Od tej pory, oboje przyjęli strategię nie wchodzenia sobie w drogę. Liz dlatego, że jej kredyt zaufania wyczerpał się. Jeremy, ponieważ widząc jej gniewną minę bał się jej bardziej podpaść. Liz pochłonęła praca - zajmowała się nie tylko strojami ekipy, a także sporą częścia charakteryzatorki. Zarówno Cat, jak i Kevin, producent całego przedsięwzięcia, widząc jej zapał i talent, przekazali jej opiekę nad dopracowaniem szczegółów. Spędzała teraz długie godziny nad projektami, wzorami i szkicami. No koniec tygodnia zdjęciowego Cat znowu zaczepiła ją i spytała o współpracę z Jeremym. Liz zawachała się nad opowowiedzią, wspominając, że prawie codziennie musiała poprawiać i dopasowywać strój Hawkeye'a według jego osobistych wskazówek i rad.

- Prawdziwy wrzód na tyłku. Ale nie wchodzimy sobie w drogę. - stwierdziła krótko.

Cat popatrzyła na nią badawczo, ale nie dopytywała.

- Dobra, w takim razie nie zatrzymuję cię, leć zająć się naszymi drogocennymi kostiumami. - powiedziała tylko z uśmiechem. - A, i Liz? Dzisiaj w restauracji hotelowej organizujemy imprezę dla całej ekipy i oczywiście jesteś zaproszona.

- Dziękuje, postaram się przyjść - odpowiedziała wymijająco i raźno ruszyła w stronę garderób.

Pierwsza z nich, należącą do filmowego Thora, wyglądała jakby wybuchła w niej atomowa bomba, jednak jej właściciel nie zapomniał zostawić zapakowanego w pokrowiec stroju na wieszaku i opatrzonyć go krótką notatką: "Liz, przepraszam, rozdarłem pancerz na kolanie, mam nadzieję, że nie będziesz musiała się nad tym zabardzo męczyć. Chris". Uśmiechnęła się wyobrażając sobie olbrzymiego Thora skrobiącego ten liścik i zgarnęła strój. U Roberta panował z kolei idealny porządek, ale Liz wiedziała, że to zasługa pedantycznej asystentki aktora, która trzymała go w garści, niemal tak mocno, jak jego żona. Zbroja Iron Mana okazała się nawet nie draśnięta, a codzienny strój Tony'ego Starka także był idealnie złożony i nie wymagał poprawek. Wpakowała go w pokrowiec i razem ze strojem Thora oddała do czyszczenia. W końcu weszła do garderoby Jeremy'ego. Bałagan w pomieszczeniu nie zdziwił jej zupełnie, ale kostiumu nie mogła nigdzie znaleźć. Zaczęła podnosić kolejne dziwne przedmioty z krzeseł i podłogi, zastanawiając się gdzie mógł się podziać i modląc, żeby strój był w lepszym stanie niż reszta garderoby. W końcu wyciągnęła spod kanapy górną część pancerza. Reszty nie było widać. Na stole wśród poniewierających się kartek scenariusza natknęła się na kilka zdjęć. Nie mogąc oprzeć się ciekawości wzięła do ręki pierwsze z nich. Spoglądałą na nią wesoło uśmiechnięte para. Mimo, iż robione z ręki miało niewątpliwie swój urok. Blondynka obowała ramieniem niewiele wyższego mężczyznę, który całował ją w policzek. Z trudem rozponała w mężczyźnie znanego jej aktora - Jeremy wyglądał na nich zupełnie inaczej: był młodszy, miał dłuższe włosy i w żaden sposób nie przypominał ponurego gbura, z którym miała do czynienia ostatnio.

- Co TY tu robisz? - usłyszała nagle wściekłe pytanie. Zaskoczona odskoczyła w bok, wpadając na stolik i strącając z niego kilkanaście butelek.

- P-przepraszam, nie wiedziałam, że tu jeszcze będziesz! Wszyscy z ekipy poszli na to przyjęcie w hotelu, chciałam tylko zabrać kostium... - zaczęła się tłumaczyć, zastanawiając się co się właśnie dzieje i czemu leży na ziemi. W końcu podniosła wzrok i okazało się, że to Hawkeye we własnej osobie stoi w drzwiach garderoby i paląc papierosa przygląda jej się zdziwiony. Na widok jej bezradnej miny, poderwał się, wrzucił papierosa do najbliższej puszki i podbiegł do niej i wyciągając swoją wielką dłoń pomógł jej wstać. Nagle zaczął się śmiać.

- Co Cię tak śmieszy? - warknęła Liz, pocierając obity bok.

- No, wybacz, nie chciałem Cię aż tak wystraszyć, ale żebyś widziała swoją minę! To był naprawdę epicki upadek. - Jeremy dalej zanosił się od śmiechu.

- Aż tak?! Wybitnie zabawne, naprawdę. Przeraziłeś mnie na śmierć! - odpowiedziała, ale widząc jego twarz, na której malowała się mieszanina przerażenia i rozbawienia, sama nie mogła powstrzymać uśmiechu.

- Szukam twojego kostiumu. Muszę sprawdzić w jakim jest stanie, naprawić i oddać do czyszczenia... - powiedziała szybko, mając szczerą nadzieję, że nie zwrócił uwagi na to, że w ręku dalej trzyma jego prywatne zdjęcia.

- Jak widzisz - Jeremy wskazał na siebie. - Dalej mam go na sobie. Nic mu nie jest, ani jednego draśnięcia. Za to łuk trochę oberwał... - stwierdził.

Dziewczyna nie skomentowała. Stali w milczeniu przez chwilę.

- Słuchaj Liz... Wiem, że dałem ci trochę popalić przez ostatni tydzień... Przepraszam, nie byłem sobą. - zaczął Jeremy i nagle, nie wiedzieć skąd, w jego dłoni pojawiła się piękna, do połowy rozkwitnięta róża, w kolorze bladego różu. Nie patrząc na dziewczynę, wyciągnął ją w jej stronę. - To dla ciebie. Na przeprosiny. - dodał, patrząc jej śmielej w oczy.

Liz była tak zdumiona, że nie mogła wydobyć z siebie żadnego sensownego dźwięku.

- D-d-dziękuje. - bąknęła w końcu i uśmiechnęła się do niego. Zamilkli znowu. Liz wbijała się spojrzeniem w swoje buty

- A Ty nie na imprezie? - zapytał w końcu Jeremy.

- Nie wiem, szczerze mówiąc, nie zastanawiałam się nad tym, musiałam zająć się kostiumami... - zawahała się i rozpaczliwie próbując zakończyć niezręczną rozmowę, powiedziała: - Cieszę się, że kostiumowi nic nie jest, ale i tak muszę go oddać do czyszczenia, więc byłoby świetnie, jakbyś mi go zaraz oddał.

- No dobra. Pod jednym warunkiem - powiedział Jeremy szczerząc do niej zęby. - Pójdziesz na tę imprezę i pozwolisz sobie postawić drinka. - widząc, że zaraz mu odmówi, dodał - Proszę, chociaż tylę mogę zrobić, żeby wynagrodzić tobie mój kiepski żart i... No, w ogóle.

Liz popatrzyła w końcu na niego. Stał przed nią czterdziestoletni mężczyzna, niewątpliwie przystojny, z miłym uśmiechem na twarzy. Skórzany strój jej projektu, idealnie podkreślał wszystkie mięśnie i jego wspaniałą sylwetkę. W jej głowie dalej brzęczały wszystkie rzeczy, które od niego usłyszała. Czemu próbował być dla niej miły? Skąd mu się wziął pomysł z tą cholerną różą? Co chciał w ten sposób osiągnąć?

- Zgadzam się. Ale tylko na jednego. - odpowiedziała w końcu, szczerze zdumiona własnymi słowami i zastanawiając się gdzie ją ta zachcianka doprowadzi.

Rozeszli się w studyjnym korytarzu. Liz oddała kostium i wróciła do swojego pokoju, z radością rzucając się na wielkie łóżko, przykryte miękką kapą. Najpierw jednak nalała wody do słoiczka w którym zwykle rozrabiała farby i wstawiła do niej różę. Przyjrzała jej się uważnie dotykając miękkich płatków. Kwiat jak kwiat, czym tu się przejmować - pomyślała. Miała jeszcze godzinę, żeby przygotować się do spotkania i uporządkować gonitwę myśli. Nie miała pojęcia czemu zgodziła się na jego propozycję. Od pierwszego momentu, gdy ujrzała go w drzwiach hotelowego pokoju, wzbudzał w niej tylko niechęć. Odrzucało ją jego ironiczne podejście, zblazowany charakter i tysiąc innych detali, które byłaby w stanie wymyślić w ciągu minuty. Tymczasem, choć Liz nie zdawała sobie z tego do końca sprawy, te usilne próby zracjonalizowania swojej niechęci, oddalały ją od prawdziwego źródła problemu. Gdyby przez chwilę zastanowiła się nad tym, czemu tak szczerze go nie cierpi, a jednocześnie nie potrafi oprzeć się jego uśmiechowi i nieśmiałym próbom nawiązania normalnej racji, zdałaby sobie sprawę, że ten niepokrny gwiazdor od pierwszego spojrzenia wzbudził jej zainteresowanie i to bynajmniej nieniewinne. Ale nauczona latami doświadczeń, za żadną cenę nie chciała tej myśli do siebie dopuścić. Zagrażało to jej niezależności, jej umiejętności swobodnego działania i groziło dopuszczeniu emocji w cale niełatwej pracy. Więc zamiast jak normalna kobieta, trochę poflirtować, trochę poczarować, nastroszyła piórka i wmówiła sobie, że że jest impertynenckim narcyzem. Tymczasem jednak, była umówiona z nim na drinka i mimo, iż nie chciała sobie wmawiać, że jest to cokolwiek więcej niż koleżeńska próba nawiązania kontaktu, na samą myśl o spotkaniu z nim, zaczynała szybciej oddychać. Nie chciała wyglądać jakby za nadto jej zależało, ale biorąc pod uwgę, że bedą tam WSZYSCY, nie mogła założyć czegokolwiek. Ciemnozielona sukienka z grubego, ażurowego materiału z kremową podszewką, ciężkie tureckie kolczyki i nieodłączne bransoletki wydały sie najlepszym wyborem. Rzuciła zadowolone spojrzenie w lustro i wyszła z hotelowego pokoju.