Burza

Opracowałem plan. Szybki i precyzyjny. Po weekendzie zdecydowałem się zaczaić się na Johna pod jego domem, mając głęboko w nosie, że jego rodzina, w szczególności ojciec, mogli być w domu. Zamierzałem zaczekać na Johna i porozmawiać z nim o tym, jak to przyjemnie szła mu współpraca z moim ojcem. Wolałem zrobić to ja niż Victor. On zdecydowanie nie nadawałby się na spokojną rozmowę.

Oparłem się o pień drzewa rosnącego po prawej stronie ganku Watsonów i ukryłem się w cieniu, by obserwować drogę. W międzyczasie zerknąłem na dom, kierując wzrok na okna pierwszego piętra, ponieważ to zapewne tam znajdował się pokój Johna. Przez chwilę zastanawiałem się, jaką minę miałby chłopak, gdybym wślizgnął się do jego pokoju i tam na niego poczekał. Uśmiechnąłem się. Zdecydowanie godna zapamiętania. Byłem ciekaw, jak by zareagował, ale istniało pięćdziesiąt procent szans, że trafiłbym do odpowiedniego pokoju. Zatem musiałem czekać.

Gdy dwa dni temu Lestrade odwiózł mnie do domu czekał tam już na mnie ojciec i Mycroft, który odprowadził mnie pod same drzwi pokoju, dając mi jasno do zrozumienia, co sądzi o całej tej sprawie, marnowaniu mojego życia i spędzaniu czasu z osobą takiego pokroju jaką był Victor. Mój brat był nie do zniesienia, a stało się to krótko po tym, jak wyjechał do college'u. Dlatego bałem się pójść na studia, by nie stać się taki jak on, mimo iż nie było to możliwe. Bardzo się od siebie różniliśmy.

Zmarszczyłem brwi, gdy na wyświetlaczu komórki dostrzegłem wpół do trzeciej. Według planu lekcji, który udało mi się wydobyć z szafki Johna, powinien on być już od ponad godziny w domu. Coś się nie zgadzało. Zerknąłem na zdjęcie, które udało mi się zrobić, by upewnić się, że spojrzałem na dobry dzień. Wtedy go zobaczyłem. Im bliżej domu John się znajdował tym więcej szczegółów dostrzegłem.

Wyszedłem z cienia w momencie, gdy John wsunął klucz do zamka i wbiłem wzrok w tył jego głowy.

- Długo ci to zajęło.

Odwrócił się jak na komendę, kładąc dłoń na klatce piersiowej.

- Chryste, Sherlock. – Wciągnął głęboko powietrze do płuc.

Zmrużyłem oczy.

- Wracasz z treningu.

Zauważyłem, jak jego ciało się napięło.

- Nie, dlaczego?

- Nie jestem idiotą. Natomiast ty jesteś zmęczony, mimo iż pokonujesz tą samą drogę pięć razy w tygodniu, masz zaczerwienione policzki, spocone czoło i przyspieszony oddech oraz właśnie dopadła cię kolka. – Uśmiechnąłem się, czując jak słowa wypływały z moich ust. – Nie warto kłamać w mojej obecności, John. To tak na przyszłość.

John zwiesił głowę i rzucił torbę na fotel stojący pod ścianą na ganku. Zerknąłem na jego prawą dłoń, która na zmianę rozluźniała się i zaciskała w pięść. Bingo. Był zdenerwowany, co oznaczało, że miałem rację.

- Jeśli zależy ci na względach u mojego ojca najlepiej, gdyby twój stan konta przekraczał dziesięciokrotnie średnią krajową. Na początek powinno wystarczyć.

- Słucham? – John zmarszczył brwi i zerknął na mnie, przystając na szczycie schodów. Podszedłem bliżej i, co było dość zabawne, zauważyłem, że w takim ułożeniu jesteśmy równego wzrostu. – N-nie rozumiem…

- To raczej nic nowego – odezwałem się z uśmiechem, który szybko spełzł z mojej twarzy. – Sprzedałeś mnie i Victora mojemu ojcu. Wiedziałeś, gdzie nas znaleźć, ponieważ sam napomknąłem ci kilka nazw knajp podczas redagowania tej twojej pieprzonej gazety!

- Ja… To nie tak… - Oczy Johna wypełniły się strachem, ale uniósł głowę i spojrzał na mnie. – Chcesz lemoniady?

Zamrugałem szybko kilka razy i odwzajemniłem jego spojrzenie. To było fascynujące. John Watson najzwyczajniej w świecie zaproponował mi lemoniadę. Tego nie było w moim scenariuszu. Zaskoczył mnie.

- To nie jest tak… - John przestąpił nerwowo z nogi na nogę. – To nie tak, Sherlock. Chcę… wyjaśnić. Ja przepraszam… Chcesz lemoniady?

Byłem zaintrygowany, jak nigdy w życiu. W większości ludzie nie zamieniali ze mną ani słowa, nawet jeśli miałem z nimi dłużej do czynienia i ignorowali mnie przez większość czasu, czy to ze wstydu, obrzydzenia, a nawet strachu, a ten mały człowiek zadał mi pytanie, które znaczyło tyle samo, co pytanie o to, czy jestem spragniony.

- Dlaczego miałbym? – Uniosłem jedną brew, wzruszając ramionami.

- Ja… nie wiem. – John ewidentnie poczuł się zmieszany.

- Chcę wiedzieć po jakie licho wtrącasz się w nie swoje sprawy. Nie wystarcza ci to, że musimy już razem spędzać godzinę po trzy razy w tygodniu? – warknąłem.

- Przepraszam, ja… Chcę to wyjaśnić, Sherlock, pozwól mi, proszę.

Chwycił swoją torbę i przekręcił klucz w zamku.

- Wejdź do środka. Zanosi się na deszcz, nie będziemy gadać tutaj.

Spojrzałem za Johnem, gdy ten zniknął za drzwiami. To było dla mnie coś nowego. Niewątpliwie chłopak popadał ze skrajności w skrajność. Raz nieśmiały, zmieszany, przestraszony i płochliwy jak sarna, a za chwilę opanowany, miły, otwarty, roześmiany i zdecydowany. John Watson. Zdecydowanie był inny niż cała reszta znanych mi ludzi.

Rozejrzałem się dookoła, zwracając uwagę na poszczególne fragmenty domu, gdy już znalazłem się jego wnętrzu. Zauważyłem, że salon był niewielki, ale schludny. Przy jednej ze ścian stał regał na półki, przy drugiej kominek, a na jego gzymsie mnóstwo zdjęć. W kącie kręcił się mały wiatraczek. Na stoliku leżały przeróżne magazyny i książki o tytułach takich jak Amerykański Tygodnik Lekarski, Przegląd medyczny oraz Myśl wojskowa i Za mundurem.

Po chwili John wrócił do mnie, rzeczywiście trzymając w dłoni dwie szklanki lemoniady. Gestem wskazał mi bym wszedł do salonu, a ja zrobiłem kilka niepewnych kroków. Czułem się nieswojo, nie będąc w swoim domu. Wszystko było tu obce, a ja nienawidziłem cudzego. Poczułem, jak moje ciało napina się na każdy najdrobniejszy ruch lub dźwięk wydobywający się z domu.

- Kanapa nie gryzie – odezwał się cicho John, a ja odwróciłem się, by na niego spojrzeć. Zobaczyłem na jego twarzy delikatny uśmiech. Objąłem raz jeszcze wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowaliśmy i usiadłem we wskazanym miejscu. – Wiedziałem, że mój tata coś poprzekręca. – Nie odezwałem się, lecz odwróciłem wzrok, wzdychając głęboko. (Niepotrzebna dramaturgia, jak powiedziałby Mycroft.) Spojrzałem w okno i dostrzegłem ciemne chmury. Zanosiło się na ulewę i to niemałą. Grzmot, który po chwili usłyszałem tylko to potwierdził. Przekląłem w duchu, ponieważ nie chciałem zostawać tu ani minuty dłużej. Oby John się streszczał. - … więc podałem mu kilka nazw… Sherlock? Czy ty mnie słuchasz?

Oderwałem wzrok od okna, zdając sobie sprawę, że odpłynąłem. Niech to szlag. Ile czasu? John zapewne myślał, że go ignorowałem, ale być może mówił coś istotnego. Cudownie. Wyłączyłem się i to w czyjeś obecności.

- Oczywiście – odparłem. – Ale przyspiesz z łaski swojej, bo zaczynam się nudzić.

- To powtórz. – Spojrzałem na Johna, nie rozumiejąc. – Powtórz moje dwa ostatnie zdania.

Wbiłem w niego wzrok i zmrużyłem oczy, unosząc kącik ust do góry. Otworzyłem usta, by mu odpowiedzieć, lecz zanim wydobyłem z siebie jakikolwiek dźwięk ktoś zdecydował mi się przerwać.

- Johnyyy!

Zobaczyłem, jak do pokoju wbiegła młodsza, dziewczęca wersja Johna. Te same błękitne oczy, blond włosy sięgające ramion i kręcące się przy końcówkach oraz ten sam kształt twarzy. Dostrzegając mnie, stanęła w pół kroku i wbiła we mnie zainteresowane spojrzenie. Świetnie.

- Kto to jest?

- Harry, idź do swojego pokoju, okay? Przyjdę do ciebie potem. – John wstał, żeby chwycić ramiona dziewczynki i popchnął ją delikatnie w kierunku wyjścia.

- Co on tu robi? Dlaczego on ma kolczyk w uchu? Dziewczynki noszą kolczyki, a on jest chłopcem.

Uśmiechnąłem się mimowolnie.

- Harry…

- To twój chłopak?

- To kolega ze szkoły, wyjdź już. Proszę. – Usłyszałem niemalże błaganie w głosie Johna i zauważyłem, jak jego policzki pokrył delikatny rumieniec.

- Będziecie się całować? – Dziewczynka nie dawała za wygraną.

- Harry!

- Charlotte mówi, że jak do jej siostry przychodzi chłopak to oni się całują, a potem zamykają w pokoju, a on ją dotyka. Wy też tak będziecie?

John chwycił siostrę za rękę i pociągnął w stronę drzwi, przybierając niesamowicie purpurowy odcień skóry na twarzy. Harry wyszarpnęła swoją dłoń, gnając przed siebie.

- Pani Hudson, Johnny ma chłopaka! – krzyknęła, znikając z salonu i biegnąc w głąb domu, lecz nie udało mi się dostrzec gdzie. Choć jej krzyki nie były już takie głośne nadal wyraźnie było słychać, jak wyraźnie ekscytowała się informacją, że przyszedłem odwiedzić jej brata.

John odwrócił się, pocierając nerwowo swój kark i nawet nie podniósł głowy by na mnie spojrzeć. Był zażenowany.

- Przepraszam… Ona tak ma… Myślałem, że jej nie ma… Ja… Przepraszam… - mamrotał pod nosem i usiadł z powrotem na kanapie. W salonie zapadła cisza, którą po chwili rozdarł grzmot i błyskawica przecinająca niebo, a zaraz po niej usłyszałem, jak krople deszczu zaczęły bębnić w parapet.

- Nie myślałeś kiedyś, żeby zamknąć ją w komórce? – przerwałem ciszę, a John spojrzał na mnie zaskoczony. – Ja tak zrobiłem. Zamknąłem brata w piwnicy, gdy mnie irytował.

- Nigdy nie słyszałem, żebyś miał młodszego brata. – Chłopak zmarszczył brwi.

- Bo nie mam. Zamknąłem tego o siedem lat starszego.

John wybuchł śmiechem, który zabrzmiał tak szczerze i radośnie, że moje kąciki ust również wygięły się w szerokim uśmiechu.

- Jesteś okropnym bratem.

- Od tego są młodsi bracia – odparłem, jakby to było oczywiste, a John znów uraczył mnie uśmiechem.

By zyskać na czasie John chwycił szklankę lemoniady i upił kilka łyków. Moja pozostała nietknięta. Na dworze mocno się rozpadało i wiatr zacinał, smagając kroplami deszczu o szybę. Ciemne niebo przecięła błyskawica, a grzmot zadudnił tak głośno iż miałem wrażenie, że zadrżały okna.

- Gdy w sobotę mój tata wrócił do domu… - zaczął ponownie John, lecz nie było mu dane skończyć, ponieważ do salonu weszła starsza kobieta, niosąc w dłoniach tackę.

- Chłopcy, zrobiłam wam herbatkę. Przyniosłam też kilka ciasteczek, powinny wam smakować. – Uśmiechnęła się przyjaźnie i spojrzała na mnie. – Sherlock, nieprawda?

Uniosłem brwi i potaknąłem powoli.

- Widziałam cię wcześniej, jak czekałeś na Johna. Znam twoją mamę, cudowna kobieta, cudowna – westchnęła. – To miłe z twojej strony, że odwiedzasz swojego kolegę. Ostatnio John miał problemy z nogą i narzekał, że przydałaby mu się jakaś kompania. To taki typ samotnika i domatora…

- Pani Hudson – mruknął żałośnie John i potarł czoło, na co ja zmrużyłem oczy, czując rozbawienie i spojrzałem na kobietę.

- Dziękuję za herbatę – odezwałem się, siląc się na miły ton i zmuszając do uśmiechu.

- Och, nie ma sprawy, kochany.

Siłą woli powstrzymałem się od cofnięcia głowy na dotyk dłoni na moim policzku i odprowadziłem kobietę wzrokiem, dopóki ta nie wyszła z salonu. Zacisnąłem usta, zauważając jak głęboka cisza znów zapadła w pokoju. Odtworzyłem w głowie tę zaledwie parosekundową rozmowę z panią Hudson. To prawda, że jedyną osobą, która choć trochę uczucia wlewała pomiędzy naszą rodzinę była moja matka, ale to pierwszy raz, gdy ktoś wyraził się z takim zachwytem na któregokolwiek członka mojej rodziny.

Westchnąłem przeciągle i spojrzałem na tackę, którą przyniosła kobieta.

- Nie sprzedałem ciebie mojemu tacie, Sherlock – odezwał się cicho John, a ja odwróciłem głowę, by na niego spojrzeć. – Tego dnia wrócił do domu, wparował do mojego pokoju i zapytał mi się wprost, czy znam najczęściej odwiedzane puby lub knajpy przez uczniów naszego liceum w naszym miasteczku. Nie miałem pojęcia, o co mu chodziło, ale on powiedział, że pomaga odnaleźć zaginionych chłopaków ze naszej szkoły. – John spojrzał mi w oczy. – Nawet się nie zastanawiałem. Podałem mu nazwy wszystkim miejsc, które kiedykolwiek widziałem lub które obiły mi się o uszy, ale, Sherlock, przysięgam, że nie miałem pojęcia, że chodziło o ciebie. – Chwycił szklankę z lemoniadą i zakołysał nią powoli. – Dopiero później spostrzegłem policyjny wóz przed moim domem i posterunkowego Lestrada. Wtedy do mnie dotarło, że chodziło im o ciebie i pewnie Victora.

Zmarszczyłem brwi, słuchając uważnie i obserwując Johna, by upewnić się, że nie kłamał, lecz ewidentnie mówił prawdę. Znałem się na tym.

- Dostrzegając Lestrada, wiedziałeś, że chodziło o mnie. Skąd?

- Och, ja… Widziałem, jego samochód bardzo często pod waszym domem.

I teraz wszystko jasne. Lestrade wiele razy odwiedzał moich rodziców w cywilu, dlatego John od razu skojarzył go z moją rodziną. Powoli pokiwałem głową. Sprawa wyglądała teraz zupełnie inaczej. John nie był winny, a ja przygotowałem się na słowne przedstawienie moich dedukcji, które miały na celu nic innego jak przestraszyć go i no cóż odegrać się. Westchnąłem. Idiota ze mnie. Jak mogłem tak po prostu uwierzyć w te brednie, które zaserwował ojciec Johna? Jak mogłem wyciągnąć złe wnioski? Victor miał na mnie zły wpływ. Jak idiota byłem zaślepiony złością i chęcią zemsty.

- Przepraszam, Sherlock, jeśli przeze mnie miałeś kłopoty – mruknął John. – Ja… Przepraszam… Nie wiedziałem…

- Przestań bełkotać, John. – Wywróciłem oczami i wstałem. – Miło się gawędziło – dodałem z sarkazmem i ruszyłem ku wyjściu, opuszczając salon i otwierając drzwi w korytarzu.

- Sherlock, zaczekaj. – Usłyszałem, jak John wyszedł za mną i przystanął za moimi plecami. – Chcesz wracać w taką ulewę?

Na niebie błyskawica pojawiła się jednocześnie z grzmotem. Krople deszczu z łomotem uderzały o ziemię, a kałuże przed domem Johna łączyły się, tworząc małe jeziorka.

- Możesz zostać i przeczekać burzę u mnie – zaproponował John, a ja poczułem silny poryw wiatru, trzymając mocno gałkę od drzwi, by te nie wyrwały mi się z ręki i uderzyły o ścianę.

- Zdaje się, że twój ojciec nie darzy mnie szczególną sympatią.

- Wydaje ci się. On po prostu cię nie zna.

Uniosłem brwi.

- A ty tak?

John otworzył usta, by po chwili je zamknąć. Spuścił wzrok, zaciskając usta i ponownie na mnie spojrzał.

- Wiem tyle ile samemu udało mi się dowiedzieć i z tego wszystkiego stwierdzam, że jesteś nawet całkiem znośny.

Prychnąłem, uśmiechając się.

- W takim razie nie znasz mnie ani trochę, John.

- Masz coś przeciwko… - John zwiesił głowę i znów podrapał się po karku. (Zdenerwowany.) – Żeby to zmienić? – Odchrząknął i uśmiechnął się w moją stronę nerwowo.

Wbiłem wzrok w chłopaka, przyglądając mu się przez kilka dobrych sekund. Próbowałem coś z niego wyczytać, lecz mimo iż był jak otwarta książka tym razem nie mogłem rozszyfrować nic. Jego wzrok był przyjazny, jak i uśmiech, a wyraz twarzy pogodny.

- Dziękuję za lemoniadę – odparłem, unosząc prawy kącik ust.

Odwróciłem się i wyszedłem z domu, zamykając za sobą drzwi i oddalając się szybkim krokiem. Minąłem po drodze ludzi z parasolami uginającymi się pod atakiem wichury i ulewnego deszczu, przez który włosy przykleiły mi się do czoła. Błyskawice wciąż rozjaśniały niebo, lecz ja brnąłem do przodu, nie zatrzymując się ani na chwilę i starając się nie myśleć o śmiechu Johna, uśmiechu Johna i dziwnej ciepłości, która płynęła z jego osoby.