UWAGA – PEŁNOPRAWNĄ WSPÓŁAUTORKĄ FICKA JEST NIEJAKA sittingnatree (LINK DO PROFILU TUTAJ)!

W kwestii komentarza do rozdziału – tak jak obiecałam, ciupkę dłuższy niż ostatnio. Smacznego, jeśli ktoś to czyta ^^

* * *

Zło się potknęło. Naprawdę. Lord Voldemort sunął po ziemi z prędkością średnią fiata bravo na polskich drogach (nie podnosząc przy tym ani razu nogi, tak jakby zjeżdżał na nartach, z górki) i nie zauważył kamienia, który się nagle pojawił na drodze. Można nazwać szczęściem w nieszczęściu, że Tom Marvolo Riddle nie miał nosa, bo w przeciwnym wypadku na pewno by go złamał. Poleciał prosto na twarz, a jego ciało w momencie zetknięcia z podłożem wydało dźwięk przypominający upadek tortu urodzinowego ze szpanerskimi dekoracjami na podłogę.

Lord wstał z brudnej ziemi i czyszcząc zaciekle swoją jeszcze niedawno czystą szatę z błota, kurzu i psiej kupy, przeklął po wężowemu. Wyruszył w ponowną drogę do rendżersów patrząc przy tym uważnie pod nogi, co zepsuło image 'Bad guya', który starał się sobą prezentować.

Kiedy w końcu dystans zmniejszył się do jakichś pięciu metrów, Marvolo (wolał, kiedy ktoś nazywa go drugim imieniem, gdyż Tom kojarzył mu się ze znienawidzonym przed laty ojcem) zatrzymał się i uśmiechnął się kpiąco, próbując ukryć zakłopotanie, które wywołał upadek. Z jego dziurki od nosa, którego nie miał, płynęła cienka strużka krwi. Voldemort wytarł ją z prędkością światła, kiedy Draco akurat mrugnął. No bo w końcu NIKT nie mógł zobaczyć tak ludzkiego odruchu, jakim jest wycieranie swojego nie-nosa u takiego gada (dosłownie i w przenośni) jak on. Po hańbie, jakiej doświadczył wcześniej musiał w końcu zachować resztkę twarzy.

Draco i beznosy patrzyli na siebie z zaciętym wyrazem twarzy. Kiedy chłopak się przyjrzał lordowi, zauważył, że ten nie jest sam. Obok niego wił się niespokojnie ogromny wąż. Bazyliszek. Na smyczy. Bazyliszek na smyczy? Ślepia stwora zasłaniał stanik o miseczce „Z", co powodowało, że ten wyglądał niczym mucha z ogonem, bez skrzydeł i kończyn, o różowych, koronkowych, wyłupiastych oczach.

W końcu Voldemort przerwał trzymającą w napięciu ciszę. Zmrużył niebezpiecznie swoje czerwone oczy i posłał mu nienawistne spojrzenie, ale to w połączeniu z rosnącym z zawrotną prędkością limem na jego łuku bez-briowym sprawiło, że młody arystokrata wybuchnął niekontrolowanym śmiechem.

- Jakim prawem przerywasz moją popołudniową drzemkę, młody człowieku? Żeby ta twarz- w tym momencie dźgnął się swoim długim, bladym palcem w nos- nie miała zmarszczek mimicznych, potrzebuje wiele snu. Co jak co, ale mam już swoje 71 lat. Chyba wolno mi dbać o urodę, hę?

Kiedy druga niekontrolowana fala śmiechu minęła, Draco zaczął czkać.

- A co ty- hik!, gejem jesteś- hik!, że popra- hik!- wiasz urodę- hik!- spytał półżartem chłopak. Ta cała sytuacja była absurdalna. Jak jakiś sen. Voldemort- rozmawiający z nim o zmarszczkach mimicznych... No może jednak koszmar. Wtedy Marvolo niespodziewanie uniósł wysoko swoje nie- brwi i szeroko otworzył oczy ze zdziwieniem.

- A ty nie jesteś?- spytał z niedowierzaniem.- przecież każdy śmierciożerca jest gejem. To chyba jasne. Ale nie wierzę, że Młody Malfoy, syn Lucjusza, TEGO Lucjusza, był HETERO- zaczął mówić do siebie, zapominając o obecności obgadywanego.

- Prawda?- przerwał mu bardzo znajomy głos.- Próbowałem go nawrócić, Panie. Naprawdę. On jest chyba niereformowalny. Ma to po rodzinie ze strony Narcyzy. Na pewno- rzekł Lucjusz, który pojawił się nie wiadomo skąd z Severusem, trzymającym go za dłoń.- Miałem nadzieję, że może, jeśli się o nas dowie, to odkryje, co go naprawdę pociąga...- Malfoy westchnął ciężko.

- A próbowałeś z synem Zabinich? On podobno cudownie reaguje. Słyszałem to od młodego Teodora Notta. On jest niby taki poukładany i cichy, ale jak krzyczy to bębenki mogą popękać. Natomiast Vincenta i Gregory'ego nie polecam. Ta masa tłuszczu przeszkadza, kiedy chcesz któregoś z nich...-Lord zaczął paplać tak, jakby oceniał psy na wystawie.

- STOP! Stop, wystarczy. Może wrócimy do celu twojej wizyty, wujaszku?- zapytał podenerwowany Draco. Właśnie usłyszał o swoich przyjaciołach coś, czego zdecydowanie nie chciał wiedzieć. Nigdy.

- No właśnie, Draconie. Jakim cudem stałeś się rendżerem, dlaczego nosisz zielony lateks oraz po jaką cholerę mnie wezwałeś?- spytał Voldi, ignorując fakt, że właśnie został nazwany 'wujaszkiem'.

- To nie jest lateks!- obruszył się Draco. Nikt nie będzie obrażać jego, ani jego stroju.- To najczystszy poliester. A ten guzik... to był wypadek. Nie chciałem żeby to się wydarzyło. Ja próbowałem, ale... CZERWONY MNIE NIE SŁUCHAŁ!- wydusił z siebie Draco, wskazując oskarżycielsko na jednego z rendżerów.- Ja mu mówiłem „nie, nie wchodź do megazorda. Nie możesz nacisnąć tego guzika." Ale on i tak mnie ignorował.- po chwili znowu zwrócił się do czerwonego i dodał grobowym tonem.- Jestem bardzo zawiedziony na tobie...

Voldemort, Lucjusz i Severus podnieśli swoje lewe brwi w tej samej chwili i skrzyżowali ręce na klatkach piersiowych.

- Kłamiesz. Mogę to wyczuć. Nikt nie kłamie bezkarnie przed obliczem Czarnego Pana. Musisz zostać ukarany, młodzieńcze- oznajmił zimnym, drwiącym głosem Marvolo. Potem spojrzał na swojego bazyliszka i odpiął jego smycz.- Idź na łowy, kochanie. Zjedz coś, skarbeńku. Ale pamiętaj, Nessie. Wróć.- powiedział do swojej podopiecznej, dziwnie miękkim tonem.

- Panie... czy ty nazwałeś bazyliszka... Nessie?- spytał ze zwątpieniem wyczuwalnym w głosie Severus. Wszyscy obecni od razu zapomnieli o groźbach, jakie usłyszał Draco. Bo jak to możliwe, że taki ktoś jak on, nazywa zwierzę imieniem z tandetnej historyjki o psie.

- Właściwie, to nie ja dawałem jej imię. Kiedy ją kupowałem od tego wieśniaka, Hagrida, ona już była ochrzczona. Ale ładnie się wabi, prawda?- zapytał tym samym miękkim głosem, a kiedy nikt mu nie odpowiedział, odchrząknął.- Nie zbaczajmy z tematu. Młody Draco, wyzywam cię na pojedynek.

Wszyscy zebrani wciągnęli głośno powietrze, jak jeden mąż. Lord Voldemort- największy bydlak magicznego świata właśnie skazał na rychłą śmierć Dracze, który w tym momencie otworzył usta i usiadł z wrażenia. Kiedy Lucjusz to zobaczył, cały się zjeżył ze złości.

- Synu! Wstawaj na nogi, już! Jak ja cię wychowywałem? I zamknij tą paszczę. Tak nie przystoi dżentelmenowi. Dziadzio Lucyfer Malfoy pewnie przewraca się w grobie, jak cię widzi, takiego słabego i bezbronnego! Teraz się podniesiesz i przyjmiesz wyzwanie z podniesioną głową. Walcz, młody!- Lucjusz podciągnął chłopaka za ramię, aż ten w końcu utrzymał się w pionie, wytrzepał jego ubranie i ze zdegustowaną miną zamknął mu usta dłonią.

- Tak, ojcze- dobiegła w końcu niewyraźna odpowiedź Draco. Chłopak odsunął się od Lucjusza, wypiął dumnie pierś i przykleił do twarzy swój klasyczny smirk.- Wujaszku, ktoś mi musi pożyczyć różdżkę. W tym stroju nie da się niczego wsadzić do kieszeni. Wszystko jest za obcisłe- rzekł i dla pokazu strzelił materiałem sobie w rękę.

- A kto tu mówi o różdżkach?- spytał pewnym tonem Marvolo. Wszyscy ponownie wciągnęli głośno powietrze. Przez umysł Draco przelatywały straszne wizje walki na noże, tortur, testów wytrzymałości i innych potwornych wyjść, jakie mógł wymyślić Riddle.-I nie jestem twoim wujaszkiem- dodał.-Będziemy walczyć na...- Marvolo pokazowo zamilkł.-... Śledzie!

Każdy patrzył na Toma, jakby ten oszalał. Severus wsadził sobie palec do ucha i zaczął zaciekle w nim grzebać, próbując odetkać go od zaległej w nim woskowiny. Rendżersi stali niezdolni do ruchu, bojąc się Riddle'a. Lucjusz po prostu patrzył swoimi szarymi oczami to na Voldemorta, to na Severusa, to na Draco, natomiast ten ostatni wybuchł niekontrolowanym śmiechem.

- Hahaha! Nie uwierzycie co mi się wydawało, że usłyszałem- chłopak wytarł łezkę, która zakręciła mu się w oku z nagłego napadu wesołości.- Na początku zrozumiałem, że wujaszek mówi słowo 'śledź'.- Draco znów zaczął się śmiać.- Absurdalne, no nie?- uśmiech blondyna przygasł, kiedy nikt mu nie odpowiedział.- No nie?- dodał już mniej pewnym tonem.

- Po pierwsze, młody, bardzo dobrze zrozumiałeś. Po drugie: nie wolno ci się śmiać ani być szczęśliwym przed obliczem Czarnego Pana. I po trzecie: miałeś do mnie nie mówić wujaszku!- zaperzył się Voldi.

- Mój Panie- odezwał się niepewnie Lucjusz.- Jak ty sobie wyobrażasz walkę, ekhm, na śledzie?

- Jak to „jak"?- spytał retorycznie Voldemort- Ja biorę śledzika, on bierze śledzika, bijemy się nimi, pokonuję go, a on umiera w męczarniach...- dla dodania efektu, Lord roześmiał się, niczym każda zła postać w bajce. Kiedy skończył, uniósł różdżkę, machnął nią zamaszyście, a z nieba spadły dwie, tłuste ryby. Marvolo podszedł swoim majestatycznym krokiem do jednej z ryb po czym podniósł ją swoimi długimi, bladymi palcami. Może nie wyglądałoby to tak komicznie, gdyby nie fakt, że śledź wyślizgnął mu się z ręki, zrobił fikołka w powietrzu i widowiskowo uderzył go z głośnym plaskiem w twarz. Wszyscy zgromadzeni z trudem próbowali powstrzymać się od śmiechu z Tego-Którego-Znokautowała-Ryba.

Draco odchrząknął, wypiął dumnie pierś, uśmiechnął się do różowej i żółtej rendżerki w sposób, na jaki tylko on mógł sobie pozwolić (odpowiedzią z ich strony był pisk stłumiony przez hełmy na głowach dziewcząt), po czym podszedł do drugiej ryby i podniósł ją ostrożnie dwoma rękoma. Chłopak wydał z siebie dźwięk przypominający coś pomiędzy jęknięciem a warknięciem. Śledź był zdecydowanie za śliski, a jego śluz zdecydowanie za bardzo przyklejał się do jego magicznych rączek. Jak miło, pomyślał Draco, trzymając go przed sobą niczym miecz, zasada numer 45 z poradnika bohaterów: Bohater jest tyle wart, co jego broń.

Kiedy Voldemort zawładnął w końcu nad bronią, odetchnął ciężko i wyjaśnił zasady.

- Nie ma żadnych reguł, oprócz tego, że przegrywa ten, który pierwszy straci przytomność. Gotowy?- Draco kiwnął głową.- Pojedynek czas zacząć.

Obaj Ślizgoni ruszyli na siebie z broniami przed sobą. Momentalnie pokonali dystans między jednym a drugim i zaczęli okładać się rybami. Na początku Draco musnął go jedną z płetw w policzek, a zaraz potem się uchylił się przed atakiem, niczym bohater matrixa. Po chwili Marvolo trafił we włosy chłopaka, w którego oczach zabłysła chęć mordu, kiedy jego idealne włosy zostały zbezczeszczone. W furii zaczął okładać go na oślep śledziem i nie zauważył, kiedy ryba wyślizgnęła mu się z ręki. Nadal machał rękami jak szalony, aż w końcu Voldemort wymierzył mu celny policzek, który zwalił go z nóg. Chłopaczyna leżał bezbronny na ziemi, zasłaniając kurczowo włosy, a Lord stał nad nim, z rybą uniesioną ku górze, chcąc zadać ostateczny cios. Wtedy po całej okolicy rozległ się płaczliwy, męski głos.

- LEAVE! DRACO! ALOOONE!- Hanz, a za nim cała horda gejów krzyknęli naraz. Voldemort zamrugał kilka razy swoimi wężowymi oczyma, po czym w końcu się odezwał.

- Bo co mi zrobisz?- spytał się inteligentnie. Wszyscy mężczyźni uśmiechnęli się przebiegle.

- Naślemy na ciebie Sarę...- zagroził Hanz. Voldemort wybałuszył ślepia, otworzył usta i zbladł jeszcze bardziej, o ile to możliwe.

- Masz na myśli TĘ Sarę?- spytał przestraszony Marvolo. Lucjusz, Draco, Severus i rendżersi patrzyli na całą scenkę z szokiem wymalowanym na twarzach. Nigdy nie widzieli, żeby Tom kiedykolwiek wykazał się słabością, a widok jego twarzy, wykrzywionej w panicznym strachu, był całkowitą niespodzianką. Nikt nawet nie wiedział, że jego usta mogą się wygiąć w tak idealną podkówkę.

- O, tak. Sara- Zboczeniec- Ekshibicjonista- Gwałciciel- Hanz każde słowo mówił z rzadko spotykaną nawet u Ślizgonów kpiną. Lord natychmiast spróbował zakryć swój strach maską obojętności. Odwrócił się, szeleszcząc swoją peleryną i w mało groźny sposób zaczął oddalać się biegiem z miejsca wydarzeń.

- Jeszcze tu wrócę...- dało się usłyszeć z oddali głos Marvolo. A może to był tylko wiatr...?