- Nie wiedziałam, że znasz się na midgardzkim winie – zauważyła Pepper zaraz po tym, jak Loki skończył składać zamówienie.

Restauracja była o tej porze prawie pełna, ale nikt nie śmiał odmówić stolika władcy sąsiedniego świata. Zwłaszcza że powszechnie wiedziano, na co jest go stać. Od dnia, w którym zawarto pokój między USA a Jotunahimem, kwestia bitwy o Manhattan i wcześniejszego występu w Stuttgarcie powracały dość regularnie w europejskich i amerykańskich mediach. Kłamca był niemile widzianym gościem, zarazem jednak był gościem, którego nikt nie śmiał wypraszać.

Uśmiechnął się do Virgini nad płomieniem ustawionej na środku stolika świecy. Nie zrobiło to na niej wrażenia. Musiał przyznać, że podziwia jej opanowanie.

- Według niektórych podań, jestem również bogiem alkoholu – odpowiedział, poprawiając się nieco na krześle. Obsługujący ich stolik kelner wrócił z zamówionym trunkiem.

Wino było białe, półsłodkie i miało delikatny, przyjemny aromat. Podającemu je młodemu mężczyźnie lekko drżały ręce i ostatecznie Loki zabrał mu butelkę i sam napełnił kieliszki. Twarz kelnera, gdy odchodził, była bielsza od okrywających stoły obrusów.

- Za co wzniesiemy toast? Za pokój na świecie? - zapytał Kłamca, patrząc w oczy Virginii.

- Jeśli to miał być żart... - zaczęła, nawet nie sięgając po kieliszek.

- Nie był – zpewnił Loki przerywając jej. - Gdybym żartował, śmiała byś się, zapewniam – dodał, posyłając jej uśmiech za który Thor, gdyby mógł, odstąpił by mu Mjolnira.

Ale Pepper nie była Thorem i czarujące uśmieszki na nią nie działały. Ujęła kieliszek między smukłe palce.

- Za pokój, Loki Laufeysonie – powiedziała chłodno, jakby rzucała mu wyzwanie.

Wznieśli kieliszki w toaście.

- Naprawdę pragnę pokoju – zauważył, gdy odstawili kieliszki. - Świata w którym nie ma wojen.

- Nie ma wojen, bo wszyscy służą tobie? Tak to widzisz? - Teraz to ona weszła mu słowo.

Nie odpowiedział od razu, bo kelner, już inny, przyniósł zamówione dania. Początkowo Loki chciał zamówić homara, ale uznał, że prawdopodobnie nie powstrzymałby się przed porównaniem do Starka w jego czerwono-złotej zbroi i postanowił zostawić je na okazję, kiedy Iron Man będzie mógł zripostować. Mimo wszystko pozostał przy owocach morza. Odkąd ich pierwszy raz spróbował, stanowiły jego małą słabostkę. Zwłaszcza ostrygi, ale te również odpuścił. Nie chciał być skojarzony z popularnym afrodyzjakiem. Nie potrzebował afrodyzjaków.

- To jedno z możliwych rozwiązań – zauważył, nim zaczęli jeść. - Ale, jak wspominałem, mam już swoje królestwo. Nim do końca mnie potępisz, zważ na różnicę między światami, w których się wychowywaliśmy. Asgard posiada system feudalny i kulturę rycerską, władcy rządzą, a poddani im służą. Nie ma w tym nic uwłaczającego. Nawet niewolnik może być szanowany przez księcia – dodał, jakby do własnych wspomnień.

- W Asgardzie jest niewolnictwo?

- Oczywiście. Ale nie takie, jakim je sobie wyobrażasz. Przepraszam, ale czy możemy najpierw zjeść? Nie dorównuje apetytem bratu, ale gdy mam przed sobą te pyszności, zaczynam tracić na elokwencji – dodał, wskazując na swój talerz.

Nie spodziewała się takiego zachowania i rozbawiło ją ono, tworząc pierwszą drobną ryskę na murze, jaki postawiła między nimi w chwili pierwszego spotkania. Kłamca wiedział o tym, wiedział też, że przerywając w takim momencie, sprawi, iż przez cały czas trwania posiłku będzie myślała, pobudzi jej ciekawość.

Jedli w milczeniu. Czuł na sobie jej ukradkowe spojrzenia, coraz częstsze w miarę jak zbliżali się do końca. Wreszcie, gdy odłożył sztućce na talerz i wytarł usta serwetką, znów spojrzał na swoją rozmówczynię.

- Zacząłeś mi sugerować, że miano niewolnika może być zaszczytne – zauważyła Pepper z przekąsem.

Loki uśmiechnął się. Upił łyk wina.

- Powiedziałem tylko, że może się zdarzyć, iż książę będzie szanował niewolnika. Osoba która, gdy byliśmy dziećmi, była opiekunem i nauczycielem, moim i Thora, była formalnie niewolnikiem. Formalnie, ponieważ my obaj traktowaliśmy go jak członka najbliższej rodziny, był dla nas niemal takim samym autorytetem jak Odyn. Niestety okazało się, że życzy śmierci nam i Wszechojcu. Jego zdrada jest jednym z najsmutniejszych wspomnień, jakie mam z tamtych lat.

- Myślę, że bóg kłamstwa nie powinien mieć pretensji o zdradę – Pots spojrzała na niego znacząco.

Nie odciął się, uciekając spojrzeniem. Twarz miał smutną.

- W tej chwili w pewien sposób rozumiem jego nienawiść, ale nadal nie umiem mu wybaczyć – odpowiedział cicho, powoli znów kierując wzrok na swoją rozmówczynię. - Wspomniałem o tym, żebyś mogła dostrzec, jak chaotycznym miejscem jest z mojego punktu widzenia świat, w którym „wszyscy są równi". Co jest kłamstwem, swoją drogą. Wybraliście sobie innych panów i nadaliście im inne miana, przynależność nie jest już związana z granicami, ale nadal jednych otacza splendor i bogactwo okupione ciężką pracą innych.

- Staramy się to zmienić...

- A ja staram się by moi poddani byli szczęśliwi. Wydaje mi się, że jeśli władcy są świadomi ciężącej na nich odpowiedzialności, wcale nie trzeba niczego zmieniać. W Asgardzie to się udało. Nigdy nie poczułem ukłucia żalu, klękając przed moim ojcem. Dawałem mu wyraz szacunku, na który on zasługiwał. Nawet nie wiesz, jak trudnym dla mnie jest stanięcie z nim na równi – dodał. W miarę jak mówił, jego głos wypełniało lekkie drżenie. Wypowiadając ostatnie słowa, wydawał się być bardzo zagubiony i samotny.

Pepper nie chciała wierzyć w ten obraz, a z drugiej strony budził on w jej sercu współczucie i rodzaj troski. Przestraszyła się, uświadamiając sobie, jak blisko jest chęci pocieszenia siedzącego z nią przy stole mężczyzny.

- Muszę już iść – powiedziała, choć, biorąc pod uwagę, że Tony wrócił wcześniej, jego prywatny samolot pozostawał całkowicie do jej dyspozycji i mogła rozporządzać czasem z dużą dowolnością. - Dziękuję za kolację.

- Cała przyjemność po mojej stronie – odpowiedział, podczas gdy ona już zabierała torebkę.

Nie odprowadzał jej. Zamiast tego, gdy zniknęła mu z oczu, usiadł i dolał sobie wina. A później zamówił te ostrygi i duży pucharek lodów. Co to za kolacja bez porządnego deseru?

XXX

Tony zajęty był pracą. „Śnieżka" - bo tak ochrzcił „szczura" znalezionego w kablach przez ekipę techniczną, latała w kółko, łasząc się do jego starego reaktora, który na te okazję wyjął ze szklanego pudełka. Co prawda dużo bardziej pociągał ją nowszy model w piersi milionera, ale po kilkukrotnym stanowczym odepchnięciu ustąpiła i przestała przeszkadzać Starkowi w pracy.

Około dziewiątej wieczorem zadzwoniła Pepper, oznajmiając, że już wraca. Natomiast chwilę później Jarvis przekazał wiadomość z SHIELD. Geniusz zwykle ignorował wezwania agencji, tym razem jednak sprawa wydawała się poważna.

Wystarczyło jedno słowo: Tesserakt.

- Zbroisz coś, a dam cię Steavowi na święta – zagroził Tonny, gdy miniaturowy stateczek przestał ocierać się o reaktor i popatrzył na nakładającego strój IronMana, gulgocząc z jednoznacznie pytającą intonacją. - Zostajesz tu.

Nie był pewien, w jakim stopniu Śnieżka go zrozumiała, ale opadła nieco, po czym wróciła do zataczania kółeczek nad reaktorem. Kazał Jarvisowi na nią uważać i wystartował.

Zjawili się wszyscy z wyjątkiem Thora. Czarna Wdowa miała na sobie krótką czerwoną sukienkę, spod której widać było koronkowe wykończenie samonośnych pończoch. Tony przestał się na nie gapić dopiero w chwili, kiedy agent Burton rzucił w niego zmiętą kartką papieru, trafiając w sam środek czoła.

Nick Fury wyglądał równie pogodnie, jak zazwyczaj. Stark był przekonany, że jego spojrzenie zdołałoby zamrozić jotunhaimskich posłów.

- Loki oddał Stanom Zjednoczonym Tesserakt – oświadczył prosto z mostu, kiedy uznał, że wszyscy są na nim skoncentrowani w wystarczającym stopniu.

- Tak za darmo? - Stark zdjął maskę i zajął miejsce przy stole, choć krzesło nieprzyjemnie zatrzeszczało pod ciężarem zbroi.

- Teoretycznie była to prawdziwa cena pokoju, jaki z nim podpisaliśmy – wyjaśnił superszpieg, łypiąc na nich jednym okiem.

- Nie oddałby go, gdy nie chciał, żebyśmy go dostali – zauważyła Natasha, łapiąc rękę Clinta, która powoli pełzła pod stołem w kierunku jej kolana. Sokole Oko nie krzyknął, ale skrzywił się lekko. Drobna rączka Natashy dysponowała nieproporcjonalnie dużą siłą. - Gdzie jest Thor?

- Na razie musimy poradzić sobie bez niego – odpowiedział dyplomatycznie dyrektor SHIELD, uznając, że może pominąć takie drobne szczegóły, jak pijany bóg gromów, który zapewne powitałby przyjeżdżających po niego agentów ciosem młota, gdyby małżonka nie obezwładniła go, używając w roli broni obuchowej ulicznej latarni. Zresztą linie elektryczne były już wówczas zerwane w połowie stanu.

- Asgardczycy raczej mu go nie dali na pożegnanie – wtrącił Kapitan Ameryka. Gdy wszyscy na niego spojrzeli, wydał się zakłopotany. - Wykradł go im, żeby oddać nam?

- Może chce skłócić nas z Asgardem? - podsunęła Natasha.

- Gdyby w Asgardzie wiedziano, że mamy Tesserakt, zapewne ktoś by się o niego upomniał. Sam do niedawna nie byłem poinformowany – oznajmił Fury i zabrzmiało to groźnie.

Przez chwile w sali konferencyjnej tajnej bazy panowała absolutna cisza.

- Tesserakt stanowi portal – przypomniał Tony, a jego głos w pustce wydał się nieprzyjemnie donośny. - Chyba żadne z nas nie zapomniało, do czego prowadzi. Albo raczej do kogo.

XXX

Pojawiając się z powrotem w swoim apartamencie, Loki był w zdecydowanie lepszym nastroju, niż w chwili, gdy go opuszczał. Było już późno, ale Amora jeszcze nie spała.

- Przywiozłeś coś dla mnie? - zapytała, nim jeszcze zniknęły ostatnie iskierki towarzyszące teleportacji.

- Oczywiście – odpowiedział. - Zamknij oczy – dodał, a gdy wykonała polecenie, odsunął się nieco, robiąc miejsce dla materializującego się prezentu.

Ręcznie robiony domek, czy raczej pałac dla lalek można było rozkładać i rozsuwać, tak że dało się dostać do każdego z misternie wykonanych pokoików, pełnych miniaturowych mebli.

- Już – oznajmił. Blondyneczka otworzyła oczy.

- Nie podoba mi się. Jest różowy. Powinien być zielony – oznajmiła, patrząc krytycznie na prezent.

- Więc zmień mu kolor. Już powinnaś to umieć – Loki pogłaskał jej złote włosy, wypływające spod zielonej opaski.

- Jak twojej dziewczynie nie będzie się podobał pierścionek, to też jej tak powiesz? - zapytała butnie mała, nadal niezadowolona.

Loki westchnął ciężko.

- Dobrze, każę go przemalować. Coś jeszcze?

- W pokoju Thora ma być tapeta w serduszka! I łóżeczko z czerwoną pościelą! I chce mieć chomika!

- Na co ci chomik?

- Albo nie! Króliczka. Nazwę go Puszek!

Loki zmarszczył brwi.

- Czy ty próbujesz mnie zirytować, czy tylko mi się tak wydaje.

- Nie wychodzi mi? - zapytała w odpowiedzi, wbijając w niego spojrzenie wielkich, zielonych oczu.

Sytuacje uratował Skurge, wchodząc do pomieszczenia z tacą, na której stały trzy miseczki budyniu. Loki co prawda przed chwilą zjadł lody, ale wychodził z założenia, że nie istniała zła pora na budyń. Amora na szczęście zgadzała się z nim w tej sprawie.

Usiedli. Loki i Amora na kanapie, Kat na podłodze, ponieważ midgardzkie meble zwykle nie wychodziły zbyt dobrze z interakcji z jego osobą.

- I jak było na randce? - zapytała dziewczynka, gdzieś w połowie miseczki.

- To nie była randka – sprostował Loki, studząc swój budyń zaklęciem. - Jeszcze.

- Jeszcze – powtórzyła Amora, uśmiechając się i oblizując łyżeczkę. - A następna będzie.

Loki uśmiechnął się, oblizując łyżeczkę.

- Tak. Zapewne.