3. Samael

Jestem Stalowym Aniołem Zagłady.

Nikt mnie nie zdoła namówić do zdrady.

Jestem Aniołem Niebiańskiego Dworu.

Ty miałeś wybór — ja nie mam wyboru.

Nie mam sumienia, więc tłumacz się w Niebie.

Ja tnę bez wytchnienia więc zetnę i ciebie…!

Opuszczam różdżkę, drżąc na całym ciele.

― Nie zrobię tego więcej! ― Nie chcę krzyczeć, ale patrząc na krew odcinającą się od zielonej trawy, robi mi się niedobrze.

― Nie bądź słaby. Więcej! ― Patrzę na niego, szczękając zębami. Trzymam różdżkę w dłoni, jak gdybym naprawdę jej potrzebował. I zdaje się, że tak jest, a dzięki temu mogę do pewnego stopnia odciąć się od tego, co właśnie robię i zrzucić całą winę na narzędzie w mojej dłoni. Voldemort pochyla się jeszcze przez chwilę, po czym ociera usta dłonią. Jego twarz jest blada, a oczy błyszczą jak w gorączce. Wyczuwam go moim umysłem. I dopiero teraz rozumiem, co działo się z nim przez te miesiące. Dopiero teraz dociera do mnie, dlaczego jego powrót okazał się tak… łagodny, tak inny od tego, co pamiętam z czasu przed bitwą.

Jest bólem. Uświadamiam sobie to w chwili, gdy pozwala mi jej spróbować, gdy przy pomocy naszego połączenia sięgam po magię stworzeń, która krąży w jego żyłach.

I wiem już, że nie spocznę, póki nie oddam mu tej części, którą mam w sobie.

― To dlatego przybierałeś taką formę w moich snach. Odcinałeś się od tego? ― pytam, posyłając kolejny strumień mocy w jego plecy. ― Wystarczy? ― pytam szeptem, ale wydaje się mieć problem ze złapaniem oddechu, krztusząc się. Nigdy nie spodziewałem się zobaczyć go w takiej roli. A świadomość tego, iż przez miesiące robił to sobie sam, mrozi mi krew w żyłach.

― Więcej.

Wzdycham głęboko, by się uspokoić, sięgam do tak znajomej obecności na granicy mojego umysłu.

― Strać tę cholerną przytomność ― syczę, widząc, że coraz trudniej jest mu utrzymać powieki uniesione. Nie jestem pewien, jakie zaklęcia właściwie na niego rzucam. To po prostu mrok i cierpienie. Coś gorszego od cruciatusa, coś, co posyła Czarnego Pana na ziemię. Coś, co sprawia, że widzę go takim. Jednak nie słabym.

Znowu kaszle. I wtedy się zaczyna.

Leżący na boku jednorożec otwiera oczy i wydaje z siebie dźwięk tak rozpaczliwy, że odczuwam go całym sobą. Równocześnie młóci kopytami powietrze, ale krew sącząca się z jego boku mówi mi, że już nigdy nie wstanie. Wierzę, że będzie ostatnim, już niedługo. Stworzenia zmieniają się, odpadają najsłabsze. Kołowrót istnień jest w równowadze.

Wciąż nie rozumiem, dlaczego jest to konieczne, dlaczego Voldemort jest w stanie wchłonąć magię stworzenia dopiero wówczas, gdy sam znajduje się na granicy.

Kiedy pada na ziemię, wciąż nie opuszczam różdżki. Jego ciałem co chwilę wstrząsają dreszcze, a wokół gromadzi się gęsta, ciemna magia. Magia, która jeszcze niedawno zatruwała organizm jednorożca.

Stworzenie wydaje z siebie coraz słabsze rżenie, a jego klatka piersiowa unosi się z każdą chwilą wolniej. Z tej odległości Voldemort wydaje się martwy. Gdyby nie krew, wciąż wyciekająca mu spomiędzy warg, uwierzyłbym, że to koniec.

Nagle jednorożec bierze jeszcze jeden, głęboki wdech i po chwili zalega cisza.

Rzucam różdżkę i czym prędzej dopadam Toma, przesuwając go z dala od kałuży krwi, która powoli wsiąka w ziemię. Jestem ciekaw, co zrobią testrale, gdy ją wyczują.

Jego głowa przechyla się na bok, zupełnie, jakby się ode mnie odwracał, jak gdyby nie chciał, bym był tego świadkiem.

― Jakby bycie mugolem przez jakiś czas było aż tak złe ― mamroczę, przyglądając się mu z boku. Zastanawiam się, czy byłbym w stanie poddać się naszemu połączeniu, by wciągnął mnie do swojego umysłu, jak to robił, kiedy spałem. Może nawet udałoby mi się przelać w niego więcej magii, być może chociaż w niewielkiej mierze złagodzić ból wywołany mrokiem, który w siebie wchłonął.

Kładę się obok niego i odwracam twarz tak, że nasze usta znajdują się na tyle blisko siebie, iż czuję jego oddech, co mnie właściwie trochę uspokaja.

Zamykam oczy, jednocześnie wyciągając ramiona, by przyciągnąć go do siebie i wzdrygam się, gdy przechodzi między naszymi ciałami impuls.

Udaję, że tylko moje ciało lgnie do ciepła, że zamknięte oczy sprawiają, iż odcinam się od tego.

Wzdycham, zapadając się w swój umysł.

Polana zdaje się umierać. Gdzie nie spojrzę, pośród wysokich traw rozkłada się zwierzyna, jednak mimo to nie czuję smrodu w powietrzu. Właściwie powietrze w ogóle nie pachnie.

Słyszę pisk i odwracam głowę, próbując go zlokalizować i wówczas dociera do mnie widok kwiatów plamionych czerwienią.

Lis rozszarpuje dziecko, jednak to nie ono nawołuje, nie skarży się na ból, którego pewnie i tak już nie czuje.

Ochłapy mięsa opadają coraz bliżej, ale potrafię tylko stać i patrzeć, niezdolny do najmniejszego ruchu.

Zawsze tak jest. ― Rozlega się głos obok mnie i drgam zaskoczony, zupełnie pochłonięty tym, że dziecko nie krzyczy. Lis łapie je za kark i podnosi, zwracając w moją stronę. Rozchylam wargi, by coś powiedzieć, jednak nagle nie jestem w stanie wydusić z siebie słowa, kiedy niegdyś mocne połączenia ścięgien pękają i na moich oczach ciało dziecka odrywa się od główki.

Kiedy ktoś szarpie mnie za ramię, krztuszę się zaskoczony na widok Toma. Jego palce przyciskają się do moich policzków, zmuszając, bym dalej patrzył, jak główka dziecka toczy się po wilgotnej trawie.

Poznajesz?

Mam ochotę zaprzeczyć, ale wówczas lis przeobraża się w mężczyznę z zakrwawioną, niegdyś pożółkłą ze starości koszulką. Oczy dziecka wpatrują się we mnie, błagając, bym to skończył, a ja jak lunatyk zmierzam w jego stronę. Tom podąża krok w krok za mną, kiedy opadam na kolana. Dłonie mężczyzny smagają moje odsłonięte plecy, a ja, jedyne o czym mogę myśleć, to brak paska.

Nagle marszczę brwi, wyciągając dłoń. To chore, ale nie potrafię się powstrzymać. Wydaję z siebie kolejny zduszony jęk, gdy razy spadają na mnie, a moje palce natrafiają na coś miękkiego w trawie. I wówczas wszystko się rozpływa. Znika oprawca i rozerwane ciało kilkuletniego Toma. Riddle szarpnięciem stawia mnie na równe nogi.

Co to było?

Magia.

I chyba rozumiem, co do mnie mówi, chociaż to wydaje się nieprawdopodobne.

Pozwalasz zabić w sobie magię? Dlaczego? ― Odsuwam się od niego, oblizując pękniętą wargę. Przyjemnie mrowi w miejscu, w którym ją przygryzł. Dziwne, że chociaż właściwie to tylko umysł, ma tak wielką siłę wizualizacji. Tak jak osoba Toma. Wciąż nie rozumiem zależności, dlaczego w moich koszmarach, a jak się okazuje, w swoim umyśle, przyjmuje tę formę.

Zastanawiam się, dlaczego imaginacja jego magii przybiera formę dziecka, które nie miało o niej jeszcze pojęcia. Co tamten czas dla Toma znaczył, czy może chodzi po prostu o jakąś sadystyczną radość z tego, że odcina się od swojego człowieczeństwa, od wszystkiego tego, co stanowi jego przeszłość.

Dlaczego akurat ta forma? - pytam, wskazując na jego młode ciało.

Horkruksy pozostawiają ślad, Harry. Który z nich tkwi w tobie?

Och. To właściwie logiczne, a przynajmniej do pewnego stopnia.

Więc... Jakie jest to miejsce, gdy jesteś sam?

Tom odsuwa się ode mnie, prostując ramiona. Przypominam sobie go z komnaty tajemnic, pewność, jaką emanował, dumę z tego, kim jest. Patrzę wprost na Toma i sięgam do niego.

Nie chcę masek ― mówię, przesuwając dłonią przed jego twarzą, niczym pan młody odsłaniający welon z twarzy ukochanej.

Kościste palce zaciskają się na przegubie mojej dłoni w niemym ostrzeżeniu, podczas gdy w oczach Toma zdaje się kryć chaos.

To tylko wizualizacja ― ostrzega, po czym pociąga mnie i nagle robi się ciemno. Uścisk na moim nadgarstku znika i obracam się z bijącym sercem, gdy dobiega mnie łkanie. Stoję prosto przed potężną klatką, z której dobiegają jęki.

Odsuwam się z sykiem, kiedy przez szczelinę przedostaje się trupio blada, drobna dłoń i macha tuż przed moją twarzą. Miejsce, w którym powinny być paznokcie jest zakrwawione, opuszki starte.

Cofam się z lękiem, słysząc co jakiś czas uderzenie, które przecina powietrze i odbija się echem od skał.

Czy to może być prawda? Czy jego umysł pogrzebał jego istnienie?

Tom? ― pytam cicho, niechcący kopiąc kamień. Zamieram, widząc ruch w oddali. Postać zbliża się i wkrótce staje przede mną. Czarne szaty wiszą na jej ramionach, kiedy wyciąga dłoń i rozcina mi policzek ostrym pazurem.

Tego chciałeś? ― Głos Voldemorta wydaje się dochodzić z daleka. Przełykam ślinę, kiwając głową.

Widziałem już więcej ― mówię twardo. ― Byłem świadkiem twoich słabości, Tom. Nie przestraszysz mnie ciałami w rozkładzie ani lękami uwięzionymi w klatkach. ― Tym razem to ja dotykam jego policzka i chociaż to tylko umysł, czuję chłód jego ciała.

Chcąc coś sprawdzić, upewnić się, jak wielkim wyzwaniem mogę w rzeczywistości być i który z nas jest bardziej potrzebujący, przysuwam usta do jego warg.

Świat się załamuje. Wrażenie jest ulotne, kiedy tylko odsuwam się od niego, wszystko wydaje się pozostawać niezmienne.

Imaginacja twojego umysłu? ― szepczę, okrążając go. ― Czy może duszy? Pokaż mi prawdę.

I niczym klocki w dominie, cały świat się rozpada, w jednej, przepełnionej ciszą chwili.

Otwieram szerzej oczy i, chociaż z tym walczę, uśmiecham się. Wizualizacja wydaje się być odbiciem mnie samego. Popalona polana, samotne drzewo i błąkające się bez celu testrale. Nagle słyszę skrzek i w powietrze wzbija się czarny kruk.

W oddali dostrzegam kwiaty, odgrodzone wysokim, ciernistym ogrodzeniem.

I rozumiem, że to ja.

Testral wydaje z siebie pisk, mknąc w moją stronę. Voldemorta nigdzie nie ma, a może jest wszędzie. Obserwuje mnie.

A ja wiem, co muszę zrobić. Staję naprzeciw pędzącemu stworzeniu, biorąc głęboki wdech. Sięgam po magię, czuję ją tuż pod palcami i w momencie, gdy testral we mnie wpada, staję się nią.

Rozlega się huk, a wyładowanie ścierających się magii przecina powietrze, wydając się łączyć niebo z ziemią.

Czuję jak magia uchodzi ze mnie, jednak nie przerywam połączeni, póki nie dobiega mnie krakanie, powoli przeradzające się w pisk.

Stworzenie nadlatuje, raniąc pazurami moją rękę.

I nagle wszystko zamiera. A w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał testral, uosobienie mrocznej magii, którą chłonie Tom, leży źrebię. Jego klatka piersiowa unosi się i opada szybko, a ja pozwalam swoim powiekom opaść na chwilę po tym, jak błyska w moją stronę białkami. Wyciągam dłoń, upadając, by dotknąć jego srebrzystej sierści.

Zatracam się.

Otwieram oczy z jękiem. Moja głowa dudni, a w ustach czuję metaliczny posmak krwi. Jestem jednocześnie przerażony i zafascynowany tym, co przed chwilą miało miejsce, chociaż ograniczało się jedynie do sfery poza zmysłowej.

― Jesteś szaleńcem.

Mrużę oczy, po czym uśmiecham się słabo, widząc wokół Toma szarą smugę magii.

― Umysł jest fascynującą przestrzenią ― mruczę, próbując podźwignąć się do pozycji siedzącej, ale już po chwili jest obok, naciskając na moją obolałą pierś.

― A ty głupcem, myśląc, że sam jesteś w stanie coś zrobić ― syczy.

Parskam, nie dowierzając. Jest tak cholernie uparty, nawet, jeśli chwilę temu dopuścił mnie tak blisko siebie. Jest niemożliwy.

Wówczas przypominam sobie, jak magia testrala momentalnie wyczuła naszą i zastanawiam się, jak zareagowałaby na patronusa.

Sięgam po omacku po różdżkę, zadowolony, że nie przyszło mu do głowy jej zabierać.

Chwilę obracam ją w palcach, patrząc spod na wpół przymkniętych powiek na jego zamyśloną minę. Przywołuję w pamięci widok jego napiętej twarzy, gdy walczył ze sobą, kiedy miał mnie po raz pierwszy. Przypominam sobie dotyk jego dłoni, ale to nagły przebłysk z nocy, kiedy miałem umrzeć, wspomnienie jego rąk zaborczo przytrzymujących mnie blisko niego, gdy niszczył Severusa i to, co chcieliśmy stworzyć. I to właśnie te wspomnienia, świadomość bycia pragniętym, ta zaborczość skierowana nie względem kogokolwiek innego, ale właśnie mnie, sprawiają, że patronus wydobywający się z końca mojej różdżki, mknie przed siebie, jakby przebudzony z głębokiego koszmaru. Koszmaru, w którym tkwiłem odkąd wyrzucił mnie ze swojej posiadłości, by spotkać się ze mną dopiero na polu bitwy. Aż do niedawna.

Nie muszę poruszać różdżką, by zbliżył się do Voldemorta. Jest owocem naszej magii, którą, nie pamiętam, kiedy ostatnio mogłem używać bez ryzyka o swoje zdrowie psychiczne. Teraz jasne staje się, że tak po prostu musiało być, że ilekroć sięgałem po magię, otwierałem połączenie między nami, by Voldemort mógł stawać się silniejszy. Nie czuję do niego żalu, nie z tego powodu. Wciąż nie potrafię jednak spojrzeć bez złości na fakt, iż utrzymywał mnie tyle czasu w nieświadomości, że niszczył mnie każdym dniem swojej nieobecności i każdym ofiarowanym snem, w którym było go pełno.

Może jestem słaby, odsuwając to od siebie. Być może powinienem się z tym zmierzyć i zrobić to, co wydawałoby się słuszne. Ale widzę to jako szansę od losu, tę, która nie nadarza się dwukrotnie, którą, ofiarowaną, należy złapać i nie dać odejść. Tom jest dla mnie takim kimś. Jest dla mnie wynagrodzeniem za cenę, którą przyszło mi zapłacić podczas wojny.

Jest wszystkim, co utrzymuje mnie przy życiu.

Patronus wbiega w niego, na moment rozmywając się, jednak po chwili już zatacza krąg. Oddycham, a on uspokaja się, tym razem zbliżając się do Toma powoli. Zaciskam z nerwów palce, zastanawiając się, czy tym razem racja może być po mojej stronie, czy ta szarość świadczy o tym, że udało mi się przelać część magii i zmieszać ją z tą, którą odebrał stworzeniu.

― Magia jest bezkresem, Tom. Nigdy nie myśl, że dotarłeś do jej początku ― mówię, patrząc, jak stworzenie ociera się porożem o jego nogę, jednak nie rozpływa się w powietrzu. Voldemort wydaje się wahać, nim wyciąga do niego dłoń. Mam wrażenie, że dotyka mnie.

Coś się zmienia.

― Nigdy nie sięgałem po tę konkretną magię ― mówi, patrząc w dal. Gdzieś za linią drzew magiczne stworzenia gromadzą się przy wodopoju, być może żegnają członka stada. W tym czasie jesteśmy pozostawieni sobie i obawiam się tego, gdzie może nas to zanieść. Tom jest nieprzewidywalny, a ja nie mam pojęcia, co siedzi w jego głowie, zwłaszcza po takim czasie, kiedy byłem od niego odcięty.

― Nie ― przytakuję, nie wiedząc tak naprawdę, co mógłbym na to powiedzieć. Oczywiście, że nie próbował tworzyć patronusów, musiał mieć świadomość, iż pozwolił na zbyt wiele mroku, by wyczarowanie go w ogóle było możliwe. A jeśli Voldemort nienawidził czegoś bardziej niż mugoli, były to słabości. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek to się zmieni. Czy z jego magią w sobie, jestem w stanie zrobić coś, by ujrzeć kształt, jaki przyjęłaby jego magia pod zaklęciem patronusa. Czy z kimś takim jak on, to w ogóle byłoby możliwe.

Nagle Voldemort przecina szybko dłonią powietrze, a mój patronus rozpływa się w chmurze pyłu. Czuję szarpnięcie, kiedy to się dzieję, widać za słabo panowałem nad magią, by nie dać się złości Toma.

― Potęga nie objawia się w ilości opanowanych zaklęć ― mówi, odchodząc jeszcze dalej. Dociera do mnie, że napotkaliśmy kolejny mur, który w obecnej sytuacji, w obecnym stanie, może być ciężko przejść. I Voldemort wybiera ucieczkę.

Kręcę głową z niedowierzaniem, zastanawiając się, czy zawsze będzie uciekał, kiedy dotrze do swoich granic. Czy kiedyś zdobędzie się na to, by wyciągnąć rękę po pomoc, której bym mu nie odmówił.

― Nie. Determinują ją serce i rozum ― śmieję się, wypuszczając z siebie długo gromadzoną magię. Ta wydaje się sunąć przed siebie, usuwając z polany dowód niedawnego cierpienia. Kwiaty podnoszą głowy ku górze, a ja przypominam sobie to, co pokazał mi w swoim umyśle. Wydają się niesamowite w upartym dążeniu do słońca, w wyciąganiu łodyg jak najbliżej promieni słonecznych, jak gdyby one same wystarczyły do tego, by przetrwać kolejny dzień.

Uświadamiam coś sobie.

Dla niego jestem życiem.

Nie pozwolę, by stał się moją śmiercią.

Korytarze w ministerstwie zdają się ze mnie kpić, kiedy zmierzam na minus siódme piętro. Nie powiem, bym czuł się komfortowo z myślą, iż wzywają mnie w miejsce, które znajduje się jeszcze za Departamentem Tajemnic.

Wezwanie również nie mówi mi, w jakim celu się tam udaję, chociaż nie wykluczam faktu, iż może mieć to nie tak całkiem mało wspólnego z niedawną teleportacją. W końcu kiedyś mnie o to zapytają. Zainteresują się, być może, tym nagłym wyczerpaniem magicznym, zapytają, skąd wziął się pomysł, by, zamiast po ludzku przedostać się poza granice kraju, zdecydowałem się na coś, co mogło zakończyć się moją śmiercią. Każda odpowiedź nagle wydaje się zła. Nie zmuszę się do tego, by samodzielnie podważyć moje zdrowie psychiczne. Nie przyznam się do chęci targnięcia się na moje życie, by spędzić kolejne tygodnie pod obserwacją w świętym Mungo, a być może nawet doprowadzić do tego, że zniszczą mnie medialnie.

Winda zatrzymuje się i wychodzą dwie towarzyszące mi osoby. Nikt nie wsiada. Kiedy ruszam dalej, jestem sam i zastanawiam się, co czują skazańcy idący na śmierć. Nikt im nie towarzyszy. Nikt nie czeka za długą szybą, uderzając dłońmi o jej gładką powierzchnię, krzycząc, że to nie musi się tak skończyć.

I dlaczego w ogóle wyobrażam sobie najgorsze?

Czy dlatego, iż wiem, że w mniemaniu ministerstwa dokonałem zdrady? Czasy, kiedy chciałem zostać ukarany za zbrodnię popełnioną podczas wojny, minęły, mam nadzieję, bezpowrotnie. Teraz zwyczajnie chcę się od tego odciąć.

Przeciągły dźwięk i rozsuwające się kraty.

Robię krok do przodu, z ciekawością się rozglądając. Znajduję się w jasnym korytarzu, od którego prowadzą tylko jedne drzwi. Marszczę brwi, nie widząc żadnej tabliczki, która powiedziałaby mi, gdzie trafiłem.

Powoli podchodzę, a gdy znajduję się już wystarczająco blisko, by zapukać, drzwi otwierają się i moim oczom ukazuje się szef aurorów, ten sam, z którym rozmowę przerwała mi Luna. Tym razem nie uśmiecha się, nie okazuje żadnego przyjaznego gestu.

― Czekaliśmy na pana ― mówi, odsuwając się. Robię krok do przodu i moim oczom ukazuje się przeraźliwie jasne pomieszczenie i dwóch mężczyzn stojących blisko drzwi. Czuję ich wzrok na sobie, gdy wchodzę głębiej i drzwi zamykają się za mną. Dopiero wówczas dostrzegam kolejnych sześć osób.

Są momenty, kiedy człowiek po prostu wie, że dzieje się coś złego. Są chwile, gdy poziom lęku wzrasta, a ciało przebiegają dreszcze na myśl o rozmaitych scenariuszach, których wkrótce może stać się częścią.

To jest jeden z nich.

Zwłaszcza, kiedy rzucają na stojący na środku pomieszczenia stół teczki. I kiedy spomiędzy nich wysuwa się jedno zdjęcie, obraz, którego nigdy więcej nie chciałem przywołać przed oczy.

Przełykam ślinę, unosząc wzrok na stojącego obok mnie mężczyznę, który jeszcze nie tak dawno przyjaźnie klepał mnie po plecach, zabierając na kolejną interwencję dotyczącą Lucjusza Malfoya.

Co się zmieniło?

― Obserwowaliśmy pana, Potter.

Może to domena ludzi, za którymi zbrodnie ciągną się cieniem, czekając na dzień, kiedy nareszcie będą mogły przemówić i upomnieć się o sprawiedliwość.

A może to tylko ja z latami lęku i umysłem zbyt pochłoniętym przez przeszłość, by móc się od niej oderwać. Cisza przeciąga się i mam wrażenie, że czekają na moją reakcję.

Pozwalam więc sobie być marionetką, za której sznurki pociąga się ku własnej uciesze.

― Co tu robię? ― pytam, ignorując fakt, że mój głos brzmi tak słabo.

Nagle zbliża się do nas jeden ze stojących w oddali mężczyzn. Dopiero właściwie w tej chwili uświadamiam sobie, że żaden z nich nie ma szat, tylko zwykłe mugolskie ubrania. Stający przede mną człowiek ma długą bliznę biegnącą przez lewe oko, aż do kącika ust i prędzej wydaje się być poszukiwanym przestępcą niż pracownikiem ministerstwa. Zresztą, poza szefem, nie widziałem nigdy żadnego z nich.

― Wybierasz.