Rozdział 4
Unosił się w wodzie. Dookoła niego pływały ryby i morskie stworzenia, o których nigdy nie słyszał. Jednak nie odczuwał lęku. To było jego miejsce — w tej błękitno-zielonej toni. Uśmiechając się, zanurkował. Czuł się tak, jakby leciał na swojej miotle. To był dziki pęd, wolność i niepohamowana radość. Przymknąwszy oczy zaczął płynąć szybciej. Nie zważał na to, że może się rozbić o skaliste dno. Rozkoszował się nowo poznanym uczuciem.
Niespodziewane szarpnięcie za ramię zatrzymało go w miejscu. Odwrócił się z zamiarem zaatakowania napastnika, gdy poczuł czyjeś usta na swoich. To był dobry pocałunek, zapierający dech w piersi. Czując innego rodzaju ekscytację, niż wcześniej pozwolił, by mężczyzna go objął. Wsunął dłonie w jego włosy i otoczył nogi ogonem. Tak przylgnąwszy oddał mu pocałunek. Przez chwilę walczyli o dominację, ale Harry bez żalu oddał ten pojedynek. Było mu tak dobrze, należał do tego mężczyzny, a on do niego. Westchnął w usta kochanka, gdy ten przerwał.
— Harry… — Coś było nie tak, to nie był ten głos. — Harry — Ktoś nim potrząsnął. Niechętnie otworzył oczy i spojrzał na swojego chrzestnego, który uśmiechał się do niego. — Wszystkiego najlepszego, dzieciaku! — krzyknął i przytulił go spontanicznie. Chłopak jęknął cicho, gdy Syriusz naruszył jego obolałe mięśnie. Mężczyzna odsunął się i przyjrzał mu się badawczo — Jesteś ranny? To ci mugole! — warknął wściekle, dopowiadając sobie w myślach jakie obrażenia posiada chłopak.
— Nie — zaprzeczył, rumieniąc się. — To nic takiego. — Nie mógł przecież przyznać, że bolą go niemal wszystkie mięśnie, ponieważ zmienił się wczorajszej nocy w syrenę.
— Na pewno? — zapytał, przyglądając mu się z uwagą. — Jesteś o wiele chudszy, niż przed wakacjami. — Mężczyzna przesunął dłońmi po jego żebrach.
— Ech… — Zarumienił się jeszcze bardziej.
Nie był przyzwyczajony, by rozmawiać o tym, co działo się w domu Dursleyów. Od małego wpajano mu, że nie może o tym mówić, a nawet jeśli próbowałby komuś o tym powiedzieć, to i tak nie uzyskałby żadnej reakcji.
— Nie ważne. — Widząc zawstydzenie chłopaka postanowił mu tym razem darować. — Jak się tutaj dostałeś? Uciekłeś?
— Ja…
— Poprosiłem Severusa, by go przyprowadził. — W przejściu do salonu pojawił się Dumbledore.
— Smarkeus. — Syriusz warknął niczym pies, którym był po części. — Sam mogłem to zrobić I czemu mnie o tym nie poinformowałeś?
— Dla bezpieczeństwa. — Dyrektor nie zwracał uwagi na dźwięki, dobywające się z gardła mężczyzny. — Najrozsądniejszym wyjściem było przyprowadzenie Harry'ego do kwatery wczesnym porankiem, gdy nikt o tym nie wiedział. — Syriusz już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy dyrektor dodał: — Dokończymy rozmowę później. Wasza dwójka z pewnością jest bardzo zmęczona. — Nastolatek dopiero wtedy zauważył, że jego ojciec jest w poszarpanych ubraniach, a na jego twarzy widać zmęczenie.
— Czy z Remusem wszystko w porządku? — Zerwał się na nogi.
Jak mógł być taki głupi i zapomnieć, że była pełnia.
— Wszystko dobrze, jeśli kiedykolwiek tak było —wymamrotał drugą część zdania, przeczesując palcami włosy. — Kilka ran i ugryzień. Teraz śpi, obudzi się pewnie gdzieś koło południa.
— Dobrze. Chciałem się upewnić, że nic wam się nie stało.
Black spojrzał na starszego czarodzieja. Wiedział, że Dumbledore od czasu do czasu przybywa wczesnym rankiem po pełni, by zobaczyć jak miewa się Lunatyk. Syriusz często miał wrażenie, że nie robił tego z troski o Remusa, a po to, by sprawdzić, czy ten jeszcze nie oszalał. Zdarzało się o wiele za często, że wilkołaki, które zamykano w ciasnych pomieszczeniach podczas pełni, traciły swój zdrowy rozsądek i rozszarpywały się w szale lub pozostawały w nim nawet wtedy, gdy wracali do ludzkiego ciała.
— Nie musisz się przejmować. — Nie mógł zapanować nad negatywnymi emocjami, które pojawiły się w jego głosie. Starał się także zignorować zdziwione spojrzenie chrześniaka, który był zdziwiony jego zachowaniem w stosunku do dyrektora. — Wystarczy kilka eliksirów.
— Poprosiłem Severusa, aby przygotował kolejny zapas. Niewiadomo kiedy mogą nam się przydać eliksiry uzdrawiające. Myślę, że skończy swoją pracę nad nimi koło południa.
— Nie chcę, by Smarkeus był w moim domu — warknął Black.
— Syriuszu, to są niepotrzebne uprzedzenia. Nawet nie wiesz, jak wiele masz wspólnego z Severusem.
— Nie ma między nami żadnego podobieństwa! — krzyknął, zaciskając dłonie w pięści.
— Spokojnie. Może cytrynowego dropsa na uspokojenie? — W błękitnych oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. Miało się wrażenie, że Black zacznie wyć z frustracji.
— Ech… — Dwie pary oczu, wbiły się w niepozornego chłopka, który zakasłał. Harry nie lubił zwracać na siebie uwagi, ale czuł, że sytuacja robi się nieprzyjemna.
— Może pójdę do swego pokoju i trochę się prześpię, a Syriusz zajmie się Remusem i także odpoczną przez te kilka godzin? — Zaproponowałby pomoc, ale wiedział, że Lupin byłby bardzo zażenowany tą sytuacją.
Ledwo tolerował dotyk Łapy przez pierwsze dni po pełni.
— Tak, oczywiście. — Black natychmiast się rozluźnił. — Pamiętasz gdzie ostatnio spałeś? — Harry kiwnął głową. — To idź i prześpij się trochę. Przyda ci się odrobinę odpoczynku. — Poczochrał go po włosach, ale chłopakowi nie umknął fakt, że w jego oczach pojawiła się troska, do której Potter nie był przyzwyczajony.
— To ja pójdę. — Umknął spod jego dłoni, rumieniąc się, gdy zauważył zszokowaną minę chrzestnego. — Dobranoc. — Nie patrząc na dorosłych, pobiegł na górę.
— Co do licha? — Mężczyzna obserwował wychudzonego chłopaka w zbyt luźnych ubraniach, znikającego w korytarzu.
— Nie będę przeszkadzał. — Dyrektor z cichym pyknięciem aportował się z salonu.
— Kurwa! – warknął. – Mam wrażenie, że wszyscy coś przede mną ukrywają. — Tupiąc skierował się do składziku, w którym zawsze znajdowały się lekarstwa i opatrunki. Musi jeszcze opatrzyć przyjaciela, nim zacznie się dzień.
oOo
Harry usłyszał przekleństwo wychodzące z ust mężczyzny i głośne kroki na korytarzu. Pokręcił głową. Cieszył się, że ma w pewnym sensie rodzinę, ale nie chce, by ktoś mu matkował. Ma szesnaście lat, nie potrzebuje takiej troski, ale miał wrażenie, że Syriusz nie podda się tak szybko. Przez najbliższe dni, będzie musiał unikać tematu dotyczącego Dursleyów.
Poruszając barkami, by rozluźnić napięte mięśnie, otworzył drzwi do swojego starego pokoju. Już od progu usłyszał donośne chrapanie Rona. Jego czerwona czupryna, która wystawała spod kołdry, była doskonale widoczna w promieniach wschodzącego słońca. Odrobinki kurzu świeciły się niczym magiczny pył, nadając niesamowity efekt pokojowi. Jak zawsze, okolice łóżka rudzielca były zaśmiecone, a ściany oklejone plakatami ulubionej drużyny quidditcha. Niedaleko stało drugie łóżko, obok którego stał kufer Harry'ego. Pewnie Zgredek lub ktoś inny go przyniósł, bo jakoś nie mógł uwierzyć, że Snape by to zrobił.
Oparł się o framugę, by z lekkim uśmiechem podziwiać pomieszczenie. Nie czuł się, jakby ten pokój należał do niego. Był raczej pewnego rodzaju ostoją, jednak w zupełności mu to wystarczało. Nie miał zbyt wielkich potrzeb, wszystko było lepsze od pobytu u wujostwa. Był zadowolony, że tu jest. Chciał żyć jak jego rówieśnicy. Chciał, by każdy kolejny dzień był prosty i zwyczajny, jednak nic takie nie było. Stracił już nadzieję, by coś się zmieniło
Westchnął.
Zastanawiał się, jak nowa sytuacja wpłynie na jego codzienność. Nie chciał, by wszystkie gazety rozpisywały się o tym, że jest magiczną istotą. Nie miał ochoty również mówić o tym swoim przyjaciołom, czy któremuś z dorosłych. Przecież nic się nie stanie, jeśli nikt nie będzie wiedział, że pod wpływem wody zmienia się w syrenę. To nic takiego, wystarczy, że postara się nie zamoczyć, a co do swoich nawyków żywieniowych i tak zawsze mało jadł, i mógł powiedzieć, że stał się wegetarianinem. Hermiona może na początku coś podejrzewać, ale on będzie się upierać, że nie lubi już mięsa. Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Martwiła go jeszcze jedna rzecz. Sen, który miał, nim Syriusz go obudził.
Nigdy nie był dobry w interpretacji sennych majaków, ale ten nie był skomplikowany. To, że był pod wodą może rzucić na karb, iż stał się teraz stuprocentową syreną, ale to co stało się pod koniec… Na samo wspomnienie jego policzki przybrały ognistą barwę. Śnił, że całuje go mężczyzna. Nigdy nie zastanawiał się nad swoją orientacją, do tej pory interesował się dziewczynami. Na początku była Cho, a później Ginny. Co prawda, ich związki, jeśli można w ogóle to tak nazwać, nigdy nie były udane, ale dotąd nie oglądał się za chłopcami, a raczej mężczyznami. Jeszcze tego brakowało, by chodził po Hogwarcie, gapiąc się na tyłki kolegów.
Nie mógł się nad tym zastanowić głębiej, ponieważ ktoś z piskiem rzucił się na jego plecy, niemal go wywracając.
— Harry! Przyjechałeś! — Odwrócił głowę, spoglądając na właścicielkę rudo ognistych włosów, przytulającą się do jego koszulki.
— Cześć, Ginny — przywitał dziewczynę.
— Co ty tu robisz? — Spojrzała na niego zarumieniona.
—Wszystko ci opowiem, jak tylko przestaniesz mnie dusić.
— O, przepraszam. – Z uśmiechem puściła go, ale kiedy tylko Harry się odwrócił, zaatakowała go druga dziewczyna.
— Hermiono — jęknął, odgarniając włosy z jej twarzy.
Starał się nie myśleć o bolących mięśniach.
— No co? — Odsunęła się speszona. — Ja także chciałam się przywitać.
— Cześć.
Jak mógł się gniewać? To były jego przyjaciółki.
— To jak się tutaj dostałeś? Myślałam, że zostaniesz przez całe wakacje u wujostwa. Co nie znaczy, że nie cieszę się, że tu jesteś — zapewniła go Ginny.
— Snape mnie przyprowadził.
— Czyli zacząłeś dogadywać się z profesorem Snape'em? – spytała Hermiona, mimowolnie dając aluzje, jak powinien tytułować mężczyznę. —Wiesz, że on jest bardzo ważnym członkiem Zakonu. — W jej oczach pojawiła się pewnego rodzaju nadzieja. Czasami Harry miał wrażenie, że przyjaciółka chce go zmusić do przyjaźni z mistrzem eliksirów. Jakby to było możliwe.
— Nie powiedziałbym. — Skrzywił się. Oni naprawdę nie przeprowadzili ze sobą żadnej ucywilizowanej rozmowy, która nie byłaby ubarwiona kilkoma wyzwiskami.
— Ale dlaczego dzisiaj? — dopytywała się dalej Ginny.
— A ja wiem? — Wzruszył ramionami. — Być może dlatego, że dzisiaj są moje urodziny i dyrektor chciał, żebym był jak najbezpieczniejszy. Voldemort ma niezdrową obsesję dotyczącą różnych rocznic i świat.
Słysząc to, dziewczyny spojrzały na siebie z paniką i krzyknęły głośno.
— Prezenty! — I pognały do swojego pokoju. Nim jeszcze zniknęły za drzwiami, Ginny krzyknęła:
— Zobaczymy się na śniadaniu! Mama z pewnością się ucieszy! — Później był tylko trzask zamykanych drzwi.
Harry roześmiał się. Nigdy nie zrozumie do końca dziewczyn. One były porostu nieprzewidywalne.
— Co się dzieje? – mruknął zaspany Ron, spoglądając na niego nieprzytomnie.
— Nic, dziewczyny się obudziły. Śpij dalej, ja wezmę w tym czasie prysznic — uspokoił przyjaciela.
— Aaaa. Spoko. — Ron z powrotem zagrzebał się w pościeli. Harry musiał powstrzymać chichot. Z rana chłopak nigdy nie był zbyt rozmowny.
Starając się nie obudzić ponownie przyjaciela, podkradł się do kufra i wyciągnął z niego potrzebne rzeczy. Spoglądając jeszcze raz na śpiącą sylwetkę chłopaka, poszedł do łazienki. Kiedy się rozebrał i stanął przed prysznicem, zaczął się martwić. Mycie oznaczało wodę, woda zmoczenie się, zmoczenie się ogon.
— Do cholery, muszę się umyć. Nie mogę przecież śmierdzieć. — Zaczął dreptać po łazience.
— Hej słodki, może staniesz tak, żebym mógł ci się lepiej przyjrzeć? – Zamarł, gdy usłyszał obcy głos.
— Kto tu jest? — Chwycił różdżkę, którą chwilę temu położył na umywalce.
— Tylko ja, słodki. Może się teraz pochylisz, bym mógł przyjrzeć się twojemu tyłeczkowi. —Harry powoli odwrócić się, by stanąć oko w oko ze swoim odbiciem.
— Co do licha?
— Ej, słodziutki! Czemu się nie pochyliłeś? — Odbicie zafalowało.
— Tego mi jeszcze brakowało, zboczone lustro — mrucząc z niezadowoleniem chwycił ręcznik i zakrył taflę.
— Co? Słodziutki! — zapiszczało lustro.
W Hogwarcie Harry zawsze pamiętał, by zakrywać lustro ręcznikiem, odkąd w pierwszej klasie wyśmiało jego wychudzoną sylwetkę. Nie spodziewał się jednak magicznego lustra tutaj. Rok temu żadnego takiego nie było. Ciekawe, co jeszcze go czekało. Jednak miało to również swój pozytywny punkt. Dzięki temu zaskakującemu przerywnikowi, Harry uspokoił się i już bardziej rozluźniony podszedł z powrotem do prysznica.
— Raz kozie śmierć. — Wszedł do brodzika.
Stał jeszcze przez chwilę, by później z głębokim westchnięciem odkręcić kurek. Poczuł tylko wodę na swojej skórze, gdy z hukiem upadł na ziemię. Zdążył jedynie zamortyzować swój upadek, przez co poważnie obdarł swoje nadgarstki. Krew mieszała się z wodą, po czym spływała do odpływu. Hałas był wystarczający, by obudzić Rona i go zaniepokoić.
— Co jest? — Klamka zagrzechotała, gdy starszy z chłopaków starał się dostać do łazienki. — Kto tam jest? Co się stało? —Ostatnie pytanie zostało wykrzyczane.
— To ja! — odkrzyknął, siadając.
— Harry?
— Tak. — Wywrócił oczami. Oczywiście Ron nie pamiętał rozmowy przeprowadzonej kilka minut temu.
— Co się stało? Kiedy przyszedłeś?
— Nic mi nie jest. — Skrzywił się, patrząc na swoje krwawiące ręce. — A co do drugiego pytania, to Hermiona ci wszystko wyjaśni.
— Czemu się zamknąłeś? — Klamka z powrotem zagrzechotała. Harry był wdzięczny, że zawsze pamiętał, by zamykać drzwi.
— Biorę prysznic, daj mi po prostu spokój! — krzyknął już zirytowany, poruszając ogonem.
— Dobra.
Można było usłyszeć w głosie rudzielca, że jest obrażony, ale Harry nie mógł pozwolić, by go takiego ujrzał. Po chwili było słychać hałas w pokoju, a na koniec trzaśniecie drzwiami. Najwyraźniej Ron wyszedł w niezbyt dobrym humorze. Będzie musiał później się nim zająć, teraz miał ważniejszy problem.
Spoglądał na swój ogon, który mienił się różnymi kolorami zieleni, gdy krople wody na niego opadały. Było trochę lepiej niż ostatnio, ale wciąż bolało. Zastanawiał się, czy każda zmiana będzie taka bolesna. Miał wrażenie, że wszystkie jego mięśnie zostają niesamowicie rozciągnięte, zwłaszcza te w dolnych partiach ciała. Musi zapamiętać, że jak będzie chciał się umyć, to tylko w wannie lub wtedy, gdy usiądzie. Nie miał ochoty lądować za każdym razem na twarzy. Uniósł dłonie, pozwalając by woda zmyła do końca krew. Szczypało, ale było to lepsze od widoku czerwieni. Nie wpadł na pomysł, jak ma się przemienić z powrotem, a skoro był już pod prysznicem, to może się umyć.
Rozejrzał się szybko dookoła i zauważył gdzieś dwadzieścia centymetrów nad głową półkę z przyborami do kąpieli. Wystarczyło tylko unieść rękę i już pochwycił myjkę i żel, który mógł służyć również jako szampon. Ustawiając się bezpośrednio pod strumieniem, zaczął się myć. Poznawał również w ten sposób swoje nowe ciało. Ogon był bardzo wrażliwy, ale łuski były dość twarde. Kiedy przesunęło się dłonią od płetwy, można było poczuć chropowatość, a kiedy w drugą stronę były gładkie. Górna część ciała była normalna. Kości wciąż mu wystawały i widział każdą przeklętą bliznę, jakiej dorobił się przez całe życie. Sam nie wiedział, czy więcej zdobył ich w Hogwarcie, czy może u Dursleyów. Kiedy mył głowę starał się poruszać ogonem. Powoli, z każdym kolejnym ruchem uczył się, jak może się poruszać. To trochę przypominało ruszaniem nogami, ale było jednak inne. Mógł się jednak przyzwyczaić. Jednak nie mógł myć się bez końca.
Odłożył na bok myjkę i spojrzał na kurki. Znajdowały się one wyżej niż wcześniejsza półka i nie mógłby ich dosięgnąć jedynie unosząc ręce. Musiał się odrobinę podnieść. Spojrzał na ogon i zaczął zastanawiać się, jak ma to zrobić.. Wkrótce, jego plan był gotowy. Pomagając sobie rękami, klęknął na dolnej części ogona tak, jak zrobiłby to na kolanach, choć było o wiele mnie wygodne, ale dzięki temu mógł zakręcić wodę. Teraz jednak znalazł się mokry w brodziku, a ręcznik wraz z różdżką i okularami leżał na krawędzi umywalki. Nie zauważył, że nawet bez nich widzi całkiem dobrze, za bardzo się do nich przyzwyczaił.
Odgarniając mokre włosy z oczu, wyczołgał się z brodzika i z mokrym plaśnięciem wylądował na podłodze. Przygryzając wargę, doczołgał się do umywalki i ściągnął ręcznik na ziemię. Dzięki refleksowi szukającego, w ostatniej chwili pochwycił spadającą różdżkę i okulary. Zaczął intensywnie pocierać ciało ręcznikiem. Mocno, aż skóra była zaczerwieniona. Z każdym pociągnięciem, czuł że jego ciało się zmienia. Otulił jeszcze raz ręcznikiem ogon, a kiedy go zdjął miał z powrotem swoje nogi.
— Och — westchnął z ulgą. — Czyli wystarczy poczekać lub użyć zaklęcia suszącego, by wrócić do normalności — mruknął, wstając.
Musiał podtrzymać się ściany, by to zrobić. Miał wrażenie, że tysiąc igieł zostało wbitych w jego nogi. Powoli ubrał się i ściągnął ręcznik z lustra.
— To nie było miłe, śliczniutki — prychnęło odbicie, przyglądając mu się z uwagą. — Te luźne łachmany nie pasują do ciebie. Jakieś ściślejsze spodnie uwydatniły by twój tyłek i nogi — aż zamruczało z rozkoszy na samo wyobrażenie. Harry skrzywił się, myśląc że będzie miał co rano do czynienia z takim lustrem.
— Dzięki za radę, ale chyba podziękuję — powiedział, wychodząc.
Tak jak się spodziewał, nikogo nie było w pokoju. Kręcąc głową zszedł na dół, kierując się do kuchni. Nauczył się, że właśnie w tym miejscu może spotkać najwięcej ludzi. Nie pomylił się, w pokoju była niemal całą rodzina Weasleyów wraz z Hermioną. Molly krzątała się po kuchni, dziewczyny rozmawiały ze sobą szeptem, a bliźniacy żartowali z naburmuszonego Rona.
— Dzień dobry — przywitał ich wszystkich.
— Harry, kochaniutki. — Molly porzuciła swoje obowiązki i przytuliła nastolatka. Harry starał się nie wzdrygnąć na ten niespodziewany kontakt, ale nie udało mu się to. Na szczęście kobieta niczego nie zauważyła. — Co sobie wyobraża ten Albus? Najpierw nas informuje, że przez całe wakacje będziesz ze swoim wujostwem, by następnie z samego ranka, przyprowadzić cię na twoje urodziny. Nic nie jest przygotowane. Goście niezaproszeni, prezenty niezapakowane. Nie mam nawet tortu — wygłosiła swój monolog, gestykulując nerwowo.
— Pani Weasley, nie potrzebuję tego. Wystarczy pamięć. — Starał się ją uspokoić. Naprawdę mu to wystarczyło. Przez większą część życia nikt nie pamiętał o jego urodzinach, więc świadomość, że ktoś się martwi, że nie zdąży mu przygotować przyjęcia już była dla niego wystarczającą.
— Nie mów tak. — Spojrzała na niego z wyrzutem. — To są twoje urodziny. Musisz mieć przyjęcie. Na pewno wszystko przygotujemy na popołudnie. — Wyprostowała się, a w jej oczach pojawiła się determinacja. — Hermiono, Ginny! Pomożecie mi w kuchni oraz w przyszykowaniu pokoju. Ron, ty razem z bliźniakami w tym czasie zajmiecie się Harrym. To ma być jego dzień.
— Ja też pomogę. — Do kuchni wkroczył Black. Zmienił ubranie, ale wciąż wyglądał na wyczerpanego.
— Niby w czym? — Pani Weasley skrzyżowała ramiona, patrząc podejrzliwie na mężczyznę.
— Zrobię tort. — Kobieta słysząc to aż zbladła.
— Mowy nie ma — zaprotestowała gwałtownie.
— Dlaczego? — Syriusz wyglądał jak psiak zbity gazetą.
— Ponieważ nie wiesz jak. — Nastolatkowie z zaciekawieniem czekali na kolejny krok mężczyzny.
— Remus mnie nauczył. — Uśmiechnął się z zadowoleniem.
— Będzie niejadalny — argumentowała dalej.
— Nie będziemy wiedzieć, dopóki go nie upiekę.
— Wysadzisz kuchnię, a przynajmniej ją zniszczysz. — Traciła już cierpliwość.
— To moja kuchnia i mogę robić z nią co chcę.
— Dobra! — krzyknęła sfrustrowana. — Rób, co chcesz.
— Dzięki, Molly. — Cmoknął ją głośno w policzek, na co kobieta wytarła się z obrzydzeniem, ale na jej ustach był widoczny uśmiech. — Dobra dzieciaki, idźcie się bawić. Zawołamy was, jak będzie wszystko gotowe. A teraz wynocha.
— Jasne, Syri. — Bliźniacy chwycili Harry'ego pod ramiona i wyprowadzili go z kuchni. Potter nie miał szans im się przeciwstawić, nie żeby próbował. Tuż za nim szedł Ron.
— Dobra, bierzemy się do roboty. — Syriusz zakasał rękawy. — Czy ktoś wie, gdzie jest piekarnik? — Zaczął rozglądać się po kuchni. Odpowiedział mu zbiorowy jęk trzech kobiet.
