22 kwietnia
Z krótkiej, pospiesznej rozmowy odbytej następnego dnia wynikało, że jak do tej pory Celty nie zdołała się niczego dowiedzieć. Zdobywanie informacji na temat informatora, który wyraźnie sobie tego nie życzył okazało się trudnym zadaniem. Po południu siostry Orihara pojawiły się przed biurem firmy, w której pracował Shizuo. Jak zwykle ubrane w bluzy z kapturami, jak zwykle przepełnione stoickim spokojem i zadowoleniem z siebie. Pod tym względem naprawdę bardzo przypominały starszego brata.
- Cześć, Shizuniu! – zawołały chórkiem na widok znajomej twarzy. Ochroniarz z roztargnieniem skinął im głową na powitanie.
- Podobno nas szukałeś – powiedziała Kururi. Albo Mairu. W każdym razie ta z dłuższymi włosami. Shizuo nigdy nie był pewien, jak która z bliźniaczek ma na imię, ale chyba nie robiło im to większej różnicy.
- Nie was, tylko waszego brata – odparł obojętnie. – I właściwie nie ja, tylko jeździec bez głowy.
- O – stwierdziła ta z kocimi uszami przy kapturze.
- To łatwo go nie znajdzie – stwierdziła z przekonaniem długowłosa. – Wyjechał z miasta.
Shizuo z trudem ukrył zaskoczenie. Nie to, żeby specjalnie ubolewał nad tym faktem, ale… Wyjechał? Przecież dopiero co powrócił.
- Na długo? – spytał, starając się brzmieć obojętnie.
Siostry wzruszyły ramionami.
- Wygląda na to, że na długo – powiedziała dziewczyna ubrana w „kocią" bluzę. – Spotkał się z nami przed wyjazdem, zostawił nam trochę pieniędzy.
- Powiedział tylko tyle, że wyjeżdża w interesach i mamy go nie szukać. I tak nie miałyśmy takiego zamiaru. W każdym razie nie narzekamy, kasa się przydała.
- Kiedy to było? – spytał zdawkowo ochroniarz. Nawet nie zauważył, że trzymany w ręku papieros złamał się i trzymał się tylko na cienkim pasku papieru.
- Chyba z miesiąc temu – padła niezbyt pewna odpowiedź. Mężczyzna odetchnął z ulgą i wyrzucił połamanego papierosa na ziemię. Bliźniaczki najwyraźniej mówiły o tamtym poprzednim okresie nieobecności. Prawdopodobnie nawet nie wiedziały, że Izaya już wrócił i jest w pobliżu. Cóż, kontakty między rodzeństwem Orihara zawsze były specyficzne i nikt w Ikebukuro nawet nie próbował ich zrozumieć.
- To ciekawe. Widziałem go wczoraj, ale gdzieś polazł i za nic nie dało się go znaleźć. Myślałem, że jest z wami.
Bliźniaczki Orihara popatrzyły na niego z wyraźnym znudzeniem.
- Ach tak – powiedziała obojętnie ta w kociej bluzie.
- Typowe – stwierdziła jej siostra. – Jeśli jest w mieście, to się do nas nie odezwał. Jeśli nie siedzi w swoim biurze to nie mamy pojęcia, gdzie może być. Chodź, Kyo. Chłopaki na nas czekają.
- Tak jest, Mai. Idziemy.
- Momencik – zawołał za nimi ochroniarz. – Jak go spotkacie, przekażcie mu, że chyba szuka go pół Ikebukuro z bezgłowym jeźdźcem na czele.
Kururi Orihara odwróciła się przez ramię i uśmiechnęła się w sposób, który bardzo przypominał Izayę.
- Na pewno się ucieszy.
23 kwietnia
(Setton dołączył do rozmowy)
Setton: Kanra, Tanaka, potrzebuję waszej rady.
Taro Tanaka: Hm? Zależy o co chodzi.
Setton: To raczej osobista sprawa, ale potrzebuję usłyszeć czyjąś opinię. Może wy będziecie mogli mi pomóc?
Kanra: …
Taro Tanaka: Zawsze możemy spróbować.
Setton: No dobra… hmm. Wyobraźcie sobie, że jesteście chorzy.
Taro Tanaka: Ale jakoś poważnie, czy…?
Setton: Powiedzmy, że poważnie.
Kanra: Jeśli coś ci dolega, znam w okolicach niezłego lekarza.
Setton: Dzięki. W każdym razie... jesteście chorzy, ale z jakiegoś powodu nie chcecie się nikomu do tego przyznawać, wolicie radzić sobie z tym sami. Bliscy wam ludzie dostrzegli jednak, że coś jest nie tak, zaczęli drążyć temat i węszyć, oczywiście wszystko w dobrej wierze, bo się martwią. Jeden z waszych znajomych dowiedział się o waszej chorobie i rozpowiedział pozostałym. Obrazilibyście się, czy raczej doszlibyście do wniosku, że czas skończyć z tajemnicami i powiedzieć im prawdę?
(Kanra opuściła pokój)
Setton:…
Taro Tanaka: Nie chcę wysnuwać zbyt pochopnych wniosków, ale Kanra chyba by się obraziła.
24 kwietnia
Wieczór był wyjątkowo ciepły i przyjemny. Miła odmiana po ostatnich wiosennych ulewach. Shizuo niespiesznie przemierzał ulice Ikebukuro, rozkoszując się zapachem kwitnących drzew i spokojem. Droga, którą szedł była jego stałą trasą z biura Toma do domu i prowadziła obok pewnego wysokiego, porzuconego już dawno budynku z tabliczką ostrzegającą o niebezpieczeństwie i potłuczonymi, ziejącymi pustką oknami.
- Psst - Shizuo zatrzymal się i odwrócił głowę. – Shizuniu.
- Ty…! – warknął, słysząc znajomy głos. Tylko jedna osoba wypowiadała jego imię w taki sposób, z mieszaniną pogardliwej ironii i czegoś na kształt pieszczoty. Dłoń odruchowo zacisnęła się na najbliższym znaku drogowym i wyrwała go z chodnika. – Chodź tutaj, Izaya. No chodź, nie chowaj się. Jestem gotowy.
Światła przejeżdżającego ulicą samochodu rozjaśniły mrok uliczki i nagle ochroniarz ujrzał swojego wroga w całej okazałości. Izaya siedział na okiennym parapecie na wysokości pierwszego piętra i opierał się plecami o szybę. Oczy były puste i nieobecne a na nienaturalnie bladej twarzy malował się błogi uśmiech. Całość sprawiała wrażenie tak upiorne, że Shizuo opuścił rękę, w której dzierżył znak i po prostu stał spoglądając w górę z bezgranicznym zdumieniem. Informator przez chwilę przyglądał mu się zaciekawiony. Nagle parsknął smiechem i prawie zgiał się w pół.
- Ahahahaha… idiotycznie wyglądasz – wykrztusił, ocierając łzy z oczu. – Nawet… nie wiesz… jak bardzo idiotycznie…
-Po cholerę tu wlazłeś?
Orihara nieco chwiejnie wstal na nogi, po czym pochylił się w parodii głębokiego, pełnego oddania ukłonu.
- Podobno mnie szukałeś, więc oto się zjawiam. Nie miałem pojęcia, że aż tak bardzo za mną tęsknisz.
- Jesteś pijany? – spytał z konsternacją Shizuo. Dłoń wciąż z całej siły zaciskała się na znaku. Broń mogła się jeszcze przydać.
- Nie – odparł Orihara. Z tym szerokim uśmiechem i dziwnymi, odbijającymi światła miasta oczami wyglądał nieco jak kot z Cheshire. – Za to możesz mi wierzyć, że jestem aż po uszy napakowany całym moim prywatnym zapasem leków.
- Widać. Czemu?
- A czemu nie? – roześmiał się Izaya. – Były pod ręką a ja miałem ochotę. Tylko, że teraz nie zostało mi już nic więcej i będę musiał się uśmiechnąć do naszego poczciwego doktorka – dodał, rozkładając bezradnie ręce.
- Lepiej tak zrób – poradził Shizuo, przyglądając mu się nieufnie. Miał do czynienia z młodym, prawdopodobnie naćpanym socjopatą chodzącym sobie po wąskim parapecie, a wszystko to w pięknej oprawie ciepłego, wiosennego wieczora. Cudownie. – To Celty cię szukała, nie ja. W imieniu Shinry. Podobno ma do ciebie jakaś sprawę.
-Doktorek ma do mnie sprawę ? – informator klasnął w dłonie i okręcił się wokół własnej osi, prawie tracąc przy tym równowagę. – Świetnie, będzie więcej tabletek.
- Może wyświadczysz mi tą przysługę i spadniesz stamtąd, skręcajac sobie kark? – zapytał blondyn z nadzieją w głosie.
- Nie. Nie sądzę. Na razie nie. Podoba mi się tutaj. Zabawnie wyglądasz z tej perspektywy.
- Wielka szkoda.
Przez chwilę milczeli,. Shizuo stał. opierając się plecami o ścianę budnku, przeklinając cicho pod nosem i zastanawiając się, czemu jeszcze nie odszedł w swoją stronę. Wyciągnął papierosy, ale zapalniczka jak na złość przestała działać. Zgniótł paczkę w dłoni i schował ją z powrotem do kieszeni.
- Poza tym nawet jeśli teraz spadnę, ty mnie złapiesz – powiedział z pełnym przekonaniem Izaya.
- Ach tak?
- Spójrzmy prawdzie w oczy, Shizuniu – Informator przeciągnął się i stanął na palcach, niebezpiecznie zbliżając się do krawędzi parapetu. - Gdybyś naprawdę chciał, żebym spadł i skręcił sobie kark, od razu byś sobie poszedł zamiast warować tu jak pies, który czeka aż kot zdecyduje się zejsc z drzewa. Obchodzi cię mój los i tego się nie wyprzesz.
Ochroniarz zazgrzytał zębami.
- Może po prostu mam ogromną ochotę popatrzeć jak robisz sobie krzywdę? – zasugerował.
- Albo chcesz się upewnić że nie zginę z żadnej innej ręki jak tylko z twojej i że żaden niefotunny przypadek nie pozbawi cię okazji zamordowania mnie. No co, zgadłem? – Orihara przechylił się do przodu, by uważniej przyjrzeć się twarzy rozmówcy. – A widzisz, rozgryzłem cię, Shizuniu. Uwielbiam tą twoją uroczą prostoduszność.
- Teraz to już naprawdę cię zamorduję – stwierdził z przekonaniem Shizuo i zaczął rozglądać się za nowym znakiem drogowym. –Dosyć tych wygłupów, zlaź stamtąd, gnoju! Już!
- Wedle życzenia – Izaya zeskoczył z parapetu i wylądował na chodniku miękko i zwinnie niczym kot. Przez kilka chwil stał wyprostowany, z szeroko rozłożonymi rękami i triumfalnym uśmiechem na twarzy, po czym nagle zatoczył się w bok i dla równowagi oparł o ścianę budynku dysząc cięzko.
Ochroniarz z mieszaniną ponurej satysfakcji, przerażenia i współczucia obserwował jak jego arcywróg najpierw opada na kolana, a następnie podpiera się ręką o chodnik, żeby zupełnie się nie przewrócić. Bezskutecznie.
- Hej, ty – po chwili wachania podszedł i lekko trącił go w bok czubkiem buta. – Żyjesz?
Izaya wymamrotał coś, co zabrzmiało jak 'Shizunia" i przewrócił się na plecy. Towarzysz spoglądał na niego, niepewny co teraz zrobić. Informator wyglądał blado, mizernie i bezbronnie. Zbyt bezbronnie, by można było go ot tak zostawić na ulicy i odejść. Miał przecież też innych wrogów poza Shizuo. Wielu wrogów, którzy na pewno z przyjemnością i bez specjalnych względów wykorzystaliby jego kiepską kondycję . Do tego nie można było dopuścić. Jeśli ktos miał zamordować Izayę to tylko Shizuo Hewajima. I dlatego z bólem serca najpierw musiał o niego zadbać i doprowadzić go do stanu, w którym morderstwo nie będzie równie łatwe co zabicie nowo narodzonego kociaka. Tej wersji ochroniarz postanowił się trzymać.
- Koniec zabawy – stwierdził, przyklękając obok towarzysza i delikatnie uderzając go w policzek dla otrzeźwienia. – Wstawaj, idziemy.
- Gdzie? – spytał sennie Izaya, nie otwierając oczu.
- W bezpieczne miejsce. Do Shinry. Jesteś w stanie iść?
- Tak – padła cicha, obojętna odpowiedź. – Ale mi się nie chce.
Shizuo bez słowa podniósł go i zarzucił sobie na ramię. Z rezygnacją spostrzegł, że ratowanie Izayi powoli staje się nową swiecka tradycją stopniowo wypierającą rzucanie w niego lodówkami.
