Sytuacja, w której się znalazł, była bardzo niepokojąca. Missy co prawda sprawiała sympatyczne wrażenie. Możliwe, że chciała pomóc, ale co jeśli tylko nim manipulowała? Sam był nieuzbrojony. Jeśli była człowiekiem, nie miała z nim szans w walce, ale mogła być wszystkim innym… Demonem, wilkołakiem czy jakimkolwiek innym potworem, którego można pomylić z człowiekiem... Jadąc na miejsce, niewiele rozmawiali – Missy chciała, żeby to, co miał zobaczyć, ujrzał najpierw na własne oczy. Zatrzymała samochód przed tablicą z napisem „Storybrooke" (dzięki temu przynajmniej wiedział, że nie kłamała w sprawie nazwy miasta). W poprzek drogi biegła czerwona linia, a za nią na środku ulicy rosło drzewo. Jego korzenie wrastały w asfalt. Sam spojrzał na Missy pytająco.

- Dziwi cię pewnie to drzewo… rzadko wyrastają z asfaltu, prawda? To jeden z mieszkańców miasta, chciał się przekonać, czy nic mu się nie stanie, kiedy przekroczy granicę.

- I zamienił się w drzewo? – W głosie Sama pobrzmiewała mieszanka szoku i niedowierzania. To było absurdalne! Z drugiej strony, jeśli to drzewo jakimś cudem wyrosło w tym miejscu samoistnie, musiałoby tkwić tu od lat. Ktoś na pewno by się nim zajął, stwarzało niebezpieczeństwo na drodze.

- Kiedy to się stało? – zapytał.

- Jakieś kilkanaście dni temu.

- Nie można mu pomóc?

Missy pokręciła głową.

- Pracujemy nad tym, ale to nie takie proste…

Sam zamilkł. W głowie kłębiło mu się tyle pytań. Co to za klątwa? Kto ją rzucił, kiedy i dlaczego? Ściągać tu Deana i spróbować rozpracować to razem z nim, czy lepiej nie ryzykować, że utkną tu obaj na dobre?

Kiedy tak rozmyślał, Missy oddaliła się do samochodu, podążył za nią wzrokiem: wyjęła z bagażnika koc i torbę. Chciał pomóc jej rozłożyć go na poboczu, ale powstrzymała go ze względu na stan jego zdrowia. Nie odczuwał silnego bólu, bo dr Whale przepisał mu leki, ale nie chciał się z nią spierać. Usiedli obok siebie zwróceni przodem w kierunku nieszczęśnika pod postacią drzewa. Milczeli jedząc i popijając gorącą kawę. Mimo zmartwienia, Sam docenił jakość posiłku. Może ta prosta przyjemność sprawiła, że otrząsnął się z zadumy, spojrzał na Missy i zapytał.

- Od jak dawna ciąży nad wami klątwa?

- Och, ta dopiero od niedawna. Dopey - wskazała na drzewo - zaraz po jej rzuceniu poszedł sprawdzić, co się stanie.

- Co masz na myśli? Były inne klątwy? Co to za miejsce? – Sam nie mógł uwierzyć, że ta dziewczyna mówiła o klątwach rzucanych na całe miasto, jak o czymś codziennym, czymś przykrym, co jednak zdarza się od czasu do czasu.

- Ugh… - Missy zacięła się. – No… prawdę mówiąc, to już trzecia klątwa ciążąca nad Storybrooke… każdą rzucał kto inny… to naprawdę długa historia.

Zamrugał oczami, potrząsnął głową i spojrzał na Missy wymownie.

- Cóż, wygląda na to, że na razie nigdzie się nie wybieram. – Machnął ręką w stronę granicy. – Mam trochę czasu.

- Dobrze, dowiesz się wszystkiego, po to tu jesteśmy. Ale usłyszałeś już ode mnie kilka rzeczy, w które trudno uwierzyć. Historia Storybrooke jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna. Zanim ci ją opowiem, musisz też coś z siebie dać. Teraz twoja kolej. Kim jesteś i jak się tu znalazłeś?

Cóż, chyba był jej to winien… Popatrzył przed siebie i westchnął głęboko.

- Jestem łowcą.

- Myśliwym? – W głosie Missy pojawiła się zimna nuta.

Zerknął na nią, chyba nie spodobał jej się ten pomysł.

- Nie, nie poluję na zwierzęta. Zabijam potwory: wilkołaki, wampiry, duchy, demony i inne stworzenia, które istnieją tylko po to, by krzywdzić ludzi. – Zrobił pauzę, nie był pewien jakie wrażenie robią jego słowa na słuchaczce, bo jej twarz była nieruchoma, niczego nie zdradzała. – Zanim się tu znalazłem próbowałem pokonać pewną wiedźmę. To ona mnie odurzyła. Tę ranę – wskazał na bark – zadał mi jej pupilek, czarny kocur, którego wcześniej jednym pstryknięciem palców zmieniła w dwumetrową bestię. Dźgnąłem go sztyletem, chyba śmiertelnie. Wtedy się wściekła i zaczęła inkantować zaklęcie. Następne, co pamiętam, to asfalt w centrum Storybrooke. Później twoje oczy nade mną. – Mówiąc to, jeszcze raz im się przyjrzał. Ta zieleń była doprawdy niespotykana. – A później szpital. Resztę już znasz. Sądzę, że ta czarownica wysłała mnie tu z zemsty za zabicie jej… zwierzaczka.

- Dziękuję, Sam. Dziękuję, że powiedziałeś mi prawdę. Twoje życie… jest chyba pełne mroku, prawda?

- Nawet sobie nie wyobrażasz – powiedział cicho. Po chwili dodał już głośniej – Teraz ty. O co chodzi z tym miasteczkiem?

Westchnęła i zaczęła mówić powoli i bez emocji. Opowiedziała niesłychaną historię o baśniowych postaciach uwięzionych przez macochę Śnieżki w czasie i przestrzeni, pozbawionych tożsamości oraz pamięci. O złamaniu pierwszej klątwy, powodach rzucenia drugiej i dramatycznych wydarzeniach ostatnich tygodni.

- Hook, ten który rzucił ostatnią klątwę, nie żyje.

- Hm… wiesz, pomyślałbym, że zwariowałaś, gdyby nie to, że miałem przyjemność poznać np. Dorotkę z Krainy Oz. Po jakimś czasie przestajesz się dziwić.

Roześmiała się.

- Bałam się, że nie uwierzysz. Wiem, jak to brzmi.

- Czy to oznacza, że kiedy pójdę do miasta, mogę spotkać Śnieżkę albo Kopciuszka? A siedmiu krasnoludków?

- Tak. No… Śnieżka jest aktualnie nieosiągalna. Ale tutaj – wskazała brodą drzewo za granicą miasta – możesz podziwiać jednego z krasnoludków…

Sam sposępniał. Żal mu było biedaka.

- Prawda, Gapcio. Wspominałaś. A dr Whale, kim on jest?

- Nie będziesz chyba zadowolony – powiedziała z rozbawieniem w głosie. – To doktor Frankenstein.

- Poważnie? – Sam zaśmiał się cicho. – Cóż, chyba nieźle mnie poskładał. – Puścił oko do Missy. - A ty? Jaką jesteś postacią?

- Nikim ważnym. – Odwróciła wzrok. – Nie ma o czym mówić.

Wyglądało to tak, jakby chciała coś ukryć. Może wiązały się z tym jakieś przykre wspomnienia? Chyba nie chodziło o to, że była kimś – lub czymś – złym, kimś, na kogo powinien zapolować? Miał nadzieję, że nie. Postanowił odłożyć ten temat na później. Ta nagła przerwa w bądź co bądź przyjemnej rozmowie przypomniała mu, że są pilniejsze pytania, które powinien zadać dziewczynie.

- Słuchaj, Missy, nie mogę tu zostać. Moje życie jest gdzie indziej, mam… pewną misję do wypełnienia, brat mnie potrzebuje. Musi być jakiś sposób, żeby stąd wyjechać. Mam zamiar go odnaleźć. Pomyślałem, że… skoro mieszkasz tu tak długo, może powiesz mi, gdzie zacząć?

- Tak, myślałam już o tym. Po południu jestem umówiona z zakonnicami, możemy iść tam razem. To będzie pierwszy krok.

- Zakonnice?

- Ci, którzy zazwyczaj zajmowali się takimi sprawami: szeryf, burmistrz, była burmistrz, zniknęli krótko po śmierci Hooka. Nie wiem, gdzie są, ale sądzę, że siostry wiedzą. Poza tym one są teraz najmądrzejszymi i najbardziej godnymi zaufania osobami w mieście.

- Kim były w… poprzednim życiu?

- Wróżkami.