Około południa uczniowie wturlali się do Wielkiej Sali. Noc była bardzo męcząca. Zamieszanie śledcze objęło nie tylko Gryffindor i Syltherin, ale i pozostałe dwa domy. Nauczyciele kiwali głowami nad kubkami kawy.

- Zaraz zejdę – jęknęła Hermiona. Jako prefekt główny całą noc dyżurowała pod drzwiami dormitoriów dziewcząt.

- Nie wiem, po co MacGonagall kazała nam tak siedzieć – odezwał się Harry, równie zaspany, bo po całonocnym dyżurze pod drzwiami dormitoriów męskich.

- Zniknęło dwóch uczniów, a jeden na pewno… nie żyje – Hermiona stanęła w obronie opiekunki domu. – Nic dziwnego, że kazała nam pilnować.

- Malfoy jakoś nie musiał – Ron spojrzał w stronę stołu ślizgonów, przy którym siedział zmęczony, ale nieźle trzymający się Draco.

- No, nie zgonuje tak, jak my – przyznała Hermiona, kładąc czoło na toście.

- Z nimi śpi Snape – wtrąciła Ginny. – Oni wszyscy mieszkają teraz jakby w jednej wielkiej komnacie.

- Skąd wiesz?

- Od Millicenty.

- Bullstrode z tobą rozmawia? – zrobiła wielkie oczy Hermiona. Wielkie na tyle, na ile dało się z tak opuchniętymi powiekami.

- Jasne – wzruszyła ramionami Ginny. – Już dawno wybaczyła mi, że jestem byłą Vincenta.

- Umieram – dodał, nieco bez związku, Harry. Na potwierdzenie swoich słów położył się na stole.

Panującą ciszę, lekko szemrzącą szczękaniem sztućców i szeptanymi rozmowami, przerwał wrzask.

Z kuchni wybiegł skrzat Garnuszek, główny kucharz i skłoniwszy się dyrektorowi rzekł drżącym głosem:

- Panie, panie, w kuchni leży uczeń.

Przy stole nauczycielskim rozległ się łomot. Minerwa wyskoczyła jak sprężyna, wywracając ciężkie krzesło i, obijając się o ścianę i kolegów, wybiegła zza stołu.

- Granger – skinęła na Hermionę. – Prowadź – nakazała skrzatowi.

Zaraz po niej zza stołu wydostał się Snape.

- Malfoy!

Draco zerwał się ze swojego miejsca i, odprowadzony wzrokiem całej Sali, poszedł za opiekunem.

Garnuszek prowadził ich przez kuchnię, pełną przelękłych skrzatów. Młody Malfoy zauważył, że część z nich miała poprzyczepiane plakietki organizacji WESZ. Arystokrata przewrocił oczami. Kolejny dowód, że szlamy nie powinny pakować się do czarodziejskiego świata.

- Tutaj, pani.

Za wielką skrzynią z owocami leżał chłopak. Na wznak. Twarz miał całą podrapaną, szatę brudną, we włosach liście.

- Worthby – rozpoznała go Hermiona.

Snape przykucnął nad gryfonem

- Żyje – oznajmił. – Malfoy, bierzemy go.

We dwóch wynieśli chłopaka z kuchni. Przenieśli go przez Salę.

- Desmond! Desmond! – rozległy się przerażone głosy gryfonów.

- Kolejny? – zapytał Dumbledore.

- Żyje – powiedziała głośno Hermiona, żeby uspokoić kolegów i grono nauczycielskie.

Odpowiedziało jej westchnienie ulgi i zaciekawione spojrzenia odprowadzające nieprzytomnego Desmonda.


- Czy zgadzasz się na badanie veritaserum? – zapytał Snape, siedząc na brzegu starannie pościelonego łóżka.

Desmond Worthby, już opatrzony i umyty, patrzył na Postrach Hogwartu z niewyraźną miną.

- O wszystkim już wiemy – dodał Snape. – O waszych nocnych wycieczkach, o bluszczu, o wilach…

Desmond zbladł.

- Co mi za to grozi?

- Wydalenie z Hogwartu z tak zwanym „wilczym biletem" – odpowiedział beztrosko Severus.

Desmond spojrzał błagalnie na MacGonagall, ale ona, tak zwykle pomocna i ratująca swoje lwiątka przed Największym Ślizgonem, patrzyła na niego ze wściekłością, jakiej nie widział nigdy w oczach Snape'a. Na siedzącego obok niej Dumbledore'a nie było co liczyć.

- Zgadzasz się? – usłyszał powtórnie.

- Tak – odpowiedział ze ściśniętym gardłem.

Snape wyciągnął z kieszeni butelkę i łyżkę. Odmierzył dziesięć kropel i podał Desmondowi. Chłopak połknął posłusznie.

- Jak się nazywasz? – zaczął Severus, z profesjonalizmem godnym Wielkiego Inkwizytora.

- Desmond… Desmond… – gryfon zmrużył oczy, jakby próbując sobie coś przypomnieć. – Desmond… Worthby.

- Dom?

- Nie pamiętam.

- Słucham? – zrobiła wielkie oczy Minerwa.

- Co i z kim robiłeś w piątkowe noce w zakazanym lesie? – pytał dalej niezrażony Snape.

- Razem z przyjaciółmi uczestniczyłem w orgiach z wilami.

- Nazwiska.

- Honoriusz Zabble… i ktoś jeszcze… - chłopak zmarszczył czoło i przymknął oczy. – Ktoś… nie pamiętam…

- W jakich godzinach tam przebywaliście?

- Nie pamiętam.

- O co pańscy koledzy pokółcili się tydzień temu?

- Yung chciał zrobić krzywdę Jasmine Grant.

- Yung? Kto to?

- Nie pamiętam!

- Dlaczego chciał jej coś zrobić i skąd pan wie?

- Nie pamiętam – odparł chłopak z rozpaczą. – Nie pamiętam! Wiedziałem, a nie pamiętam!

- Zgodziliście się na to? – pytał nieubłaganie Severus.

- Nie wiem… Wiem! – wrzasnął Desmond. – On ją chciał zastraszyć, żeby nas nie wydała! Powiedział mi to Honoriusz.

- Nie wystarczyło rzucić oblivate?

- Nie, bo ona nam pomagała. Otwierała nam okno, bo z zewnątrz się nie da.

- Słucham?! – Wileki Inkwizytorowi Hogwartu gwałtownie się wyprostował. – Nie powiedziała nam!

Dumbledore i MacGonagall byli równie zaskoczeni.

- Mów dalej – Severus zaczął obmyślać sposób na wyciągnięcie z Jasmine Grant wszystkiego. Bez użycia eliksirów. I magii. Bolesny sposób.

- Nie pamiętam, co dokładnie robiliśmy. Wiem tylko, że Honoriusz zostawał u niej, a myśmy szli do nas.

- My?

- My… - chłopak zarumienił się z wysiłku. – Ja wiem, profesorze, ja wiem… John!!! – wykrzyknął nagle. – John Yung!

Snape miał przed oczami salę tortur, którą osobiście przygotuje dla Jasmine Grant.

- Kim jest i co tam z wami robił?

- Nie pamiętam… Profesorze, nie pamiętam! – chłopak był wyraźnie przerażony.

- Proszę się nie denerwować, panie Worthby. Co stało się wczorajszej nocy?

- Poszliśmy z we trzech do lasu. Byliśmy z wilami.

- O której godzinie?

- Nie pamiętam.

- Byliście cały czas razem?

- Nie. Nie pamiętam, kiedy zniknęli.

- I co dalej?

- Nie martwiłem się, bo byłem pijany.

- Pijany!? – Minerwa nie mogła już wytrzymać. – Byłeś pijany, Desmond!?

- Co piliście? – kontynuował Snape.

- Jakiś miętowy alkohol.

- Mocny?

- Bardzo.

- Co było dalej?

- Nie pamiętam, nic nie pamiętam! – chłopak złapał się za głowę.

- Byłeś aż tak pijany?

- Nie! Nie wiem, dlaczego nic nie pamiętam!

- A co pamiętasz następne?

- Pana, profesorze, jak pan się nachyla i mówi: „Obudził się".

- Dziękuję, Worthby – zakończył przesłuchanie Snape. – To na razie wszystko. Minerwo, później zrobisz mu awanturę – ujął pod ramię gotową do ataku MacGonagall i wyciągnął ją ze skrzydła szpitalnego.

- Słyszałeś, Severusie! – Minerwa wyrwała się. – On barłożył się po pijaku z wilami! Gryfon…!

- Nie takie rzeczy robili gryfoni, zapewniam cię – przerwał jej Snape. – Zastanówmy się, jak to możliwe, że Grant kłamała.

- Nie wiem – odparł Dumbledore. – Jesteś pewien, że on nie kłamał?

- Nie – pokręcił głową Severus. – To był dobry, odleżały eliksir. Chłopak mówił jak powinien, bez zastanowienia.

Nagle poczerwieniał.

- Gryfońska szmata!

- Severusie! – skarcili go jednocześnie dyrektor i wicedyrektorka.

- Wzięła antidotum! – wybuchnął Mistrz Eliksirów. – Sama się do ciebie zgłosiła, tak? Wiedziała, że dostanie veritaserum! Wzięła antidotum i rżnęła głupa!

- Co rżnęła? – wytrzeszczyli oczy.

- Głupa. Wydurniała się. Udawała! To takie powiedzienie mugolskie.

Wściekły zaczął chodzić w kołko.

- Gdzie ona teraz jest? – zapytał.

- W wieży, tak jak cały Gryffindor – odparła Minerwa.

- Idziemy! – zarządził Mistrz Eliksirów.

Ruszył zamaszystym krokiem przed siebie, za nim kroczył Dumbledore, a Minerwa biegła truchcikiem.

- Ale Severusie, dlaczego kłamała? – zapytała, doganiając młodszego kolegę.

- Musi być w to zamieszana – mruknął Mistrz Eliksirów. – Wydaje mi się, że Worthby miał nic nie pamiętać. Widziałaś ranę na jego głowie? Pomfrey twierdzi, że to po nieudanym oblivate totale. Dlatego ma luki w pamięci. Antidotum… - wysyczał.

- Przecież nikt nie używa antidotum na veritaserum, bo jest łatwe do wykrycia – zauważył Albus.

- A wiecie, dlaczego? – zapytał Severus, nie zwalniając kroku. – Bo po jego zażyciu krew uderza do głowy. To bardzo niebezpieczne dla osób o słabym układzie krwionośnym. Objawia się krwawym rumieńcem – Postrach Hogwartu wymówił ostatnie dwa słowa z wibrującym wściekłością „r".

- A ja byłem przekonany, że ona się po dziewczęcemu wstydzi – pokręcił głową Dumbledore, podkasawszy sobie szatę na schodach.

- Stąd te tanie teksty na mój temat – ciągnął Severus. – Udawała, że orgie z wilami i ja ją onieśmielają. Musimy jeszcze zgarnąć Yunga – dorzucił.

Stanęli przed portretem Grubej Damy.

- Skaczące chochliki – powiedziała Minerwa.

- Macie wyjątkowo głupie hasło – skomentował Severus.

- A mi się podoba – stwierdził Albus. – „Chochliki" rymuje się z „dropsiki".

Mistrz Eliksirów darował sobie komentarz i wkroczył do pokoju wspólnego Gryffindoru.

- Gdzie jest Jasmine Grant? – zapytał gromko, powiódłszy wzrokiem po zaskoczonych gryfonach.

- W swoim dormitorium, panie profesorze – odpowiedziała mu Hermiona, wiedziona poczuciem obowiązku prefekt naczelnej.

MacGonagall weszła do części sypialnej. Znalazła odpowiednie drzwi i zapukała.

- Panno Grant! Mamy do pani kilka pytań.

Nikt jej nie odpowiedział.

- Panno Grant! – Minerwa była zbyt zdenerwowana, żeby wołać trzeci raz. – Overte!

Drzwi ustąpiły. Na jednym z trzech łóżek leżała dziewczyna.

- Panno Grant – Minerwa podeszła bliżej, nachyliła się nad Jasmine. – Severusie!!!

Snape już był w pokoju. Pochylił się i podniósł nieruchomej dziewczynie powiekę.

- Wywar żywej śmierci – stwierdził, biorąc gryfonkę na ręce. – Ale jeszcze oddycha.