Snape znajdował się już na swoim zwyczajowym miejscu, czytając gazetę i wytrwale ignorując pozostałych mieszkańców domu. Remus i Tonks też siedzieli przy stole. Hermiona i Ginny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia na widok tych dwojga siedzących obok siebie, po czym popatrzyły w stronę Harry'ego. Niestety, chłopak nie miał pojęcia, jak na to zareagować. Język uśmiechów i podniesionych brwi, którego używały dziewczyny, był kompletnie poza jego zasięgiem. Na szczęście, Ron przybył mu na ratunek.
– Kurczę, Harry, jadałeś tak przez całe lato? – zapytał rudzielec, gapiąc się z szacunkiem na miski i talerze rozstawione na stole.
Ron nie zauważył najwyraźniej wymiany spojrzeń między dziewczynami i Harry z wdzięcznością również skupił uwagę na jedzeniu. Podobnie jak poprzedniego wieczoru, Zgredek przeszedł samego siebie w przygotowywaniu posiłku. Długi stół pełen był wszelkiego rodzaju jadła, a skrzat domowy, nucąc coś pod nosem, lewitował do każdego z nich szklanki świeżego soku z dyni. Właściwie Zgredek wydawał się być równie szczęśliwy z obecności Rona, Hermiony i Ginny w domu jak Harry i wyraźnie rozpromienił się na komplement Rona.
– Zgredek jest zadowolony, mogąc służyć przyjaciołom Harry'ego Pottera. Jeśli by pan sobie czegoś życzył, proszę nie wahać się powiedzieć o tym Zgredkowi.
Hermiona zmarszczyła lekko brwi, ale Ginny uśmiechnęła się, a Ron wyglądał na wniebowziętego. Ewidentnie jedzenie nie było główną atrakcją wycieczki do Rumunii.
Harry miał właśnie zacząć śniadanie, kiedy Kingley Shacklebolt pojawił się w kuchni. Poza Tonks, członkowie Zakonu nie mieszkający w domu rzadko zjawiali się podczas śniadania i nawet Snape spojrzał na aurora ze zdziwieniem.
Shacklebolt sprawiał wrażenie znużonego i ponurego. Nie usiadł, ale odezwał się do nich już w progu:
– Bellatriks Lestrange zeszłej nocy uciekła z Azkabanu.
Przez moment wszystkim ze zdumienia odebrało głos, aż w końcu przemówiła Tonks:
– To niemożliwe. Nowe zabezpieczenia miały być niezawodne.
– Sam ustawiałem te zabezpieczenia, więc nie musisz mi o tym mówić – odparł ostro Shacklebolt.
– Co się stało? – zapytał Remus.
Auror potrząsnął głową.
– O to właśnie chodzi – nikt nie wie. Spała w swojej celi tak jak zwykle i godzinę później jej nie było. Po prostu zniknęła.
Wszyscy wymienili ze sobą zaniepokojone spojrzenia, usłyszawszy tę wiadomość, ale to Harry miał najwięcej powodów, by czuć złość. Ze wszystkich śmierciożerców Voldemorta, Bellatriks Lestrange była ostatnią osobą, którą chciał widzieć na wolności. Żywił wobec niej osobistą urazę i dokuczała mu myśl, że już po raz drugi udało jej się uciec z Azkabanu.
– Dumbledore obiecał się zjawić przed południem – ciągnął Shacklebolt. – Ja wracam do więzienia, żeby pomóc w śledztwie. Tonks, będziemy cię potrzebować.
Tonks była już na nogach. Ścisnęła krótko Remusa za rękę i po chwili dwójki aurorów już nie było. Niespodziewanie, to Snape przerwał panującą ciszę.
– Lupin, biorąc pod uwagę okoliczności, sugerowałbym odłożenie planów Pottera na ten tydzień.
– Co?! – wykrzyknął Harry, zanim Remus zdążył odpowiedzieć.
Snape zignorował Harry'ego i kontynuował, nadal zwracając się do Remusa:
– Dopóki się nie dowiemy, jak Bellatriks udało się uciec, Potter powinien pozostać bezpiecznie w kwaterze. Zabieranie go teraz na egzamin byłoby nierozsądne i podejmowanie takiego ryzyka nie jest ani konieczne, ani dopuszczalne.
– Severusie...
– Przestanie pan o mnie mówić, jakby mnie tu nie było? – warknął Harry na Snape'a. – Za kilka dni będę pełnoletni i myślę, że jako dorosły mogę sam decydować, jakie ryzyko jest dopuszczalne.
Snape spojrzał na niego wilkiem.
– Jest różnica pomiędzy pełnoletniością a dorosłością – odparł niecierpliwie.
Harry zacisnął zęby i podniósł ze złością głos:
– Więc uważa pan, że nie przeżyłem wystarczająco wiele, żeby zasłużyć na miano dorosłego?
Remus podniósł dłoń.
– Harry, proszę...
– Z pewnością nie zachowujesz się w tym momencie jak dorosły.
Harry walnął ręką o stół.
– Jeśli sądzisz, że możesz mnie tu trzymać wbrew mojej woli, to się mylisz. Obiecuję ci to.
– Przestańcie, obaj! – Krzyk Remusa w końcu przyciągnął uwagę Snape'a i Harry'ego. Mężczyzna patrzył gniewnie to na jednego, to na drugiego. Odrzucił serwetkę i wstał. – Severusie, jeśli chcesz to przedyskutować, chodź na górę. Harry, poczekaj tu!
Harry również wstał i teraz patrzył na niego buntowniczo, ale Remus nie pozostawił mu możliwości protestu.
– Muszę porozmawiać z Severusem na osobności.
Remus opuścił kuchnię i Snape, z ostatnim ponurym spojrzeniem w stronę Harry'ego, podążył za nim.
Stojąc z rękami zaciśniętymi w pięści, Harry wściekał się na obu czarodziei, którzy zamierzali decydować o jego losie, nawet nie włączając go do rozmowy.
– Nie martw się, Harry – powiedziała Ginny. – Przez całe lato marzyłeś tylko, by się stąd wyrwać. Remus cię nie zawiedzie. Jestem pewna, że poradzi sobie ze Snape'em.
– Snape jest tylko zaniepokojony, Harry – dodała Hermiona. – To rzeczywiście raczej nie wróży nic dobrego, że Bellatriks Lestrange uciekła z Azkabanu akurat teraz.
Harry odwrócił się gwałtownie w kierunku Hermiony.
– Bierzesz stronę Snape'a?
– Nie! Po prostu mówię, że rozumiem...
– No więc dobrze dla ciebie, ale to nie ty byłaś uwięziona w tym domu przez cały zeszły miesiąc. Nie obchodzi mnie, czy Snape jest zaniepokojony, czy tylko próbuje obrzydzić mi życie dla zasady. Nie zrezygnuję z wycieczki do Londynu.
Harry odepchnął krzesło i skierował się ku drzwiom.
– Gdzie idziesz? – zapytał Ron. – Remus powiedział, żeby tu zaczekać.
– Nie jestem teraz skłonny słuchać się Remusa.
– Idziesz na górę? – Hermiona brzmiała na oburzoną.
– Tak, idę. Zmęczyło mnie już to, że wszyscy kierują moim życiem. Chcę dla odmiany podejmować swoje własne decyzje. Nie pozwolę im zadecydować o tym za mnie.
Harry wymaszerował z kuchni zanim jego przyjaciele mieli szansę znów się sprzeciwić. W holu wejściowym usłyszał dochodzące z biblioteki ściszone odgłosy zażartej kłótni. Zbliżał się po cichu w tamtym kierunku, dopóki nie słyszał dokładnie słów.
– Severusie, to nastolatek.
– Dziękuję ci, Lupin, za to oszołamiająco oczywiste spostrzeżenie – zadrwił Snape. – Co nie zmienia faktu, że pozwalasz, by zachcianki chłopca miały pierwszeństwo nad jego bezpieczeństwem.
– To dla niego ważne. Nie rozumiesz tego? Przecież to nie tak, że pojedzie sam. Tonks, Moody i ja z nim będziemy.
– Dwóch aurorów i wilkołak, choćby nawet pełni dobrych intencji, nie mogą zagwarantować jego bezpieczeństwa w obliczu śmierciożerców.
– Severusie, zaczynasz brzmieć równie paranoicznie jak Moody. Śmierciożercy nie namierzą nas w środku Londynu!
– Byłbyś skłonny postawić na to jego życie? Właśnie to samo aroganckie, nadmierne zaufanie dla jego ojca i ojca chrzestnego sprawiło, że jest sam na tym świecie.
– To nie fair!
– Czyżby? Nie minęły nawet dwa miesiące odkąd znów nieomal nie zginął – straciłem już rachubę, ile razy mu się to przytrafiało. Jak myślisz, ile jeszcze razy uda mu się wyjść cało z opresji, zanim szczęście go opuści?
– Mówimy tylko o kilku godzinach.
– I tyle wystarczy! Doprawdy, Lupin, czy ty w ogóle nie poświęcasz uwagi moim raportom? Szeregi Czarnego Pana rosną z dnia na dzień. Ma on dostęp do imponujących środków, które może wykorzystywać wedle swoich pragnień, a niczego bardziej nie pragnie jak Pottera.
– Co w takim razie proponujesz? Żebyśmy trzymali tu Harry'ego pod kluczem przez całe wakacje niczym więźnia?
– W twoich ustach brzmi to jak wyrok dożywocia. Mówimy tu tylko o dwóch miesiącach.
– Mówimy tu o Harrym. Czy kiedykolwiek był zadowolony, gdy musiał siedzieć na miejscu i robić to co mu każą?
– Najwyższy czas, żeby się tego nauczył. Nie można ustępować dziecku tylko dlatego, że narobiło krzyku.
– Harry nie jest już dzieckiem. Ma już prawie siedemnaście lat i zasługuje, by mieć coś do powiedzenia na temat własnego życia.
– My też mieliśmy niegdyś po siedemnaście lat i jakoś nie mam wielkiej wiary w zdolności do podejmowania decyzji w tym wieku.
Remus westchnął ciężko.
– No cóż, nie mogę powiedzieć, że się tu z tobą nie zgadzam. Jednak nie wolno ci za niego decydować, Severusie. Czy przyszło ci kiedyś głowy, że jeśli okażesz mu odrobinę szacunku i wyjaśnisz swoje rozumowanie, może cię wtedy posłuchać?
– Nie mam w zwyczaju tłumaczyć się moim uczniom.
– Harry nie jest normalnym uczniem. Nie dla mnie i z pewnością nie dla ciebie.
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz.
– Ach tak? Wiem doskonale, że nie jesteś tutaj z powodu nagłej, rozpaczliwej troski o oceny Harry'ego z Eliksirów i bez wątpienia są inne miejsca, gdzie mógłbyś spędzić te wakacje.
– Masz rację – przyznał Snape gładko. – Jestem tu, aby trzymać Pottera z dala od kłopotów – bo ty jak widać nie jesteś tym zadaniem zaabsorbowany.
– Może wobec tego powinieneś zastanowić się nad rozmową z nim od czasu do czasu. Wiem, że daleko mi do mentora, na jakiego Harry zasługuje, ale ja przynajmniej się staram. Czy ty w ogóle widzisz, jak on na ciebie patrzy, że rozczarowanie i frustracja są widoczne na jego twarzy za każdym razem, gdy zbywasz go bez słowa?
– Nie obchodzi mnie, co Potter o mnie myśli – oparł Snape, zajadle wypluwając te słowa. – Jestem tu, by go ochraniać, a jeśli ma mnie za to znienawidzić, niech i tak będzie. W przeciwieństwie do ciebie, bardziej zależy mi na utrzymaniu go przy życiu, niż doprowadzeniu do jego śmierci.
Po tych słowach zapadła długa cisza. W końcu Remus przemówił, tonem niewiele głośniejszym od szeptu:
– Też się o niego boję, Severusie.
Snape nie odpowiedział, lecz Remus ciągnął dalej:
– Patrzę na Harry'ego i zastanawiam się, czy pożyje choć tak długo jak jego rodzice.
– Więc czemu upierasz się, by mu dogadzać? – Frustracja w głosie Snape'a była aż nadto wyczuwalna.
– Ponieważ twoja metoda nie działa – odrzekł Remus, równie jak on sfrustrowany. – Nie jestem głupcem, Severusie, choć pewnie wolałbyś sądzić co innego. Znam ryzyko, ale pogrzebałem wystarczająco wielu przyjaciół, którzy mieli być poza wszelkim niebezpieczeństwem, żeby wiedzieć że ukrywanie się nie jest odpowiedzią. To nie zadziała. Sam go słyszałeś. Odmów mu prawa do decydowania o sobie, a osiągniesz tylko tyle, że złość i desperacja doprowadzą go do zrobienia czegoś pochopnego. W ten sposób mamy przynajmniej jakąś kontrolę.
Snape westchnął.
– Jesteś zdecydowany na ten lekkomyślny krok?
– Tak.
– A zatem idę z wami.
– Podejrzewałem, że tak zrobisz – w głosie Remusa dało się wyraźnie wyczuć cień rozbawienia. Snape w zamian tylko prychnął. Harry usłyszał zbliżające się w jego stronę kroki i deportował się.
Znalazłszy się w swoim pokoju, chłopak usiadł na łóżku. Jego złość już minęła i musiał przyznać Hermionie rację. Snape niepokoił się o niego, o wiele bardziej niż Harry mógłby przypuszczać. Gorzej, Remus też się o niego martwił. Biorąc pod uwagę poziom zabezpieczeń, jakie nałożono na dom, Harry stwierdził, że nie powinien być tym zaskoczony, ale mimo to czuł się przygnębiony słysząc frustrację i nawet strach w głosach Snape'a i Remusa.
Pukanie do drzwi oderwało Harry'ego od tych myśli.
– Tutaj jesteś – powiedział Remus, wsuwając głowę do pokoju. – Na pewno się ucieszysz na wieść, że udało mi się obłaskawić Severusa. Będzie nam towarzyszył w czwartek, ale Tonks i ja zdołamy trzymać go z dala od ciebie.
Remus uśmiechał się, w żaden sposób nie ujawniając lęku, który kilka minut wcześniej okazywał w rozmowie ze Snape'em. Nagle zmarszczył brwi.
– Wszystko w porządku, Harry?
– Nic mi nie jest. To świetna wiadomość – odparł Harry, starając się przywołać to ożywienie, jakie towarzyszyło w kuchni. Pójście po odbiór licencji na teleportację wydawało się teraz znacznie mniej ważne niż podczas śniadania.

o0o0o0o

Harry nie wspomniał przyjaciołom o rozmowie, którą podsłuchał i kolejnych parę dni było cudownych. Nawet Snape był bardziej uprzejmy niż zwykle, choć może tylko Harry'emu tak się zdawało, bo chłopak odkrył, że trudno mu być zagniewanym na nauczyciela, kiedy faktycznie wiedział jak mocno mężczyzna martwi się o jego dobro, mimo że Snape nigdy tego nie okazywał. Harry nie mógł podjąć tego tematu z nauczycielem, rzecz jasna, i z rezygnacją dodał to do listy rzeczy, których nie mógł z nim przedyskutować.
W nocy przed swoimi urodzinami, Harry szedł do łóżka bardziej szczęśliwy niż pamiętał by był kiedykolwiek tego dnia. Miał przy sobie przyjaciół i razem spędzą cudowny dzień w Londynie. To będą najlepsze urodziny w jego życiu.
Harry zasnął, lecz nie śnił o walce ze śmierciożercami tak jak zazwyczaj. Zamiast tego śnił o Hogwarcie, o wspaniałych chwilach, jakie tam przeżył – o quidditchu, słonecznych popołudniach nad jeziorem i nocach spędzonych przy kominku w pokoju wspólnym. We śnie byli z nimi wszyscy jego przyjaciele i pojawił się tam nawet Zgredek, by powiedzieć jak wdzięczny jest za swoją wolność, po czym roześmiał się bardzo wysokim, przenikliwym głosem.
Harry obudził się w ciemności na wpół przytomny, a skrzaci śmiech wciąż rozbrzmiewał mu w głowie, więc po części oczekiwał, że zobaczy stojącego obok niego Zgredka. Jednak ciche pochrapywanie Rona uświadomiło mu, że to był tylko sen. Harry westchnął z zadowoleniem i wkrótce znów pogrążył się w objęciach Morfeusza.