MYSTIC FALLS, sobota, 15 czerwca 2013 r.
godz. 01 : 00 (czas lokalny)
„Teraźniejszość"
Stefan usiadł na podłodze przed kominkiem w salonie. Pensjonat spustoszyła cisza, mrok i jedynie dźwięki świerszczy, i koników polnych, rozbrzmiewały po okolicy. Mógł spokojnie odetchnąć od wszystkiego i wszystkich. Opierał się o fotel, patrząc ze łzami w oczach, na fotografię trzymaną w swoich dłoni. Skromny uśmiech widniał na jego wargach, a szalony błysk lśnił w zielonych kocich ślepiach. Pamiętał doskonale tę fotografię, kiedy i gdzie została wykonana. Miał wtedy niecałe sześć lat i był pod stałą opieką Damon'a. Jednakże ten okres jego życia, nie należał do najlepszego, wspominał go dosyć źle.
— Co ty robisz? — zapytał odrażająco głos za jego plecami. Czarna postać kontrastowała się z ciemnym pomieszczeniem, a drobne zarysy płomieni w kominku, nawet go nie dosięgały. — Nie przypominam sobie, żebym wpuścił cię do mojej sypialni, bracie.
— Nie byłem w twojej sypialni, Damon — zaprzeczył chłodno Stefan, który mimo chęci, drgnął zdradzając swój niepokój. Spiął mięśnie i z dzikością wymalowaną na twarzy, otaksował starszego brata ostrym wzrokiem. — Czego chcesz? — wysyczał.
— Skąd masz jej zdjęcie, Stefan?
— Zdjęcie dostałem od niej — westchnął cicho i stanął w wampirzym tempie, na proste nogi. Zmroził wzrokiem wampira i przybliżył się do niego, sycząc. — Nie tylko ciebie kochała, Damon. — wyszedł z pensjonatu, trzaskając frontowymi drzwiami tak głośno, że bruneta przeszył dreszcz. Zdjęcie wzbiło się w powietrze i przefrunęło przez pomieszczenie, lądując u stóp Damon'a. Podniósł ją drżącą rękom i przyjrzał się rysom twarzy. Długie kręcone hebanowe włosy, oliwkowa cera i zielone oczy.
— Tak za tobą tęsknię — wyszeptał łamliwym głosem. Po raz pierwszy od wieków, przypomniał sobie co to prawdziwa tęsknota. Nigdy nie tęsknił tak obsesyjnie za nikim, nawet za Katherine, nawet za Eleną. Za nikim. — Wróć do mnie, Cordelio.
NOWY ORLEAN, sobota, 15 czerwca 2013 r.
godz. 19 : 03 (czas lokalny)
„Teraźniejszość"
Wampir zmarszczył brwi i zagryzł wargi do krwi. Poprawił marynarkę i zmienił pozycję, w której stał już niecałą godzinę. Zasiadł za ogromnym, drewnianym stołem i włożył dłonie do kieszeni spodni. Mrużył oczy patrząc na dwójkę mężczyzn i młodą kobietę, którzy dyskutowali przez jakiś czas, tak zawzięcie, że zapewne słychać ich było na dolnym piętrze starego budynku.
Wysoki mężczyzna w granatowym garniturze, siedział naprzeciwko dziewczyny, patrząc na nią intensywnie. Wilkokrwista speszona patrzyła na stół, zaciskając dłonie w pięści na swoich nagich kolanach, zaś Brytyjczyk, który na nich łypał, nie śmiał nawet wtrącić swoich pięciu groszy, mimo to, że miał na to ogromną chęć. Chłopak, który chwilę temu zasiadł do stołu, parsknął śmiechem i zaczął drwić z trójki rozmówców, którzy zamarli patrząc na niego z niemą pretensją.
— Kol — odezwała się wiedźma, która mroziła go wzrokiem. Stała wzburzona w wejściu do pomieszczenia, trzymając w dłoni księgę i złoty medalik, który mienił się czerwoną poświatą. Drżała cała mimo tego, że starała się być twarda i obojętna na wszystko. Nie codziennie przecież dowiaduje się, że najstarszy wampir świata, pierwszy z mieszańców zostaje... tatusiem. I to przez wpadkę z jakąś przypadkową dziewczyną, która okazuje się być winowajczynią śmierci trzynastu hybryd. Patrząc na owe fakty, można było uznać Klausa Mikaelsona za głupca, jakich mało na tym świecie. Za głupca jakiego ustawa nie przewiduje.
— Czego? — zapytał pochmurniejąc. Skrzywił się, nie patrząc na wiedźmę, która wywołała na nim ból głowy, znany również dla ludzi, jako migrenę. Ciemnooki widząc naganny wzrok najstarszego brata, od razu nastroszył się cały. — No co, Elijah? Widzisz przecież, że dobrze się zachowuję. Jeszcze jej nie zabiłem — prychnął rozjuszony, nie co urażony, wiarą własnego rodzonego brata.
Jeszcze, mruknęła jego obrażona podświadomość. Która wymyślała plan na zabicie upierdliwej czarownicy. Jeszcze się ciebie pozbędę, obiecuję ci to, Sophie.
— No właśnie, Elijah. Jeszcze jej nie zabił. Przecież to cud, że wytrzymał tak długo bez zabijania kogokolwiek — potwierdził uśmiechnięty od ucha do ucha, Klaus. — Powinieneś być z niego dumny — zaśmiał się drwiąco, patrząc na przyrodniego młodszego brata, który dwie godziny wcześniej, drwił z niego i jego dziwnego zauroczenia młodą głupiutką wampirzycą.
— To nie ja zabiłem miliony ludzkich istnień. Może ci przypomnę, że zasztyletowałeś mnie na osiemset lat i zamknąłeś w trumnie — wykrztusił przez zaciśnięte zęby. — I to nie ja zabiłem chłopaka dziewczyny, w której się podobno podkochujesz. Niezła klapa, braciszku, prawda? — wypalił nie zastanawiając się ani chwili nad tym co mówi. Sens słów dotarł do niego wtedy, gdy zauważył jak wszyscy zamierając włącznie z Niklausem. Kol'owi oczy rozszerzyły się mimowolnie. Patrzył przestraszony na Klausa, który zaciskał dłonie w pięści i wyraźnie spięty wstał z fotela, wychodząc z głośnym trzaskiem z sali, zostawiając zaskoczone towarzystwo.
Elijah spojrzał na Kol'a z pretensją. To, że przeszkodził im w rozmowie to jedno, ale żeby wspominać o dziewczynie, którą jego brat kochał, było wystarczającym powodem dla którego powinno się go ukarać.
— Gratuluję, Kol. Wpadka numer osiemset jeden? — zapytał unosząc brew na minę zestresowanego brata. Wyprostowany wstał z krzesła i zwrócił się do wiedźmy, by zabrała Hayley na bagna. Gdy kobiety zniknęły z pomieszczenia, najmłodszy z rodzeństwa zaśmiał się. — Z czego się śmiejesz bracie? Kolejne parę wieków przeleżysz zasztyletowany, było warto?
— Myślałem, że jesteś przeciwko sztyletowaniu nas — odparł z nieskrywaną złością.
— Jestem przeciwko, ale tym razem przegiąłeś, bracie. Nie wiesz jak ta dziewczyna skrzywdziła Niklausa? Nie wiesz, co przechodził przez te parę lat, odkąd wyjechał z Mystic Falls? Ma za złe sobie, że zniszczył ją i jej dotychczasowe życie. Że doprowadził do tego, że wyłączyła człowieczeństwo. Nie wiesz jak cierpi, więc mógłbyś być na tyle rozsądny i nie wspominać o pannie Forbes w obecności Niklausa?
CHICAGO, sobota, 15 czerwca 2013 r.
godz. 19 : 24 (czas lokalny)
„Teraźniejszość"
Muzyka z lat dwudziestych, wypełniała opuszczony lokal, w którym popielata wiedźma wycierała właśnie mokre szklanki. Złoty medalion zdobił jej szyję, a niezliczone kolorowe światła w pomieszczeniu, rzucały cień na biżuterię, która świeciły się niczym gwiazdy. Pomarszczona skóra zdawała się być szara i dziwnie intensywnie lśnić. Czarne oczy przeszyte przerażającym błyskiem, patrzyły na wejście spod zmrużonych powiek. Mimowolnie usta kobiety się otworzyły, a z nich wypłynął dziwny jęk rozdarcia.
— Czego chcecie? — zadrżała cała, widząc jak dwie postacie suną ku niej, w bardzo szybkim tempie. Wampirzyca podeszła do baru i wyciągnęła spod lady dużą butelkę whisky, zaś praktykująca Williams rzuciła księgę na stolik, na którym leżał wazonik z kwiatkami. — Nie przypominam sobie bym zapraszała do klubu niedorobioną czarownicę i głupiutką wampirzycę.
— Ja bym na twoim miejscu zważała na słowa — podeszła do niej, otwierając paznokciem butelkę i biorąc trunek do ust. — Wiesz, w każdej sekundzie ta głupiutka wampirzyca, może cię nieumyślnie zabić, więc siedź cicho, dopóki ci nie rozkażę dać głosu. Zrozumiałaś?
— Nie będzie mi tutaj dyktować jakaś przemądrzała smarkula, która uważa się za kogoś więcej niż nędznego potwora! — wycharczała wściekła wiedźma przyprawiająca Caroline o ból głowy. Forbes się skuliła trzymając za głowę i jęcząc cicho, do czasu, gdy wiedźma padła na podłogę bez głowy. Krew buchnęła na ściany i podłogę, a leżące ciało nagle nienaturalnie posiniało, choć wcześniej było dziwnie popielate.
— Wstawaj! — zawołała kobieta mrużąc swoje ciemne oczy na blond wampirzycę. Skórzana kurtka otaczała jej ramiona, a czerwony obcisły top przylegał do ciała niczym druga skóra. Czarne leginsy i szpilki na dwunastocentymetrowym obcasie. Brązowe loki opadały kaskadami na plecy, ciągnąc się aż do pasa, a czerwone paznokcie lśniły. Podeszła kocim ruchem do leżącej dziewczyny i pociągnęła ją za włosy, odsłaniając jej spoconą twarz. — Dzień dobry, słonko.
— Katherine...
NOWY ORLEAN, sobota, 15 czerwca 2013 r.
godz. 22 : 12 (czas lokalny)
„Teraźniejszość"
Mieszaniec z cichym westchnieniem, oparł dłonie o balustradę, na balkonie od jego sypialni. Stał w białej koszuli na krótki rękaw, czarnych spodniach i swoich ciężkich butach. Włosy skręcały się w lekkie zawijaski od wilgotnego powietrza, a kilkudniowy zarost okalał jego kości policzkowe i policzki. Patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem, szukając w głowie odpowiedzi na swoje pytania, dotyczące młodej wampirzycy, która mu tak zawróciła w głowie.
Gdzie jest? Jak się czuje? Czy wciąż jest na niego wściekła? Czy związała się z kimś?
Mimowolnie na myśl, że ktoś inny ją dotyka, zacisnął dłonie na balustradzie, słysząc nieprzyjemny dźwięk skrzypienia, który skomponowała się z dźwiękiem otwieranych drzwi balkonowych. Męskie perfumy wdarły mu się do nozdrzy, a ciężkie kroki pasowały tylko do jednego przedstawiciela jego rodziny. Od lat nauczył się odróżniać kroki, oddech i zapach swojej rodziny. Będąc na wpół zwierzęciem miał bardziej wyostrzone zmysły, które pomagały mu odróżniać każdy szczegół każdego.
— Czego chcesz, Elijah'a? — zapytał chłodno Niklaus, patrząc przed siebie z zaciśniętą szczęką. — Kol przegiął. Nie wybaczę mu jego zachowania.
— Dobrze o tym wiem, Niklaus — odpowiedział spokojnie wampir. — Jednakże, proszę cię byś mu wybaczył jego nikczemne zachowanie. Faktycznie zasłużył na karę, ale żeby od razu go sztyletować? Niklaus, nie zachowuj się jak rozkapryszone dziecko. Mam nadzieję, że to przemyślisz.
Wyszedł zatrzaskując drzwi balkonowe, które po dziesięciu minutach, znów się otworzyły. Tym razem kroki były cichsze, ostrożne i luźne. Na balkonie pojawił się młodszy z rodzeństwa. Podszedł do balustrady spiętym krokiem i stanął obok przyrodniego brata patrząc przed siebie. Westchnął głęboko i przełknął ślinę, która zebrała mu się w gardle. Nigdy się nie martwił o swoją egzystencję, bo był nieśmiertelny, a jedyne co mogło go zabić to kołek z białego dębu, ale... bycie znów uwięzionym w trumnie, na kolejne dziewięćset lat, odbierało mu wizję cieszenia się dwudziestym pierwszym wiekiem. Ale przecież nie byłby sobą, gdyby nie wymyślił planu.
— Wiesz, że postępujesz lekkomyślnie przychodząc tutaj? — zapytał Niklaus, prostując się. — Wystawiasz mi się jak na tacy. Nie przeraża cię wizja kolejnych wieków słodko przespanych w trumnie? — zadrwił odwracając się do niego przodem, taksując go drastycznym wzrokiem. Miał na sobie swoją skórzaną kurtkę, czarne spodnie, szary podkoszulek i miękkie buty. Odkąd przeprowadzili się do Nowego Orleanu, Kol zmienił fryzurę na lekkiego irokeza, który miał przyciągać do niego kobiece zdobycze.
— Doskonale o tym wiem, Nik — wysyczał garbiąc się i zaciskając dłonie na murku, patrząc na dół budynku. Ludzie śmiali się i rozmawiali, nawet nie zdając sobie sprawy, że mogą w każdej chwili zostać obiadem dla krwiopijców. Dla niego. — Elijah'a kazał mi cię przeprosić.
— I co? Prosisz o wybaczenie?
— A skąd. W twoich snach, braciszku — prychnął rozbawiony Kol, poklepał go po ramieniu i czym prędzej znikł z tarasu, używając swojego wampirzego tempa. Uśmiech który momentalnie zagościł na twarzy pierwotnej hybrydy, zwiastował problemy i to nie małe dla jego młodszego brata. Zemści się na Kol'u, prędzej czy później i będzie się z tego cieszył jak nigdy.
