„Dwunasty Wyraz"
Rozdział drugi „Efekt motyla kolorowego bajecznie"
Mały ciemny pokój oświetlała pojedyncza łojowa świeczka , ustawiona na środku okrągłego dębowego stołu. Jej nikły promień ledwo określał rozmiary izdebki. Ciężko było dostrzec jakiekolwiek szczegóły związane z wnętrzem. Jedynym elementem , który rzucał się w oczy była framuga po drzwiach. Przestrzeń za nią spowijała gęsta mgła , której kontury oświetlała świeca. W pokoju znajdowały się dwie osoby , ciężko było określić ich płeć , wiek bądź jakiekolwiek cechy szczególne. Ich głosy były zniekształcone , prawie jakby ich struny głosowe eksplodowały a następnie przybrały kształty powyginanych strzępków. Tajemnicze postacie stały naprzeciwko siebie , w takim odstępie od stołu iż nie było możliwości określenia kształtów ich sylwetek.
-Chłopak dostaje coraz więcej objawów. Jeżeli nie zapadnie , możliwe że go stracimy. Musimy działać. - Charczący głos jednej z osób po chwili rozbrzmiał w pokoju. Na ścianę wypełzły cienie , oznajmiając zbliżanie się nieuniknionego zła.
-W tym momencie nie możemy stawiać pochopnych kroków. Jeżeli „On" się zorientuje że tu jesteśmy , to wszyscy będziemy zagrożeni. - Drugi głos przeleciał odbijając się echem po sali. Cienie , które wcześniej tańczyły na ścianie , ustały i schowały się w mroku za framugom.
-Więc co proponujesz? Dobrze wiemy że nie uda im się samotnie przejść przez las. Jakobyśmy im nie pomogli , to „Eden" prędzej czy później ich pochłonie. Jedynym wyjściem , jest poproszenie pustelnika. To jest jedyna osoba , której udało się przejść przez Eden. Może za jego radami dzieciom też się powiedzie. - Po słowach tajemniczej persony świeczka zgasła. Pokój zalał mrok , rozplatając swe plugawe korzenie w ścianach izdebki.
-Jonathan! Braciszku ! Wstawaj , musisz coś zobaczyć. - Krzyki Marthy zbudziły ze snu Jonathana. Leżał pod rozłożystym dębem , opasany kocykiem zabranym przez Marthę. Małe zwiędłe listki ozdabiały purpurowy materiał koca. Chłopak jeszcze w pół przytomny , próbując wstać oparł się o pień drzewa. Jego pytający wzrok powędrował na Marthę , która stała przy studni na polanie. Jonathan wyszczerzył oczy. Nie zdawał sobie sprawy z tego co się wydarzyło , jakim prawem zasnął pod dębem , kiedy to się stało i co się działo przed ich przybyciem do lasu.
-Martha… - Wymamrotał imię swojej siostry. Dziewczynka przybiegła do niego i kucnęła poprawiając kocyk.
-Co się stało braciszku? Miałeś zły sen? Czy to przez mamę? - Martha zwróciła głowę do góry rozglądając się po niebie w poszukiwaniu zabawnych kształtów chmur.
-Przez… ma – mamę? O czym ty mówisz moja ukochana siostrzyczko? - Jonathan pokręcił głową nie rozumiejąc co oznaczały słowa Marthy.
-Przecież pan Lucius sam ci o tym wspominał. - Martha wstała , otrzepując sukienkę ze źdźbeł trawy. Jej mina wyrażała zniecierpliwienie wywołane rozmową z Jonathanem.
-Lucius…? O czym konkretnie mi wspominał? - Jonathana rozbolała głowa. Słyszał brzęczenie , jakby podobne do ula z rozszalałymi pszczołami.
-Głuptasie , sam mi mówiłeś że pan Lucius zabiera mamę do szpitala w Plymouth. Nawet nie mieliśmy czasu jej zobaczyć kiedy wyjeżdżała. Ale pan Lucius mówi że mama niedługo wróci zdrowa i silna i będziemy znowu szczęśliwi. - Słowa dziewczynki zbiły Jonathana z tropu. Szybko przypomniał sobie o wcześniejszej rozmowie z Teresą , która nie mogła być snem. Zdał sobie sprawę z podarunku , który Teresa mu podarowała , kiedy ostatni raz się z nią widział – steatytowy rysik. Szybko wsadził rękę w kieszeń surduta. Przeglądał każdą kieszeń aż w końcu natrafił na mały lniany woreczek. Nie przypominał sobie aby kiedykolwiek był w posiadaniu owego przedmiotu. Woreczek był zawiązany rzemykiem. Ciekawy młodzieniec odwinął rzemyk aby zobaczyć co skrywa się w wnętrzu woreczka. Z dna wyleciał niebieski motyl , zanim wyfrunął biały motylek a na końcu fioletowy motyl. Rozmiary woreczka nie pozwalały na zmieszczenie trzech motyli wielkości ręki w środku.
Rodzeństwo obserwowało lot motyli. Wykonywały spirale w powietrzu , kręciły się wśród liści i wiatru. Wydawało się że ich kierunkiem jest drzewo po drugiej stronie łąki. Jednak po chwili chytrze zaszybowały w kierunku studni. Wleciały w głąb otworu i zatopiły się w tafli wody na dnie awenu. Rozbawiona Martha od razu pobiegła w stronę studni. Jonathan stał wryty , nie dowierzał co się właściwie dzieje. Czuł że cały świat zmienił się w czasie jednego mrugnięcia. Jakby niestworzone siły zastąpiły powszechne prawa fizyki i logiki. Wreszcie Jonathan przebił się przez ścianę zawahania i zbliżył się do siostry , która nachylała się nad otworem.
-Jony , spójrz tam na dnie pływają motylki. - Wesoła Martha okrążała studnię , szukając perfekcyjnego miejsca do oglądanie jej dna. Skonsternowany Jonathan zajrzał do studni. Była bardzo głęboka. Jej ściany , gęsto pokryte mchem , wydawały się być zrobione z czystego marmuru. Na dnie studni , faktycznie krążyły motyle , jednakże było ich znacznie więcej. Całe stado kolorowych motyli zakrywało taflę wody. Zdziwienie chłopaka był tym większe gdy motyle wyleciały nagle na powierzchnię i obleciały go ze wszystkich stron. Przerażony Jonathan zaczął się szarpać aby odpędzić chmarę natrętnych owadów. Udało mu się to dopiero łapiąc za koc i machając na wszystkie strony. Motyle rozpierzchły się w cztery strony świata. Jonathan głęboko wzdychnął. Rozglądając się za siostrą nie mógł wypatrzeć jej uroczej buźki. W jednej chwili pomyślał że bawi się w chowanego. Krzyczał imię swojej siostry tak długo aż zaczęło go boleć gardło. Przez Jonathana przeleciała makabryczna myśl „Co jeśli Martha wpadła do studni!". Młodzieniec zbliżył się do krawędzi ścianki i wygiął się nad otworem aby odnaleźć swoją siostrzyczkę. Tym razem zamiast dna , na dole studni pełzł czarny glut oplątany korzeniami drzewa niczym mackami. Do Jonathana dotarł obrzydliwy smród owego gluta. Był to zapach rozkładającego się ciała połączony z gniciem jaj. Zdegustowany chłopak chciał cofnąć się od otworu aby złapać świeżego powietrza gdy nagle ktoś wepchnął go z nadludzką siło prosto do dziury wypełnionej okropną mazią. Nieznana substancja przedostała się do jego ust , wpychając w głąb jego ciała. Po chwili cały był już owładnięty przez koszmar. Korzenie splątały jego gardło , sprawiając iż Jonathan zaczął tracić przytomność . Jego oczy zalały się krwią a twarz przybrała koloru purpury. Chłopak zaczął się trząść jednak na to było już za późno. Maź powoli wciągnęła go na samo dno studni. Wszystko ogarnęła ciemność… .
„Ma liczko gładkie i mowę kwiecistą…" , cichy głos wydobył się z otchłani nicości. Był to bardzo znajomy głos dla Jonathana. Wydawało mu się iż źródło owego głosu zbliża się w jego kierunku. Nie mógł ruszać nogami , rękoma ani tułowiem. Czuł się sparaliżowany. Nie potrafił myśleć o niczym innym niż o okropnym uczuciu bycia obserwowanym. „Nie usłyszysz serca bicia brata , gdy dopadnie cię baba pstrokata… ." Jonathan poczuł oddech na swoim ramieniu. Jego miażdżone przez korzenie serce zaczęło bić mocniej. Wiedział że znajoma postać stoi tuż za nim , on jednak nie mógł się odwrócić w celu zidentyfikowania tajemniczego osobnika.
- Jesteś już bardzo blisko. Nie opieraj się , to ci w niczym nie pomoże. - W jednej chwili , Jonathana dopadł przeraźliwy strach. Rozpoznał głos , szepczący tuż za jego plecami. Był to głos należący do jego ojca , Mortimera Goldwin'a. Mortimer odwrócił chłopca , aby dokładnie przyjrzeć się mu przyjrzeć. Spoglądając na swego syna , mruczał pod nosem jakieś przedziwne inkantacje. Jonathana dopadł szaleńczy gniew , tak potężny gniew iż zdołał się przeciwstawić sile toksyn paraliżujących. Z całej siły uderzył Mortimera w twarz z taką siłą iż mężczyzna mocno odchylił się do tyłu.
- Nigdy ci tego nie wybaczę ! Słyszałeś ! Nie wybaczę ci tego co jej zrobiłeś ! - Jonathan wybuchł w napadzie furii. Spoglądał na swojego ojca , którego przed chwilą uderzył. Z ciałem Mortimera zaczęło dziać się coś niemożliwego. Jego kark głośno chrupnął , ręce zaczęły się wykręcać we wszystkie strony , jakby zabrakło w nich stawów. Jego twarz zalała się krwią a następnie drastycznie zbladła. Jego ciało zaczęło gnić.
- Brawo , dotarłeś na miejsce. Szybko odnajdź siostrę i znajdźcie mnie. Będę czekał pod wiekowym , rozłożystym dębem. Jednakże muszę cię ostrzec , to co spotkasz w lesie , nie będzie przyjaźnie nastawione dla takich jak ty i Martha. - Skóra Mortimera powoli odpadała od jego kości . Już mało zostało w nim życia. Szybko usunął się w mrok i już się z niego nie wynurzył. Jonathan znowu poczuł ohydny odór mazi i uczucie zatapiania się w nieskończoną otchłań. Znów zemdlał… . Jego sen przerwał szum drzew. Jonathan otworzył oczy , znajdował się w nieznanym lesie. Owy las był tak gęsty iż nie można było określić żadnej dróżki bądź końca polany , na której się znajdował. Chłopak wstał i przetarł oczy. Przykry zapach znikła jak również uczucie pełzających wewnątrz macek. Jednak to nie był koniec. Jonathan wiedział że musi odnaleźć swoją siostrę i wydostać się z uścisku lasu.
