Cz. 3. Operacja

Medyczne studia i wojskowe życie nauczyły Johna Watsona, że nie ma czegoś takiego jak idealnie zrealizowana operacja. Nieważne, czy przeprowadzana w sali, czy w terenie i nieważne, czy jej obiektem był jeden, konkretny człowiek z konkretną chorobą, czy też garść bliżej nieokreślonych celów, politycznych czy wojskowych. Zawsze wyłaziło w trakcie coś, co wywracało wszystkie założenia. Pół biedy, gdy się tylko okazywało na stole, że trzeba pacjenta kroić bardziej lub szyć szybciej. Kiedy zamiast sennej wioseczki trafiało się na uzbrojoną po zęby bazę, to charakter operacji, i to dosłownie, zmieniał się w jednej chwili, losowo, nieprzewidzianie, i każdy mógł tej zmiany osobiście doświadczyć. Z rozmaitym, nieraz fatalnym skutkiem. A jedyne, co mógł w takiej sytuacji zrobić wojskowy lekarz, to po prostu być świadomym tego, że tak się zdarza i że teraz musi ratować, co się da i nie kląć przy tym za bardzo, bo jego oddech i uwaga są pilnie potrzebne do innych rzeczy. Na przekleństwa przychodził czas potem. Dla tych, co go dożyli. I byli w stanie zakląć, oczywiście.

Jego obecna misja była z początku wręcz monotonna. Wciąż jeździł ze swej kawalerki na peryferiach do szpitala, wciąż pracował, a od czasu do czasu zaglądał do pani Hudson. Lestrade zjawiał się u niego wieczorami, przywożąc papiery, zdjęcia czy zeznania, z prośbą, by przejrzał je i szukał powiązań. Nie ukrywał przy tym nadziei, że ktoś niebędący policjantem dostrzeże tam więcej niż ludzie ze Scotland Yardu.

Dokumenty, które inspektor przynosił, czasem pochodziły z dziwnych źródeł. Zapytany przez Watsona bez wahania przyznał, od kogo je dostawał, a doktor się tym nie zdziwił. Podejrzewał, że starszy z Holmesów próbuje w ten pokrętny sposób odkupić swoją winę, swój błąd, a może także szuka zemsty, w ramach przewidzianych prawem, za śmierć brata. Jakby taka zemsta mogła przywrócić Sherlocka do życia. Watson nie potępiał już Mycrofta, sam chciał mieć tę chwilę satysfakcji, gdy ostatni ludzie Moriarty'ego znajdą się za kratkami.

Lestrade proponował też doktorowi dyskretną ochronę, ale Watson odmówił. W wolnych chwilach intensywnie ćwiczył, by utrzymać się w formie i nie rozstawał się z bronią. Miał pewność, że poradzi sobie z każdym możliwym zagrożeniem, poniekąd nawet już tęsknił za tym, by ktoś spróbował go zaczepić. Chwila przemocy była wręcz potrzebna, by wojna toczyła się swoim torem, bo doktor miał coraz wyraźniejsze poczucie, że miasto dookoła stawało się dla niego wrogim terytorium, na którym trzeba mieć oczy szeroko otwarte i być gotowym, by zareagować na najmniejszy sygnał zagrożenia.

Dostrzegał już pierwsze sygnały. Początkowo były to drobne nieregularności, zakłócenia w miejskim rytmie. Starszy człowiek bez nogi, smętnie zawodzący na flecie przy schodach metra. Dwóch chłopaków, prawdopodobnie z Jamajki, jak zgadywał po sznurach dredów i zielono-czerwono żółtych koszulkach, tańczących na rogu ulicy. Dziewczyna błądząca po ulicy i wpatrująca się szklanym wzrokiem w zakurzone witryny. Pojawiali się i znikali, zawsze zbyt krótko obecni, by mógł z całą pewnością powiedzieć, że ich obecność jest czymś więcej niż tylko zbiegiem okoliczności. A właściwie, każdy by tak powiedział, tylko nie John Watson. On dostrzegał ich, tak jak się dostrzega objawy choroby u pacjenta. Żołnierz, którym był, widział w nich elementy miejskiego pejzażu, a więc i elementy maskowania. Bo kto by się lepiej wtopił w gwar londyńskiej ulicy, niż niewidoma kobieta w tęczowych piórach, wyśpiewująca na całe gardło operowe arie? Każdy przechodzień mijał ją, czy to obojętnie odwracając wzrok, czy też rzucając drobne do ozdobnego pudełka koło śpiewaczki.

Nie mówił nikomu o swoich podejrzeniach, zresztą dni mijały, a ci barwni wartownicy byli jedyną oznaką, że coś się dzieje wokół doktora Watsona. Nie przeszkadzało mu to. Na wojnie czekało się nieraz długo, bardzo długo i to nie tylko w nudnym zaciszu bazy, ale i w terenie, gdzie trzeba było wytrwać, mając nerwy napięte do ostatnich granic, by nie przegapić ostrzegawczego sygnału. Jednak i tak wydarzenia zaskoczyły go.

.

Kiedy Greg Lestrade wygadał się, że ma w końcu cynk, gdzie można przydybać niejakiego Morana, ex-pułkownika zamieszanego w handel bronią i zabójstwa na zlecenie, Watson nie zawahał się nawet przez sekundę przed przypuszczeniem na inspektora frontalnego ataku, by ten włączył go do grupy mającej dokonać aresztowania. O dziwo, nie musiał się nawet bardzo starać. Jak się już przekonał, Lestrade miał od jakiegoś czasu w głębokim poważaniu co poniektóre procedury, a po sprawie Holmesa i Brooka miał też wokół siebie wystarczająco lojalnych ludzi, by ten drobny szczegół nie dotarł do zwierzchników czy prasy. Prócz tego w grę wchodziły jeszcze takie szczegóły jak poczucie winy, przyjaźń czy długi z dawniejszych, lepszych czasów. Inspektor znał też osobiste powody, dla których Watson chciałby być wśród tych, którzy zamkną Morana i nie widział powodu, by jemu i sobie tej satysfakcji odmawiać.

Zwłaszcza, że to miała być prosta akcja.

Tak prosta, że musiała się skomplikować.

.

Brzdęk!

Potrącona puszka potoczyła się po betonie, metaliczny hałas odbił się echem w pustej fabrycznej hali. Zawtórował mu nagły tupot. Trzaśnięcie metalowych drzwi i czyjś okrzyk utonęły zaraz w trzasku wystrzału.

A potem rozpętało się piekło.

John Watson przylgnął plecami do stalowego filaru hali i zaklął pod nosem, zastanawiając się przelotnie, co on, lekarz i były wojskowy, robi w tym miejscu. I po kiego diabła uznał, że mało mu przebywania pod ogniem ostrzału. Ale wiedział, że to były retoryczne pytania. Mógł być tutaj, z ludźmi Lestrade'a, albo siedzieć samotnie w miejscu, które kiedyś nazywał domem. Mógł usiłować dostrzec kogokolwiek w ciemnościach hali, albo gapić się na pustą ścianę nad tapczanem. I najważniejsze – mógł zastanawiać się nad swoją głupotą, która kazała mu wymóc na inspektorze współudział w akcji, albo po raz kolejny rozważać to, co zrobił jego przyjaciel.

Ale to były tylko przelotne myśli, strzępki, jakie przemykają przez umysł każdego żołnierza, więc odsunął je zaraz od siebie. Akcja się właśnie zawaliła, tego był pewien, proste aresztowanie zmieniło się w regularną bitwę i dla niego, kapitana Johna Watsona, liczyło się tylko tu i teraz. I adrenalina krążąca w żyłach.

Ktoś wrzasnął gdzieś z boku, jeden krótki, urywany krzyk, który zaraz przeszedł w przenikliwe skowyty. Do ogólnego hałasu strzałów, nawoływań, odległych i bliższych syren dołączył jeszcze łopot śmigłowca.

Znów trzasnęły jakieś drzwi, zatupały buty. Ktoś biegł. W mroku rozświetlanym tylko przez reflektory stojących na zewnątrz samochodów i wpadające przez górne okna hali smugi światła ze szperaczy nie można było poznać rysów twarzy, ale sylwetka nie miała na sobie policyjnej kamizelki, więc Watson wyskoczył zza filara i skoczył na uciekiniera.

Potoczyli się po betonie i Watson jęknął boleśnie, gdy wstrząs odezwał się echem w dawnym postrzale. Mężczyzna był młody, silny, szybko się orientował. Próbował się wyrwać i odepchnąć, ale zaraz zmienił taktykę i przeszedł do ataku. Bezskutecznie. Watson przycisnął go do ziemi, a drugą ręką wymierzył solidny cios w szczękę, po którym uderzony znieruchomiał.

- Wszystko w porządku, doktorze? – młody, nieco przestraszony policjant pomógł wstać lekarzowi.

- Tak. – Watson obejrzał się w stronę hałasu.

- Proszę tam nie iść, tam jest regularna bitwa…

Watson zlekceważył tę próbę zatrzymania. Bitwa, nie bitwa, mógł być tam bardziej pomocny niż młody konstabl, któremu ręce się trzęsły na sam dźwięk strzałów. Poza tym, tam był Greg Lestrade, a Watson już sobie obiecał, że nie będzie więcej tracić towarzyszy broni. Wystarczyło mu, że raz bezradnie patrzył.

Teraz znów był pod ostrzałem, znów słyszał ten jedyny w swoim rodzaju metaliczny szczęk repetowanego zamka, a pociski dzwoniły po stalowej konstrukcji i betonie. Gdzieś wybuchła beczka benzyny i ciemność rozjaśniły płomienie. A Watson znów biegł wraz z towarzyszami i przeskakiwał przez przeszkody, osłaniając pozostałych, aż wreszcie jakieś drzwi ustąpiły, a on i inni policjanci wpadli do pomieszczenia.

I nagle coś padło im pod nogi, potoczyło się, sycząc i trzeszcząc. W smugach światła pojawiły się mgliste kłęby, powietrze nabrało słodkawego zapachu, przebijającego nawet odór spalonego prochu i gryzącą woń lakierów i benzyny. Ktoś krzyknął, że gaz, ktoś zaczął wrzeszczeć z przerażenia, usiłując cofnąć się i wydostać, ktoś go zatrzymywał, ale dla Johna liczyła się tylko krępa sylwetka, która wybiegła drugimi drzwiami.

Pobiegł za nią, ale nagle ugięły się pod nim nogi, buty stały się dziwnie ciężkie, a kroki niepewne. Nagle nie mógł złapać tchu, w ciemności zatańczyły mu przed oczyma srebrzyste iskry, a Moran, to na pewno był ten przeklęty Moran, oddalał się coraz bardziej. Zmusił jeszcze do kroku, jeszcze dwóch, ale potem pistolet wypadł mu z dłoni, a on sam obsunął się na kolana. Nawet tak było mu ciężko, za ciężko, nie mógł utrzymać uniesionej głowy, nie mógł skupić wzroku, dłonie drętwiały, nie czuł stóp…

Postrzał? Gaz? Dla Watsona nie miało to większego znaczenia. Cokolwiek to było, on tym dostał, i to chyba skutecznie, stwierdził, czując pod policzkiem szorstki beton. Gdzieś kątem oka zauważył wśród cieni wysoką sylwetkę, ktoś szedł w jego kierunku, ostrożnie omijając leżące na posadzce rupiecie. Moran wracał, by go dobić? To też już było nieistotne i nie stanowiło powodu do zmartwienia.

Ale ta sylwetka, ten płaszcz, to było takie znajome… Nie, to niemożliwe. To nie mogło być możliwe. Życie nie jest przecież kiepskim amerykańskim filmem, by w takiej sytuacji zdawało mu się, że widzi zmarłego przyjaciela.

Leżał odrętwiały, nie mogąc już się poruszyć, a tamten był blisko, tak blisko. Przyklęknął przy Watsonie i w tej chwili helikopter na zewnątrz zatoczył kolejny łuk, a snop światła ze szperacza oświetlił przybysza. Ciemne loki, szczupła twarz, wystające kości policzkowe, jasne oczy…

Cholerne amerykańskie filmy! Z tą myślą doktor John Watson odpłynął w ciemność.

.

Watson wiedział, że mimo wszystko jest jeszcze wśród żywych. Był pewien, że tylko po tej stronie Styksu można było się obudzić mając co dotkliwsze objawy kaca. Żadna mitologia nie wspominała, by dusze błogosławionych cierpiały z przepicia ambrozją czy nektarem, a potępieni, z samej nazwy, nie powinni mieć dostępu do takich przyjemności jak zalewanie robaka. Oczywiście, ktoś mniej optymistyczny mógłby założyć, iż sam fakt skacowania sugerował właśnie to gorsze miejsce w zaświatach, ale nie John Watson. On miał od dzieciństwa głęboko wpojone przekonanie, że piekło jest miejscem przede wszystkim gorącym. Prócz tego uważał, że jego osobiste piekło, jeśli już do niego trafi, będzie miało zupełnie inny wystrój.

A tak, oślepiony światłem i ogłuszony hałasem, przekręcił się z wysiłkiem na bok i spróbował ulżyć swojemu żołądkowi. Ktoś przytrzymał mu głowę, a po wszystkim przetarł twarz wilgotną chusteczką o silnym miętowym zapachu. Było to na tyle przyjemne, że Watson odetchnął i już bez dalszych sensacji usiadł. Ten sam ktoś podsunął mu teraz kubek z płynem, pozwalając spłukać z ust nieprzyjemny posmak.

Objawy kaca cofały się zaskakująco szybko. Skurcze żołądka ustały, ból głowy przycichł, światło przestało razić, a hałas ogłuszać. Watson wreszcie mógł się rozejrzeć dookoła. Nie zdziwił się widząc, że koło niego stoi ratownik medyczny, ani też, że po drugiej stronie pomieszczenia siedzi Lestrade. Inspektor sprawiał wrażenie nietypowo zdenerwowanego. Co oznaczało, jak skojarzył Watson, że zapewne aresztowanie się nie udało…

- Czym on nas potraktował? – wychrypiał, gdy tylko za ratownikiem zamknęły się drzwi.

- Jakiś wynalazek ruskiej antyterrorki. Usypiający tylko, na szczęście – w głosie inspektora nie dało się wyczuć tego szczęścia. Mógł być tylko jeden tego powód.

- Zwiał?

- Nie.

Watson sapnął, zdziwiony. Był przekonany, że Lestrade właśnie przeżywa bolesne rozczarowanie, że po tym całym zamieszaniu, nerwach, tragedii, po miesiącach trudnego śledztwa i podjazdowej wojny, kiedy musiał wytropić „wtyczkę" we własnym wydziale, ostatni i najważniejszy człowiek zamieszany w śmierć Sherlocka Holmesa zdołał uciec.

Ale skoro podejrzany został schwytany, to dlaczego inspektor wyglądał tak, jakby wręcz trząsł się ze złości?

- Mamy Morana – mówił dalej Lestrade. – Mamy jego ludzi…

- Co się dzieje, Greg? – przerwał mu Watson. – Ktoś zginął?

- Nie… - inspektor nagle się zreflektował i odetchnął głęboko. – Muszę iść…

Watson tylko skinął głową. Nie łudził się, że tylko on oberwał. Lestrade był dziwnie nerwowy. Pewnie musiał iść dalej, zajrzeć do pozostałych poszkodowanych w akcji, a przede wszystkim zadbać, by nikt z prasy nie wyszperał, że na policyjnej akcji był obecny ktoś zupełnie nie policyjny, w dodatku powiązany z sławnym detektywem-konsultantem. Z całą pewnością zaś musiał przygotować się do tej całej papierkowej roboty, jaka następowała po udanym aresztowaniu.

.

Godzinę później John Watson uśmiechał się gorzko do siebie. Donovan odwiozła go do mieszkania, podejrzewał, że na osobiste polecenie inspektora. Gdy upadł, zatruty gazem, rozbił sobie kolano i z każdą chwilą trudniej było mu się poruszać. Sierżant milczała przez całą drogę i on też. Nie tylko dlatego, że akcja się powiodła, pogoń zakończyła, a coś, co przez ostatnie miesiące wskazywało doktorowi kierunek i co pozwalało mu znaleźć energię niezbędną, by funkcjonował, przestało istnieć. John przede wszystkim nie miał zamiaru mówić głośno o tym, co czy raczej kogo, zobaczył przez ten jeden moment w magazynie.

A teraz, obolały i znużony, z usztywnioną nogą, siedział w swej pustej kawalerce czytając o fentanylu, gazie używanym przez rosyjskie służby specjalne. Halucynacje, omamy, sny na jawie. Tak, to było wytłumaczenie. Żadne tam ckliwe wizje.

X X X

Gdzieś na londyńskiej ulicy Lestrade nerwowo odpalił papierosa. Miał rzucić palenie, ale tym razem nie potrafił sobie odmówić tej chwili uspokojenia. Nie po akcji w magazynie, gdy przez chwilę wydawało mu się, że tym razem przegrał już całkowicie. Nadal trząsł się na myśl o tym, jak mało brakowało i nie mógł przestać się zastanawiać nad konsekwencjami.

- On cię widział – powiedział wreszcie cicho. – Będzie się zastanawiał.

- To dobrze. Ale na razie uzna to za halucynację – odparł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. – Dopilnuj, by porozmawiał z Moranem, Lestrade. On musi być przygotowany.

CDN.