Rozdział drugi - Kogo wiatr przywieje


Nutritur vento, vento restinguitur ignis,

lenis alit flammam, grandior aura necat.

Wiatrem żywi się ogień, od wiatru również gaśnie,

łagodny powiew płomień podsyca, wicher zabija.

Owidiusz

Nie mam swej mateńki

ani ojca swego.

Jestem samiuteńki

jak to ścięte drzewo..

Nawet i te drzewa

nie leżą samotnie:

chłodny wietrzyk wiewa,

do gałązek dotknie.

J. Ficowski, ''Gałązka z drzewa słońca''


- Nie lubię mamałygi – dowiedziały się okoliczne zarośla i szczątki murów, kamienie, szczapy drewna i cała reszta inwentarza.

- Mamałyga jest zdrowa – dowiedział się Severus Snape, uzbrojony w menażkę i drewnianą łychę. – Jedz, Kale Sap.

Severus nie chciał jeść. Skonsumowawszy bekon i nieliczne kawałki znanych sobie warzyw, na żółtą papkę patrzył co najmniej podejrzliwie. Od dziecka był wybredny. To, że warunki nieco odbiegały od cywilizowanych nie oznaczało, że miał rezygnować z zasad. Nie jeść niczego, czego składu, pochodzenia i faktycznej wartości odżywczej nie zna. Skrzaty domowe miały kiedyś nie lada kłopot z jego drobiazgowymi inspekcjami ich miejsca pracy.

Pstrokato ubrana dziewczyna, Rika, stała nad nim z nożem. Nie bardzo wiedział, jak na to zareagować. Jego umysł nadal miał niepokojące problemy z przepychaniem neuronami kolejnych dawek sarkazmu. To pewnie przez ten klimat. W Anglii zwykle nie bywało tak cholernie gorąco.

Próbując zyskać na czasie, nabrał odrobinę tej nieestetycznej breji na koniuszek łyżki i z lekkim wahaniem uniósł ją do ust. Kątem oka zerknął na Weasleya, który jadł z miną dość męczenniczą, ale nadal wyglądał na żywego i zdrowego. Z odrobiną ulgi pozwolił na interakcję języka z pokarmem.

Mamałyga okazała się smakować jak płatki kukurydziane. Odrobinę mdło, ale na dłuższą metę nie miała niepokojących skłonności do rośnięcia w gardle. Dalej jednak nie stanowiła szczytu kulinarnych marzeń.

Severus podniósł głowę, wlepił zmrużone, bezdenne oczy w plemienną kucharkę i powoli odłożył menażkę na najbliższy pień. Dziewczyna wytrzymała dobrych kilkanaście sekund, zanim spojrzała w bok, opuściła nóż i odeszła. Całkiem niezły wynik. Rika Schmitt zapowiadała się na poważne wyzwanie.

Na razie jednak nie stanowiła większego zagrożenia. A on, Severus, nie miał zamiaru pozostawać w jej towarzystwie zbyt długo. Molly Weasley z pejczem. Był pewny, że to mu się kiedyś przyśni.

- Jak udało się panu przeżyć? – nie wytrzymał wreszcie Charlie. Czekał z tym pytaniem od momentu, kiedy po pierwszym szoku zaprosili Snape'a do obozu i w pełnym zrozumienia milczeniu poczęstowali go dostępnymi produktami spożywczymi. Fakt, że były Mistrz Eliksirów najpierw wypił do dna spory kubek z winem, był niejaką wstępną wskazówką. Charlie oczekiwał długiej, epickiej opowieści.

Snape spojrzał na niego ponuro.

- Fawkes - wyjaśnił. - Nie planowałem tego.

--

Tymczasem daleko od tego miejsca, w krainach nieco bardziej zamieszkanych, ale niezbyt odstających warunkami, znajdował się ktoś, kto też tego nie planował. Brązowowłosa dziewczyna rozejrzała się wokół i z rozmachem usiadła na kufrze.

Wiedziała, że ma świstoklik z przesiadką. Problem polegał na tym, że przesiadka ta miała nastąpić "w komfortowym miejscu na licencji tranzytowej". Okolica natomiast powitała ją widokiem niewzruszonego pola we wszystkich kierunkach świata aż po horyzont. Na prawdopodobnym dalekim południu majaczyło się coś, co przy odrobinie dobrej woli mogło być drogowskazem. Nie mając innego wyjścia, pechowa podróżniczka wyciągnęła różdżkę i rzuciła zaklęcie ćwierćwagi na kufer, torbę i plecak. Żałując, że przewożone przedmioty nie pozwalają na skurczenie bagażu do rozmiarów kieszonkowych, ruszyła mozolnie w stronę punktu orientacyjnego.

Na drogowskazie napisane było:

"Pustkowie".

--

Tymczasem w środku rumuńskiego lasu, Severus Snape wzdrygnął się gwałtownie, kiedy po karku spłynęło mu coś zimnego. Odwrócił głowę. Tu za nim klęczała ta cholerna Cyganka, ze skrawkiem mokrej tkaniny w uniesionej ręce i z małą miską tuż obok kolan.

- Zostaw - warknął na nią, odsuwając się lekko. Nie posłuchała.

- Ty brudny - oznajmiła mu stanowczo. - Lashav, brud i krew. Rat - dodała po swojemu, z długim, dźwięcznym "r".

Snape wziął oddech i uniósł ręce, zaginając palce jak szpony. A potem jakby nagle się rozmyślił, wypuścił ze świstem powietrze i poddał się. Przecież nie będzie zachowywał się irracjonalnie.

Rika z zacięciem zabrała się do moczenia mu włosów, szyi i twarzy, trąc dość mocno i bezlitośnie. Severus zamknął oczy i znosił te tortury w całkowitym milczeniu. Nawet nie jęknął, kiedy kark zapiekł go boleśnie, a nos zaczął swędzieć. Ale gdy drobne ręce sprawnie zdjęły z niego pelerynę i zaczęły gmerać przy guzikach koszuli, złapał ją za nadgarstki. Wszystko miało swoje granice.

- Dość! - zaznaczył stanowczo. Było klika blizn, które niezbyt nadawały się do pokazywania.

Dziewczyna skrzywiła się w odpowiedzi, ale dała mu wreszcie spokój. Pieczenie i swędzenie też odpuściły, zastąpione przez przyjemny chłód.

Chwilę później natrętna Cyganka zaczęła ściągać mu buty.

"Co do cholery jest z nią nie tak?", pomyślał gorączkowo Snape. Pozostali smokerzy siedzieli w ciszy i nie reagowali.

Zanim zdążył zareagować osobiście, Rika pozbawiła go prawego półbuta i zademonstrowała wszystkim żałośnie oderwaną podeszwę. Następnie znacząco uniosła brwi, patrząc na Weasleya. Ten karnie podniósł się i pomaszerował do namiotu, skąd wrócił chwilę później z parą solidnych, smokerskich butów.

- Proszę, profesorze - rzekł, podając je. - Powinny pasować.

Następnie, żeby całkiem nie stracić twarzy, ruszył w stronę ogniska, żeby doglądnąć jaja.

Mistrz Eliksirów zrzucił drugi półbut i wzuł ostrożnie podane mu obuwie. Z ulgą stwierdził, że jest nieco tylko za duże, co przy jego opuchniętych stopach dawało wrażenie niebiańskiego wręcz komfortu.

Następne godziny spędzili dość leniwie. Charlie Weasley obłożył się pergaminami i najwyraźniej zaczął robić jakieś notatki, Rika Schmitt zwinęła się w kłębek i zasnęła spokojnie na rozłożonym wcześniej kocu, a jej Dimo wyszykował sobie broń i poszedł w las, zapewne po wcześniej obiecane zające.

Snape zdążył tymczasem umyć ręce w reszcie wody, trąc je piaskiem aż do skutku. Potem metodycznie wyczyścił paznokcie, których długość przeszkadzała mu równie mocno, jak niechciany zarost. Nie mając nic więcej do roboty, oparł się o pobliski głaz i pogrążył w rozmyślaniach, o tyle chaotycznych, że nie doprowadziły go do żadnych nowych wniosków. Otrząsnął się z nich akurat na czas, żeby zobaczyć, jak zdyszany Rusek targa przez krzaki dorodnego jelenia z widoczną raną wlotową nad jedną z przednich nóg. Kiedy Jurij wreszcie dowlókł zdobycz i upuścił ją obok ogniska, obudzona Rika rzuciła mu się na szyję i głośnym cmoknięciem pogratulowała udanych łowów. On zaś entuzjastycznie oddał pocałunek. Gdyby jeleń miał uczucia, poczułby się nieco opuszczony.

Widząc, że nie ma innego wyjścia, Charlie wstał i chwycił za nóż, podchodząc niepewnie do ich przyszłego posiłku. Na chwilę przystanął nad nim i zmarszczył brwi, zanim uklęknął i zaczął z zastanowieniem wodzić palcami po białym brzuchu zwierzyny, jakby szukając jakiegoś szczególnego miejsca. Klka razy podnosił nóż, jakby chcąc nabrać rozpędu, po czym opuszczał go znowu, rezygnując z cięcia.

Wreszcie zacisnął zęby i wbił ostrze na sztorc w okolice jeleniego mostka. Zatrzymało się na kości. Weasley skrzywił się i wyrwał je z wysiłkiem, a potem wrócił do przerwanych poszukiwań.

Snape przypatrywał się temu z rosnącym obrzydzeniem. Wreszcie nie wytrzymał.

- Weasley - warknął. - Siedem lat Eliksirów, a ty nawet nie potrafisz pokroić sobie obiadu?

Chłopak przerwał kaleczenie jelenia i spojrzał na niego ostro. A potem odetchnął i wzruszył ramionami.

- Normalnie nie musiałbym go kroić - rzekł, wskazując na ognisko z jajem.

Snape poczuł, że czegoś tu nie rozumie. Właściwie mało wiedział o smokach. Ich części składowe nie miały przed nim tajemnic, ale całość i jej żywotność jakby nie należały do jego specjalizacji. W związku z czym przełknął dumę i zapytał:

- To znaczy?

- Rozgrzane jajo absorbuje magię - wyjaśnił chętnie Charlie. - Nic nie zadziała. Nawet wykluty smok wysysa dużo mniej, a i tak nieźle osłabia zaklęcia.

Do lewitowania musiałem użyć aż Alatusa. A do rozpalenia ogniska trzebaby co najmniej Adustum.

Snape uniósł brwi. To było interesujące. Użycie drugiego najsilniejszego zapalacza w normalnych warunkach spopieliłoby w ciągu sekundy niezły kawał lasu. Ciekawe, co by się stało z Avadą. Czyżby naturalny sposób na barierę ochronną?

Niezbyt pocieszający był za to fakt, że w takim razie Rosjanin, ze swoim szczękającym mugolskim ustrojstwem jest najlepiej uzbrojoną osobą w obozie. Nic dziwnego, że woli je od różdżki. Może mógłby w takim razie jej pożyczyć? Oto pytanie na później.

- Podaj mi nóż - rozkazał Severus, podchodząc do zwierzyny i klękając. Weasley wypełnił polecenie. I ostrożnie się odsunął.

Snape powoli i metodycznie podwinął rękawy, ułożył w dłoni rękojeść i zabrał się do pracy.

Cała trójka smokerów z zafascynowanie obserwowała, jak nóż zdecydowanie zagłębia się białym brzuchu jelenia, a potem nieco powiększa ranę. Skrzywili się jednocześnie, kiedy Snape włożył dłoń w miejsce noża i zaczął małymi cięciami kierować się w stronę.. mniej reprezentacyjnego końca.

Severus zerknął na nich kątem oka i pozwolił sobie na lekki uśmieszek. Nie wiedzieli, że to dopiero początek.

Otwarł szeroko całe nacięcie i zaczął torować sobie drogę przez wnętrzności, niektóre delikatnie odsuwając na bok, a niektóre bezlitośnie dźgając. Zanurzył obie ręce prawie po łokcie, nadal nie poplamiwszy się nawet kroplą krwi.

Siedzący najbliżej Weasley wydawał się nieco zzielenieć.

Snape bezbłędnie przeciął przełyk i odłożył nóż. Był ciekaw, jak zareagują na to, co miał zamiar teraz zrobić. Pokazać im kwintesencję tortur, spełnienie najskrytszych marzeń sadysty.

Wywlekanie wnętrzności.

Zadbał o to, by dokładnie przyjrzeli się każdej kolejnej części. Dopiero, kiedy cała niejadalna zawartość jelenia malowniczo zwisała już na zewnątrz, a kolory i zawartość własnego żołądka zdołał zachować tylko Jurij Grigorijewicz, Snape pozwolił sobie zakończyć przedstawienie kilkoma artystycznymi cięciami.

Naprawdę nie rozumiał, jak przetrwali dobrych kilka lat w tej rumuńskiej dżungli bez praktycznej znajomości anatomii ssaków. Magia chyba naprawdę zbyt rozleniwiała, skoro łatwiej im było nauczyć się silniejszych odpowiedników zaklęć niż uczciwej, fizycznej pracy. Cóż, nic straconego.

Severus popatrzył z zastanowieniem na wypatroszonego jelonka, kontemplując ten widok z wyraźną ekstazą. Latami planował taki właśnie dzień. Powolne tortury… Może i były nieco symboliczne, ale niewypowiedziana satysfakcja płynąca z widoku ofiary pozwalała wizualizować sobie najskrytsze marzenia aż nazbyt wyraźnie.

Z trudem odwrócił wzrok, by poszukać odpowiedniego miejsca na następną część. Jego wzrok padł na zauważoną wcześniej fioletową skórę.

- Potrzebuję sznura – odezwał się w przestrzeń.

- Budiesz się wieszał? – zasugerował Jurij.

Snape popatrzył na niego z uniesioną brwią.

- Będę wieszał jelenia – skapitulował po dłuższej chwili, nie znalazłszy odpowiedniej riposty. Jak zmiażdżyć werbalnie człowieka, który nie zrozumie angielskich wyrazów dłuższych niż trzy sylaby?

Weasley otworzył plecak i podał mu zwój spleciony z fioletowego włosia. Snape skojarzył fakty.

- Grejhorn?

- Tu mówią Garboróg – poprawił go Charlie. – Skupujemy jego skóry na przerób.

- A sproszkowane rogi? – W Snape'ie odezwała się zimno kalkulujący Mistrz Eliksirów.

- Czasami, do zupy.

Severusa przytkało. Używanie czegoś tak drogiego i rzadkiego jako przyprawy wydawało mu się niewyobrażalną profanacją.

- Weasley, czy ty masz pojęcie, ile to jest warte?!

Do zupy używali. A on płacił sporą część pensji, żeby móc z namaszczeniem wsypać szczyptę do warzonego miesiąc eliksiru!

- Knut za szczyptę – odpowiedział chłopak. A zanim Snape zdążył zaprotestować, dodał: – A za granicą plus pięć galeonów za eksport.

Znaczy wiedział. Severus przytaknął z rezerwą i postanowił wrócić do pracy. Musiał w końcu przyznać, że na rumuńskim gruncie jego wiedza prezentowała się nader marnie.

Ale liczyły się też umiejętności. Zaś następny punkt programu zakładał improwizowany szafot.

Snape sprawnie zawiązał stryczek i zarzucił go na jelenie rogi. Następnie złapał je, podciągnął do góry oraz przesunął pętlę na szyję. I gwałtownie zacisnął.

Potem nogą przewrócił zwierzę na brzuch i pozwolił wypłynąć całej krwi. Na ziemi wykwitła wsiąkająca szkarłatna plama.

- Niech Bór zmiłuje się nad twoją duszą – wymamrotał pod nosem Snape, zarzucając sobie resztę sznura na ramię i ciągnąc padlinę na miejsce dalszej kaźni.

Obdzierania ze skóry.

Przerzucił linę przez poprzeczkę, na której wisiała skóra i uwiesił się na niej całym ciężarem. Okazał się za słabą przeciwwagą.

Weasley i Cyganka nie ruszyli się z miejsca, by mu pomóc. Za to Rusek podszedł powoli i zawiązał potrójny węzeł na wystającym obok korzeniu. A potem bez słowa wrócił na miejsce.

Snape wyprostował się z godnością i wyciągnął nóż zza paska, gdzie zasadził go dłuższą chwilę wcześniej. Zerknął jeszcze na smokerów, którzy darowali sobie rolę publiczności. Dziewczyna i Rosjanin zajęli się niezrozumiałą dla Snape'a rozmową i okazyjnymi całusami, A Weasley ukucnął przy jaju i wpatrzył się w nie, gwiżdżąc pod nosem coś, co brzmiało jak Mozart. Pasowało.

Severus ze świstem naciął wzdłuż każdą z nóg jelenia i odciął kopytka, z zamachem odrzucając je w krzaki. Potem naciął jeszcze kark i znowu odłożył nóż, siłą powstrzymując się od odruchu oblizania go. Jeszcze by się czymś zaraził.

Zahaczył palce o brzeg skóry i pociągnął. Zeszła jak z brzoskwini, prawie bezszelestnie. Wokół rozszedł się intensywny zapach surowego mięsa. Snape zaciągnął się nim jak papierosowym dymem.

Gdyby dodać jeszcze kwaskowaty zapach zmiażdżonych skarabeuszy, Severus mógłby zamknąć oczy i udawać, że znajduje się w swoich lochach i ma przed sobą dokładnie i z przyjemnością zaplanowane popołudnie. A że wizja ta była zbyt kusząca, postanowił nie zamykać oczu. Po co się niepotrzebnie samoudręczać.

Zamiast tego skończył obieranie i odsunął się, by popodziwiać swoje dzieło. Powieszony za szyję jeleń o nienaruszonej głowie i czerwonym tułowiu miał w sobie coś dziwnie uspokajającego.

- Mogu? – zapytał Jurij, wyciągając rękę po nóż. Widocznie od tego momentu wiedział już, co się robi ze świeżym mięsem. Snape podał mu narzędzie i postanowił oglądać następny akt z punktu tuż przy garnku. Znowu był głodny. Widok ćwiartowanego sprawnie mięsa wcale mu nie pomagał.

Kiedy niedaleko rozległ się pierwszy straszliwy ryk, Severus jedynie wzdrygnął się lekko. Do pewnych rzeczy należało się przyzwyczaić.

Ale kiedy następne ryki zagłuszyły mu myśli, a smokerzy zaczęli przejawiać oznaki zaniepokojenia, jego też nieprzyjemnie zaswędział żołądek.

- To Norberta – odezwał się Weasley, przysiadając obok niego i nasłuchując uważnie. – Szuka jaja.

Severus zdążył się już domyśleć.

- Znajdzie?

- Nie powinna. Chociaż dziwne, że poznała się na fałszywce – zamyślił się rudzielec.

Snape również się zamyślił.

Sytuacja, według jego standardów, nie przedstawiała się zbyt zachęcająco. Był obcym Anglikiem-czarodziejem, bez różdżki, z małą wiedzą o kraju, w którym dane mu było się znaleźć. Na dodatek jedynym znanym mu językiem obcym był niemiecki, a to i tak w bardzo wąskim zakresie. Języki romańskie kończyły się dla niego na kilku ciekawych zwojach, stanowiących własność hogwarckiej biblioteki. A siedemnastowieczna łacina raczej nie wróżyła dobrej komunikacji.

Pozostawało mu pokornie trzymać się grupy obeznanych smokerów, a konkretnie Charlie'ego Weasleya, jako jedynego towarzysza rozmów oraz Riki Schmitt w kwestiach gastronomicznych. Natomiast Jurij Grigorijewicz, jak dotąd nieznany z nazwiska, był jedynym kandydatem, który zasługiwał na częściowe chociaż zaufanie. Mistrz Eliksirów wyczuwał w tym mrukliwym Rosjaninie coś w rodzaju bratniej duszy. Chociaż „bratanie się" i tak nie wchodziło w grę.

Zaskakująco dla samego siebie, Severus nagle zażyczył sobie towarzystwa na własnym poziomie. Kogoś, kto dorównałby mu w konwersacji i mógłby pomóc w podjęciu decyzji co do dalszych działań.

Westchnął.

„Cholernie małe szanse", pomyślał, wkładając ręce do kieszeni. "Nawet wiatr przestał już wiać."

Coś pogilgotało go przyjaźnie w palce. Przypomniał sobie o piórku, wyjął je i podniósł do oczu. Popatrzył łagodnie. A potem przypomniał sobie o jego właścicielu i zaczął kląć.

Kiedy skończył obracać w myślach pieczonego feniksa, uświadomił sobie, że ryki smoka ucichły, a w oddali nawet cykały świerszcze. Robiło się szarawo, wieczór odgrywał powolne preludium. Zaś las miał to do siebie, że robił się w tych godzinach coraz mniej przyjazny.

Severus wstał, dochodząc do wniosku, że czas wrócić do swojej pierwszej kryjówki. Nie miał zamiaru spać w towarzystwie smokerów, a zwłaszcza dzielić namiotu z Weasleyem. Miał poczucie godności.

Zresztą, i tak by nie zasnął. Nie potrafił zrelaksować się, jeśli nie był w zamkniętym, bezpiecznym pomieszczeniu, pozbawionym innych istot żywych. Jego pielęgnowana latami paranoja kazałaby mu inaczej całą noc wpatrywać się w śpiących, a wyobraźnia snułaby domysły co do niecnych planów formujących się w złożonych na posłaniach głowach.

Nawet po wizycie na Nokturnie wypalał papierosa już w drodze do swoich lochów.

- Wracam do siebie - odezwał się, zanim dokładnie przemyślał swoje słowa. I uświadomił sobie, że są prawdziwe tylko w sensie psychicznym. - Śpię gdzie indziej - wyjaśnił.

Charlie Weasley spojrzał na niego dziwnie, ale tylko wzruszył ramionami. Snape niezdecydowanie machnął ręką w imitacji pożegnania i odwrócił się, by odejść. Zatrzymano go, zanim zrobił trzy kroki.

- Masz. - Rika wcisnęła mu do lewej ręki małe zawiniątko w brązowym papierze. Pachniało boczkiem.

- Dziękuję - zaskoczył samego siebie. Ale nie odwrócił głowy.

Po następnych dwóch krokach drogę zagrodziła mu czyjaś ręka.

Tym razem spojrzał. Obok niego stał Jurij, obracając w dłoni białą broń i podając mu rękojeścią do przodu. Snape odruchowo chwycił drewniany trzonek. Broń miała dziwne ostrze, które rozszerzało się ku górze. Przypominała nieco tasak. Wyglądała.. skutecznie.

Severus i Jurij przez chwilę popatrzyli sobie w oczy. Następnie jednocześnie skinęli głowami i odeszli w przeciwnych kierunkach. Snape zniknął w lesie jak cień.

Nie mógł wiedzieć, że jakieś dziesięć minut później tuż obok obozowego kręgu wylądował świstoklik, a na wątłej trawie rozsypały się bagaże Hermiony Jean Granger, zaś okoliczne zarośla poznały nowe, całkiem ciekawe słowa. Ani jedno się nie powtórzyło.

C.D.N.