Hej Hej! Przepraaaaszam za tak długą przerwę – miałam ręce pełne roboty i po prostu nie miałam czasu wcisnąć w nie klawiatury – w każdym razie nie tak często ;) Ale oto przed Wami kolejny rozdział :D Na następny będziecie musieli troszkę poczekać, gdyż wyjeżdżam do Włoch yay hurray i wątpię, czy znajdę czas na pisanie BTW Dzięki za wszelkie uwagi, wzięłam je do serca i mam nadzieję, że to widać ;) Udanego weekendu ( i przyjemnego czekania na następny rozdział hihi ) !
xxx
Rozdział 4: Gasnąc przy blasku świec
John siedział przy stoliku w „The Oxo Tower Restaurant". Był bardzo zadowolony z wyboru lokalu – panorama Londynu, która malowała się za wielkimi szklanymi oknami zapierała dech w piersiach, a jedzenie było wprost wyborne. Jednak mężczyzna wiedział, że więcej już tu chyba nie zawita, chyba, że w najbliższym czasie wygra ogromną fortunę na loterii...
Jednak za ciepłym blaskiem świec i odurzającym zapachem wina, John czuł w sobie ogromny smutek. Smutek i wstyd. Po tym, jak jego gniew kompletnie wygasł, zrozumiał, jakiego głupstwo i świństwo popełnił – jak mógł się tak odezwać do najlepszego przyjaciela? I to przyjaciela dotkniętego takim strasznym doświadczeniem i skazanym na nie do końca życia? Uczucie winy paliło go od środka jak kwas – „To dlaczego po prostu do niego nie pojedziesz" – pytał się sam siebie. Wiedział jednak, że jeśli to zrobi, zrani Mary. Już i tak zbyt wiele razy ją wystawiał z powodu Sherlocka – nie chciał jej stracić. To była jedyna osoba, z którą mógł szczerze porozmawiać o wszystkich problemach i poczuć się, jakby był naprawdę dla kogoś ważny. Bo póki co u nikogo innego tego nie zauważył.
Mary właśnie skończyła opowiadać jakąś zabawną historię i patrzyła teraz z wyczekiwaniem, aż doktor wybuchnie śmiechem. Jednak John był tak pochłonięty swoimi myślami, że roześmiał się sztucznie, nawet nie wiedząc, czy to, z czego się śmieje, jest tego warte. Kobieta widząc jego zamyślenie, zmarszczyła brwi i delikatnie dotknęła jego ręki.
- John, co się dzieje? Widzę, że jest coś nie tak – powiedz mi.
John uśmiechnął się, obejmując jej rękę.
- Przepraszam, kochanie. Głupio mi, to nasz wspólny wieczór, na który długo czekaliśmy i nie chcę go niszczyć problemami, o których chcę na moment zapomnieć.
- Na pewno chcesz? John, znam cię. Jesteś tym typem człowieka, który gdy czuje wyrzuty sumienia, chce je po prostu stłumić i zignorować. To nie jest dobry pomysł. Najlepiej się komuś po prostu z nich zwierzyć. Na przykład mnie – Mary uśmiechnęła się do doktora zachęcająco i w tak ciepły sposób, że John przestał się wahać.
- Jesteś cudowna. Mówiłem ci to już?
- A... - kobieta lekceważąco machnęła ręką - tylko jakieś sto razy.
- W takim razie muszę mówić częściej. Problem polega na tym, że... Sherlock. Nie mogę patrzeć jak cierpi, więc jedyna co robię, to sprawiam, że cierpi jeszcze bardziej. Myślałem, że w takich sytuacjach jestem bardziej przydatny. Dziś dowiedziałem się, jak bardzo się myliłem. Jestem tym po prostu już zmęczony tym wszystkim, wiesz. Jestem zmęczony sobą.
Mary jeszcze bardziej zmarszczyła brwi i delikatnie wyjęła dłoń z rąk Johna. Długo wpatrywała się w pojedynczy płomień unoszący się ze świecy stojącej miedzy nimi na stole. W końcu odezwała się cicho.
- Myślę... że to wszystko nie jest dobrym pomysłem. To całe... mieszkanie razem, rozwiązywanie zagadek, to znaczy, gdy mieliście okazje to robić... Uważam, że to wszystko, co się wydarzyło, to najlepszy powód, by od niego odejść.
John patrzył się na nią przez dłuższą chwilę w milczeniu, pełen zdumienia. Odejść? Od Sherlocka? Zostawić go w chwili, gdy ten go najbardziej potrzebuje? Wiedział, że nie był dobrym przyjacielem, niewystarczająco dobrym dla Sherlocka, ale przez te wszystkie dni, gdy był ignorowany, obrażany czy po prostu traktowany jak ktoś zupełnie obcy, przez myśl mu nie przeszło, by to zostawić za sobą. Sherlock i on byli razem, zawsze i wszędzie – a on nie chciał, by to się skończyło.
- Nie. Nie mogę tego zrobić. Nie jemu. – odparł stanowczo, bardzo zaskoczony i w pewnym sensie oburzony pomysłem Mary. Ta popatrzyła na niego chłodno.
- Widzisz, John? Tak to z tobą jest. Nie chcesz się przyznać, że to wszystko już po prostu nie działa – zepsuło się. Naprawdę chcesz to dalej ciągnąć, John? Ranić was obojga? Skończ to, tak będzie najlepiej.
- Niby dla kogo?! Dla niego? Sherlock nie ma nikogo poza mną, a ja...
- Masz mnie – Mary wyszeptała, łzy stanęły w jej oczach, które opuściła ze wstydem. – Ja ci nie wystarczam?
John popatrzył na nią z czułością. Wstał i podszedł do jej krzesła, klękając i mocno obejmując.
- Jesteś dla mnie wszystkim, Mary. Tak samo jak Sherlock, nie zapominaj o tym.
Kobieta pozwoliła łzom spłynąć po policzkach, ale po chwili delikatnie odepchnęła Johna. Podtrzymała mu brodę, by ten spojrzał na nią. Doktor zauważył, że wygląda naprawdę żałośnie ze łzami na twarzy zmieszanymi z makijażem. Czuł się okropnie z tym, że doprowadził ją do płaczu.
- Chcę, żebyś był tylko mój, nikogo innego. Chociaż na ten jeden wieczór. Obiecaj mi to John, jeśli naprawdę mnie kochasz.
Nagle w kieszeni John rozdzwonił się telefon, zakłócając nastrój między nim a Mary. John zaklął w duchu, ale spojrzał na wyświetlacz – Pani Hudson. Było to dziwne, bo gospodyni doskonale wiedziała, że dzisiejszy wieczór doktor zamierza spędzić z Mary i obiecała go nie niepokoić, na ile będzie to możliwe. John popatrzył na Mary z przepraszającym uśmiechem.
- To może być coś ważnego? Pozwolisz, że odbiorę?
- Dzwonią z kliniki?
- Hm... nie. To moja gospodyni.
Mary uniosła brwi ze zdumieniem. Odwróciła wzrok i machnęła ręką, wyrażając w ten sposób zgodę.
John odebrał szybko. Poczuł jak serce wali mu w piersi, choć nawet jeszcze nie znał na to powodu.
- Pani Hudson? Coś się stało? – zapytał rzeczowo. W słuchawce usłyszał łkanie staruszki, która wydawała się być naprawdę przerażona.
- John... och, John. Bogu dzięki, że odebrałeś... Sherlock...
- Co się stało? Co mu jest?
- Zamknął się w mieszkaniu. Próbowałam otworzyć drzwi, ale się zabarykadował. Słyszałam jakieś trzaski, ale od dłuższego czasu jest cicho. Boże, John... co mam robić? Proszę, powiedz mi, co robić...
Johna sparaliżowało ze strachu. „Nie... tylko nie to... nie tak. Boże". Mary patrzyła na niego z zaskoczeniem.
- Pani Hudson. Proszę dokładnie posłuchać. Niech pani zadzwoni na pogotowie, natychmiast. Przyjadę najszybciej, jak zdołam. Rozumie pani?
Staruszka ciągle łkała, ale wydawało się, że zrozumiała polecenie doktora. Pożegnał się z nią szybko i spojrzał na Mary, która wydawała się już mocno zbita z tropu. I nieźle zdenerwowana.
- O co chodzi? Dokąd niby jedziesz?
- Mary. Chodzi o Sherlocka, coś się stało. Nie wiem co, ale obawiam się, że... muszę jechać. Błagam, wybacz mi, ale nie mogę z tobą zostać. – drżącymi rękami wyjął portfel i rzucił na stół wszystkie pieniądze, jakie miał. Nie mógł pozwolić, by teraz go aresztowano, ze zwianie z restauracji bez płacenia.
- Nie zrobisz mi tego. Nie mi. – głos Mary stał się teraz zimny jak lód. Łzy zaschły na policzkach, a w oczach ujrzał gniew, jakiego jeszcze wcześniej u nikogo nie widział.
- Mary, nie mam wyboru. Przykro mi. – doktor zakładał już kurtkę.
- Mówiłeś, że jestem dla ciebie ważna! Udowodnij to i zostań ze mną!
John popatrzył na nią zszokowany.
- Nie będę tak z tobą grał. To zła gra, a ty grasz z niewłaściwym człowiekiem. A w dodatku przegrywasz. Do widzenia – i ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku drzwi, nie oglądając się za siebie. Mary wstała i pełna wściekłości rzuciła za nim kieliszkiem. Wino rozlało się na drewnianą posadzkę jak krew, a szklane odłamki rozsypały się wokół.
- Będziesz tego żałował! On cię zabierze na dno! I razem skończycie na dnie!
Klienci popatrzyli się na nią ze zdziwieniem i z pewnym zażenowaniem Kobieta niezwracała uwagi na spojrzenia. Ubrała się szybko i wyszła, rozgoryczona i przegrana.
John biegł tak szybko, jak mógł. Rozglądał się wokoło, szukając taksówki. Deszcz lał się z nieba, zalewając mu oczy i skutecznie utrudniając widoczność. Nagle ze strug deszczu wyłoniła się taksówka. John, nie zważając na nic, podbiegł do niej co sił i otworzył ją. W środku siedział już oburzony biznesmen z laptopem na kolanach.
- Musi pan mi zwolnić taksówkę. Jestem z policji, nagły wypadek.
- Nie mam żądnego zamiaru... – zaczął mężczyzna skrzeczącym głosem, ale John był już u kresy wytrzymałości. Pociągnął biznesmena za poły płaszcza i wypchnął go z samochodu, po czym szybko zatrzasnął drzwi, ignorując krzyki pełne złości dobiegające z zewnątrz.
- Baker Street 221B. Natychmiast – rzucił ostro do taksówkarza. Ten nie protestował, bo chyba wiedział, że nie miałoby to sensu.
Droga strasznie mu się dłużyła, choć taksówkarz jechał naprawdę szybko – chyba nawet szybciej, niż było to dozwolone. Gdy w końcu dojechali, John omal nie wybiegł z taksówki, jednak taksiarz zawołał za nim, że zapomniał mu zapłacić. Doktor zaklął i gorączkowo zaczął przeszukiwać swój portfel – teraz przypomniało mu się, że wszystkie pieniądze wydał na tą nieszczęsną kolację.
- O cholera, o cholera, o cholera – przetrząsał kieszenie kurtki w poszukiwaniu jakiejkolwiek kwoty. Cudem udało mu się znaleźć 17 funtów, pewnie resztę z jakiś zakupów. Wepchnął je taksówkarzowi do ręki i pobiegło do drzwi mieszkania. Otworzył je i od razu ujrzał panią Hudson łkającą u schodów. Gdy zobaczyła Johna, wydała z siebie westchnienie ulgi, które połączone z płaczem, zabrzmiało przerażająco smutnie.
- John! Dzwoniłam na pogotowie... przyjadą. Na górze... na górze.
Mężczyzna minął ją i wbiegł po schodach na górę. Widząc zamknięte i według relacji pani Hudson, zaryglowane drzwi, wziął rozbieg i z całej siły uderzył w nie ramieniem. Zabolało okropnie, ale o dziwno podziałało. Rzeczywiście, drzwi były zaryglowane krzesłami z ich kuchni. W salonie panowała przerażająca cisza. John przygotował się na najgorsze, a w każdym razie starał się, lecz wiedział, że nic z tego nie wyszło. Po oczyły się stróżki deszczu, jak łzy spływające po twarzy. Doktora przeraził ten widok. Rozejrzał się po salonie i wtedy to zobaczył. Zobaczył jego. Pomiędzy ich dwoma fotelami, klęczał Sherlock. W jego garści były tabletki, pełno dziwnych tabletek. Podnosił je już do ust, ale gdy usłyszał, że do salonu ktoś wszedł, znieruchomiał ze strachu. I pewnie ze wstydu. John potrzebował ułamka sekundy, by zrozumieć, co się dzieje. A gdy zrozumiał, gniew ogarnął go całego, gniew jakiego jeszcze nigdy nie czuł. I oby nie poczuł już nigdy więcej.
Podbiegł do mężczyzny, złapał za ramiona i mocno potrząsnął. Sherlock błądził pustymi oczami po twarzy doktora zdezorientowany.
- Zdążyłeś coś wziąć? – warknął John – Pytam się, czy coś wziąłeś!
Sherlock potrząsnął głową gwałtownie, więc John odepchnął go, wściekły jak jeszcze nigdy dotąd
- Znowu chciałeś mi to zrobić? Raz nie wystarczyło?! – krzyczał John na skulonego na podłodze detektywa. Tabletki leżały na dywanie, rozsypane naokoło nich jak kolorowy śnieg. Doktor schował twarz w dłoniach i zapłakał cicho. Nagle w drzwiach ich mieszkania pojawiło się dwóch ratowników. Gdy weszli, na ich twarzach pojawił się wyraz kompletnego zdezorientowania.
- E... wzywano tu pogotowie, więc...
- Już niepotrzebne.
- Ale...
John wstał i wyprostowany spojrzał twardo na ratowników.
- Jestem lekarzem i mogę panów zapewnić, że wasza interwencja nie jest już potrzebna.
Mężczyźni spojrzeli na siebie zdezorientowani i powoli wycofali się z pokoju, oglądając się na Johna ze zdziwieniem. Gdy zniknęli za drzwiami, doktora zalała fala ich szeptów.
John obrócił się i skierował z powrotem wzrok na Sherlocka. Detektyw siedział skulony na dywanie, ze wzrokiem wbitym w podłogę. John podszedł do niego powoli, nagle bardzo onieśmielony. Uklęknął obok niego, wyciągnął w jego stronę ręce i objął mocno, jak jeszcze nigdy przedtem. Sherlock oparł głowę o klatkę piersiową mężczyzny, jedną dłoń położył na jego sercu. Doktor poczuł, jak po twarzy przyjaciela spływa pojedyncza łza. Długo tak klęczeli, objęci i milczący. W końcu John delikatnie pomógł Sherlockowi wstać i powoli skierował go do jego sypialni. Gdy znaleźli się w ciemnym pokoju, doktor położył przyjaciela na łóżku i starannie okrył. Gdy wychodził, z łóżka dał się słyszeć cichy szept, tak cichy, że John ledwo go usłyszał.
- Przepraszam.
Doktor uśmiechnął się smutno i zamknął drzwi. W sypialni zaległa ciemność.
