Rozdział IV
Severus Snape przebywał w bibliotece, jedynym miejscu, które nie drażniło go w tym przeklętym domu. Cieszył się, mając dostęp do ksiąg, za które musiałby wydać sporą sumę. Niektórych na próżno by szukać nawet na Nokturmie, a to już o czymś świadczyło. Nie wspominając, że gdyby jego skromna osoba się tam pojawiła, nie zostałaby miło ugoszczona. Może mała Avada? Wcześniej oczywiście zostałby poddany serii wymyślnych klątw, z czego Cruciatus mógłby być dopiero początkiem.
Tak, zdrajca nie miał łatwego życia i tym bardziej nie otrzymałby „przyjemnej" śmierci.
Siedział na wygodnym fotelu i czytał całkiem interesującą księgę „Twój eliksir zawsze może być lepszy. Jak ulepszać formułę.". Miała już swoje lata, ale autor zdecydowanie należał do osób kompetentnych i ku zadowoleniu profesora dostarczył mu kilku świeżych pomysłów. Szczególnie, iż już dawno zabierał się za próbę ulepszanie eliksiru pieprzowego. Wielu warzycieli popukałoby się w głowę i stwierdziło „po co ulepszać coś, co działa jak należy", ale Severus do nich nie należał. Widział pewne niedoskonałości w miksturze i wierzył, że można coś z nimi zrobić.
Co jakiś czas wypowiadał zdania na głos, by jego samozapisujące się pióro robiło notatki. Nie za bardzo lubił pracować w ten sposób, ale biurko w bibliotece było zawalone notatkami.
Nie byle jakimi, zapiskami Pottera!
Oczywiście musiał pozostawić po sobie burdel.
Ciężko mu było przyznać, iż był pozytywnie zaskoczony. Z czego co szybko przeleciał wzrokiem książki, które znajdowały się tuż obok zapełnionych kartek, Potter wybrał sobie ciekawe tytuły. Głównie z Obrony przed czarną magią, kilka z Zaklęć oraz jedną z Transmutacji, o animagicznej formie.
Cóż, w jego wieku James Potter biegał po lesie jako NIEZAREJESTROWANY jeleń. Nie wspominając o kundlu i… Pettigrew.
I wtedy Snape wypuścił z dłoni książkę, która z hukiem spadła na podłogę. Głośno zasyczał z bólu i chwycił się za przedramię. Mroczny znak zapłonął z całą siłą.
– Arghhhhh. – wypluł z siebie były Śmierciożerca, powstrzymując się od krzyku.
Harry właśnie szedł do biblioteki, gdzie od jakiś dwóch godzin przesiadywał Snape. W normalnych okolicznościach nie chciałby, a raczej, nie ważyłby się przeszkadzać profesorowi. Okoliczności jednak, były takie, że przed chwilą w salonie pojawił się patronus Lupina. W takim razie musi przekazać informacje Snape'owi, czyż nie?
Wszedł do pomieszczenia dość pewnie i zamarł na widok jaki go przywitał.
Snape klęczał na podłodze i skomlał z bólu.
Co jest? Co się stało?
– Pro-Profesorze! Co się dzieje? – mówiąc to, Harry podbiegł do profesora, który dopiero teraz zauważył jego przybycie.
Podniósł wzrok i przeraził, już i tak przestraszonego Pottera. Nic nie powiedział, ale młodszy czarodziej nigdy nie widział Snape'a w takim stanie.
Zauważył, że ściska z całej siły swoje przedramię.
Mroczny znak! Wzywa go?
– To Voldemort? Mam wezwać dyrektora? Musi pan odpowiedzieć, musi pan iść, tak?
Harry omal się przewrócił, gdy Snape ryknął:
– IDIOTO!
– Ale…
– Myślisz Potter, że mógłbym stanąć przed jego obliczem i nie zostać zgładzonym? Po tym, jak na oczach innych sługusów go zdradziłem pomagając Zakonowi w ministerstwie?
No tak... Kurwa, przecież wiedziałem, że Snape w jakiś sposób zapobiegł tragedii... To oczywiste, że musiał wtedy zdradzić Voldemorta na oczach innych Śmierciożerców.
– Przepraszam…
Snape już nic nie powiedział, nadal wyglądał fatalnie, ale starał się z całej siły nie okazywać słabości przy Potterze.
Harry ciężko wypuścił powietrze z płuc.
– Co mogę zrobić?
Odpowiedź jaką otrzymał, go zdezorientowała.
– Wyjdź. – syknął.
Wyjść? Czy on sobie żartuje? Jak mogę go zostawić w takim stanie?
– Na pewno mogę jakoś panu pomóc, może… Dumbledore! On… Tak, on pomoże…
– NIE! Po prostu… WYNOŚ SIĘ STĄD! – czysta furia połączona z bólem, właśnie taka emocja znajdowała się na twarzy Snape'a.
Harry patrzył na starszego czarodzieja z czystą konsternacją. Zastanawiał się, dlaczego nie chcę przyjąć pomocy, której jawnie potrzebuje.
Już dłużej nie mógł oglądać jego męki i szybko pobiegł do sypialni, gdzie znajdowała się apteczka. Dziękował niebiosom oraz oczywiście Madame Pomfrey za ofiarowanie mu zestawu eliksirów leczniczych.
Wbiegł z powrotem do biblioteki z czerwonym pudłem w ręku. Snape spojrzał na niego swoją popisową groźną miną. Przynajmniej taki był jego zamiar, w rzeczywistości wyglądał raczej żałośnie.
– Proszę to wypić, profesorze. To… przeciwbólowe, pomoże.
– Nie.
CO?
– Niech pan się nie obawia, to… to od Madame Pomfey. Pewnie sam to uwarzyłeś. – zapewnił go Potter.
– Nie. Potrzebuję. Litości. Potter!
A więc o to chodzi. Czy on zwariował?
– Postradałeś zmysły, Snape? Widzę, że cierpisz. Cholera, wyglądasz okropnie! I jak myślisz, że się nad tobą lituję, to się grubo mylisz! Jestem ostatnią osobą, która by to zrobiła!
– Nie będziesz do mnie mówić takim… argghhh. – strużka krwi pojawiła się pod jego nosem.
Dość tego.
Potter z determinacją uchwycił podbródek Mistrza Eliksirów i przyłożył mu do ust flakon z jego własnym dziełem.
Snape spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami, zmrużył je i wyrwał miksturę z jego ręki.
Ten miał już protestować, ale profesor jednym haustem wypił cała zawartość.
Zatrząsł się, ale odczuł natychmiastową ulgę. Nadal bolało, ale nie było to nic nie do zniesienia.
Po chwili zorientował się, że nadal klęczy na podłodze. Powstał i dumnie się wyprostował.
To, co zobaczył na twarzy Pottera go zszokowało. Wszystkiego by się spodziewał: wyrazu kpiny, wyższości i czegoś w stylu: „Jesteś żałosny, Snape!". Jednak to, było znacznie trudniejsze do ogarnięcia. Potter patrzył na niego z wyrazem, jakim obdarowywał go wyłącznie Albus. Kiedyś jego matka, kiedyś też… Lily.
Troska. To była czysta, bezinteresowna troska. I to go przeraziło.
– Profesorze? – zaczął nieśmiało Harry, nie za bardzo wiedząc jak zachować się w tej sytuacji.
– Żyję, Potter. – wycedził przez zęby.
Tak, Snape na pewno nie zamierzał mu tego ułatwić.
– Czy on… mógłby to zrobić? Poprzez znak?
– To zrobić? Zabić? Myśl głupcze. Już dawno byłbym martwy gdyby tak było.
Głupcze, idioto, a może trochę wdzięczności za pomoc? Chociaż czego się spodziewałem, na pewno nie podziękowań.
– Rozumiem. Ale jak długo, to znaczy ile jest wstanie tak… torturować? – zaryzykował kolejne pytanie, w końcu mógł się czegoś dowiedzieć o Voldemortcie.
– Chociaż zapewne chciałby jak najdłużej, to tak naprawdę niezbyt długo… I robi to tylko jak wzywa na spotkanie. Podejrzewam, że kosztuje go to zbyt wiele magii.
– To dobrze.
Snape uniósł brew.
– To znaczy… em.. nie ważne. – zmieszał się Harry.
Cisza.
Może lepiej już pójdę? Zaraz, po co tu w ogóle… Lupin!
– Profesorze, zanim…
Zanim co? Wił się z bólu na podłodze?
– Po prostu przyszedłem tu, bo zjawił się patronus profesora Lupina.
– Patronus? I dopiero teraz mi to mówisz?
– A kiedy miałem to zrobić? Może kiedy zdychałeś na podłodze, co?
Snape spiorunował go wzrokiem.
– Licz się ze słowami, Potter. Czego chciał Lupin?
– Powiedział, że będzie tu dzień przed Hogwartem.
– Tylko tyle? Żadnych wyjaśnień, czy może nie potrafiłeś tego zapamiętać?
Widząc, że Snape nadal nie jest w najlepszej formie, postanowił zignorować kolejną obelgę.
– Pomoże w eskorcie, tylko tyle przekazał.
– Jakiej znowu eskorcie? Och, chyba, że potrzebujesz, żeby ktoś cię za rączkę trzymał gdy podróżujesz siecią fiuu…
– Wiem tyle co pan.
Harry w końcu oderwał wzrok od profesora i dopiero teraz zauważył wiszące w powietrzu pióro oraz pergamin. Leżącej na podłodze książki, nie dostrzegł, ale to wystarczało by wiedział, że Snape przed „zdarzeniem" robił notatki.
– Mógł pan skorzystać z biurka – odwrócił się by je wskazać, ale ku zażenowaniu zobaczył tam stos swoich notatek.
Snape skwitował to prychnięciem.
– Zapomniałem, że tu są. Zabrałbym swoje kartki i posprzątał biurko, gdyby pan zawołał.
– Gdybym chciał skorzystać to po prostu usunąłbym te, z pewnością i tak nieużyteczne, zapiski jednym ruchem różdżki.
Tym razem się nie powstrzymał.
– Może dla ciebie są nic niewarte, ale dla mnie będą przydatne. Nie musisz na każdym kroku poniżać mojej inteligencji, bo prawdą jest, że… gówno wiesz!
– Wiem tyle, że nie widzę tam żadnej pozycji o eliksirach. Z czystą przyjemnością, wywalę cię na zbity pysk, Potter, gdy nie będziesz wystarczająco dobry na moich zajęciach! I na pewno, nie będę tolerować takiej impertynencji!
Co? Przecież nie mogę być na zaawansowanych eliksirach…
– Cóż, z przyjemnością mogę stwierdzić, że nie będziesz miał takiej okazji! Nie mam wybitnego, tylko żałosne powyżej oczekiwań, a to przecież za mało dla ciebie!
– A więc nie chcesz być na zaawansowanych lekcjach, Potter? Melodia dla moich uszu. Hmmm… w takim razie zastanawiam się nad sensem, brania się w końcu za naukę w poprzednim semestrze.
Zauważył? Wiedział, że się uczyłem?
– Ja chcę! Ale… pan… przyjmuję tylko wybitnych…
– Wasz rocznik jest tak żałosny, że tylko pan Malfoy otrzymał ocenę wybitną.
– CO? Ale przecież…. – Harry'emu ciężko w to było uwierzyć.
– Tak, Potter. Panna Wiem-to-wszystko pewnie do dziś opłakuje swoje marniutkie PO. – Snape zdecydowanie nie był tym przejęty.
– Wiedziałem! Po prostu wiedziałem, że ten egzaminator to kutas! Do tego jeszcze pewnie przekupiony przez Malfoya!
– Nie będę tego dłużej tolerować, Potter! Masz się uspokoić, albo nie ręczę za siebie!
To go trochę otrzeźwiło.
– Przepraszam. Czy to znaczy, że z moją oceną, mogę uczęszczać na lekcje?
– Taki był mój zamysł, ale zaczynam żałować.
– Nie! Ja, będę się starać, obiecuję! Proszę dać mi szansę!
– Dobrze.
I gdy Harry miał podziękować, usłyszał:
– Nie pozbawię się tej przyjemności, gdy będę mógł cię wykreślić z listy.
– Hmph. – zdusił w sobie chęć składania wyrazów wdzięczności.
– A teraz. – Snape zamachnął się różdżką i przywołał do siebie książkę z podłogi, pióro i pergamin. – Pozwolisz, że dokończę pracę w swoim pokoju. I… nie kłopocz się z kolacją, pozwolę sobie skorzystać z usług twojego skrzata.
I wyszedł.
Resztę dnia spędził zamknięty w pokoju, a jego myśli zajęła dalsza praca z „Twój eliksir zawsze może być lepszy. Jak ulepszać formułę". Był zmęczony. Za bardzo by dłużej robić coś produktywnego, ale za słabo by zasnąć. Znał to uczucie aż za dobrze. Sen nie przyjdzie. Nie przyjdzie, dopóki myśli nie zeżrą go od środka. Najgorsze, że już dłużej nie mógł zmylić swojego umysłu tym, że jedno zielsko można spróbować zastąpić drugim.
Jego wzrok pokierował się na półkę, gdzie leżała czarna walizeczka. Ta, w której pomiędzy eliksirem bezsennego snu, pieprzowym i na kaca, znajdowała się niebieska mikstura.
Właśnie tę wmusił w niego Potter.
Właśnie tej powinien zażyć, gdy tylko ramię zaczęło palić.
Dlaczego tego nie zrobił?
Było za daleko i ból był nie do zniesienia! Ależ Severusie… Jedno pstryknięcie i skrzat byłby do twoich usług. Prawdą jest, że chciałeś trochę pocierpieć. Już nie szpiegujesz, a jakoś musisz odpokutować swoje grzechy, prawda?
Tak jak obiecał, Snape nie pojawił się na kolacji. Na śniadaniu i obiedzie następnego dnia również, jak już o tym mowa. Harry był zaniepokojony, ale po wypytaniu Zgredka, wiedział, że profesor żyje. Cóż, chociaż tyle.
Z jednej strony cieszył się spokojem. Mógł wtedy przemyśleć co go czeka na szóstym roku, przeglądnąć notatki i wybrać nowe tytuły do przerobienia. Weźmie je ze sobą do szkoły, Syriusz na pewno nie miałby nic przeciwko.
Gdy schodził by nalać sobie szklankę zimnego mleka nie był przygotowany na konfrontacje.
– Dzień… to znaczy, dobry wieczór, profesorze.
Snape odpowiedział skinięciem głowy.
Żadnych złośliwości na powitanie? Cholera, teraz naprawdę zaczynam się martwić…
– Jak badania nad książką? O eliksirach, jak mniemam?
– Badania, Potter, przeprowadzić mógłbym w laboratorium.
Heh. Chociaż w kiepskiej formie, Snape pozostanie Snape'em.
– Jak książka? Interesująca? Pomocna? Nie napisana przez imbecyla pokroju Lockharta? – Harry kontynuował próbę nawiązania kulturalnej konwersacji.
– Autor był kompetentny. – odpowiedział bardzo beznamiętnie Snape.
– Och.
A ja myślałem, że radze sobie z tymi rozgrywkami słownymi lepiej niż kiedyś. To jak nieskończona partia szachów, albo obcowanie z hipogryfem…
– Pokaż, Potter. – powiedział nagle.
Co mam pokazać?
– Słucham?
– Udowodnij, że twoje notatki nie są nic niewarte. – Snape nadal wyglądał jak zombie, które Harry widział w tym dziwnym komiksie Dudley'a.
– Profesorze, dobrze się pan czuje?
– Przecież tak mocno ich broniłeś.
– Ja… ćwiczyłem, ale… nie wiem. Samemu trudno, wie pan?
– Mówisz, że mając tu na straży zastępy aurorów…
– Tak. Nikt nie chciał mi pomóc. – gorzko stwierdził.
– Och. Nie chcieli marnować czasu, jestem w stanie to zrozumieć. Może słyszeli o pewnych… jakże owocnych lekcjach oklumencji.
– Wiem, do cholery, wiem, że byłem głupi. Zadowolony?
Snape nie odpowiedział, ale w końcu na jego twarzy zagościła jakaś reakcja.
– I chociaż robiłem to już nie raz, powiem to ponownie: Przepraszam.
– Za głupotę? Ależ nie musisz. Nie musisz przepraszać, za coś wrodzonego, za coś co odziedziczyłeś w genach.
– Przestań!
– Bo co, Potter? – Snape pytająco uniósł brew.
– Widziałem jaki był mój ojciec w tamtym wspomnieniu. Był niezaprzeczalnie - dupkiem.
Hogwartcki profesor nie zdążył tego skomentować, bo Potter kontynuował:
– Wiem też, że później stał się kimś kogo pokochała moja matka, a ona była dobrą czarownicą! – odważnie stwierdził Harry.
– Miłość jest ślepa i… dla głupców, Potter.
– Przepraszam. – powiedział ponownie. – Nie za głupotę, nie za ojca - tylko za myśloodsiewnię, za niedocenienie tego, że poświęcał pan dla mnie swój czas. Również za to, że przeze mnie musiał pan narazić pozycję szpiega, swoje życie.
– Skończ już to, Potter.
Nikt nie chce mnie dodatkowo uczyć, może…
– Dałby mi pan drugą szansę? Ja potrzebuje nauki, wiem to.
– Nie. – na twarzy Snape ponownie powróciła maska obojętności, co rozzłościło Gryfona.
No pewnie, że nie, bo po jaką cholerę!
– To Dumbledore, prawda?
– Co ma z tym wspólnego dyrektor?
– On… on wam wszystkim kazał mnie olewać… Prawda?
– Nie obrażaj dyrektora, ty niewdzięczny gówniarzu! – maska znowu została zdarta.
– A co mam myśleć? Dlaczego… dlaczego nikt nie chce żebym się czegoś nauczył… Jak, jak mam go zabić, skoro nie znam zaklęcia? – pierwszy raz na głos zadawał pytania, które nasuwały mu się od dawna.
Snape spojrzał na niego z politowaniem i znudzonym głosem podał mu odpowiedź:
– Avada kedavra, zadowolony, Potter?
To wzburzyło Pottera jeszcze bardziej.
Jak on może wymawiać słowa tego niewybaczalnego zaklęcia od tak sobie. To… to zabiło moich rodziców, zabiło Cedrika! Zabija niewinnych ludzi, bo ci niewinni nie są w stanie tego rzucić w obronie!
Złość zagórowała nad magią chłopaka i bez jego większej kontroli spowodowała zatrzęsienie pomieszczenia.
Snape znów porzucił obojętność na rzecz czegoś nieokreślonego. Może strachu.
– Potter! Co to ma znaczyć? – podleciał do młodszego czarodzieja i mocno chwycił go za ramiona. – Masz się uspokoić, rozumiesz? Natychmiast!
To nie krzyk ani groźba podziałała na Harry'ego. To dotyk. Czuł jak jego ciało przechodzą dreszcze, które swój początek mają właśnie w tym miejscu, które tak mocno ściskał Snape. Zauważył, że trzęsie się pod jego dłońmi. Zrobiło mu się gorąco. Spojrzał na swojego profesora zamglonym spojrzeniem, można by pomyśleć, że był na skraju płaczu.
W tym momencie Snape wypuścił go z uścisku niemalże jak oparzony. Przez chwile patrzyli na siebie w absolutnej ciszy, a pierwszym który zebrał się w sobie był Mistrz Eliksirów.
– Co to było? – zapytał spokojnie, lecz stanowczo.
– Ja…
– Nie kontrolowałeś się, czy może… Co właściwie chciałeś osiągnąć, Potter? – ciągnął dalej w prawie, że opiekuńczym tonie.
– Nie wiem… – Harry nadal był zmieszany.
– Nie wiesz? Powiedz mi, Potter… Czego nie wiesz?
– Nie chciałem…
– A wiec, nie kontrolowałeś tego. – to było stwierdzenie. – To był pierwszy raz?
Nie udzielił odpowiedzi, ale dobrze wiedział, że to nie był jedyny taki incydent. Wstydził się, bo nie rozumiał skąd to się brało - ta niekontrolowana magia.
– A więc, niepierwszy. – brak słownej odpowiedzi, był wystarczający. – Dobrze, Potter. Pomogę Ci.
– Co? Yyy… teraz?
– Nie, Potter. Ustalimy szczegóły po powrocie do szkoły. Nie będą to żadne regularne lekcje, po prostu gdy będę miał ochotę i czas do zmarnowania. – uśmiechnął się kpiąco. – Poinformuję pana, panie Potter. – zatrzymał się na chwilę, by być pewnym, że Gryfon wysłucha go uważnie. – Gdy stwierdzę, że nie jesteś wart poświęcenia moich wolnych chwil, lekcje się zakończą. Nie będę się przed tobą tłumaczyć, a ty nie będziesz miał nic do powiedzenia. Zrozumiano?
Harry'emu wciąż kręciło się w głowie. Nie mógł ogarnąć tego co właściwie wydarzyło. Zbierając się w sobie, skinął głową w odpowiedzi i wyszedł z pomieszczenia kierując się ku swojej sypialni.
Miał wypić szklankę mleka, a nie przeżyć takie zawirowanie.
Nawet nie wyciągnął kartonika z lodówki.
