John i Sherlock byli na stacji kolejowej i przyglądali się grupce osób, które stały nieopodal. Wśród nich był chłopiec z „Dziurawego Kotła", który intensywnie gestykulując opisywał coś chłopcu wyglądającemu na trochę starszego od niego. Obok nich stały duże kufry, co przywoływało uwagę przechodniów i zatrzymywało ich wzrok na dość dziwnie prezentujących się osobach.
- Myślisz, że wsiądą do jakiegoś pociągu? Za chwilę powinien przyjechać jeden, może…
- Nie. To, by było zbyt proste. – Przerwał Johnowi. – Spójrz tylko na ich bagaże, w ogóle nie wyglądają jak osoby, które mogłyby podróżować zwyczajnym pociągiem. Jeżeli mnie wzrok nie myli, to właśnie zmierza do nich dziewczyna z sową w klatce. – Sherlock spojrzał na drugi koniec peronu.
- Sową? Nie możliwe, przecież sowy są chyba pod ochro… - John urwał widząc szarego ptaka w klatce stojącej na czubku wieży z kufrów i pudełek.
- Nie znam się na sowach, ale ta wygląda na wyjątkowo inteligentną. Może sam sobie sprawię sowę… To mogłoby być całkiem interesujące. – Mówił wpatrując się w coraz większą grupę osób. – Chyba zaczynają powoli się zbierać. Ale gdzie? Pociąg odjechał minutę temu, a do następnego mają jeszcze dużo czasu. Widzisz, jak się rozglądają? Cofnij się John. – Przesunął przyjaciela i sam ukrył się za załomem ściany. – Teraz na pewno czegoś się dowiemy. I proszę bardzo! Żegnają się z rodzinami i… - Przez cały czas trzymał rękaw kurtki Johna, teraz zacisnął na niej palce i zamarł. – John? John?! John! – Odwrócił się do przyjaciela. – Widziałeś to?!
- Nie wiem… Pamiętaj o logice. Musi być jakieś logiczne wyjaśnienie. Prawda? – Skonsternowany John wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stali goście „Dziurawego Kotła".
Po dłuższej chwili Sherlock wyszedł z cienia i ruszył w stronę ściany na dworcu. Znajdowała się ona pomiędzy peronem 9 i 10. Obszedł ją dookoła, dotykał i szukał czegoś, co otworzy „tajemne" przejście. Na koniec wyjął swój zapasowy zestaw młodego detektywa-chemika i zebrał tynk ze ściany do dokładnej analizy. John przyglądał się jego badaniom z dziwną miną.
- Coś znalazłeś?
- Nic specjalnego. Trochę mało miejsca, na ukryte przejście, ale może to być złudzenie optyczne. Możliwe, że wykorzystują techniki, o których nie mamy pojęcia i dzięki temu potrafią, tak przekonująco przechodzić przez ściany. Zebrałem próbkę do badań. – Sherlock nadal pochylał się nad ścianą i z nosem przy niej przeczesywał każdy milimetr powierzchni.
- Rozumiem… Wracamy? Z pewnością znajdziesz odpowiedź, jeśli obejrzysz dokładnie próbkę? – John widać, nie czuł się komfortowo w tej sytuacji. Z założonymi rękami patrzył na Sherlocka i przechodzących, którzy rzucali im wyjątkowo nieprzyjemne spojrzenia.
- Jeszcze tylko jedno… - Sherlock oderwał nos od ściany i wyprostował się. Cofnął się i nagle ruszył w stronę ściany uderzając ciałem w chropowaty mur. John podbiegł do niego, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zaczął czyścić zadrapania na twarzy przyjaciela.
- Kompletnie zgłupiałeś?! Co ty robisz?! – Przechodzący ludzie wpatrywali się w nich z nieskrywanym śmiechem. – Mało masz już blizn? Ciekawe, co powie Lestrade, gdy tym razem cię zobaczy. „Nie, to nie przez bójkę. Kot też go nie zaatakował. Wiesz… Sherlock po prostu chciał przejść przez ścianę i tak wyszło, że jednak mu się nie udało."
- Musiałem spróbować. Teraz przynajmniej wiem, że tak po prostu nie można tego zrobić. Jednak nadal zastanawia mnie, jak im się to udało. Iluzja… Iluzja… - Wyrwał się z rąk Johna i poszedł w stronę wyjścia. John z zakrwawioną chusteczką pobiegł za Sherlockiem, który wyglądał jak po spotkaniu z hordą wściekłych kotów.
- Mógłbyś się zatrzymać? Pójdę do apteki po wodę utlenioną zanim wda się zakażenie. Trzeba też sprawdzić, czy nos nie jest złamany. Słyszysz mnie? Sherlock!
- Nie teraz John, jestem zajęty. Muszę pomyśleć… - Zatrzymał taksówkę i wsiadł do niej nie czekając na przyjaciela. Taksówkarz otaksował go wzrokiem i mruknął:
- Ale się panu trafiło… Kobieta pewnie, co? A taką ładną ma pan gębę, a raczej miał pan. Szkoda…
Sherlock zasunął szklane drzwiczki łączące go z kierowcą, poprawił kołnierz płaszcza, zapadł się w siedzeniu i spuścił głowę. John stał zdenerwowany, w końcu schował chusteczkę do kieszeni i poszedł w stronę metra. Postanowił, że przestaje przejmować się Sherlockiem i jego kolejnymi złamaniami.

Drzwi przy Baker Street 221B trzasnęły i Sherlock wbiegł po schodach mijając zdziwioną panią Hudson. John siedział na kanapie i oglądał teleturniej w telewizji, nawet nie podniósł wzroku na wchodzącego przyjaciela. Nadal był zły i nie chciał, by spojrzenie na „zdewastowaną" twarz Holmesa przepędziło to uczucie.
- Jedzhiemy do „Dziurawhego Kotła". Szybkho, taksówka na nas czeka. – Wymówił dziwnie nosowym głosem. John nadal wpatrywał się w ekran telewizora i udawał, że niczego nie słyszy. Sherlock stanął tuż przed nim zasłaniając sobą obraz i powtórzył. – Jedzhiemy do pubu na Charhing Cross Rhoad. – John w końcu podniósł wzrok na przyjaciela i nagle zerwał się z kanapy.
- Cholera, Sherlock! Przecież ty masz złamany nos! Zobacz, jak to spuchło! Nie jedziemy do żadnego pubu, tylko do szpitala. Ktoś musi ci go złożyć zanim będzie gorzej. Jezu, Sherlock… Czy ty zawsze musisz robić coś takiego?
- Nhic mi nhie jest. Jedzhiemy John, bo nhie ma czasu! – Pociągnął Johna w stronę schodów. Na dole stała pani Hudson, która na widok Sherlocka załamała ręce i obiecała, że upiecze ciasteczka do ich powrotu ze szpitala.
- Jesteś okropnie uparty… Z takim nosem nic nie zrobisz. Najpierw szpital, a potem ten pub. – Odezwał się John, gdy siedzieli już w taksówce.
- Nhie! Jedzhiemy do pubu! Whiem, co się dzhieje i musimy tho sprawdzić. – Mówił tak szybko, że ledwo można było go zrozumieć.

Taksówka podjechała na Charing Cross Road. Sherlock i John ruszyli w górę ulicy szukając „Dziurawego Kotła". Przeszli przez nią kilka razy, ale nie mogli odnaleźć pubu, w którym spędzili ostatnią noc.
- Ohn tu bhył. – Sherlock krążył między budynkami. Zatrzymał się i skupił się na obrazie pubu. – Drzewho po lewej stronie, znak przhejścia dla pieszych na wprost, brhak kostki brukowej obok drzwi… - Mruczał pod nosem i nagle przywołał Johna ręką.
- Jak mogliśmy go nie zauważyć? – John patrzył w oświetlone okna, gdy Sherlock pociągnął go za rękaw i razem weszli do środka. W pubie było całkowicie pusto, nie licząc barmana, który spojrzał na nich zdziwionym wzrokiem.
- Zamknięte dla gości. – Odezwał się chropowaty głos gospodarza.
- Mhusimy porozmhawiać. Whiemy, co się dzhieje i jeżehli teraz nic nam nhie wyjaśnhisz, to jutro cały Londyn dowhie się wszysthiego! – Sherlock wycelował palcem w barmana. Barman spojrzał na niego zdziwiony, a następnie na Johna, który stał obok Sherlocka z podobną miną.
- Nie rozumiem, co on do mnie mówi… - Popatrzył na Johna licząc na jakieś wyjaśnienie.
- On mówi, że wie o wszystkim, co tutaj się dzieje i czeka na dalsze wyjaśnienia. W innym wypadku jutro gazety będą się rozpisywały o odkryciu jakiego dokonał. – Z łatwością wszedł w rolę tłumacza nowego języka Sherlocka.
- Nie wiem o czym mówicie. Prowadzę tylko bar i nic nie wiem. Poza tym jest zamknięte, więc…
- Khłamiesz! Dobhrze wiesz o cho chodzi! – Barman wykonał ruch, jakby chciał coś wyciągnąć z kieszeni. – Nhie radziłbym tegho! – Im dłużej mówił, tym coraz trudniej było go zrozumieć. – Jeżheli coś namh się stanhie, to jutrho opublikują artykhuł w „The Sunh" ze wszystkimi materhiałami jakhie im przekazhałem. I przesthań udawhać, że mnhie nhie rozumhiesz! – Sherlock patrzył na mężczyznę spokojnym, ale ostrym spojrzeniem. Mierzyli się wzrokiem przez kilka chwil, w końcu barman skapitulował. Pokazał im ręką stolik i usiadł razem z nimi.
- Chcę whiedzieć, cho się dzhieje. – Sherlock spoglądał wyczekująco.
- Najpierw naprawię twój nos, bo nie da się ciebie słuchać. – Mężczyzna skrzywił się i wyciągnął z kieszeni różdżkę. – Volnera Sanantu – Powiedział celując nią w Sherlocka. – Lepiej?
- Co to było? – Holmes przechylił się przez stół i próbował złapać patyk, który przed chwilą uratował jego nos.
- Myślałam, że wiesz już wszystko… Przecież mówiłeś… - Barman spoglądał, to na Johna, to na Sherlocka i nie wiedział, co ma zrobić.
- Kłamałem, ale teraz nie masz wyboru. Mów, co się dzieje. Najlepiej od początku, tłumacząc wszystko, co tylko można. John nie wszystko może złapać od razu. – John wysłał Sherlockowi mordercze spojrzenie. – Sam masz problem i potrzebujesz pomocy. Wypaliłeś dzisiaj 3 paczki papierosów i nadal jesteś zdenerwowany. Jestem pewien, że będę mógł coś na to poradzić. – Uśmiechnął się szeroko.
- Mógłbym wymazać wam pamięć i …
- Mógłbyś, ale potrzebujesz mojej pomocy. - Sherlock spojrzał na barmana szczerząc zęby w swoim popisowym uśmiechu. Po chwili można było usłyszeć podekscytowane pytania Holmesa, ciągłe „niemożliwe!" i „nieprawdopodobne!" wylewające się z ust Johna i chropowaty głos barmana, który powoli odpowiadał na pytania i streszczał pokrótce całą historię świata magii.