Rozdział 3.

Lorlen starannie zapieczętował kopertę i z westchnieniem odłożył ją na bok. Zmęczony spojrzał na stertę korespondencji wymagającej jego natychmiastowej uwagi. Potarł zaspane oczy, próbując nie ziewać. Listy z Domów proszących o przysłanie Uzdrowicieli do ich koni wyścigowych, spory magów oraz targowanie się o jak najniższą cenę towarów sprowadzanych do Gildii – to wszystko frustrowało i męczyło. Jednak wolał już te nudne, nieraz denerwujące obowiązki od niepokojących wiadomości kapitana Gwardii. Wzdrygnął się na samo wspomnienie ciała kobiety wyłowionego z rzeki z śladami cienkich nacięć na przedramionach. Obraz przed oczyma Administratora uległ zmianie. Znów widział Takana klęczącego przed Akkarinem. Przyjaciel ponownie wyciągnął wysadzany klejnotami nóż… Lorlen przycisnął palce do skroni, zaciskając mocno usta.

Marzył, żeby zapomnieć o ponurym sekrecie Wielkiego Mistrza. Strach i gniew nie pozwalały mu puścić nieprzyjemnej wiedzy w niepamięć. Musiał czymś się zająć, żeby wciąż o tym nie myśleć. Sięgnął po następną kopertę, krzywiąc się na widok nazwiska nadawcy. W czasie ostatniej wizyty Ambasador Elyne naraził się jednemu z Doradców Króla, uwodząc jego córkę. Sprawa z pewnością nie nabrałaby takiego rozgłosu, gdyby nie fakt, że mężczyzna był żonaty, a dziewczyna zaszła w ciążę. Teraz zwracał się do Gildii z prośbą o pokoje, ponieważ w Pałacu uprzejmie odmówiono mu kwatery. Lorlen prychnął rozdrażniony. Jeden głupi romans wywołał tyle zamieszania. Dawniej taki list otrzymałby Wielki Mistrz, jednak odkąd w Rezydencji zamieszkał Akkarin, wszystko uległo zmianie… Oszaleję, jeśli wciąż będę o tym rozmyślał. Zanurzył pióro w czarnym atramencie, biorąc się za udzielenie odpowiedzi. Stalówka skrobała cicho po papierze, wyciszając napięte nerwy Administratora. Naprawdę powinienem zastanowić się nad zorganizowaniem sobie czasu wolnego, tylko dla siebie. Niebieskie oczy z nerwową uwagą przesuwały się po liście zamówień najróżniejszych przyrządów laboratoryjnych dla Alchemików. Jak tak dalej pójdzie, to bardzo szybko złożę urząd.

~ I co byś ze sobą zrobił, Lorlenie?

Słysząc przytłumiony głos Wielkiego Mistrza w swoim umyśle, mężczyzna zamarł z ręką wyciągniętą po następny dokument wymagający jego natychmiastowej uwagi. Prócz zaskoczenia pojawiła się po chwili irytacja. Akkarin przypominał mu zawsze o swoim wglądzie w jego myśli w najmniej spodziewanym momencie.

~ Wreszcie wyspałbym się porządnie. – Przymknąwszy powieki, odchylił głowę do tyłu, oddychając wolno.

~ Cóż, świadomość, że zostawiło się naszą rodzinkę samą sobie, z pewnością jeszcze skuteczniej spędzałaby ci sen z powiek.

Lorlen wzdrygnął się, wspominając bezsenne noce, kiedy to przewracał się z boku na bok, nie mogąc zrozumieć przerażającej prawdy o Wielkim Mistrzu. Tak bardzo żałował, iż to on musiał odczytać wtedy myśli Sonei, że pokazała mu rytuał czarnej magii odprawiany przez Akkarina…

- Lorlenie.

Odziany na niebiesko mag zamrugał, przeganiając zmartwienia i spojrzał na zaglądającego do gabinetu Osena. Asystent wszedł do środka. Lorlen miał szczerą nadzieję, że młody mężczyzna nie przyniósł ze sobą dodatkowej porcji obowiązków. Szybko jednak odrzucił tą myśl, widząc powagę malującą się na twarzy drugiego maga.

- Lorlenie, mężczyzna z jednej z wiosek położonych tuż przy granicy z Sachaką chciałby się z tobą widzieć. Twierdzi, że to pilne.

Administrator z trudem pohamował rosnącą irytację. Dlaczego ten człowiek przyszedł do niego? Przecież sprawami ludu Kyralii zajmował się Król wraz z urzędnikami. On miał już i tak wystarczająco dużo problemów z rozwiązywaniem zatargów między magami i kierowaniem Gildią niczym dobrze naoliwioną maszyną. Za chwilę miał umówione spotkanie z Mistrzynią Vinarą. Nie miał czasu na wysłuchiwanie…

~ Każ Osenowi przyprowadzić tego człowieka. Chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia.

Zainteresowanie Akkarina obudziło w Lorlenie ciekawość. Wielki Mistrz zwykle obserwował z boku poczynania Administratora, rzadko kierując jego działaniami. Sytuacja ta przypomniała mu sprawę z zabójstwami w slumsach. Czarny mag z pewnością by się nie odezwał, gdyby to nie było coś ważnego.

Skinął głową Osenowi.

- Wprowadź go.

Do gabinetu wszedł chudy mężczyzna odziany w strój podróżny. Jego klatka piersiowa unosiła się w rytmie przyspieszonego oddechu, a policzki miał zaczerwienione ze zmęczenia.

- Witaj, Administratorze – powiedział cicho, kłaniając się nisko. Wyraźnie był onieśmielony faktem, iż rozmawia z człowiekiem zarządzającym najważniejszą organizacją w państwie.

Lorlen uprzejmym gestem wskazał przybyszowi krzesło.

- Jak masz na imię i co cię do mnie sprowadza?

- Jestem Ravim. Mistrz Dorrien przesyła ważne wieści. Kazał mi również ciebie pozdrowić, Administratorze.

Lorlen uśmiechnął się ciepło.

- Jakaż to wiadomość?

Ravim spiął się. W jego szarych oczach pojawił się cień głęboko skrywanego lęku.

- Od paru tygodniu przy granicy z Sachaką znikają Kyralianie. Najczęściej po zmierzchu i wczesnym świtem. Nie wiadomo, kto za tym stoi, a ludzie zaczynają się coraz bardziej bać. Wiele rodzin zdecydowało się przeprowadzić do miejscowości leżących w głębi kraju, ale to nie rozwiązuje problemu. Mistrz Dorrien razem z Mistrzem Tellarem postanowili odszukać ludzi odpowiadających za zaginięcia. Wysłano mnie z prośbą o radę i pomoc.

Lorlen przypatrywał się Ravimowi w skupieniu. Niepokój mężczyzny zdawał się być autentyczny, zaś nuta desperacji w jego głosie potęgowała to wrażenie.

- Jak wielu ludzi znikło do tej pory?

- Z naszej okolicy dziesięć osób. Jednak przypuszczam, że może być ich więcej. Półtora miesiąca temu spotkałem rodzinę podróżującą z Sarin do Imardinu. Jako pierwsi powiedzieli mi o zaginięciach w pobliżu Gór Żelaznych.

Lorlen zabębnił palcami o blat biurka, intensywnie rozmyślając. Nieraz słyszał o przygranicznych grabieżach, jednak po raz pierwszy spotkał się z porwaniami.

- Nie macie żadnych podejrzeń? Nie znaleźliście żadnych śladów?

- Przy Przełęczy zauważono odciski końskich kopyt. Ruszyliśmy ich tropem, ale znikły w lesie.

- Więc nic nie wiecie o ludziach, którzy stoją za uprowadzeniami? – stwierdził sucho Lorlen.

Ravim zawahał się, zerkając ostrożnie na Administratora.

- Mamy pewne podejrzenia, ale to tylko domysły. – Mężczyzna zaczerpnął nerwowo powietrze. – Ślady zniknęły tuż po przekroczeniu granicy z Sachaką.

Słowa przybysza zaczynały coraz bardziej niepokoić maga odzianego w błękit. Sprawa wyglądała poważniej niż przy puszczał. Kyralia nie utrzymywała z Sachaką zażyłych kontaktów politycznych, lecz najmniejszy konflikt mógł stać się przyczyną nieprzyjemnego zaostrzenia stosunków między oboma państwami.

Część myśli Administratora musiała się odbić na jego twarzy, bo w oczach Ravima pojawiło się zrozumienie.

- Z powodów politycznych woleliśmy nie rozgłaszać naszych podejrzeń. Równie dobrze to Kyralianie mogą uprowadzać ludzi po naszej i sachakańskiej stronie.

Lorlen skinął potakująco głową.

- Pojmuję twoją troskę, Ravimie. Jednak wciąż nie rozumiem, dlaczego Mistrz Dorrien przysłał cię z tym problemem do mnie. Jestem Administratorem, moje obowiązki skupiają się wokół Gildii. Takimi sprawami zajmuje się Król. Już prędzej Wielki Mistrz mógłby pomóc, ma większe doświadczenie dyplomatyczne niż ja.

- Cóż… Mistrz Dorrien polecił mi zwrócić się do ciebie, Administratorze. Mówił, że obowiązki często zmuszają Wielkiego Mistrza do opuszczania Gildii, a nam zależy na czasie.

Lorlen odniósł dziwne wrażenie, iż za poleceniem młodego Uzdrowiciela kryło się coś więcej niż pośpiech. Niechęć do Akkarina, pomyślał szybko. Dorrien nie chciał prosić Wielkiego Mistrza o pomoc. Tylko dlaczego? Odpowiedź pojawiła się wraz ze wspomnieniem uroczystości zakończenia nowicjatu. Administratorowi doskonale zapadło w pamięci otwarte niezadowolenie błyszczące w oczach czarnego maga, gdy spotkał się z partnerem Sonei. Lorlen nie potrafił pojąć, dlaczego Wielki Mistrz odczuwał niechęć do Uzdrowiciela. Czyżby młoda kobieta zdecydowała się wyjawić Dorrienowi przerażający sekret swojego byłego mentora? Tłumaczyłoby to wrogość Akkarina do mężczyzny. Na samą myśl o tym po plecach Administratora przebiegły ciarki przerażenia. Nie, nie mogłaby. Przecież nie była nierozważna.

- Panie… - Cichym chrząknięciem Ravim przypomniał mu o swojej obecności.

- Przepraszam. – Lorlen uśmiechnął się słabo. – Natłok pracy sprawia, że czasem trudno mi się skupić. Oczywiście postaram się wam pomóc, jednak tą sprawę muszę przedstawić Królowi i Wielkiemu Mistrzowi. Spróbuję rozwiązać wasz problem jak najszybciej.

Ravim skinął głową z wdzięcznością.

- Dziękuję, Administratorze.

Lorlen uśmiechnął się rozbawiony myślą, że już niedługo jego jedynym zajęciem będzie rozwiązywanie kryminalnych zagadek.

- Możecie już odejść – wymamrotał do nowicjuszy z czwartego roku, którzy pomagali mu w przenoszeniu najpotrzebniejszych przedmiotów na następne lekcje.

Dwójka uczniów skłoniła się przed Rothenem, po czym szybko opuściła klasę, zamykając za sobą cicho drzwi. Na korytarzu rozbrzmiał gong obwieszczający koniec zajęć, a zaraz po nim rozległy się kroki i śmiechy nowicjuszy wychodzących z gmachu Uniwersytetu. Z melancholijnym zamyśleniem Rothen obserwował, jak z budynku wylewa się rzeka brązowych szat. Widok studentów zawsze przypominał mu Dorriena z oczami wypełnionymi zapałem i determinacją w czasach jego nowicjatu oraz smutną, przygaszoną twarz Sonei, gdy rozpoczynała naukę na Uniwersytecie. Uśmiechnął się, czując przypływ czułości. Jego dzieci… Młodzi ludzie z ambicjami i zapałem, których kochał nad życie. Czoło Alchemika przecięła zmarszczka konsternacji na widok mężczyzny odzianego w czerń. Gwar na dziedzińcu ucichł, magowie wraz z nowicjuszami ustępowali Wielkiemu Mistrzowi, tworząc dlań przejście. Panująca cisza przesycona była szacunkiem zmieszanym z podziwem. Aura potęgi otaczająca Akkarina pogłębiała tajemnicę, jaką był przywódca Gildii. Rothen prychnął z pogardą. Gdyby oni wszyscy wiedzieli… Ostry ból ścisnął klatkę piersiową Alchemika, pozbawiając go oddechu. Kurczowo zacisnął palce na kancie biurka i opadł na krzesło, łapiąc z wysiłkiem powietrze. Ostatnie lata wypełnione strachem oraz zmartwieniami nie wpłynęły korzystnie na stan jego zdrowia, podobnie jak leki nasenne.

- Mistrzu Rothenie.

Alchemik ze zdziwieniem podniósł wzrok na stojącego w progu maga. Nie słyszał szczęknięcia klamki, kiedy otwierał drzwi.

- Administratorze – odpowiedział uprzejmie, przyglądając się bacznie mężczyźnie.

Lorlen wyjrzał na korytarz i szybko zamknął za sobą drzwi. Jego twarz przybrała znany Rothenowi przygnębiony wyraz. Westchnął ze znużeniem, podchodząc do starszego Alchemika.

- Rothenie, czy Sonea mogłaby powiedzieć Dorrienowi prawdę o pochodzeniu potęgi Wielkiego Mistrza?

Rothen zamrugał zaskoczony pytaniem Administratora. Twarz mężczyzny nie zdradzała żadnych myśli, widoczne było tylko posępne zamyślenie.

- Wątpię. Nie chciałaby go narażać, zna ryzyko. Dlaczego pytasz?

Lorlen zawahał się, szukając bezpiecznej odpowiedzi. Mówienie Rothenowi o problemach, z jakimi borykała się wioska Dorriena, nie było najlepszym pomysłem.

- Niechęć Sonei do Akkarina jako jej mentora nie stanowiła żadnej tajemnicy. Dorrien może zechcieć poznać przyczynę… Tym bardziej, iż Wielki Mistrz wyraźnie pokazał mu brak sympatii w czasie ceremonii ukończenia nowicjatu.

Rothen sposępniał. Nie przypuszczał, że Akkarin tak silną niechęcią darzy jego syna i da to wszystkim publicznie do zrozumienia. W tej sytuacji Dorrien istotnie może zadawać Sonei niewygodne pytania o jej relacje z Wielkim Mistrzem.

- Nie, z pewnością nie wyjawi mu prawdy.

Lorlen odetchnął z ulgą, a napięcie znikło z jego twarzy.

- To dobrze. – Uśmiechnął się pocieszająco do Alchemika i odwrócił się, zamierzając opuścić gabinet. Dowiedział się tego, czego chciał.

- Administratorze! – Mag odziany w błękit spojrzał z zaciekawieniem na drugiego mężczyznę. – Może…może to już najwyższy czas wyjawić sekret Wielkiego Mistrza? Ten człowiek powinien ponieść karę – powiedział cicho Rothen, nie spuszczając wzroku z Administratora.

Lorlen spiął się, słysząc nutę determinacji pobrzmiewającą w głosie Alchemika. Zerknął szybko na środkowy palec prawej ręki, na którym widniał ślad po krwawym pierścieniu Akkarina. Czarny mag z pewnością nie będzie zadowolony z faktu, iż zdjął obrączkę z rubinowym kamieniem, jednak nie przejmował się tym zbytnio. Były sprawy, które chciał przemyśleć w samotności, bez niechcianych świadków w swoim umyśle. Pytanie zadane przez Rothena już od dawna dręczyło Administratora, burząc jego spokój. Czy powinien wydać niegdyś najlepszego przyjaciela? Czy nadszedł czas, aby powiadomić Starszyznę o prawdziwym źródle mocy Akkarina? I najważniejsze. Czy publiczne wyjawienie prawdy nie przyniesie więcej problemów? Zwłaszcza teraz, gdy tak wiele się dzieje.

- To nie najlepszy moment, Mistrzu Rothenie. Potrzebujemy niezbitych dowodów przeciwko Akkarinowi, a takich nie mamy. Oskarżenie rzucone nie w porę przyniesie tylko chaos w Gildii. Wolałbym tego uniknąć. – Nie czekając na odpowiedź, opuścił klasę. Nie chciał dzielić się z Alchemikiem swoimi wątpliwościami.

Rothen wpatrywał się w zamknięte drzwi, za którymi znikł Administrator. Kroki Lorlena cichły na korytarzu, pozostawiając go samego ze zmartwieniami. Rozumiał wahanie mężczyzny. Oskarżenie przyjaciela o praktykowanie czarnej magii z pewnością było bardzo nieprzyjemną perspektywą. Jednak on już nie mógł patrzeć, jak czarny mag bezkarnie pełni urząd przywódcy Gildii. Zacisnął zęby ze złości, wspominając słowa maga w błękitnych szatach. Wielki Mistrz wyraźnie pokazał mu brak sympatii… Pamiętał, jak kilka dni po wyjeździe Dorriena i Sonei, magowie szeptali za jego plecami o nieznanej przyczynie antypatii Akkarina do Uzdrowiciela. Pamiętał ten wstyd i palący gniew na Wielkiego Mistrza. Zupełnie jakby on nie mógł dać nam spokoju, pozwolić normalnie żyć. Cień czarnego maga wkradł się nawet w związek jego syna z Soneą. W ani jednym liście oraz rozmowie mentalnej Dorrien nie wspomniał o problemach w relacjach z młodą kobietą. Mimo to Rothen nie mógł wyzbyć się podejrzeń, że nie wszystko było między nimi w porządku. Jako nowicjuszka, Sonea trzymała Dorriena na dystans ze strachu przed Akkarinem. Za mało czasu mieli dla siebie, aby się lepiej poznać. Lekko pomarszczone dłonie Alchemika sprawnie układały książki na półkach, robiąc miejsce dla kilku nowych tomów. Może Sonea zgodziła się na wyjazd z Dorrienem tylko po to, aby wydostać się z Gildii? Udając miłość, znalazła ucieczkę przed czarnym magiem? Była bardzo zdeterminowana, żeby wyjechać z jego synem. Dorrien jeszcze nigdy nie zdawał się być tak zakochany. Dawanie mu złudnej nadziei byłoby czystym okrucieństwem i podłością. Rothen zamknął oczy i wypuścił przez usta powietrze, pragnąc wypędzić z umysłu tę myśl. Nie, przecież, to niemożliwe. Sonea nie jest wyrachowana. Nigdy nie zraniłaby Dorriena w taki sposób. Pomarszczoną twarz Alchemika rozjaśnił ciepły uśmiech.

Są młodzi, dotrą się.

Dorrien obiecał, że przyjadą w czasie przerwy semestralnej. Nie złamie słowa danego ojcu.

Sonea leniwie uniosła powieki. Obraz przed jej oczyma był zamglony i rozmyty, zaś senność nadal przyciskała ociężałe ciało do łóżka. Okryła się szczelniej kołdrą, czując przenikliwy chłód panujący w sypialni. Przekręciła się nad drugi bok, wdychając znajomy zapach. Przyjemna woń ziół i rześkiego powietrza, tak charakterystyczna dla Dorriena, osiadła na ciepłej pościeli. Ułożyła głowę na jego poduszce, oddychając niespiesznie. Myślała, że wciąż obok niej leży, jednak druga połowa łóżka była pusta. Z kuchni docierały do niej odgłosy energicznych kroków Dorriena i cichy szelest jego szat. Sonea otworzyła powoli oczy, zerkając przez szparę w drzwiach na krzątającego się mężczyznę.

- Jest jeszcze wcześnie. Gdzie się wybierasz?

Przez kilka sekund panowała pełna napięcia cisza, a Sonea myślała, że jej nie odpowie. Po chwili deski podłogi zatrzeszczały delikatnie pod wpływem jego kroków. Dorrien stanął w progu sypialni, wpatrując się w nią poważnymi oczami. Nie było w nich znajomego entuzjazmu i zapału, tylko ponura determinacja i znużenie. Usiadła na łóżku, pozwalając kołdrze opaść na kolana. Markotny nastrój mężczyzny udzielił się również jej.

- Jadę patrolować okolice Przełęczy – odparł spokojnie, sunąc leniwie wzrokiem po sylwetce kobiety.

Materac ugiął się pod ciężarem Dorriena, kiedy usiadł przy niej. Z zamyśleniem w oczach zaczął głaskać ją po nagim ramieniu. Zadrżała.

- Będziesz ostrożny? – spytała cicho.

- Jak zawsze. – Uśmiechnął się pocieszająco, nie przestając delikatnie jej pieścić. – Coś późno się dziś obudziłaś. Czyżby nieprzespana noc?

- Powiedzmy. – Sonea zasłoniła dłonią usta, starając się stłumić ziewnięcie.

Wplótł palce we włosy kobiety, głaszcząc ją po głowie. Czułość przynosiła ulgę, kojąc niepewność, jednak jej nie unicestwiała. Druga dłoń wsunęła się pod kołdrę, podwijając do góry koszulę nocną Sonei. Ponownie zadrżała, kiedy jej dotykał. Pocałunki spadające na jej szyję i ramiona wywołały gęsią skórkę u kobiety. Niespodziewany ogień leniwie rozprzestrzeniał się po jej ciele, rozbudzając pragnienie większej bliskości. Ostrożnie przysunęła się do Dorriena, kładąc dłonie na jego ramionach. Z głośnym westchnieniem przyciągnął ją do siebie, ciasno oplatając ramionami. Sonea czuła, jak robi jej się coraz bardziej gorąco. Ciekawość pchała kobietę prosto w zachłanne dłonie mężczyzny, jednak uparty rozum wciąż powstrzymywał ją przed daniem mu zgody na taką bliskość. Senną ciszę w sypialni wyparł głośny oddech Dorriena. Przycisnął ją do pościeli, podążając wargami w dół jej dekoltu. Pocałunki stawały się coraz mniej delikatne, znikła czułość zastąpiona przez pośpiech. Chciał mieć ją natychmiast, już w tej chwili. Subtelność przestała mieć dla niego znaczenie. Ogień w ciele Sonei ugasiła silna fala chłodu. Pragnienie poznania go w taki sposób roztrzaskało się jak kryształowy kieliszek uderzający o posadzkę. Zbierając się w sobie, odepchnęła od siebie rozgorączkowanego Dorriena.

- To nienajlepsza pora – powiedziała, uśmiechając się przepraszająco. Naciągnęła na siebie wyżej kołdrę i odsunęła się od niego. – Nie powinieneś kazać im na siebie czekać.

W błękitnych oczach błysnęło rozczarowanie.

- Oczywiście – mruknął, całując ją w czoło.

Po raz kolejny go zawiodła i nie musiał mówić tego na głos. Wiedziała. Opuścił dom nie spoglądając na nią już więcej, nie żegnając się ciepłym uśmiechem. Pozostawił po sobie jedynie chłód i jeszcze większe wątpliwości.

Cery wyjrzał zza ceglanego muru, klnąc soczyście pod nosem. Tyle wysiłku i sprytu włożył w wytropienie szpiega oraz zastawienie pułapki, a ona chciała zniszczyć całą jego pracę. Nie znosił, gdy ktoś wtrącał się w jego interesy, zwłaszcza, kiedy wszystko było starannie zaplanowane.

- Zjeżdżajcie stąd! – warknął ostro na małych uliczników zagradzających mu przejście przez wąską uliczkę.

Przeszył go dreszcz na widok wpatrzonych w niego wielkich, pełnych głodu i przerażenia oczu. Dzieciaki bezszelestnie wymknęły się z uliczki niczym chude cienie w postrzępionych łachmanach, szukające nowego miejsca do zabawy. Instynktownie wyczuły człowieka związanego ze złodziejskim półświatkiem. Cery nie po raz pierwszy zastanawiał się, czy rozpoznawanie zagrożenia nie jest wśród bylców cechą dziedziczną. Z zawziętą miną ruszył za smukłą postacią Savary. Jej ruchy były pełne niewymuszonego wdzięku i pewności siebie. Przepychała się między ludźmi z irytacją, jakby byli nic nieznaczącą przeszkodą, utrudniającą osiągnięcie celu. Była obserwowana na jego rozkaz niemalże całą dobę, jednak ona sprytnie się wymykała jego informatorom. Denerwował go fakt, że tak mało wie o tej cudzoziemce. Dlaczego uważała szpiegów ichanich za problem nie tylko Kyralian, ale i swojego ludu? Jak bardzo była niebezpieczna? Cery skręcił w boczną ulicę, nadal podążając za Savarą w bezpiecznej odległości. Widział wysokiego mężczyznę, którego tak wytrwale śledziła. Nieznajomy wszedł do jednej z ruder stojących przy ulicy, które służyły bylcom za noclegownie w czasie Czystki. Zadrżał na myśl, co przyniesie dla mieszkańców slumsów zima. Choroby, zatłoczone mieszkania i śmierć… Nieustanny płacz małych dzieci, zdrętwiałe od zimna ręce i Gwardzistów pastwiących się nad biedotą bardziej niż zwykle… Nagle zdał sobie sprawę, że Savara gdzieś zniknęła, a on stoi otoczony przez ciszę oraz ponure budynki. W myślach przeklął swoją głupotę. Kobieta mogła zauważyć i zorientować się, że ją śledzi. Musi zniknąć z pustej ulicy i to szybko. Jak najciszej wycofał się w stronę wąskiego przejścia pomiędzy domami. Cery odetchnął z ulgą, gdy już został otoczony przez ściany sklecone z drewna i gliny. Ubita, wilgotna ziemia chrzęściła cicho pod butami Złodzieja, rozluźniając napięte mięśnie. Był sam, jeśli nie liczyć myszy przebiegającej mu pod nogami. Myśli Cerego odpłynęły ku Savarze i nowemu szpiegowi. Młoda kobieta utrudniała polowanie na Sachakanina, unicestwiała wszystkie jego plany. Wiedziała, gdzie mieszka szpieg, zatem z łatwością mogła go zabić. Powinien znać każdy ruch tej kobiety, aby uniknąć problemów. Jednak ona wymykała się ogonom, które za nią posyłał, pozbawiając go cennych informacji. Sfrustrowany zacisnął usta. Najważniejsze było pozbycie się szpiega. Jego zlikwidowanie umożliwi mu skupienie się na kłopocie, jaki stanowi Savara. Tylko jak, kiedy ona wyprzedza mnie o jeden krok? Stukot kamienia toczącego się po twardym podłożu przerwał gonitwę myśli w głowie Złodzieja. Odwrócił się do tyłu, jednak w tym samym momencie poczuł silne uderzenie w skroń. Świat zawirował przed oczyma Cerego, tworząc zamazaną plamę z niewyraźnymi kształtami. Desperacko próbował utrzymać się w pionie, ale napastnik podciął mu nogi. Runął na ziemię, czując tępe pulsowanie bólu w piersi, pozbawiające go oddechu. Syknął protestująco, gdy wygięto jego ręce do tyłu. Ciepłe powietrze musnęło płatek ucha Złodzieja, a w nozdrzach poczuł przyjemny, nieco cierpki korzenny zapach.

- Odkąd opuściłam targ, miałam dziwne wrażenie, że ktoś mnie śledzi. – Cery szarpnął się gwałtownie, rozpoznając ten kobiecy głos.

Savara.

- Jak na Złodzieja, jesteś bardzo nieostrożny. Gdybyś nadal tkwił jak kołek na środku ulicy, szpieg na pewno zorientowałby się, że jest śledzony. Dlaczego za mną szedłeś? Nie wystarczy ci, że twoi ludzie obserwują mnie w dzień i w nocy? – wysyczała.

Uścisk kobiety był mocny, jednak nie na tyle, aby Cery nie mógł się uwolnić zebrawszy siły. Zdecydowanym ruchem wyrwał uwięzione ręce i podniósł się. Kobieta była zbyt zaskoczona, żeby zareagować. Z łatwością chwycił ją za gardło, jednocześnie przyciskając do ściany.

- Mam dość twojego mieszania się w moje sprawy – warknął ostro. – Nie pozwolę ci zlikwidować tego szpiega.

Savara powątpiewająco uniosła brew.

- Naprawdę? – spytała z przebiegłym uśmiechem. – A jak zamierzasz mnie powstrzymać.

Jej pewność siebie zaczynała coraz bardziej go drażnić. Czuł się przy niej nieswojo, jakby obawiał się zwykłej kobiety… Nie, przecież to śmieszne.

- Jesteś w moim mieście, na moim terenie. Chcesz zabić człowieka, na którego poluję od kilku tygodni. Nie zniszczysz mojej pracy.

- Skoro tak długo śledzisz szpiega, to dlaczego jeszcze go nie zabiłeś? Nie miałeś okazji? – Oczy Savary rozbłysły niebezpiecznie. – A może nie potrafisz?

Ostatnie pytanie zmroziło Cerego, jednak nie dał tego po sobie poznać. Ona zdawała sobie sprawę, że jego zajęcie to szukanie Sachakan, nie ich zabijanie. Wiedziała, że nie jest magiem. Ale Savara może być. Poczuł się tak, jakby wylano na niego kubeł zimnej wody. Trzymał za gardło kobietę, która najprawdopodobniej z łatwością mogłaby odebrać mu życie. Zapobiegawczo puścił ją, nie spuszczając z niej czujnego spojrzenia.

- Mówiłaś, że chcesz pomóc – powiedział cicho. – Jeżeli tak, to zostaw tego mężczyznę mnie.

- Nawet jeżeli zapłacą za to życiem bylcy?

Cery skrzywił się.

- Już niedługo. Wszystko jest przygotowane. – Po wyrazie jej twarzy widział, że nie zdołał jej przekonać. Wciąż zamierzała zrealizować swoje plany. Postanowił użyć jedynego sensownego argumentu, który mógł zadziałać. – Wątpię, abyś chciała, żeby o twojej obecności w Imardinie dowiedziała się Gildia, a do tego doprowadzisz, jeśli mnie nie posłuchasz. Zamiast pomóc, zaszkodzisz. – Z satysfakcją obserwował, jak cwany uśmieszek znika z jej twarzy zastąpiony przez niezadowolenie.

Rzuciła mu niechętne spojrzenie.

- Niech ci będzie – mruknęła powoli. – Ale to jedyny raz, kiedy tobie ustąpię.

Odepchnęła się od ściany i ruszyła w stronę głównej ulicy, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Z rozbawieniem obserwował, jak znika za zakrętem. Podobnie do niego nie lubiła, kiedy dyktowano jej warunki. Znajomość z Savarą zapowiada się co najmniej ciekawie, pomyślał, odchodząc w swoją stronę.

- Auć!

Nóż wypadł z ręki Sonei z brzdękiem uderzając o stół.

Kobieta wpatrywała się intensywnie w małą ranę na opuszku palca, z której sączyła się wąska stróżka krwi. Jedna kropelka wpadła do czarki z wodą, barwiąc ją na czerwono. To tylko niewielkie draśnięcie, które z łatwością uleczy. Jednak drobna rana pogłębiła jej ponury nastrój. Odetchnęła głęboko i wpatrzyła się w zabarwioną na czerwono ciecz, szukając w nieruchomym punkcie spokoju. Zmieniony kolor wody przypomniał kobiecie o małym przedmiocie spoczywającym na dnie jej szafki nocnej. Niepozorny pierścień z rubinowym oczkiem.

Sonea zamarła. Ile dni minęło od ich ostatniej rozmowy? Trzy? Kazał jej codziennie się z nim kontaktować. Nie znosiła być do czegokolwiek zmuszana, ale tu chodziło o bezpieczeństwo Rothena i całej Kyralii. Nie zastanawiając się dłużej, szybkimi krokami przeszła do sypialni i gwałtownym ruchem otworzyła szafkę przy łóżku. Czerwone szkiełko krwawego klejnotu otarło się o jej skórę, gdy wsuwała obrączkę na palec. Gorączkowo przeczesywała swój umysł w poszukiwaniu obcej świadomości, jednak nic nie wyczuła. Serce łomotało w piersi Sonei, a powietrze ze świstem wpadało i wypadało z płuc.

~ Wielki Mistrzu?

Akkarin zatrzymał się gwałtownie, czując dotyk umysłu młodej Uzdrowicielki. Jednym bystrym spojrzeniem omiótł pałacowy korytarz, upewniając się, że jest sam. Obecność świadomości kobiety uciszyła jego obawy o nią i wzmożyła gniew. Zignorowała ostrzeżenia, trzy dni nie dawała znaków życia, jakby obietnica, którą mu dała straciła już znaczenie.

~ Inaczej się umawialiśmy, Soneo – powiedział, wlewając w swój mentalny głos nutę niezadowolenia.

~ Przepraszam. Ostatnio trudno mi było znaleźć czas. – Sposępniała, wspominając trzy dni wypełnione niepewnością, sporami oraz wzrastającym napięciem miedzy nią i Dorrienem.

Zwłaszcza to ostatnie nie dawało jej spokoju. Miała wrażenie, że coraz gorzej układają się ich relacje. Sonea wyczuwała rosnącą w Dorrienie frustrację i rozczarowanie. Miał do niej żal, że w niektórych sprawach nie wykazywała najmniejszego zainteresowania. Myślała, że wspólne życie będzie łatwiejsze, okazało się inaczej. On pragnął większej bliskości, ona mu tego odmawiała.

~ Twoje przemyślenia są bardzo ciekawe, Soneo. Jednak wolałbym, żebyś odłożyła je na później. – Wargi Akkarina wygięły się w lekko drwiącym półuśmiechu, kiedy odebrał płynące od Uzdrowicielki zażenowanie. – Zlekceważyłaś moje ostrzeżenie, nie wróciłaś do Imardinu.

Sonea zacisnęła gniewnie usta.

~ Mówiłam już, że nie zostawię Dorriena, a on nie chce wyjeżdżać. Jesteśmy tutaj potrzebni.

Odgłos kroków niósł się echem po pałacowym korytarzu. Akkarin odwrócił głowę i uprzejmie skinął przechodzącemu obok mężczyźnie zasiadającemu w radzie królewskiej.

~ Vinara powitałaby was z otwartymi ramionami.

Sypialnię w małym domu Uzdrowiciela wypełnił krótki, kobiecy śmiech. Przecież nie o to chodzi, prawda? Wolnym krokiem przeszła do kuchni, gdzie czekał na nią mlekwiat wraz z niedokończonym środkiem nasennym.

~ Nigdy nie wrócę do Imardinu na stałe.

~ Wolisz do końca życia nosić krwawy pierścień?

Sonea zamarła z łodyżką rośliny w dłoni. Wyrażając zgodę na ten układ nie myślała, jak długo będzie musiała dawać Akkarinowi dostęp do swego umysłu. Perspektywa zakładania krwawego pierścienia w każdy dzień, przez wiele lat, wywołała w niej niepokój i przerażenie. Miesiące przymusowego dzielenia się tajemnicami, nawet nie swoimi, pragnieniami oraz planami… Nie. Przecież to nie może trwać wiecznie. Kiedyś on zniknie z mojego życia, pomyślała, zupełnie zapominając o obecności czarnego maga w swoim umyśle.

Wielki Mistrz z posępnym zamyśleniem wpatrzył się w zachmurzone niebo. Po raz pierwszy w życiu rozważał możliwość ustąpienia, wycofania się z zawartego układu. Może lepiej będzie, gdy Sonea otrzyma wolność i niezależność, których tak pragnęła. Nie chciał już dłużej odbierać jej nienawiści do siebie tak silnej, że niemalże sam ją odczuwał.

~ Gdzie będziesz bardziej wolna? W Gildii, realizując swoje ambicje, czy tkwiąc w rozczarowującym związku z Dorrienem oraz moim krwawym pierścieniem na dłoni? Twój ślepy upór zamieni cię w zgorzkniałą kobietę z niespełnionymi marzeniami. Tego pragniesz?

Bezpośredniość słów Wielkiego Mistrza zawstydzała ją. Jeszcze bardziej niż zwykle zapragnęła zdjąć pierścień, aby przestać go słuchać. Tak, myśl o powrocie do Imardinu coraz częściej wydawała się Sonei nęcąca. Jednak to było tylko pozorne rozwiązanie. Ucieczka od problemów nie sprawi, że one znikną.

Właśnie zbierała się w sobie, żeby odpowiedzieć Akkarinowi po dłuższej chwili milczenia, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się gwałtownie. Do środka wpadł zdyszany Dorrien.

- Zostaw to! – warknął.

Sonea stała sparaliżowana, nie mogąc wykrztusić z siebie ani słowa. Dlaczego zdawał się być taki przerażony? Dlaczego jego szata i włosy były mokre od deszczu, skoro mógł z łatwością osłonić się tarczą?

- Zostaw to, Soneo, i chodź ze mną – powtórzył wyraźnie zniecierpliwiony brakiem reakcji z jej strony.

- Co się znów wydarzyło?

Dorrien spojrzał głęboko jej w oczy, każdym następnym słowem burząc resztki spokoju jaki w niej pozostał.

- Tellar został zabity – powiedział cicho.

Z szarego nieba skapywały krople deszczu, spadając na blade policzki Sonei, mocząc jej włosy i szatę. Podobnie jak Dorrien, przestała myśleć o osłonie przed deszczem, zbyt zszokowana tym, co widziała. Z domu Tellara pozostały tylko dogasające zgliszcza, w których hulał wiatr. Koń Uzdrowicielki zastrzygł uszami i poruszył się nerwowo, czując przestrach swojego jeźdźca.

- W środku wygląda to jeszcze gorzej – wyszeptał cicho Dorrien.

- Jak to możliwe? – wychrypiała, z niedowierzaniem wpatrując się w niezrozumiały obraz zniszczenia rozpościerający się przed nią.

- Nie mam pojęcia, Soneo. To jest takie… nierealne. Zawsze myślałem, że mag potrafi obronić się przed każdym zagrożeniem. Teraz wiem, że nasza moc nie jest niezwyciężona.

- Mistrzu Dorrienie! – Do konia Uzdrowiciela podbiegł mężczyzna o jasnych jak słoma włosach i brązowych oczach. – Przybyła grupa Sachakan. Twierdzą, że Mistrz Tellar leczył ich rodzinę. Mają ze sobą chorą córkę.

Dorrien kiwnął w milczeniu głową.

- To nie potrwa długo. Może uda mi się czegoś od nich dowiedzieć. – Mag z pocieszającym uśmiechem uścisnął delikatnie prawą dłoń kobiety. – Co to za pierścień? – spytał, unosząc brew ze zdziwieniem.

Sonea zaskoczona spojrzała na swój środkowy palec, na którym wciąż tkwił krwawy pierścień Akkarina.

- Dostałam go od Cerego – powiedziała, patrząc spokojnie Dorrienowi w oczy.

Nic nie powiedział. Jeżeli wyczuł, że kłamie, nie dał tego po sobie poznać. Energicznym ruchem zeskoczył z konia i oddalił się w stronę sachakańskiej rodziny. Powinnam być bardziej ostrożna, pomyślała ze złością, nerwowo zsuwając obrączkę z palca.

~ Zostaw! – Znieruchomiała, słysząc głos byłego mentora. – Chcę wiedzieć, co się dzieje.

Usłuchała go bez protestów. Nie mogła zrozumieć, jak do tego doszło, że wyszkolony mag Gildii został zamordowany we własnym domu.

~ Ucieka stąd, Soneo. – W mentalnym głosie Akkarina dało się wyczuć cień rozkazu. – Wynoś się stamtąd jak najszybciej.

Kobieta siedziała sztywno w siodle, nie wiedząc, co ma robić. Rozum przezornie doradzał jak najrychlejszy wyjazd, bez oglądania się za siebie, natomiast serce wciąż karmiło ją nadziejami na bezpieczne życie na wsi, z dala od Imardinu.

~ Nie mogę zostawić Dorriena – odpowiedziała, czując narastającą panikę. Tak bardzo pragnęła wiedzieć, co się dzieje, odzyskać spokój umysłu. Chciała znaleźć wyjście z tego impasu, jednak propozycja Akkarina jej nie przekonywała.

~ To jest jedyny sposób, Soneo – powiedział Wielki Mistrz z irytacją.

~ Skąd masz tą pewność?

Przez kilka nerwowych uderzeń serca Akkarin milczał, jednak przemówił po chwili starannie dobierając słowa.

~ Wyobraź sobie magów wiele razy silniejszych ode mnie. Pozbawionych sumienia i skrupułów, każdego dnia pobierających moc od kilku niewolników.

Po plecach Sonei spłynął dreszcz. Jacy niewolnicy? Jacy magowie? Przecież każdy, kto posiadał dar, był zobowiązany do wstąpienia do Gildii.

~ Ale nie w Sachace.

Kobieta z głośnym świstem wypuściła powietrze z płuc.

~ O czym ty mówisz?

~ Pamiętasz, co mówiłem ci o Sachace kilka dni temu? Kyralianie wiedzą żałośnie mało o jej mieszkańcach i kulturze. Tam żadna dziedzina magii nie jest zakazana.

~ Dlaczego nie mówiłeś tego wcześniej i skąd to wszystko wiesz? – W głowie Sonei krążyło jeszcze więcej pytań niż do tej pory. Słowa Wielkiego Mistrza niepokoiły ją i budziły w niej ciekawość trudną do okiełznania.

~ Milczałem, bo nie miałem pewności. Równie dobrze za zaginięciami mogła stać zwykła banda przygranicznych rozbójników, jednak śmierć Tellara potwierdziła moje przypuszczenia. Niebezpiecznie jest rzucać oskarżenia bez dowodów. Natomiast na twoje drugie pytanie odpowiem, jeżeli wrócisz do Imardiunu. To nie jest rozmowa, którą powinno się odbyć na odległość.

Ciche parsknięcie konia i odgłos kroków zwróciły uwagę Sonei. Dorrien z ponurą miną wskoczył na swojego wierzchowca.

- Dowiedziałeś się czegoś od nich? – spytała, przyglądając z zainteresowaniem oddalającej się rodzinie.

Tylko raz odwrócili się, aby przyjrzeć się Sonei i Dorrienowi. W ich ciemnych oczach ciekawość mieszała się z otwartą niechęcią. Nie po raz pierwszy widziała Sachakan. Pamiętała, jak do wioski przybyli sachakańcy kupcy, aby pohandlować. Gdy tylko pojawiła się razem z Uzdrowicielem wśród wieśniaków, natychmiast zaczęli zwijać swoje towary. Na ich twarzach gościł ten sam nieprzychylny wyraz.

- Nie – mruknął. – Odniosłem wrażenie, że coś wiedzą, ale nie chcieli nic mówić.

- Może powinniśmy – zaczęła ostrożnie – rozważyć na poważnie powrót do Imardinu.

Uzdrowiciel spojrzał na nią zimno.

- Nie mówisz poważnie, prawda?

- Jak najbardziej.

Dorrien prychnął cicho, kręcąc z niedowierzaniem głową.

- Czy ty nie widzisz, co się dzieje? – Sonea przyglądała mu się z desperacją w oczach. – Zaginięcia wieśniaków, teraz śmierć Tellara. Tutaj nie jest już bezpiecznie – powiedziała, kładąc nacisk na ostatnie słowo.

Niebieskie oczy Uzdrowiciela patrzyły na nią nieprzychylnie, a atmosfera między nimi stała się jeszcze bardziej napięta. Wokół dwójki magów zebrało się kilku mężczyzn, przyglądając im się z napięciem.

- Soneo, ja ich nie zostawię – syknął.

- Wolisz zginąć?

- A ty zostawić tych ludzi bez opieki?

Odwróciła wzrok, nie mogąc dłużej znieść tego nieustępliwego spojrzenia. Źle się czuła z myślą, iż planowała zostawić bezbronnych mieszkańców wioski na pastwę nieznanego zagrożenia, jednak nie była z nimi związana tak mocno jak Dorrien.

- Jeżeli nam coś się stanie, to nikt już ich nie obroni. Nasz powrót do Imardinu oznacza dla nich większą szansę na ochronę magów. Dzięki mojemu i twojemu wsparciu w Gildii sprawa nabierze rozgłosu. Ile rodzin zostało w wiosce? Pięć? Oni uciekają z tych okolic, niedługo nikogo już tutaj nie będzie, a ty uparcie chcesz tutaj zostać!

Mężczyzna patrzył na nią ze złością.

- Jesteś Uzdrowicielką! - warknął. – Twoim obowiązkiem jest opieka nad innymi.

- Ale nie za cenę własnego życia i bezpieczeństwa!

- Tellar był moim przyjacielem, znajdę tych morderców!

Kiedy tak patrzyła w jego zaciętą twarz, zrozumiała istotną różnicę między nimi, której wcześniej nie dostrzegała. A może nie chciałam jej widzieć? Dorrien zbyt mocno związał się emocjonalne z mieszkańcami swojej wioski, aby ich teraz zostawić. Był częścią tutejszej społeczności, ale ona nie. Dlatego czuła się tutaj obco. Jej miejsce było wśród bylców, tam czułaby się spełniona jako Uzdrowicielka. Szkoda, że zrozumiała to tak późno.

- Zostaniesz, nawet jeśli ja odejdę? – spytała cicho.

- Zachowujesz się jak tchórz, Soneo!

- Odpowiedz na pytanie.

Tym razem to Dorrien odwrócił wzrok. Wiedziała już, co wybierze. Nie kochał jej na tyle, aby zostawić wszystko nad czym tak długo pracował. Rozumiała go, przecież zachowałaby się podobnie, gdyby to bylcom groziło niebezpieczeństwo. Jednak mimo wszystko jego decyzja bolała.

- Rozumiem – wyszeptała. – Ale przemyśl to jeszcze, proszę cię.

Nie patrząc na niego więcej, zawróciła konia i odjechała. Zdjęła krwawy pierścień z palca, pragnąc ciszy nie mąconej żadnymi szeptami i rozmowami.

Słońce zachodziło nad Imardinem, żegnając miasto ostatnimi promieniami.

Lorlen zmrużył oczy, wpatrując się w skupieniu w Bramę Gildii. Rozmowa z Ravimem nie dawała mu spokoju, chciał pomówić o tym, co go dręczyło z Wielkim Mistrzem. Administartor uśmiechnął się krzywo. Wciąż traktował Akkarina jak przyjaciela mimo wszystko i to do niego zwracał się z prośbą o pomoc. Tętent końskich kopyt wyprzedził nadjeżdżający powóz. Wrota Bramy otworzyły się bezdźwięcznie, wpuszczając pojazd na dziedziniec. Lorlen uważnie śledził wzrokiem wysiadającego z powozu mężczyznę odzianego w czerń.

~ Musimy porozmawiać, Akkarinie.

Wielki Mistrz zatrzymał się w pół kroku i zwrócił twarz ku Uniwersytetowi, bezbłędnie odnajdując stojącego w oknie Lorlena. Akkarin ledwo zauważalnie skinął głową, wyrażając niemą zgodę na prośbę Administratora. Krwawy pierścień ma jednak też swoje zalety, pomyślał mag w błękitnych szatach, przyglądając się z ostrożnym zainteresowaniem rubinowemu kamieniowi w srebrnej obrączce. Z niechęcią myślał o zakładaniu małej błyskotki, jednak szybki i bezpośredni kontakt z czarnym magiem był teraz dla niego zbyt ważny. Lorlen z zadumą studiował drobne, złote żyłki zatopione w piaskowcu budującym ściany Uniwersytetu. Zastanawiał się, jak to jest znać czyjeś wszystkie myśli i uczucia, po cichu wykradać najbardziej strzeżone sekrety…

- Co tak bardzo dręczy Administratora, że nie daje mi odpocząć we własnym domu? – W głosie Wielkiego Mistrza pobrzmiewał sarkazm, jednak Lorlen dosłyszał nutę dobrze skrywanego niepokoju.

- Wizyta Ravima nie daje mi spokoju – powiedział, od razu przechodząc do rzeczy. – Nawet jeżeli nic nie grozi Dorrienowi i Sonei, to ta sprawa może pogorszyć stosunki Kyralii z Sachaką.

Akkarin stanął obok Administratora, spoglądając w odległy horyzont, jakby chciał spojrzeć jeszcze dalej, pragnąc odnaleźć coś znajomego.

- Istotnie, to jest niepokojące – powiedział cicho. – Ravim powinien przedstawić swoją sprawę Merinowi, aby Król zainterweniował.

- Powiedziałem mu to samo.

- Mistrz Dorrien późno zdecydował się wysłać posłańca z tak pilną wiadomością.

Lorlen pytająco spojrzał na drugiego mężczyznę.

- Wiedziałeś o tym wcześniej?

- Owszem. – W ciemnych oczach rozbłysło rozbawienie. – Sonea niezbyt dobrze panuje nad swoimi myślami, gdy zakłada mój krwawy pierścień. To, co chce ukryć, jest dla mnie doskonale widoczne.

Admistrator skrzywił się, nie potrafiąc ukryć swojego oburzenia. Młoda Uzdrowicielka za zwykły wyjazd z Gildii musiała płacić upokarzającą cenę.

- Ona nie nosi go ciągle – wyjaśnił spokojnie czarny mag, trafnie odczytując emocje przyjaciela.

Lorlen odetchnął ulgą, odczuwając jednak mimowolny żal. Dlaczego jej ufał bardziej niż jemu? Byli przyjaciółmi tyle lat, a to on musiał nosić pierścień niemalże cały czas.

- Kazałem jej wracać do Imardinu – mówił dalej Akkarin. – Lecz ona nie chciała o tym słyszeć.

- Dlaczego miałaby przyjeżdżać? Ich obecność jest tam potrzebna. Mogą pomóc w znalezieniu tych porywaczy.

Wielki Mistrz spojrzał na Administratora, przeszywając go na wskroś spojrzeniem.

- Nie, przyjacielu. – Mężczyzna ponownie zapatrzył się w horyzont. – Narażanie uzdolnionych magów na niebezpieczeństwo jest nierozważne. Nie możemy na to pozwolić.

- To pewnie zwykli przestępcy, a Sonea i Dorrien są potrzebni wiosce do obrony.

- Obawiam się, że nie masz racji, Lorlenie – powiedział sucho Akkarin. W jego zwykle opanowanej postawie dało się zauważyć cień zdenerwowania. – Nie tak dawno dowiedziałem się od Sonei, że Mistrz Tellar nie żyje.

Lorlen sapnął wstrząśnięty. Znał tego Uzdrowiciela jeszcze z czasów nowicjatu. Razem uczęszczali na zajęcia z zielarstwa i lecznictwa. Administrator pokręcił głową z niedowierzaniem.

- To niemożliwe. Był magiem, jakaś banda zbójów nie mogła uśmiercić Uzdrowiciela! – Zamilkł na chwilę, myśląc gorączkowo. Najprostszym wyjaśnieniem było wyczerpanie mocy Tellara, ale nie wiedział o nikim dysponującym talentem magicznym prócz dwójki Uzdrowicieli w tamtych stronach. – Możliwe jest pojawienie się dzikiego w okolicach Przełęczy na tyle potężnego, aby zdołał zabić wyszkolonego Uzdrowiciela? – Po plecach Lorlena spłynął zimny pot, gdy zrozumiał, iż sytuacja może być jeszcze gorsza. – Chyba że jest czarnym magiem – wychrypiał.

Akkarin zerknął niepewnie na przyjaciela, zwlekając z odpowiedzią.

- Nie należy wykluczać takiej możliwości – odparł powoli, przybierając nieobecny wyraz twarzy. – Dzisiaj już nic nie zdołamy zdziałać. Wróć do swojego mieszkania i odpocznij, Lorlenie. Jutro zwołam Starszyznę. – Wielki Mistrz wyprostował się i postąpił krok do tyłu, dając do zrozumienia, że rozmowę uważa za zakończoną. – Dobranoc.

Słowa Akkarina dały Administratorowi dużo do myślenia. Czarny mag wahał się przy udzielaniu odpowiedzi, jakby coś ukrywał. On wiedział więcej niż mówił. Lorlen musiał poznać prawdę, jeżeli miałaby ona pomóc rozwikłać tę zagadkę.

- Ty wiesz, kto za tym stoi – warknął, jednak mężczyzna nie zareagował, idąc pewnie przed siebie. – Akkarinie, skończ z tymi tajemnicami, które mogą zgubić nas wszystkich! – Jego słowa ponownie napotkały na nieprzebyty mur milczenia.

Mag w ciemnych szatach zniknął za zakrętem, zostawiając Lorlena w pustym korytarzu. Administrator zaklął cicho. Zamiast odpowiedzi miał jeszcze więcej pytań.

Pogrążony w ciemności pokój rozjaśnił silny blask kuli świetlnej. Sonea zamrugała powiekami, niechętnie otwierając oczy. Krzesło zaszurało nieprzyjemnie, gdy ktoś odsunął je od stołu. Kobieta podniosła szybko głowę, napotykając spojrzenie Dorriena.

- Jednak nie wyjechałaś – zauważył. Nie odpowiedziała, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w drewniany blat. – Przepraszam cię, Soneo. Nie powinienem był złościć się na ciebie, ale postaraj się mnie zrozumieć. Czuję się odpowiedzialny za tych ludzi, a Tellar był moim przyjacielem. Chcę jedynie znaleźć jego morderców i zapewnić nam bezpieczne życie.

- Wiem – wyszeptała cicho. – Jednak obawiam się, że twoje poszukiwania źle się dla nas skończą.

Dorrien pogłaskał ją wierzchem dłoni po policzku.

- Dużo nad tym myślałem znalazłem wyjście, które powinno rozwiązać nasz spór. Jutro wyjedziesz do Imardinu i przekażesz Wielkiemu Mistrzowi wieści. Ja dołączę do ciebie za dwa dni.

Sonea zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc jednej rzeczy.

- A co z wieśniakami? Mówiłeś, że nie możesz ich zostawić.

- Słusznie zauważyłaś, że niewiele rodzin tutaj pozostało. Reszta również planuje opuścić okolicę i przeprowadzić się do bliskich mieszkających daleko od granicy z Sachaką. Zostaję tylko po to, by im pomóc przy przygotowaniach i dopilnować porządku. Czy zadowala cię takie rozwiązanie?

Sonea pokiwała głową i po raz pierwszy od wielu godzin uśmiechnęła się.

- Będziemy musieli poprosić Administratora i przydzielenie mieszkania w Domu Magów.

- Tym zajmiemy się już w Imardinie. – Dorrien wstał od stołu i ruszył w stronę drzwi. – Na początek możemy zatrzymać się u mojego ojca.

Kobieta obserwowała jego poczynania ze zdziwieniem.

- Dokąd się wybierasz?

Mężczyzna zatrzymał się w wejściu do domu.

- Śmierć Tellara nie daje mi spokoju. Chcę przeszukać teren w pobliżu jego domu jeszcze raz.

Uzdrowicielka podniosła się i zarzuciła na siebie wierzchnią część szaty.

- Zaczekaj.

Dorrien pytająco uniósł brew.

- Chcę iść z tobą – wyjaśniła, patrząc mu prosto w oczy.

Zimne nocne powietrze otoczyło Soneę i przeniknęło przez jej szaty, wywołując gęsią skórę. Kołysząc się w siodle w rytmie końskich kroków, próbowała się ogrzać, pocierając ramiona. Razem z Dorrienem zrezygnowali z posługiwania się magią z obawy przed ujawnieniem swoich umiejętności. Drogę oświetlały im tylko pochodnie, których blask przedzierał się między drzewami, przeganiając ciemność. Sonea nerwowo obejrzała się za siebie, spoglądając na zostający w tyle szkielet domu Tellara. Zagłębiali się coraz bardziej w las, podążając za śladami końskich kopyt pozostawionych w wilgotnej ziemi.

- Zatrzymajcie się – polecił jadący na przedzie Dorrien, zeskakując na ziemię. – Narvenie, będziesz mi potrzebny.

Do Uzdrowiciela podjechał jeden z czterech farmerów, którzy zdecydowali się im towarzyszyć. Mężczyzna zsunął się z konia i razem z Dorrienem pochylił się nad mokrą ziemią.

- Świeże – mruknął, oglądając poznaczony śladami kopyt grunt.

- Zatem muszą być gdzieś blisko – stwierdził mag, z powrotem dosiadając swojego wierzchowca. – Jedziemy dalej.

Cichy szelest zwrócił uwagę Sonei. Kobieta spojrzała w bok, starając się przeniknąć wzrokiem ścianę mroku. Przez krótką chwilę miała wrażenie, iż widzi coś w ciemności. Zamrugała i zarys ludzkiej postaci rozpłynął się w atramentowej przestrzeni między drzewami. To pewnie tylko jej wybujała wyobraźnia. Uderzyła lekko boki konia, zmuszając zwierzę do truchtu. Ślady odciśnięte w błocie stawały się coraz bardziej wyraźne, a Dorrien poganiał ich ze zniecierpliwieniem. Z nocnego nieba zaczął siąpić deszcz, zimne krople spływały Sonei po karku, wywołując dreszcze.

- Dorrienie, wracajmy – syknęła, podjeżdżając do Uzdrowiciela.

- Nie ma mowy. Oni gdzieś tu są, a ja nie pozwolę im uciec – rzucił zdenerwowany, bezlitośnie poganiając konia.

- Wjechaliśmy na ziemie należące do Sachaki, nie mamy prawa tutaj być. Zamiast pomóc pogorszymy sytuację!

- Mistrzu Dorrienie! – Uzdrowiciel spojrzał z błyskiem w oczach na jednego z towarzyszy imieniem Emar. – Tam ktoś jest. – Mężczyzna pochodnią wskazał na leśną ścieżynę odchodzącą od głównej drogi i niknącą w lesie.

Sonea z rozpaczą patrzyła, jak mag zawraca w stronę szlaku wskazanego przez Emara. Mężczyźni ruszyli za Uzdrowicielem, wjeżdżając na niepewną drogę z determinacją wypisaną na twarzach. Klnąc cicho pod nosem, popędziła za nimi, zmuszając konia do galopu. Mijała drzewa w szaleńczym tempie, czując jak płynąca w żyłach krew miesza się ze strachem. Wszystko w niej krzyczało, aby zawróciła na główny trakt, jednak ona uparcie gnała przed siebie. Nie mogła zostawić Dorriena. Każdy stukot kopyt o ziemię przybliżał ją do towarzyszy i światła rzucanego przez pochodnie. Wbiła mocno pięty w boki konia, wyprzedzając czterech mężczyzn i zrównując się z magiem.

- Błagam cię, przerwij tą pogoń i wracajmy do domu, aby to spokojnie przedyskutować! – krzyknęła. – Dorrienie, samosądem nie rozwiążesz naszych problemów!

Mężczyzna już otwierał usta, żeby jej odpowiedzieć, jednak zagłuszyły go głośne, ostre śmiechy i tętent końskich kopyt. Oboje odwrócili się jednocześnie za siebie, z przerażeniem obserwując, jak towarzyszący im mężczyźni zostają otoczeni przez grupę nieznajomych. Światło pochodni zgasło z sykiem, a nocne powietrze rozdarły krzyki i rżenie oszalałych ze strachu koni. Czas zatrzymał się w miejscu, obce głosy i ostatnie błagania o litość wypełniły uszy kobiety, sprawiając, że stała się głucha na wszystko inne.

- Sonea, rusz się! – Silne szarpnięcie wyrwało ją z otępienia.

Z trudem zmusiła się do odwrócenia plecami do kłębowiska ciał. Podobnie jak Dorrien, bezlitośnie poganiała konia, pragnąc znaleźć się jak najdalej stąd. Wpatrywała się uparcie w zieleń szat jadącego przed nią Uzdrowiciela, który prowadził ich przez labirynt drzew. Mogłaby tak pędzić całą noc, bez postoju i wytchnienia, byleby dotrzeć do Imardinu. Dorrien spojrzał przez ramię do tyłu, upewniając się, ze wciąż za nim jedzie.

- Jeszcze tylko trochę, zaraz wyjedziemy na główną drogę! – zawołał, próbując dodać kobiecie otuchy.

Po jej prawej stronie rozległ się trzask łamanych gałęzi i odgłos, którego obawiała się najbardziej – tętent końskich kopyt. Spanikowania wbiła pięty w boki wierzchowca, zmuszając wymęczone zwierzę do jeszcze szybszego biegu. Nie pozwoli się złapać. Ze smolistej ciemności wypadł jeździec, blokując drogę ucieczki Dorrienowi. Zaraz za nim pojawił się yeel, który z ujadaniem rzucił się stronę Sonei. Koń Uzdrowicielki zarżał z przerażenia i stanął dęba, wierzgając przednimi kopytami. Nie potrafiła zapanować nad oszalałym ze strachu zwierzęciem, wodze wyślizgnęły jej się z dłoni, a ona z krzykiem poleciała do tyłu. Ostatnie, co zapamiętała, to tępy ból głowy i strach zamieniający się w ciemność przed oczyma.

Dryfowała w otchłani mroku, nieświadoma otaczającego ją świata. To wszystko sen. Śmierć Tellara, nocna wyprawa do lasu i atak nieznajomych – to tylko wytwory jej wyobraźni. Zaraz obudzi się w sypialni Dorriena z twarzą wtuloną w poduszkę i zacznie się kolejny dzień wypełniony bezpieczną rutyną, a ona zapomni o lękach nocy… Tylko dlaczego jest jej tak bardzo zimno, a całe ciało pulsuje bólem? Dlaczego czuje pod policzkiem zimną i wilgotną ziemię zamiast ciepłej pościeli?

Chyba, że nie śnisz, Soneo…

Przez zasłonę otępienia przedarły się strzępy rozmów nieprzyjemnym, szorstkim języku oraz odgłosy kroków. Serce zaczęło boleśnie łomotać w piersi Uzdrowicielki, gdy ktoś brutalnie postawił ją na nogi. Gwałtownie otworzyła oczy, omiatając otoczenie czujnym spojrzeniem. Kilka kroków przed nią stał wysoki Sachakanin, który przytrzymywał bez trudu szamoczącego się Dorriena. Cała twarz Uzdrowiciela poznaczona była sińcami, a z rozciętej wargi skapywała krew.

- Dorrien! – wychrypiała, próbując zbliżyć się do niego, jednak powstrzymało ją silne męskie ramię przytrzymujące ją w talii.

Szarpnęła się przestraszona i rozzłoszczona za razem. Lęk wraz z gniewem uwolniły adrenalinę, która zmieszała się z krwią, dodając jej sił. Kopała i wyrywała się mężczyźnie, chcąc się od niego uwolnić, ale on by zbyt silny. Bezradność wobec Sachakanina upokarzała ją i denerwowała. Była jednym z najsilniejszych magów Gildii, wychowaną w slumsach dziewczyną, potrafiła się bronić. Zawsze dawała radę pokonać przeciwników, więc tym razem będzie tak samo. Zaatakowała mężczyznę magią, jednak jej pocisk natrafił na silną barierę. Ciarki przerażenia spłynęły po karku kobiety, gdy uświadomiła sobie, jak silny może być Sachakanin. Wbiła paznokcie w opasające ją ramię, rozdzierając brązową skórę. Mężczyzna jedynie zaśmiał się szyderczo w odpowiedzi na bunt kobiety, jej próby uwolnienia się jedynie go bawiły.

- Nie dość, że pociągająca, to jeszcze z charakterkiem – warknął jej do ucha. Kyraliański język brzmiał wyjątkowo ostro w jego ustach. – Gildia nie pilnuje należycie swoich skarbów.

Sachakanin przytrzymujący Dorriena uśmiechnął się pogardliwie. Szarpnął Uzdrowicielem niczym zabawką, wyraźnie rozbawiony bezwładnością maga. Ruchem głowy wskazał mężczyznę odzianego w zielone, potargane szaty, przemawiając w języku, którego nigdy nie słyszała. Oprawca Sonei mruknął z aprobatą, odciągając ją do tyłu. Drugi Sachakanin po raz kolejny szarpnął Dorrienem, zmuszając go do ruchu. Kobieta rozpaczliwie wbiła nogi w ziemię, widząc jak Uzdrowiciel oddala się od niej.

- Dorrien! – Mag odwrócił się do niej. Niebieskie oczy zamarły w wyrazie przerażenia i bezradności. – Puszczaj mnie! – Z całych sił kopnęła trzymającego ją Sachakanina. – Każ mu go zostawić! – Zieleń szat stopiła się z mrokiem, a odgłos kroków stawał się coraz bardziej odległy. – Dorrienie!

- Zamilcz! – Stojący za nią mężczyzna złapał ją za gardło, odcinając dopływ powietrza. – Nie masz prawa mi rozkazywać, ty kyraliańska dziwko!

Gwałtownie odwrócił ją przodem do siebie, więc Sonea po raz pierwszy mogła mu się przyjrzeć. Twarz mężczyzny poznaczona była wieloma bruzdami, z ciemnych oczu biło okrucieństwo, zaś usta wykrzywiał pogardliwy uśmiech.

- Gdzie on zabrał Dorriena? Co chce z nim zrobić. – Mówiła z trudem, uparcie patrząc w oczy mężczyzny, chcąc pokazać, iż się go nie boi. – Każ mu go przyprowadzić.

Sachakanin skrzywił się gniewnie.

- Żadna kobieta nie będzie mi rozkazywać! Twój towarzysz do niczego nam się nie przyda, kiedy zostanie pozbawiony mocy. Większą wartość ma niewolnica niż niewolnik. – Pewnym ruchem sięgnął do pasa szaty Sonei, zszarpując wierzchnie odzienie. – Zaraz się przekonamy, jak bardzo jesteś użyteczna.

Próbowała się bronić, drapiąc go po twarzy, ale on bez trudu ją obezwładnił. Rzucił kobietę na ziemię i zaraz przycisnął ją do niej ciężarem swojego ciała. Krzyk Sonei rozdarł nocną ciszę, rozchodząc się echem po lesie.

- Nikt cię nie usłyszy, nikt ci nie pomoże, mała suko z Gildii! – ryknął, wymierzając jej policzek. – Jesteś moją niewolnicą i mam prawo zrobić z tobą, co tylko zechcę! – Zerwał z kobiety koszulę, odsłaniając nagą skórę. Spróbowała odepchnąć go od siebie, lecz na nic zdały się jej wysiłki. Jedynie go rozwścieczyła. – Nauczę cię posłuszeństwa wobec pana! – Pozbawił Soneę spodni, a następnie zsunął swoje.

Zadrżała ze strachu i zimna. Po raz kolejny szarpnęła się, pragnąc się uwolnić. Mężczyzna nie zwracał uwagi na najmniejsze protesty. Unieruchomił ją, zaciskając dłonie na biodrach kobiety.

Bolało.

Bolało i to bardzo. Jednak gorsze od fizycznego cierpienia było upokorzenie. Odarł ją nie tylko z ubrań, ale i z godności. Upodlił w najgorszy z możliwych sposobów. Akt cielesny zamienił się w akt przemocy. Przestała krzyczeć i walczyć z nim, za co się nienawidziła. Nie wygra z Sachakaninem, którego ciało na niej spoczywało. Łzy skapywały cicho po bladych policzkach podobnie jak krople krwi bezszelestnie płynące w dół jej uda.

Mistrzyni Sonea znikła, pozostała po nie pusta, ludzka skorupa pozbawiona marzeń i ambicji.